Lifestyle

Kobieta jest lustrem swojego mężczyzny… o ile jest w formie. Panowie, szanujcie swoje partnerki, nie wypisujcie bzdur

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 sierpnia 2017
Fot. iStock/jacoblund
 

Jeśli kochasz, traktujesz kogoś fair. Spontanicznie, naturalnie. Po prostu. Jeśli kochasz, szanujesz. Nie patrzysz na ukochaną osobę przez pryzmat jej ciała –  towaru, którym możesz „przyszpanować” wśród znajomych. Nie wymagasz od partnerki, żeby była twoim „odbiciem”, by rezygnowała z siebie dla twojego ego, byś mógł poczuć się lepiej. To takie proste, więc dlaczego tak trudno to zrozumieć? Kobieta nie jest dodatkiem do mężczyzny, ona jest osobą wchodząca w związek z nim na takich samych zasadach.

Jest sezon urlopowy, jeden z posłów (imię, nazwisko i przynależność partyjna nie są tu istotne) chwali się na Twitterze wysokimi temperaturami i … swoją narzeczoną. Ściślej mówiąc, jej atrakcyjnym ciałem w kostiumie kąpielowym. Robi to w sposób obrzydliwy i nieudolny. Pod zdjęciem kobiety w bikini podpis, którym pan poseł rozwiewa wątpliwości czytających (co do wieku narzeczonej oraz tego czyja ona jest): „Moja Aga ’72 w formie”. Zagotowało się we mnie. Czy można być bardziej bezmyślnym?

Pani Adze gratuluję i formy i wakacji, ale narzeczonego to już nie. Nie wiem, jakie stosunki panują w domu pana posła, co mu wolno, a co nie. Ale chwalenie się ciałem żony czy partnerki jak, za przeproszeniem, robi się to podczas prezentacji krowy na wystawie zwierząt hodowlanych, to dla niej żadna chluba, a raczej żenada i wstyd. Po pierwsze, pan poseł zasugerował, że jego ukochana jest co prawda stara, ale się „dobrze trzyma”. Trochę jakby mówił o swoim dziesięcioletnim samochodzie – „swoje przejechał, ale jeszcze nie rdzewieje”. Po drugie, potraktował ją przedmiotowo. Niezależnie od tego czy zdjęcie zostało zamieszczone za zgodą partnerki, czy to zwykła samowolka, wyszło na to, że pani Aga jest dla pana posła jedynie atrakcyjnym trofeum, które można z dumą (jeszcze!) pokazać kolegom. Co napisze o niej za kilka lat? A może wymieni ją na „nowszy model?”.

Kilka dni temu kolejny „kwiatek”. Znany metafizyk coachingu chwali się na Facebooku swoją żoną. Że jest taka piękna, że mężczyźni zaczepiają ją na ulicy (zawsze mi się wydawało, że takie zaczepki są raczej dla kobiety mało przyjemnym przeżyciem), ale to nie szkodzi, bo ona co wieczór wybiera jego. Że zrezygnowała dla niego z kariery naukowej, że ma swoje zdanie (to naprawdę wspaniała wiadomość), ale decyzje podejmuje tak, by było dobrze dla wszystkich. Że jest „rzekomym ideałem”, a on się stara… I, że on mówi o niej „dobrze” przy innych. Znowu poczułam się dziwnie. Jak wielu mężczyzn mówi o swoich żonach „dobrze” przy innych, ale bardzo „źle” do nich samych? Na koniec znany coach uściśla, żeby nikt nie miał wątpliwości, że kobieta jest odbiciem swojego mężczyzny…

Co właśnie powiedział o swojej żonie? Nic konkretnego.  Ale o sobie powiedział bardzo dużo. Dał do zrozumienia, jaki jest jego stosunek do kobiet.  Należy nimi sprawnie manipulować. A ukochaną ceni za to, że dzięki niej może się realizować i łechtać swoje ego. Wszystkie słowa, które do niej kieruje, kieruje w „jakimś celu”, żeby wywołać korzystny dla siebie efekt. W końcu w swojej dziedzinie jest specjalistą.

Jak długo jeszcze panowie będą wmawiać swoim partnerkom, że muszą być „jakieś” dla swojego mężczyzny, a nie dla samych siebie…? Jak długo będziemy tkwić w tym stereotypowym myśleniu, że kobieta od swojego mężczyzny jest w jakiś sposób zależna, że żeby być „świetna”, musi zyskać aprobatę w jego oczach?

Drodzy panowie! Zacznijcie traktować swoje partnerki, a może w ogóle inne kobiety, serio. Nie jak trofeum, nie jak dodatek, nie jak dopełnienie waszej wspaniałej osobowości („Czymże byłbym bez niej? Tym samym, ale odrobinę mniej doskonałym”), ale jak człowieka, takiego samego jak wy. Kogoś, kto ma swoje ambicje, plany, marzenia, kto realizuje się zawodowo i chce mieć udane życie osobiste, tak jak wy. Kogoś, od kogo nie będziecie wymagać rezygnacji z siebie, ale raczej wesprzecie w dążeniu do rozwoju i realizacji jego celów. Przestańcie mylić miłość do drugiej osoby z miłością własną…

A na koniec, chciałabym wam jeszcze powiedzieć, że miarą męskości jest dyskrecja. To, co intymne, zachowajcie dla siebie.


Lifestyle

„Szczyt obciachu”? A co to takiego? Skarpetki do sandałów, czy nieznajomość literatury?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
23 sierpnia 2017
Fot. iStock/LaraBelova
 

Lekki wstyd, zażenowanie, poczucie, że „coś jest nie tak”. Czasy się zmieniają, pojęcie obciachu również. To, co kiedyś wywoływało złośliwy uśmiech lub oburzenie – dziś już nie razi. No, a przynajmniej nie dziwi…

Mam znajomą, która robi karierę w bardzo dużej firmie. Firma jest tak duża, że większość osób, które w niej pracują zna jedynie z widzenia. Albo wcale. Niektórych spotyka w metrze, jak półprzytomni próbują jeszcze, choć przez 20 minut jazdy, złapać resztki snu, przybierając pozycję „do mnie nie podchodź, a już na pewno nic nie mów”.  Znajoma spogląda na nich z politowaniem i wyciąga swoją bardzo mądrą książkę o relacjach społecznych w korporacjach. Ale tylko udaje, że czyta. Bo tak naprawdę, to obserwuje. Szpieguje, żeby być precyzyjnym, bo taką ma konfidencką naturę.

I pewnego dnia, dzwoni do mnie i mówi tak: „Wiesz, ale obciach w tym metrze, prawdziwa wioska”. Nie wiem co prawda, czym mieszkańcy wiosek zasłużyli sobie, by słowo „wiejski” zyskało tak pogardliwe znaczenie, ale rozumiem, że to chyba sfrustrowanym „miastowym” zabrakło odpowiedniego słowa w słowniku.

– No więc – kontynuuje znajoma – Ta plaga trwa od kilku lat. Wystarczy powąchać torebkę z Zary, żeby wiedzieć, co asystentka z księgowości będzie jadła na śniadanie.

Ponieważ nie wierzę własnym uszom, zaraz spieszy w wyjaśnieniami. Okazuje się, że torebka z napisem „Zara” to hitowy lunch box. Nawet jeśli jest tak sfatygowana, że straszy dziurami. Ale to nie szkodzi, ważne, żeby było widać charakterystyczny napis. Z takiego właśnie, najmodniejszego opakowania wydobywa się rano zapach… kiszonego ogórka. Albo pasty rybnej lub przygotowanych do odgrzania – pierogów ze szpinakiem.

W metrze można być rano obciachowym na wiele innych sposobów. Na przykład wsiąść na stacji początkowej prężnym susem, żeby na pewno mieć miejsce, a następnie wyciągnąć z torby kosmetyczkę, której nie powstydziłaby się makijażystka gwiazd i… zacząć się malować. Ale tak naprawdę, od A do Z, od samusieńkiego podkładu po ostatnie machnięcie (koniecznie czerwoną) szminką. Trzeba tylko uważać z nakładaniem tuszu, kiedy pociąg hamuje, żeby sobie szczoteczki w oko nie wbić. Kto bardziej wprawny, da radę.

Osobiście uważam, że w porannym metrze zdecydowanie obciachowi są młodzi mężczyźni w eleganckich garniturach, zbyt śpiący i zbyt zmęczeni, by ustąpić miejsca starszym osobom, albo dźwigającym na rękach swoje dzieci mamom. To dopiero obciach spuszczać nieśmiało wzrok na widok kobiety w ciąży albo starszego pana o lasce.

Na wakacyjnej plaży szczytem obciachu, choć nieco mniejszym, jest podobno kąpiel z różowym flamingiem i spacer na Morskie Oko z torebką z Biedronki i w charakterystycznych klapkach (założonych oczywiście na skarpetki). Pomijając walory estetyczne tego ostatniego ekscesu, klapki w górach to po prostu duże ryzyko, że się dozna skrętu kostki…

Czasy się zmieniają, nasza tolerancja na różne zachowanie również. Pamiętam, że kiedy w liceum miałam koleżankę, która chcąc zaimponować naszej polonistce ustawiała na ławce, grzbietem do nauczycielskiego stolika książki, największym klasowym obciachem było, kiedy się okazało, że żadnej z tych książek nie przeczytała. Dziś może zażenowanie wywoła fakt, że się chociaż kojarzy nazwiska autorów z tytułami tych dzieł. Dziś, obciachem jest nie mieć telefonu i nie być „na bieżąco”…

Ale największego obciachu nic nie przebije. Być na tyle małostkowym, by zwracać na to wszystko uwagę i komentować – głośno, albo za plecami. Zaglądać innym w ich życie i dawać sobie prawo do tego, by nazywać je… obciachowym. Nie uważacie?


Lifestyle

Spotkać miłość swojego życia i zrozumieć, że ona nie jest dla nas, może być ratunkiem i błogosławieństwem

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 lipca 2017
Fot. iStock / AleksandarNakic

Odkąd pamiętam, zawsze wierzyłam w wielką miłość. Taką, która pokonuje wszelkie trudności, sprawia, że płaczesz i śmiejesz się jednocześnie, nie mogąc uwierzyć, że właśnie tobie się przytrafiła. Taką, która zjawia się nagle i wywraca całe życie do góry nogami. Uszczęśliwia, daje poczucie wyjątkowości. Przeznaczenie – tak się to chyba nazywa, prawda? Miłość twojego życia – ktoś, dla kogo jesteś w stanie zrobić wszystko, być każdym, zmienić się, oszaleć. Jednego dnia pokonać znaczną odległość, żeby się tylko z tą miłością zobaczyć. Żyć chwilą, byle z nim. Bo co będzie potem, nieważne, skoro macie siebie.

I na nic ci wtedy cała mądrość świata, doświadczenia z przeszłości, te bolesne i ważne, na nic myśli gdzieś z tyłu głowy „zaczekaj jeszcze, uważaj, bądź ostrożna”. Ty już w tym jesteś. Już TYM jesteś. I dobrze i źle.

Raz wydawało mi się, że to „to”. Pierwsza dorosła fascynacja, pierwsze „na poważnie”, pierwsze obietnice wspólnego życia, już zawsze. Kochałam i on kochał – naprawdę. To była dobra, jasna, pewna miłość. To było dobry, jasny i pewny człowiek. Dobry związek, bez łez, dramatycznych chwil. Zabrakło uniesień jak z książki, momentów, w których zapiera dech w piersiach.  Nie było też świtów, które przyprawiałyby o zawrót głowy. Była radość i pewność, że on zawsze będzie, że nic nas nigdy nie poróżni, tak jesteśmy do siebie podobni, tak zgodni. I przestało mi to wszystko wystarczać.

Położył mi na dłoni pierścionek, a ja poczułam, że nie mogę go przyjąć. Zrozumiał. – Nie oddawaj mi go – poprosił tylko. – Kupiłem go dla ciebie. Niech będzie pamiątką po tym, co razem przeżyliśmy. Może kiedyś będziesz mogła go przyjąć naprawdę.

„Może kiedyś?”. Nie, dziękuję. Odeszłam, uciekłam właściwie. Pierścionek wylądował na długie dziesięć lat w skrzynce z pamiątkami po mojej babci, kilkoma innymi świecidełkami. Nie miałam do niego sentymentu, co jeszcze bardziej utwierdziło mnie w przekonaniu, że M. nie był miłością mojego życia. O przyjaźni nie było mowy, zresztą on wyjechał, żeby jakoś sobie poradzić z tym uczuciem, z moim odejściem. Jakiś czas później dał swoją dobrą miłość komuś innemu. Komuś, kto ją przyjął i niósł z nim potem razem, przez życie.

A ja? Odnalazłam w końcu to, za czym tęskniłam. Po kilku latach, pojawił się mężczyzna mojego życia. Były emocje, o jakich marzyłam. Zachłysnęłam się tą miłością, prawie taką, jak na kartach słabego romansu. Z jednym wyjątkiem: tamte historie zawsze kończyły się happy endem, a ja nie byłam szczęśliwa. BYWAŁAM szczęśliwa tak bardzo, że wszystko inne stawało się nieważne. Myślałam wtedy, że tak powinna wyglądać miłość, że te chwile, kiedy czułam się przy nim nic nie warta, kiedy cierpiałam w samotności nic nie znaczą wobec ogromu naszego uczucia. Co z tego, że łzy skoro zaraz potem wielki powrót, kwiaty i najpiękniejsze słowa. Nie rozumiałam wtedy, że miłość najsilniejsza, może być miłością złą. Że czasami spotykamy miłości naszego życia, ale nie możemy z nimi być. Bo to jest dla nas złe, destrukcyjne. Bo to jest niemożliwe. Bo to się nie może udać. Że możesz spędzić z miłością swojego życia lata, oddać jej swoją duszę, młodość, wszystko, co masz najlepszego i nigdy nie zaznać spokoju, pewności. Prawdziwego szczęścia.

Ale, żeby to zrozumieć, trzeba się przekonać, poczuć to na własnej skórze: wielka miłość nie jest wszystkim, czego w życiu potrzebujesz. Tak, o jednym zapomnieć nam nie wolno. Miłość, nawet największa, nie rozwiązuje problemów, nie zaciera różnic nie do pogodzenia, nie zatriumfuje nad chorobami i nie zbawi nas od samych siebie, gdy nie potrafimy sobie poradzić z własnymi „demonami”. Nie trzymajmy się jej na siłę, nie stawiajmy dla niej wszystkiego „na jedną kartę”. Ja odchodziłam kilka razy.  Nie tak łatwo opuścić miłość życia.

Niektórzy ludzie pojawiają się w naszym życiu tylko na jakiś czas, ale ich obecność odciska na nas piętno, którego nie sposób wymazać. Niezależnie od tego, czy to doświadczenie jest złe, czy dobre, bądźmy wdzięczni za to, że spotkaliśmy ich na swojej drodze. Nie żałujmy. Spotkać miłość swojego życia i zrozumieć, że ona nie jest dla nas, może być ratunkiem i błogosławieństwem. Świadomością, że życie ma wiele wymiarów. Że miłość ma różne oblicza.

Spotkałam ostatnio M. . Szedł sobie, ze swoim normalnym życiem, z wózkiem i cudownie uśmiechniętą żoną.  Tak, jasne że poczułam żal. Mogłam mieć tę pewność i  czuć to dobro, płynące z przekonania, że szczęście można odnaleźć również w „umiarkowanym” uczuciu. Wieczorem długo obracałam w palcach pierścionek, odnaleziony na dnie babcinego kuferka. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeśli jesteś mądry, potrafisz sprawić by miłością twego życia była ta najzwyklejsza miłość. Ta bez fajerwerków. Chcę być mądra.