Lifestyle

„Od jakiegoś czasu randkuję. Wróciłem do życia i zacząłem umawiać się… na randki”

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
29 września 2017
Fot. istock/ookawaphoto
 

Od jakiegoś czasu randkuję. Wróciłem do życia i zacząłem umawiać się… na randki. Pewnie pomyślicie, że to już desperacja, ale nie… to tylko ciekawość. Tinder, Sympatia, Znajomi, Własna inicjatywa…

Tinder…

Sympatyczna blondynka, lat 30. Hipnotyzujące niebieskie oczy. Zdjęcia zdecydowanie przykuwające uwagę, ale to nie wszystko. Napisała, że lubi kino, teatr – książki… Cudownie! No i te oczy…To one mnie oczarowały. Pisaliśmy ze sobą przez kilka dni i w końcu zaproponowałem spotkanie.

Wybrałem bardzo dobrą cukiernio-kawiarnię, którą otworzyła w Gdyni niedawno gwiazda MasterChefa.  Byliśmy umówieni na 17.00, byłem chwilę przed czasem. Spóźniła się kilka minut. Żaden problem… Smakowitości w witrynach bez liku. Pięknie pachnie kawą… Wręczyłem kwiatki… uśmiecha się do mnie uroczo.
– Czego się napijesz?
– Wody.
– Jasne… żadnej kawy, ciastka, nic?
– Nie, nie wolno mi. Kawa podnosi ciśnienie, a ja i tak mam problemy z ciśnieniem. Generalnie ostatnio u mnie ze zdrowiem nie najlepiej. A te ciastka to wiadomo z czego zrobione? Z jakich składników?! Ja to nie ufam takiemu jedzeniu na mieście. Samemu trzeba robić, tylko czasu nie ma. W pracy siedzę całymi dniami. Ledwo na spotkanie z Tobą czas znalazłam. No widzisz i tak z wywalonym jęzorem tu dobiegłam, a Ty co zamawiasz?
– Nooo… tam jest taki apetyczny torcik i kawę.
– Nie powinieneś. Cukier! Cukier tak naprawdę nie jest nam do niczego w życiu potrzebny. Nie dostarcza niczego poza energią. Daruj sobie to ciastko. Kawa, kawa.. spoko… o ile zdrowy jesteś i nie masz – jak ja – problemów z ciśnieniem.
– Prawdę powiedziawszy… miewam…
– I kawę chcesz pić? Wiesz co… ja odpowiedzialnego faceta szukam! Nic z tego nie będzie. Ja… czasu nie mam. Wstała od stolika… i ruszyła do wyjścia.

Nieodpowiedzialny ja!

Sympatia…

„Kobieta jest jak lilia – subtelny nie ośmieli się jej tknąć, a przyjdzie osioł i zeżre” i tyle. Nie napisała o sobie nic więcej. 30 lat, sylwetka lekko puszysta – zaznaczyła w kwestionariuszu.
Do tego tajemnicze, czarno-białe zdjęcia. Napisałem… odpisała po kilku tygodniach. Wymieniliśmy kilka wiadomości. W końcu umówiliśmy się na sobotę… mieliśmy iść zjeść razem śniadanie i przejść się plażą z Sopotu do Gdyni. Podobno bardzo lubi spacery 🙂

Byliśmy umówieni na Monciaku o 10.00. Jak zwykle byłem przed czasem… bukiecik różyczek kupiłem dzień wcześniej. I… pierwsza „wtopa” zaliczona już na starcie.

– Przyszłam z mamą. Nie chciałam, żeby sama siedziała. Nie będziesz miał nic przeciwko?
– Nie. Jasne, że nie… tylko bukiecik mam tylko jeden 🙁 I szybka kalkulacja w głowie komu wypadałoby go wręczyć. Matce? Córce? Wręczyłem matce, przeprosiłem, wyszedłem, pobiegłem po drugi. Na szczęście kwiaciarnia niedaleko, szybko biegam 🙂 Wracam. Panie piją kawę.
– Przepraszam. Już jestem – to dla Ciebie.
Uśmiech. Jest miło…
– Zamówiły… i teraz jak mam mówić… Panie? Na randce..? W głowie mętlik…. Zamówiły już Panie coś na śniadanko?
– Nie, nie… dziękujemy. My tylko po kawusi. Śniadania jadamy w domu – odpowiada matka
– Tak, tak – potwierdza córka.
– Rozumiem… a czy pozwolą Panie, że ja jednak coś zjem? Nie jadłem śniadania w domu. Trening rano, szybki prysznic, ubrałem się i jestem.
– Oczywiście – odpowiada matka
– Tak, tak – potwierdza córka.
– Czym się Pan zajmuje? – pyta matka. Córka milczy.
– Marketingiem, PR-em.
– Czym? – pyta matka?
– Powiedzmy, że reklamą… – tak będzie łatwiej.
– Aha. Reklam to my nie lubimy. Przełączamy zawsze jak oglądamy seriale. Napchają ich tyle że serial 20 minut trwa godzinę. Nie lubimy – mówi matka
– Tak, tak – potwierdza córka.
– A Ty? Czym się zajmujesz? – pytam córkę…
– Córka skończyła uniwersytet z wyróżnieniem. Pedagogikę wczesnoszkolną, bo bardzo lubi dzieci. Będzie wspaniałą matką – mówi matka
– Tak, tak – potwierdza córka.
– Rozumiem. Czyli pracujesz w przedszkolu, tak?
– Córka nie pracuje. Sensownej posady nie było. Rozglądamy się. Ale jaki to sens już teraz, jak zaraz mąż, dzieci pewnie będą… – mówi matka.
– O! Czyli jest już jakiś kandydat, tak? – pytam rozbawiony…
– Rozglądamy się – odpowiada matka
– Tak, tak – potwierdza córka.
– A na tej reklamie to dużo można zarobić? – próbuje sondować matka
– Bardzo różnie. Ja nie narzekam.
– Ale „nie narzekam” to ile? – nie odpuszcza matka
– Przepraszam, ale naprawdę będziemy teraz rozmawiać o pieniądzach? Jest piękna pogoda, sobota, pyszne jedzenie… Naprawdę nie brakuje mi pieniędzy.
– Dobrze, nie chce Pan powiedzieć, to nie… – odpowiedziała nadąsana matka.

Od tej pory rozmowa z mamą niespecjalnie się kleiła. Była wyraźnie obrażona. Córka z którą byłem – tak naprawdę – umówiony nie odezwała się niemal przez cały czas. Po jakimś kwadransie Panie postanowiły się zbierać. Zapytałem co z naszym spacerem – przecież mieliśmy iść plażą do Gdyni.
– Mamusię bolą nogi – odpowiedziała po raz pierwszy córka.
– Rozumiem…
Uregulowałem rachunek i wyszliśmy. Każdy poszedł w swoją stronę… Panie nie chciały, żebym je odwiózł.

Znajomi…

Moi znajomi od dłuższego czasu upierali się, że mają dla mnie idealną dziewczynę. Długo się opierałem. Nie chciałem być swatany. Oni natomiast wykazywali się w tej kwestii uporem, gorliwością i zaangażowaniem. Nie odpuszczali i wspominali o Ance przy każdym spotkaniu, niezależnie od tego czy była ku temu okazja czy nie. Dla nich – była zawsze! W końcu – nieco dla świętego spokoju poprosiłem o Ani numer telefonu.

Zadzwoniłem. Pomyślałem, że pójdziemy razem do teatru. Ja teatr uwielbiam. Okazało się, że Ania za teatrem nie przepada. Szkoda – pomyślałem. To może kino? Kino też nie. Wolałabym móc z Tobą porozmawiać, poznać się – stwierdziła. Skądinąd – słusznie, choć ja myślałem, że wyskoczymy gdzieś po kinie i… pogadamy. Ale skoro kino odpada to niech będzie od razu jakiś Pub. Zaproponowała mój ulubiony – duży plus.

Umówiliśmy się na 20.00. Byłem o 19.50… czekałem do 20.30. Bezskutecznie. O 20.30 zadzwoniłem. Odrzuciła połączenie. O 20.40 – spróbowałem ponownie. To samo… Po chwili przyszedł sms. „Zmieniłam zdanie. Nie chce mi się wychodzić z domu. To bez sensu. Ty nie możesz być fajnym facetem skoro znajomi szukają Ci laski”.

No cóż… Ty też nie możesz być fajną laską – skoro znajomi szukają Ci faceta – pomyślałem… Mimo to odpisałem… „Przykro mi, że tak myślisz. Nawet nie dałaś mi szansy. Może jednak się zjawisz?”
„Nie. Sorry” – wiadomość przyszła niemal od razu.

Własna inicjatywa…

Od jakiegoś czasu po treningu odwiedzam tę samą kawiarnię. W niektóre dni przesiaduje tam też sympatyczna brunetka. Laptop, tona papierów, terminarze, excel’e… okulary na czubku nosa, gryzie długopis i zabawnie mamrocze coś pod nosem. Lubię siedzieć i ją obserwować. We wtorek nagle spojrzała na zegarek, zgarnęła dokumenty, laptopa do torebki i zaczęła się w pośpiechu zbierać.
Bezczelnie podsłuchiwałem jej rozmowy. Usłyszałem, że zamawia taksówkę.
– Ale jak to? Nie da rady szybciej? To nie, dziękuję. Rezygnuję.
Jedną ręką wybierała kolejny numer, drugą próbowała wyjąć pieniądze z portfela.
– Poproszę taksówkę pod kawiarnię… Tak… 15 minut? Masakra jakaś… No dobrze. Czekam.

I włączył się Maćkowi rycerzyk. Dama w opresji 🙂
– Cześć… jeśli chcesz – mogę Cię podwieźć. Widzę, że bardzo się spieszysz…
– Ale… nie… jak to… noo.. w sumie… spotkanie ważne mam za 10 minut, ale w Gdańsku. Zagapiłam się kompletnie, a będzie cały zarząd i nasi kontrahenci z Norwegii… urwą mi głowę za to spóźnienie.
– Nie ma problemu. I tak jadę do Gdańska – skłamałem.
– Naprawdę? Z nieba mi spadasz…
I pojechaliśmy. Odwołała taksówkę wsiadając do auta. Była bardzo zestresowana spóźnieniem. Mimo to – rozmawiało nam się świetnie. Była zabawna, urocza, z dystansem do siebie. Rozumiała moje żarty. Śmiała się :). Odwiozłem ją na miejsce. Wręczyła mi swoją wizytówkę. Zadzwoniłem następnego dnia i… umówiliśmy się na wieczór. Zarezerwowałem stolik w mojej ulubionej restauracji. Spędziliśmy razem wspaniały czas. Do momentu gdy wyznała mi, że ma męża i dwóch synków.

Dzieci – super… Bardzo lubię dzieci! Tylko ten mąż… nie bardzo…

Cóż… chyba trzeba będzie szukać dalej.


Lifestyle

Drogie Panie, a może wy też przejrzycie na oczy, zamiast tylko nas oskarżać o błędy! Wy też je popełniacie

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
5 października 2017
Fot. iStock/splendens
 

„Panowie, czas przejrzeć na oczy. Te błędy popełnia większość z was…” – przeczytałem. Droga Weroniko, pora przejrzeć na oczy… błędy popełnia każdy! Niezależnie od płci. Już Seneka Starszy stwierdził „Błądzić jest rzeczą ludzką”… nie męską – ludzką. Mógłbym wytoczyć działo i przygotować listę błędów popełnianych przez kobiety. Tylko… po co? Tak samo jak nie rozumiem zasadności wypisywania błędów męskich – tak i lista popełnianych przez płeć piękną niewiele by wniosła.
Zacząć może wypadałoby od tego, że wszelkie generalizowanie jest szkodliwe i niesprawiedliwe. Większość z Was… to znaczy kto? Jaka była grupa badawcza? A może to jedynie artykuł napisany na podstawie własnych doświadczeń? Może rzeczywiście na podstawie rozmów z koleżankami podczas spotkania przy winie, kiedy to każda z Pań utyskuje na swojego faceta? Zdradzę Ci sekret – my też przy piwie narzekamy na swoje dziewczyny, partnerki, żony…

Ale co z tego? I tak kochamy je całym sercem, jesteśmy z nimi… i razem mija nam codzienność. Każdy facet wie, że tego typu utyskiwania często są grubo przesadzone. I jestem PEWIEN, że w przypadku kobiecej gadaniny jest podobnie.

Niezależnie od tego jak wiele razy powtórzycie ten wyświechtany frazes „prawda w oczy kole”, ta lista błędów jest o tyle zabawna, że każdy z nich mógłbym przypisać i paniom z mojego otoczenia.

„Uwielbiam” takie licytowanie się na osiągnięcia, na wkład w związku…”Nie widzicie rzeczy, które robimy dla związku każdego dnia, ale z łatwością wymienicie wszystkie swoje szlachetne gesty do pięciu lat wstecz.” Cóż mam powiedzieć – współczuję w takim razie doświadczeń. Każdy z moich dotychczasowych związków opierał się na dawaniu. Na dawaniu bez porównywania, kto z nas ile włożył, bez licytowania się, kto stara się bardziej.

Każda z Pań, którą darzyłem uczuciem była moją… partnerką. Była na równych zasadach. Ona robiła jedno, ja drugie… Rozumiem, że z biegiem czasu do związku wkrada się codzienność, monotonia i rutyna, że nie dostrzegamy już tak bardzo starań drugiej osoby. Tak, to dla mnie jasne, ale nadal uważam, że jeśli kocham, to troszczę się o partnerkę. To zawsze ona jest dla mnie na pierwszym miejscu.

To o jej szczęściu, o jej zadowoleniu myślę. Moment, kiedy zaczynało mi to przeszkadzać, kiedy zaczynałem myśleć o tym, że to ja jestem ważniejszy, że ona się ze mną nie liczy – oznaczał zazwyczaj powolny koniec uczucia, a co za tym idzie – związku. Może warto po prostu otworzyć oczy i dostrzec to, że facet też się stara… że wstaje wcześniej i codziennie kupuje świeże pieczywo, że przygotowuje dla Was śniadanie, że poda Ci gorącą herbatę, gdy przemokłaś, że wymasuje Ci stopy po ciężkim dniu?

Bo – moim zdaniem – właśnie w tych małych gestach kryje się miłość. I naprawdę nie trzeba wypowiadać tych słów – by ją okazać. A tym bardziej licytować się kto z nas robi więcej…

„Nie potraficie argumentować swoich racji…” Tak? To naprawdę tylko męska domena? Cóż… ja raczej stwierdziłbym, że to sztuka dyskutowania zanika. I słowa SZTUKA użyłem z pełną świadomością. Trzeba bowiem być artystą, aby ją uprawiać. Sztuka dyskusji to przede wszystkim sztuka argumentacji, wymagająca wiedzy i doświadczenia w zdolności do błyskawicznej analizy słyszanych lub czytanych treści, właściwej interpretacji, to sztuka słuchania i rzeczowego ripostowania , sztuka odwoływania się do autorytetów, wspierania się wiedzą, którą należy posiadać. Ta z memów nie wystarczy. Sztuka dyskutowania to w końcu sztuka mówienia, właściwy język, kultura myślenia i kultura umysłu.

Obawiam się jednak, że wszystkie te sztuki, które składają się na sztukę dyskusji, a jest ich dużo więcej, zanikły dawno. Nie mamy wzorów, ani wzorców nigdzie – ani wśród polityków – Sejm to przykład zaprzeczający jakiejkolwiek sztuce dyskusji, miejsce, gdzie każdy szczeka po swojemu, nie słuchając poprzednika, byle głośniej. Szkoła to anty przykład, wciąż dominuje autorytet nauczyciela, choć coraz mniejszy. Gdzie mamy się zatem – my wszyscy nie tylko MĘŻCZYŹNI tej sztuki nauczyć? Zarzucasz nam mężczyznom – nadużywanie słów „zawsze” „nigdy” – to zabawne, bo dotychczas byłem przekonany, że to ulubione kobiece słowa. To Wy macie skłonność do generalizowania – co potwierdza choćby ta lista błędów „prawie wszyscy”…

„Nie potraficie walczyć o odbudowanie naszego zaufania, gdy je z powodu własnej głupoty stracicie.” Może zatem warto po prostu odpuścić? Przyjąć przeprosiny i wybaczyć? A nie wypominać te nasze przewinienia przy każdej okazji i oczekiwać, że będziemy się za nie biczowali w nieskończoność? Może zamiast nieustannej podejrzliwości i dopatrywania się złych intencji warto byłoby docenić starania? Zaufania nie zdobywa się w kilka minut, za to w kilka minut można jest… stracić.

Nie wydaje mi się zatem, by którykolwiek z panów, gdy je zawiedzie – spodziewał się, że to zaufanie momentalnie odbuduje. Wiemy, że to wymaga starań. I chcemy swoją codziennością i staraniami na to zaufanie zapracować. Jest to jednak bardzo trudne, gdy przy każdej możliwej okazji, przy błędzie niezwiązanym nawet z tamtą sytuacją Wy – drogie Panie – wracacie do tematu, wałkujecie go w nieskończoność, cały czas pobrzmiewają jego echa. Umówmy się… zawiodłem, przegadaliśmy temat… decydujemy się dalej być razem to… czysta kartka. Tematu nie było… I nie twierdzę, że musi być jak dawniej. Być może nigdy nie będzie… ale dajcie nam szansę pokazać Wam, że nam zależy.

„Myślicie, że skoro już raz nas zdobyliście, to nie trzeba się już wysilać.” I to naprawdę ma dotyczyć tylko mężczyzn? Równie dobrze mógłbym „wrzucić” i Panie do jednego wora i zacząć zastanawiać się dlaczego, gdy związek już okrzepnie przestajecie o siebie dbać, dlaczego nie zakładacie dla nas seksownej bielizny, tylko przychodzicie do sypialni w starym dresie, dlaczego zamiast miłej, kochanej, i ciepłej zamieniacie się w złośliwą, zgorzkniałą i wiecznie narzekającą…

Mógłbym – ale tego nie zrobię… bo to bzdura! Tak bywa… ale to żadna norma! Tak samo jak normą nie jest fakt, że przestajemy starać się dla Was. Nie wiem na jakich facetów trafiacie, ale… cóż… ja chyba znam innych! Choćby wczoraj mój przyjaciel z wielkim zaangażowaniem i gorliwością przygotowywał prezent niespodziankę dla swojej żony z okazji siódmej rocznicy ślubu. Wyjeżdżają do Pragi… zaplanował wszystko… od romantycznego hotelu ze spa, przez codziennie dostarczane bukiety kwiatów, po kolacje przy świecach. Tyle tylko, że… jego żona też się dla niego stara. I on to docenia. Może zatem zamiast gderać – warto wyjść z inicjatywą. Nie tylko oczekiwać, a samemu wykonać ruch… oczywiście, można tkwić w zaklętym kręgu niezadowolenia, ale można też postarać się z niego wyrwać… Jestem przekonany, że każdy facet doceni to, że wyślecie dzieci do dziadków i podacie kolację w seksownej bieliźnie i szpilkach. Nie uwierzę, że taki wieczór upłynie na „kiepskim seksie, który kończy się wraz z naszym wytryskiem”.

„Poważne problemy i jasne komunikaty (których przecież tak od nas oczekujecie) zamiatacie pod dywan, licząc, że temat ucichnie lub problem sam się rozwiąże.”
A gdyby tak przefiltrować te „poważne problemy”? Gdyby nie wywlekać ich od razu jak tylko się pojawią? Gdyby… dać im okrzepnąć? Może następnego dnia to już nie będzie wielki problem? Może z nastaniem świtu rozwiązanie pojawi się samo? Drogie Panie, wbrew pozorom my też problemy mamy i… staramy się radzić sobie z nimi sami. Nie każdy wymaga konsultacji z Wami niczym sesji na kozetce u psychologa. Nie chcemy Was zadręczać każdą sprawą… Oczywiście po to jesteśmy w związku by z tymi prawdziwymi radzić sobie razem, by razem zmagać się z codziennością, a ta – jak wiadomo – nie zawsze jest słodka i przyjemna. Tyle tylko, że Wy drogie Panie bardzo często przekładacie uczucia nad zdrowy rozsądek, nie zawsze myślicie racjonalnie… a przez to nawet niepozorne kłopociki urastają dla Was do rangi życiowej katastrofy.

Same sobie odpowiedzcie, ile razy tak było, że to czym ostatnio tak bardzo się przejmowałyście okazało się totalną bzdurą na którą szkoda było Waszych nerwów. No? Ile…? Więc nie dziwcie się, że przyjmujemy Wasze „poważne problemy” na chłodno. Naprawdę chciałybyście, żeby Wasz facet wraz z Wami lamentował? Chciałybyście histeryzującego faceta? Nie lepszy taki, który… z pozoru się nimi nie przejmie, a w rzeczywistości da Wam czas…? Bo przecież kocha Was, wie, że jesteście silnymi, mądrymi kobietami i… z pewnością sobie poradzicie. Nawet jeśli chwilowo jest to dla Was koniec świata.

„Mówicie o zakładaniu rodziny, o priorytetach, o dzieciach, a potem macie pretensje, że odbiera wam się wolność.” Może zatem… nie odbierajcie nam tej wolności? Może warto porozmawiać – bo to właśnie brak rozmów jest najpoważniejszym błędem, rzutującym na związek. Tam gdzie jest rozmowa – można załatwić wszystko. Dwoje dorosłych ludzi zawsze jest w stanie się dogadać. A już dwoje kochających się… Może warto wyznaczyć granice – dać sobie przyzwolenie na bycie „królem życia”. Niech będzie tak, że w piątki po pracy – może spotkać się z kumplami przy piwie, może pograć w piłkę, albo… cały wieczór grać na konsoli. Sobotnie popołudnie należy do niej – może spotkać się z przyjaciółkami, może pójść do spa, albo spędzić wieczór z książką, kiedy on kąpie dzieciaki, zajmuje się nimi przez całe popołudnie. Wszystko jest kwestią rozmowy i ustalenia reguł. Bo przecież kochacie się, więc chcecie, żeby było Wam ze sobą dobrze. Całą rodziną… Wystarczy chcieć.

Czy coś z tej listy do mnie doleciało? Chyba tylko tyle, że ta lista powinna być spisem błędów popełnianych w związkach. Przez obie strony… A skoro masz okres… to… podać Ci termofor? Chcesz czekoladę? Zaparzyć herbaty?


Lifestyle

Jedno słowo może zepsuć komuś dzień, w najgorszym razie zniszczyć życie… Nie lepiej powiedzieć komuś coś miłego?

Maciej Rębisz Męskim Okiem
Maciej Rębisz Męskim Okiem
26 września 2017
Fot. iStock / Stockfinland

Wstrząsnęła mną sprawa czternastoletniego Kacpra. Chłopak popełnił samobójstwo, ponieważ zaszczuli go rówieśnicy. Tylko dlatego, że był inny… Nie! Wróć… inny to nie jest odpowiednie słowo. Był takim samym – normalnym – nastolatkiem jak jego koledzy. Może inaczej się ubierał, może bardziej dbał o siebie. Nazywano go gejem. Nie ma znaczenia, czy nim był. Liczy się fakt, że tak bardzo zatruto mu życie, że postanowił z nim skończyć.

Od kilku dni wielką popularnością cieszy się w Internecie fragment programu telewizyjnego w którym nieobyta w świecie dziewczyna wyznaje, że jej ulubionym gatunkiem ryb są… filety. Czytam komentarze pod tym filmikiem i … „kretynka” to jedno z najbardziej łagodnych określeń. Wylały się na nią takie wiadra pomyj, że niejeden by tego nie zniósł. Rzecz jasna stacja oczarowana popularnością filmu postanowiła opublikować kolejne fragmenty z „mądrościami” tej dziewczyny. Wszystko ku uciesze gawiedzi tak, by dziewczynę ośmieszyć jeszcze bardziej.

Kolejny przypadek to moja znajoma, która wzięła udział w innym programie telewizyjnym. To wspaniała, mądra, wrażliwa dziewczyna i jestem zaszczycony mogąc nazywać się jej znajomym. Może nieco zbyt wrażliwa, co rzecz jasna z całą brutalnością postanowiła wykorzystać stacja TV. To jak została przedstawiona w programie nie ma nic wspólnego z tym jaka jest naprawdę. A nie muszę chyba pisać, że nie przedstawili jej w korzystnym świetle. I znowu… w Internecie pojawiły się komentarze, które ranią.

Sam jakiś czas temu zostałem zakwalifikowany do programu telewizyjnego. Pierwszego dnia – jeszcze podczas castingu podpisałem w ciemno umowę, w której był zapis, że jeśli z mojego powodu zdjęcia nie zostaną dokończone, będę zmuszony ponieść karę finansową w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych. Podpisałem. Dopiero później okazało się, jak bardzo ten program jest reżyserowany i jak bardzo… nie podoba mi się sposób, w jaki chciano mnie przedstawić. Ja mam to szczęście, że pochodzę z prawniczej rodziny i… udało mi się „wymiksować” z tego programu. W przeciwnym razie też musiałbym się mierzyć z setkami nieprzychylnych komentarzy. Każdy mógłby mnie anonimowo i bez konsekwencji… obrzygać.

Zastanawia mnie dlaczego z taką łatwością przychodzi nam szastanie opiniami na temat innych. Dziwi mnie, że komukolwiek chce się tracić czas, by wypisywać komentarze pełne jadu. Nie jestem w stanie pojąć co to ma na celu? Przecież życie byłoby o wiele piękniejsze gdybyśmy pisali tylko słowa miłe – pochwały, wyrazu uznania, komplementy, a jeśli ktoś wyda nam się niesympatyczny, niezbyt bystry – spuszczalibyśmy na to kurtynę milczenia.

Nie mogę pojąć, co kieruje ludźmi, którzy wypisują w Internecie tak straszne rzeczy. Czy to poczucie frustracji, że komuś innemu się udało, a mnie nie? Czy satysfakcja, że oto pojawił się ktoś, kto jest być może głupszy od nas samych? Czy to nuda tak bezbrzeżna… Nie wiem! Przecież z nudów można zrobić dziesiątki dużo bardziej konstruktywnych rzeczy. A przy tym nikogo nie ranić.

Słowa, które rzucamy często bezrefleksyjnie mają olbrzymią moc. Nawet te wypowiedziane nieopatrznie mogą zniszczyć komuś życie. Rozumiem, że w Internecie nie dowiemy się, jaki przyniosły efekt. Chyba, że będzie on tak tragiczny jak w przypadku nastoletniego Kacpra. Jest dużo większa szansa, że to słów wypowiedzianych w życiu codziennym będziemy żałować. Słów, których, kiedy już pójdą w eter, nie da się odwołać czy zapomnieć. Takich, że gdy już padną – nic nie będzie takie jak przedtem. Tak jest – słowa mogą zniszczyć wiele. Nawet w miłości – bywają afrodyzjakiem, ale i katem dla uczucia.

Pamiętajcie o tym, że jeden pozornie niewinny, często w afekcie napisany komentarz, jedno słowo za dużo może w najlepszym przypadku zatruć komuś dzień, a w najgorszym – zniszczyć całe życie. I po co wam świadomość, że jesteście tego sprawcami? Nie lepiej napisać komuś coś miłego?