Lifestyle

Jej metą było szczęście. Nie spodziewała się, że będzie biegła wtedy w przeciwną stronę. BIEGACZKA

Poli Ann
Poli Ann
8 października 2019
Fot. iStock
 

Jej metą było szczęście. Najpierw biegła w ramiona mamy i babci. Potem pani Krysi w przedszkolu. To były krótkie dystanse, zawsze nagradzane całusem lub przytuleniem. Z czasem dystanse stawały się coraz dłuższe i bardziej wyczerpujące. Naprawdę długi bieg zaliczyła, gdy wyrywała się z ramion tego, który jednym pchnięciem prócz sukienki i bielizny zdarł z niej całą niewinność. Nie spodziewała się, że będzie biegła wtedy w przeciwną stronę. Chłopak najlepszej przyjaciółki, dobry kumpel zafundował jej taki maraton, że od szczęścia oddaliła się o lata świetlne. Fizycznie i psychicznie. Czuła obrzydzenie do siebie i niego. Upadła w każdym słowa tego znaczeniu i przestała wierzyć, że kiedykolwiek dobiegnie do mety. Trwało to lata. Uczuciowo zamrożona, niezdolna do miłości i jakiegokolwiek ruchu, stała w miejscu i nie wiedziała, w którą stronę nawet nie iść, a się czołgać. 

Pewnego deszczowego dnia jednak się podniosła. Krople kapały. A może to były jej łzy? Ona stała uśmiechnięta, bo w końcu poczuła, że ma siłę iść. Powoli. Potem może nawet biec lekkim truchtem, gdyż dostrzegła metę. Szczęście istniało. A jednak. On tam stał. Ten jedyny, który pomógł jej odzyskać brutalnie zabraną kobiecość. Ten, w którego ramiona pragnęła się zatopić i zapomnieć o tym, co było. Dobiegła do mety. Jego miłość dała jej siłę. Był ślub, wesele i mieszkanie na kredyt. Szybko ciąża, jedna i druga, i bieg morderczy, by uciec przed rutyną. A rutyna, idąca spacerkiem i tak ją dopadła. Przestała więc biec. Przystanęła, zmęczona i znudzona, bo szczęście przestało być kolorowe. Zatrzymała się i zgubiła metę z oczu. Za to napotkała czyjeś oczy, które pożerały ją całą i przypomniały, że nie jest tylko matką, kucharką, sprzątaczką i praczką. Utopiła się w nich. Znów zaczęła biec, nieświadoma, że kompletnie pomyliła kierunki. Jak opętana w stronę złudnego szczęścia, a to okazało się być niczym oaza na pustyni, którą widzi tylko i wyłącznie ten spragniony. A ona taka właśnie była. Łaknęła uwodzenia, randek i pocałunków dawanych po kryjomu. Im bliżej tej oazy była, tym bardziej jej obraz się zamazywał, by w końcu zniknąć na dobre. W tle usłyszała tylko słowa właściciela czarnych oczu: „game over, bejbe”. Czar prysł. Nagle i boleśnie. Uświadomiła sobie, że znów stoi bezczynnie, a meta gdzieś mętnie jawi się w oddali. A tam ten jedyny, dzięki któremu kiedyś się podniosła. Zawróciła. On tam nadal stał. Z wyciągniętymi ramionami, by mogła się w nich chować. Dobiegła resztką sił. On o nic nie pytał. Może wiedział, dokąd wcześniej uciekła, a może nawet się nie domyślał, że przez moment utonęła w innych objęciach. 


Dziś oboje zbliżają się do mety. Mety zwanej szczęściem. Ona i on. Trzymają się za ręce, uczą bycia razem od nowa. Walczą o siebie, biegnąc razem. Gdy jedno upadnie, drugie pomaga mu wstać. To ich wspólny maraton. Czasem spacer, czasem runmagedon. Łatwo nie jest. Grunt, że razem. Ku szczęściu. Już zawsze. 


Lifestyle

„Dziś to dopiero dałam popis. No, no, no”. UPRZEJMA

Poli Ann
Poli Ann
8 października 2019
Fot. iStock
 

Dziś to dopiero dałam popis. No, no, no. Moje dziecię aż swoją buzię otworzyło ze zdziwienia, że jego matka tak się zachowuje. Z reguły tak robi, jak widzi reklamę jakiejś super zabawki, a to byłam tylko ja. W swojej skromnej i nudnej osobie. 

No ale od początku. Wracam do domu z latoroślą moją po całym dniu zmęczona, objuczona siatami. Powłóczę nogami, bo mnie czort jaki podkusił i szpilki żem rano założyła, co by się ładnie prezentować. Do dwunastej to może się udawało, ale potem już coraz mniej ochoczo używałam swoich kończyn. A tu po robocie zakupy trzeba było zrobić, auto zatankować, po dziecko podjechać i jeszcze te siaty na górę wtargać. Latorośl dzielnie dzieliła ze mną trudy życia miastowego. Nadźwigał się dzieciak wspierając mnie swoimi wątłymi ramionkami. Nasz maraton powoli dobiegał końca. Wyglądać musiałam cudacznie krocząc na szpilkach niczym bocian z kilkoma reklamówkami po lewicy i prawicy. Dziecko za mną zgarbione od siat. Matka wyrodna, nie ma co. Myślałam, że chociaż litość wzbudzę podchodząc do bramki mojego osiedla, strzeżonego dodam, i nie będę musiała szukać klucza w mojej przepastnej torbie albo wklepywać kodu. Tego to musiałabym chyba nosem dokonać, bo zakupy miałam rozłożone równomiernie i ponowne ich podnoszenie uczyniłoby ze mnie bociana upadłego. A jako żem tego nie chciała to przyuważywszy sąsiadkę wołam do niej czy może mi bramki nie zamykać. Uprzejmie oczywiście. Na co babka, jakbym co najmniej jej groziła, odwraca się na pięcie i mówi mi „nie”. Mało nie padłam z wrażenia.”O żesz ty zarazo jedna” – wycedziły moje komórki mózgowe, bo usta by się takim zwrotem nie splamiły. I wtedy to wyrzekłam coś, co moje dziecię zamurowało.

„Dziękuję Pani bardzo za pomoc. Życzę miłego popołudnia” – krzyknęłam głośno i słodko, a sąsiadka aż się zatrzymała i zrobiła oczy zapewne większe niż moja latorośl stojąca obok mnie, i kompletnie nierozumiejąca, tego co się dzieje.
Ja zaś dumnie zdecydowałam, że nos służy nie tylko do oddychania i kichania, i wyklikałam nim kod. W domu, gdzie z trudem się doczłapałam, czekało mnie jeszcze wyjaśnienie mojemu dziecku, że jego matki nie pogrzało kompletnie i zupełnie świadomie tak się zachowała. Latorośl nie bardzo umiała pojąć, że w sytuacji, gdy ktoś bywa niemiły to warto nie zniżać się do jego poziomu tylko zrobić coś, czego się zupełnie nie spodziewa. Kto by liczył na to, że mu się podziękuje za coś, czego nie zrobił? No więc właśnie taką obrałam sobie filozofię. Moje dziecko nie było pewne, czy przyznać mi rację, ale los stworzył okazję, by łaskawie przytrzeć nosa mojej nieuprzejmej sąsiadce. A ta za kilka dni spiesząc się do pracy spanikowana prosiła przechodniów o prostownik. Akumulator jej padł. Co za złośliwość rzeczy martwych. I przypadkiem na drodze owej kobieciny stanęłam ja, znów w szpilkach, a jakże (nieważne, że za kilka godzin będę przeklinać ich wynalazcę), z dzieciakiem u boku i bardzo życzliwie, udając, że o niczym nie pamiętam, pomogłam jej naładować zdechły akumulator. Głupio musiało jej być niezmiernie, bo na koniec szepnęła już bardziej uprzejmie „przepraszam i dziękuję”, co moja latorośl skomentowała jednym słowem „epicko” czy jakoś tak:)

Lifestyle

Portret macierzyństwa przez duże M

Poli Ann
Poli Ann
29 września 2019
Fot. iStock / milicad

Dorota nie ma już siły. Pada na pysk. Fizycznie. A psychicznie też, bo zalicza depresję. Kocha swoje dzieci ponad wszystko, ale marzy, by spędzić tydzień bez nich, by nie słyszeć ich ciągłych kłótni, płaczu, by w końcu się wyspać. Nikt nie mówił, że bycie matką to będzie taka harówka. Dwadzieścia cztery na dobę. Siedem dni w tygodniu. Non stop. Bez możliwości wzięcia urlopu, nawet na żądanie.

Oczywiście, że nie myślała, że będzie leżeć i pachnieć, ale tak wyczerpującego macierzyństwa się nie spodziewała. Wiedziała doskonale, że kupy nie pachną, brzuch po ciąży nie zrobi się od razu płaski (no nie jest słynną panią L.) i że przespane noce to będzie luksus. Była gotowa na zmęczenie, ale nie w takim wymiarze. Bo Dorota od 6 lat nie przesypia całych nocy i nie dlatego, że cierpi na bezsenność. Gdy urodziła Julię już pierwszej nocy nie spała, choć poród ją wykończył. Dziewczynka o buzi anioła miała wadę genetyczną nogi. Nogi!!! Kość piszczelowa nie była prosta. Ukształtowana w literę L powodowała, że nóżka była krzywa i o wiele krótsza, i odbierała szansę na chodzenie. Dorota nie spała więc przerażona tym, co ją czeka. Na zdjęciach usg nic nie stwierdzono. Córeczka miała być zdrowa. A tu trach. Wada genetyczna. Dorota liczyła się z kolkami, brakiem pokarmu, alergią, atopią, ale do cholery przez 9 miesięcy nie przygotowała się na to, że urodzi chore dziecko. Nikt tego nie zakłada.

Mała Julcia słodko spała, a Dorota, gdy poskromiła pierwsze łzy, zastanawiała się co dalej. Do najbliższej przyjaciółki napisała dopiero po dwóch dniach. Że czuje się słabo, Julia waży 3,200 gr, mierzy 61 cm i ma chorą nóżkę. I wysłała zdjęcie, bo nie miała siły tłumaczyć, co jest nie tak. W szpitalu, w niedużym mieście, bezradnie rozkładali ręce, założyli małej gips na nóżkę i myśleli, że coś zdziałają tym genialnym posunięciem. No kwiat polskiej medycyny!!! Brawa na stojąco. Dzieciak ryczał, bo nóżką fikać nie mógł. I jeszcze te upały. Był środek lata, skwar nie do zniesienia. Więc Dorota wyła z małą.

Każdego dnia przewijając córkę zagryzała wargi, wycierała łzy i penetrowała internet. Wybór padł na ośrodek w Poznaniu. Daleko, ale opinie świetne. Dwa tygodnie po porodzie cudem jakimś dostali się do profesora. Ktoś zrezygnował z wizyty.

Znów popłynęły łzy, bo rokowania niepewne. Nie wiadomo, w jakim tempie nóżka będzie rosła, czy wolniej czy tak samo jak zdrowa. Czy wada się nasili, czy pojawią się inne niespodziewane okoliczności. Nie da się nic przewidzieć, bo każda wada genetyczna ma swoje własne zasady. Na razie pozostaje obserwacja, pomiary i zbiórka pieniędzy, bo leczenie będzie bardzo kosztowne. Zadzwoniła do przyjaciółki. Komuś musiała się wygadać. Nie z rodziny, bo dość już miała litości i pocieszania. Ala była konkretna. Od razu doradziła zapis dziecka do fundacji i zbiórkę pieniędzy, szczególnie, gdy będzie można oddać 1 procent. Rada szczera, prosto z serca, bez lukru. Niby ok, ale Dorotę coś uwierało. Co to dla niej oznaczało? Że wraz z mężem powiedzą sobie w twarz już nie że mamy chore dziecko, lecz MAMY NIEPEŁNOSPRAWNE DZIECKO. Po kilkunastu miesiącach Dorota Ali podziękuje i przyzna, jak to przez tydzień biła się z własnymi myślami i własną dumą. Mam niepełnosprawne dziecko? Jak to? Przecież umysłowo rozwija się normalnie. Książkowo wręcz. Póki leży i nie musi chodzić można udawać normalność. Nóżkę pod kocyk, cyk, i problemu nie ma. Na szczęście długo w tą grę się nie bawiła. Złożyli papiery. Bardzo szybko mieli czarno na białym, że Julcia jest niepełnosprawna. Do fundacji ją przyjęto. Pieniądze szybko były potrzebne, bo gdy miała 4 miesiące przeszła swoją pierwszą operację. Łamanie kości i złożenie. Wiadome było, że nóżki rosną równo. Po operacji Julia w końcu miała proste nogi, z tym, że ta jedna była krótsza 3 cm, bo przy łamaniu zawsze trochę się traci. Wiedzieli już, że mała będzie nosić buty ortopedyczne, a w wieku 5-6 lat rozpocznie się proces wydłużania krótszej nóżki. Operacji NFZ nie refunduje. Mieli sporo czasu na zebranie kilkudziesięciu tysięcy złotych.

Julka rozwijała się prawidłowo, nocami marudna, jako noworodek długo cierpiała na kolki. Dorota z mężem spalili 4 suszarki do włosów, bo tylko one dawały małej ukojenie. Z apetytem też było słabo. Nie chciała próbować nowych rzeczy. I bardzo domagała się uwagi. Dorota chodziła z nią nawet do łazienki. Kładła ją w leżaczku, a sama brała szybki prysznic. Musiała ją nosić lub kłaść się obok, by mała usnęła na drzemkę. Próbowała wszystkich metod. Włącznie z odłożeniem Julki i niezwracaniem uwagi na jej dwugodzinny płacz. Nie odpuszczała.Twarda była. Córka, nie matka. Po tygodniu przegrała, gdy sąsiadka zasugerowała jej, że powiadomi pomoc społeczną, bo ma podejrzenia, że katują dziecko.

Dni mijały jak szalone. Mąż rozkręcał firmę, pracował po kilkanaście godzin na dobę. Dorota wieczne sama i piekielnie zmęczona.

Druga ciąża była niespodzianką, ale o dziwo się ucieszyła. Rodzice i teściowie pomagali, choć Julka akceptowała tylko wybrane osoby. Mimo orzeczenia o niepełnosprawności rozwijała się prawidłowo. Raczkowała, podnosiła się, a dzięki kupowanym co miesiąc bucikom na miarę, zaczęła chodzić.

Marysia urodziła się zdrowa i była totalnym przeciwieństwem siostry. Spała, jadła pięknie, nie marudziła. Jakby wiedziała, że mama bardziej potrzebna jest Julii. A Julka przechodziła bunt dwulatka, była zazdrosna o siostrę i wciąż trzymała się spódnicy Doroty. Potem bunt trzylatka. Jeszcze intensywniej. Do przedszkola zaprowadzał ją tata, bo lepiej radził sobie z wyciem córki, która za nic na świecie nie chciała zostać tam bez niego. Najlepsze było to, że po pół godzinie zapomniała o bożym świecie i wspaniale się bawiła.

Dorota przy Marysi odpoczywała. Mogła w spokoju zrobić obiad i zakupy. Dopiero za jakiś czas przyjdzie jej rozdzielać się na pół, bo dziewczynki nie będę chciały się wspólnie bawić, lecz każda z mamą. Osobno. Dorota czasem sfrustrowana będzie wychodzić dwie minuty do kuchni, by policzyć do stu. Inaczej by eksplodowała. Niby w domu, mąż kasę robi, teściowa lub mama czasem ugotuje obiad lub weźmie którąś dziewczynkę na spacer, ale Dorota jest u kresu sił. Nie ma kwadransa dla siebie. Od kilku lat nie była w kinie, kawiarni, u fryzjera tylko przy okazji, by dziewczynkom podciąć włosy. Wtedy jej w pięć minut znajoma fryzjerka też równała końcówki.

W końcu nadszedł wielki dzień. Dzień operacji, kiedy to Julii zostanie założony aparat na nóżkę i wydłuży ją o brakujące centymetry. Trauma zostanie zażegnana. Pół roku i będą mieli zdrową córkę. Zachowanie Julii przeszło najśmielsze oczekiwania. Po operacji wyła, nie pozwalała się nikomu dotknąć A Dorocie odejść na sekundę od łóżka. Nie chciała mówić, jeść ani współpracować z rehabilitantami. Nawet za cenę przekupstwa. Groziły jej infekcje i że śruby wrosną się w ciało. Rozważano usypianie Julki na czas podkręcania śrub. Na szczęście dziewczynka zaczęła współpracować, ale nie obyło się bez łez i krzyku.
Dorota jest wyczerpana. Terapia jeszcze nie dobiegła końca. Julia znosi to wszystko bardzo ciężko. Najgorzej jak przyplącze się przeziębienie. Dorota znów nie może odstąpić jej na krok, a Marysia też domaga się mamy.

Dlatego Dorota jest tak bardzo zmęczona. Pada na twarz. Nie ma siły czasem wstać z łóżka. Jej macierzyństwo jest piekielnie trudne i wymagające. Brak w nim różu, kokardek i lukru. Rzadko pojawia się uśmiech. Bycie rodzicem niepełnosprawnego dziecka jest cholernie ciężką próbą. Dorota ostatkiem sił niesie ten ogromny bagaż po krętej i wyboistej drodze. Mam nadzieję, że niedługo okolica tej wędrówki się zmieni. Będzie zielona, pełna kwiatów i słońca, a Dorota będzie szła lekkim krokiem idąc z dziewczynkami, i mężem w lekkich podskokach śmiejąc się radośnie i trzymając się za ręce.