Lifestyle

Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy… Ślad po nich zaginął

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
27 października 2015
Fot, iStock/KristinaJovanovic
 

Idąc przez miasto, rozglądam się po ludziach i widzę chłopców pięknych, wypachnionych, zaczesanych, wyprasowanych. Dosłownie – widzę chłopców, a nie rasowych mężczyzn, typowych rycerzy, co za swoją księżniczką na białym koniu za siedem gór i rzek zawędrują. Trochę to smutne, bo nawet ci, którzy bujnym zarostem twarz zdobią, nie traktują go jak atrybut męskości, ale look, który idealnie pasuje do koszuli w kratę. Powoli jawi mi się obraz prawdziwego mężczyzny jako gatunku umierającego. Nie tylko ze względu na coraz delikatniejszy wygląd. Ugrzecznieni, wycofani, z nosem w elektronicznych urządzeniach, płaczą z bólu nad złamanym paznokciem lub plamą na sweterku w romby. Przesadzam? Trochę, ale mam powody, by narzekać na formę dzisiejszej „męskości”.

Hej, mała, bzykasz się?

Kobiety noszą spodnie, uderzają pięścią w stół, częściej rządzą mężczyznami w świecie polityki. W sumie to nie najgorzej, bo właśnie o to walczyły feministki, chcąc porzucenia jarzma kobiety udomowionej i zdominowanej. Przejmują stery w wielu dziedzinach życia uniezależniając się i odsuwając od często niezdecydowanych facetów. Przez przypadek odbierają im szansę nie tylko bycia równoprawnym partnerem, ale i bohaterem. Kiedyś obowiązywał rycerzy kodeks honorowy, którym posługiwali się jeszcze panowie – dżentelmeni – w okresie dwudziestolecia międzywojennego. A teraz?– „Hej mała, bzykasz się, czy trzeba z tobą chodzić?”. Zmieniają się czasy, zmieniają i ludzie, nie zawsze na lepsze. Coraz mniej w młodym pokoleniu tych dżentelmenów, coraz więcej podziału na „macho prostaków” lub tych, co w obawie o własną gębę, nie odważą stanąć w obronie zaczepianej kobiety.  

Kobieta mnie bije!

Nie będę skupiać się dosłownie na kwestii przemocy. Chodzi o coś innego, co rozkłada mnie totalnie na łopatki. Na przystanku w centrum miasta siedziała grupa chłopaczków w wieku gimnazjalnym siedziała zaprowadzając własne „porządki”. Rozrzucali butelki, pluli pod nogi innym ludziom łuskami po słoneczniku. Obok stała grupka dorosłych „mężczyzn”– zero reakcji. Zwyczajnie ręce mi opadły, bo ja będąc kobietą zareagowałam. Oni patrzyli niepewnie. Zrobić coś, czy nie zrobić? Takich mamy obecnie wielu facetów, bez odwagi cywilnej, bezradnych. I także oni dają przykład i przyzwolenie na zachowania, które kiedyś były nie do pomyślenia.

Kobieto, zdejmij spodnie, pozwól wykazać się mężczyźnie

Nic nie dzieje się bez przyczyny. Rozmawiałam jakiś czas temu z terapeutką o małżeństwach i owa psycholożka powiedziała coś, co mnie uderzyło: „A jak dzisiaj chłopcy mogą stać się mężczyznami, skoro to kobiety noszą spodnie? Kobietom tylko wydaje się, że robią to dla siebie, budują własną siłę, a to nie prawda. Dążąc do samowystarczalności, z pominięciem silnego męskiego ramienia działają na swoją niekorzyść, bo nie tylko pozbawiają się wsparcia, ale i zdzierają z facetów spodnie zwalniając ich z odpowiedzialności za swoją postawę”.

Przed oczami stanęło mi moje małżeństwo. Zrobiłam dokładnie to samo, co robią dziesiątki innych kobiet – zaczęłam pozbawiać mojego faceta męskości. I nie ja jedna dziwiłam się później, że wszystko muszę sama, on jest taki niedomyślny, leniwy i zupełnie do kitu. Nieprawda! A kobiety zapędzają się i dalej– nie tylko redukują męskość swoich facetów, ale robią to także swoim synom.

Ucz syna być mężczyzną!

Tak, w kwestii wychowania moich synów jestem staroświecka. „Dzień dobry, przepraszam, kobieta przodem” – to jedynie niektóre z haseł, które funkcjonują w naszym życiu na co dzień. Nauczę synów odsuwania krzesła, pomocy przy wkładaniu wierzchniego odzienia, kupowania kwiatów. Apeluję o to samo do innych matek – wymagajcie od dzieci. Może wtedy, w czasach deficytu dobrych wartości, zacznie się coś zmieniać na lepsze. Mężczyzna będzie mężczyzną z wychowania i z zachowania, bez względu na to, czy służy w armii, czy pracuje w księgowości. Synów nauczę o wiele więcej rzeczy, tak, by ich dziewczyny czuły się nie tylko bezpieczne, ale i kochane. Jako matka, nie chcę wstydzić się za mężczyzn, których wychowam.

PS: Jeśli znajdą się urażeni tym tekstem mężczyźni, powiedzcie mi o tym. Z radością przyjmę, że tych „prawdziwych mężczyzn” jest więcej, niż sądzę, tylko nie miałam szczęścia ich spotkać.


Lifestyle

„Tak wiele razy odchodziłeś tato, że dziś trudno mi uwierzyć, że tym razem odchodzisz już na zawsze”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 października 2015
Fot. Pixabay / CC0 Public Domain
 

Wyobrażałam sobie to nieraz. No wiesz, wyobrażałam sobie twoje odchodzenie. Moje życie utkane jest z wyobrażeń o tobie. Między miłością, złością, niezrozumieniem, prośbą. O–D–CH–O–DZ–E–N–I–E.

Pierwszy raz odchodziłeś, gdy miałam dwa lata

Zakochałeś się w Tamtej. Zobacz, nie wiedziałam. Mama wypełniła mnie obrazami wiele lat później. Gdy to już sama kochałam, zauroczałam się i zdradzałam. „Jesteś jak ojciec” mruknęła zrezygnowana.

Wróciłeś wtedy z wyjazdu. Był maj, w ogródku pachniał bez, mówiłeś mamie, że ją kochasz, mnie kochasz. Że tęskniłeś. Potem poszedłeś się kąpać. A ona rozpakowując ciebie znalazła listy do Tamtej. „Kocham”, „śnię”, „wciąż myślę” pisałeś. Może dlatego do tej pory nienawidzę słów, za dużo w nich banału, tak można oszukać nimi każdego.

Drugi raz odchodziłeś po tym, jak mnie pobiłeś

Bo źle chodzę po górach i nie umiem jeździć na rowerze. Widzisz, niewiele pamiętam. Moja głowa jest jak sito, wypływają z niej myśli, wypływają wspomnienia, z którymi zrobić nie mam za bardzo co… Podobno mówiłam o tym tej psycholog. Tej do której trafiłam w monologu: „Nie mogę kochać, nie chcę, nie umiem”. Ale podobno biłeś mnie długo, i mocno. Aż ktoś, z kim byliśmy, wtargnął do pokoju i powiedział: „Już za dużo”. Ciekawe czym się mierzy „za dużo”. I dlaczego nikt nie obronił mnie wcześniej. Wtedy sobie wyobrażałam, że odchodzisz. Zostawiasz mnie i mamę. Widzę nawet tę walizkę do której pakujesz ubrania, twoje plecy widzę i słowa słyszę. Oddycham.

No, ale cóż, nie odszedłeś.

Trzeci raz odchodziłeś, gdy byłam w liceum

 A ty wciąż dostawałeś szału. Że jestem za gruba, że kiepska z matematyki, że za dużo ludzi do mnie przychodzi, za często się całuje i za często kupuje ubrania. „On cię tak kocha” mówiła matka. Znalazłam więc miarę miłości. Wrzuciłam do niej kilka emocji: zazdrość, upokorzenie, ból, zranienie. I wyobrażałam, że ciebie już z nami nie ma. Że jesteś z tą swoją miłością do mnie, do niej daleko. I że już nas nie ranisz. Oddycham.

Czwarty raz odszedłeś, gdy rozwiodłeś się z mamą

Wtedy to było bardziej realne. Obca kobieta w naszym domu, jej ślady w ogrodzie, gdzie kiedyś kwitły bzy. Byłeś trochę smutny, bezradny, płakałeś. Mówiłeś do mnie: jesteś moją ukochaną kobietą. Choć przecież „ukochana” mościła sobie miejsce w szafkach mamy, suszyła sobie włosy przed jej lustrem i stopami stawała w wannie, którą godzinami szorowała mama, bo lubiłeś czystość. Kiepsko oddychałam.

Potem przestałeś odchodzić. Bo w końcu odeszłam ja

 Karmiłam się złością do ciebie, pielęgnowałam nienawiść. Nadałam jej nawet specjalnie imię: wolność.  Uwielbiałam mówić do ciebie; s p i e r d a l a j. I: s k o ń c z. Wychodzić trzaskając ostentacyjnie drzwiami twojego ekskluzywnego mieszkania w bardzo ekskluzywnej dzielnicy.  Nie widywać cię miesiącami. Tak, kiedyś zabił byś mnie za to. Ale przecież uwolniłam się od ciebie, od twoich pieniędzy, opieki, trzymała nas tylko ta dziwna miłość. Byłam kobietą podobną do tych, w których zawsze się kochałeś. Byłam ideałem. „Ależ ty masz piękną córkę” mówili twoi przyjaciele. Rosłeś. „Ależ ty masz córkę mądrą” mówili. Rosłeś. W buncie przeciwko tobie odnajdywałam seksualność. Uczyłam się, że moje za szerokie biodra doprowadzają do szału, uczyłam się, że rytm moich słów brzmi jak zaklęcie. Uczyłam się rozkochiwać, bo kochać  sama nie za bardzo umiałam. Przecież przy którymś twoim odejściu przysięgałam: nigdy kochać nie będę. Będę miała język, by czarować słowa, ręce, by dotykać, nogi, by uciekać, instynkt, by być czujniejsza niż matka. Będę lodem i niepokojem.

Ale widzisz, spotkałam Jego. Mężczyznę, który powinien mieć miliony córek, by kochać je i uczyć je dobrej miłości. By dawać im moc i siłę. By uczyć je, że ciało jest tylko obrazem, a każdą głowę da się wypełnić dobrymi myślami. Mężczyznę, który stworzyłby kobietę szczęśliwą, bo wolną. Jaka szkoda, że mamy tylko syna.

To on nauczył mnie kochać ciebie, zabrać wspomnienia złe i okrutne. Przyciągnąć te dobre. Tak, były dobre. Nauczyłeś mnie pływać, robić zadania z matematyki, i z fizyki, mówić po angielsku, walczyć o swoje, w górach oddawałeś mi ostatni kawałek czekolady, a kiedy dostałam pierwszy raz okres powiedziałeś, że to wspaniałe. Wysyłałeś mi pieniądze, przyjeżdżałeś, gdy płakałam w słuchawkę, a na moim ślubie przysięgałeś, że nigdy mnie nie opuścisz, a nasz pokój w hotelu obsypałeś kwiatami. Teatralna bywała twoja miłość, ty taki przystojny. „Boże, ale ty masz ojca” mówiła piękna stylistka, która tańczyła na moim weselu.

Widzisz historia twojej i mojej miłości jest tak samo straszna jak i piękna. Mogę odnaleźć się w historiach o ojcach potwornych. I w ojcach wspaniałych też się odnajduję. Sam rozumiesz, trudno utkać mi z tych opowieści prawdziwą siebie.

Trudno mi utkać prawdziwą siebie w twojej chorobie. Gdy moje wyobrażenia o twoim odchodzeniu zamieniają się w rzeczywistość. Gdy w bardzo strasznym szpitalu, w mieście K. siedzimy na fotelach. Snujemy historie codzienności. A ja patrzę na twoją pomarszczoną szyję, pomarszczone ręce, które kiedyś tak mnie kochały, ale też tak raniły. Gdy widzę twoje przemijanie, a moją siłę. Gdy pan szalony chyba krzyczy za ścianą o umieraniu, a ty już nie masz w sobie żadnej złości tylko kochasz tę młodą salową, bo tak czule, tak po ludzku jako jedyna uspokaja ból tego pana, który być może jest też twoim bólem. I bólem każdego samotnego człowieka w szpitalu.

Bo jesteś już trochę po tamtej stronie, a ja gdzieś pomiędzy. Z miłością, której nie miałeś, a którą ja mam, bo jestem dobra, czuła, delikatna. A w moim domu nikt za wiele nie krzyczy, nikt nikogo nie bije, ale przede wszystkim nikt się nie boi.

Jesteśmy na szpitalnym korytarzu bardzo idealnym obrazkiem. Mam blond włosy i delikatne rysy twarzy, trzymam cię pod rękę, obejmuje, śmieję się do ciebie, przytulam, i przynoszę kawę. Mój mężczyzna jest idealnym zięciem, taszczy gazety, głos ma mocny i spokojny. Głosem cię pociesza, podsuwa nazwiska kolejnych lekarzy.  Mój syn wtula się w twoje kolano. Walczymy. Wiem, że to czujesz. I jesteś szczęśliwy, bo podobno to właśnie bliscy liczą się w umieraniu, w odchodzeniu, w chorowaniu.

Jestem taką dobrą córką.

Czasem tylko budzą mnie sny. Że umierasz. A ja się cieszę. Że tańczę. Że oddycham. I już nie ma żadnego bólu w moim kochaniu.

PS. Drogi mężczyzno, zanim zostaniesz złym ojcem, przeczytaj ten list milion razy. Tak żebyś nie musiał przepraszać, czuć się winny. Żebyś wiedział, że każdy twój błąd ją rani…


Lifestyle

„Mojego dziecka nie będzie, nie mówcie, że jeszcze kiedyś urodzę!”. O bólu kobiety, która poroniła

Magdalena Modlibowska
Magdalena Modlibowska
27 października 2015
Fot. iStock

Umiera rodzic. Albo siostra. Albo bliski przyjaciel. Ogarnia cię smutek, a każdy wokół zdaje się emanować pełnym empatii zrozumieniem. Tracisz ciążę, to strata dziecka, ale otoczenie zdaje się zapadać na głuchotę i ślepotę. Jedni ludzie milczą jak zaklęci, bezczelnie zamiatając temat pod dywan. Inni pocieszają: „Przecież to była wczesna ciąża”, „Jeszcze urodzisz”, „Masz już dziecko”. Sama nie wiem, które reakcje są gorsze do zniesienia. Dlaczego nikomu nie przyszło do głowy, że oto umarło moje nienarodzone dziecko? A wraz z nim umarł kawałek mnie. Potrzebuję współczucia, zrozumienia, czasu na żałobę. Od tego momentu nic już nie będzie takie samo, ja też nie będę taka sama.

Wychowuję troje, urodziłam jedno, poczęłam czworo

Mam dzieci, których nie mam, bo straciłam je zanim przyszły na świat.

Pierwsza ciąża była niespodzianką, po 16 latach małżeństwa i dwóch adopcjach. Tak wielką niespodzianką, że przez 9 miesięcy zastanawiałam się, czy to prawda. Wszystko stanęło na głowie. Może ja jednak mam moc? Moc rodzenia dzieci. Przecież mam dowód. Urodziłam dziecko. A wraz z nim urodziłam wielką nadzieję.

W naszej rodzinie to mąż wymyśla imiona. Ma do tego talent. Już wcześniej mieliśmy wybrane imię dla chłopca, ale mnie dręczyła potrzeba imienia dla dziewczynki. Mówiłam: „Jak mogę czekać na kolejne dziecko przygotowana tylko na chłopca? Potrzebuję być gotowa również na dziewczynkę”. I wymyślił, piękne, wywodzące się ze słowa nadzieja. Dwa tygodnie później zrobiłam test. Czułam, że zobaczę dwie kreski. Jak mogłabym nie myśleć, że to dziewczynka? Zaczęłam tę ciążę z wielką arogancją. Przecież mam MOC! Co tam, że plamię od początku, moja mama też plamiła, to się zdarza. A położna sama mówiła, że każda ciąża inna. Zadzwoniłam nie tylko do położnej, jeszcze do przyjaciółek, rodziny… szczebiotałam szczęśliwa, jakie piękne imię będzie nosić nasza córka. Umówiłam wizytę u swojego lekarza, mówiłam z taką pewnością siebie, że nawet plamienie brzmiało radośnie. Wizyta i pierwszy zimny prysznic. Jest pęcherzyk, prawidłowo położony. „O zobacz, tutaj, ale…” – lekarz zamilkł, a ja chciałam go zabić wzrokiem, zanim nie usłyszałam „…jest za mały jak na ten tydzień i wydaje mi się, że jest pusty.” Czemu nie usłyszałam: „Wszystko będzie dobrze”?

Recepta na hormony, badania bHCG i mam dać znać, jak powtórzę je trzykrotnie. Do domu wracam późno, ale nie przeszkadza mi to rzucić się do internetu. Do rana już wiem wszystko o bHCG w poszczególnych tygodniach, o plamieniu, pustym pęcherzyku i… karmieniu piersią w czasie ciąży! Amplituda emocji jest ogromna, z aroganckiej pewności siebie spadam wprost do mysiej norki. Rano staram się normalnie wyprawić córki do szkoły, ale gdy półtoraroczny syn tradycyjnie przytula się na poranne mleczko, mam ochotę odciąć sobie piersi, byle tylko nie chciał ich ssać. Zaczynam panikować. Ukrywam się przed twarzami, głosami, telefonami. Drugi wynik nic nie pokazuje, zanim odbieram trzeci,  zaczynam mocniej krwawić. „Przykro mi”, słyszę od lekarza. Wtulam się w męża, widzę, że jest smutny. Ja zapadam się w poczucie winy. Nawet widok moich dzieci wywołuje we mnie jeszcze większe samobiczowanie: „Jak ja śmiałam liczyć na coś więcej?”. Wytykałam sobie wszystko, że karmiłam piersią, że powiedziałam innym, że jestem smutna, gdy patrzę na moje dzieci choć powinnam tryskać radością, że mogłam WIEDZIEĆ, że poronię.

W głowie pojawiły się twarze koleżanek, które wiem, że też traciły ciążę. Robię szybki przegląd, każda potem rodziła zdrowe dzieci. Zatem jest szansa. Rozmawiam z nimi, o wszystkim i o niczym, aż wreszcie pękam. „Poroniłam”, szepczę przez łzy. Słyszę różne pocieszenia, ale brakuje mi zwykłego: „Rozumiem, płacz, masz prawo”.

Straciłam dziecko, a razem z nim spontaniczność. Zaczęłam kontrolować dni cyklu, robić testy owulacyjne, współżyć z mężem w konkretne dni. Tak, współżyć, bo to już nie było kochanie się, nawet nie seks, tylko czynność prokreacyjna. Moim celem było zajście w ciąże, jak najszybciej. Teraz wiem, że chciałam tym zasłonić ból straty. Udało się po sześciu miesiącach. Test zrobiłam dopiero po 14 dniach spóźnienia miesiączki. Musztrowałam swoją cierpliwość w nadziei, że jeśli dłużej będę grzecznie czekać, to plamienie się pojawi, a ja nie będę mogła powiedzieć, że poroniłam, bo nie będę wiedziała, czy byłam w ciąży. Nie pojawiło się, ale dwie kreski tak. Siadłam obok męża i powiedziałam ostrożnie: „Udało się, teraz jest inaczej, będzie dobrze”. Moje życie zesztywniało. Nie schylałam się, nie biegałam, nie podnosiłam, nie robiłam nic.

Po dwóch tygodniach umówiłam się na wizytę u lekarza, żeby było jak najpóźniej, bo wtedy będzie wszystko wiadomo. Omijałam internet szerokim łukiem. Po skończeniu ósmego tygodnia wyraźnie czułam mdłości i senność. Przed snem snuliśmy z mężem wizję, szeptałam, że to będzie drugi syn. Tak czułam. Byle do czwartku, wieczorem wizyta. Rano obudziłam się z silnym bólem brzucha, w panice pobiegłam do łazienki sprawdzić, czy nie krwawię. Nie krwawiłam. Ale zanim z łazienki wyszłam, poczułam delikatną strużkę na udzie. Kolejną na policzku. Zadzwoniłam do najbliższej przyjaciółki, nie byłam w stanie nic powiedzieć, szlochałam coraz głośniej. Przyjechała, zajęła się domem, dziećmi, obiadem, ja leżałam. Krwawienie było słabe, więc do wieczornej wizyty żyłam z nadzieją.  Wróciłam załamana.

Obserwuję moje ciało, staram się je zrozumieć dlaczego odrzuca to, czego ja tak pragnę. Dlaczego moje dziecko nie zostanie we mnie. To okrutne, gdy wiem że poronię i tylko czekam, jestem jak kaplica, w której przechowuje się zwłoki. Po kilku dniach czuję silne skurcze w podbrzuszu. Rozpaczam głośniej tym razem. Rozpacz miesza się ze złością, ale już nie na siebie. Na innych, na los, na niesprawiedliwość. Przecież robiłam wszystko tak ostrożnie, bez arogancji. Płaczę głośno. Nie wiem, kto zaopiekował się moimi dziećmi, ale cieszę się, że nie muszę ich teraz widzieć. Mąż przytula, ale na niego też się wściekam, dlaczego jest taki spokojny, dlaczego nie rozpacza, dlaczego pozwala mi wyłączyć się z rzeczywistości, a sam tak mocno stąpa po ziemi. Mam gdzieś jego wsparcie i pocieszanie, chcę jego rozpaczy. Po kilku dniach rozpętuje się piekło bólu, bo do tego psychicznego dołączył fizyczny. Skurcze to jedno, ale widok jak razem z krwią ronię dziecko, przeraża mnie. Resztką władzy umysłowej proszę, żeby mąż zadzwonił po moją położną. Nie chcę szpitala, potrzebuję intymności mojego rodzinnego domu, ale potrzebuję też wiedzieć, że to co się dzieje jest… normalne…

Kilka dni bólu, kilka tygodni cierpienia, kilka miesięcy smutku

Ranią mnie słowa: „Przecież masz dzieci, czemu tak rozpaczasz?” Gdyby  jedno z żyjących dzieci umarło, to współczuliby mi ogromnie.  Zastanawiam się, jak sobie pomóc, jak przestać myśleć. Warsztaty, spotkania, kręgi kobiet. Dostaję współczucie i zrozumienie. Zaczynam dostrzegać słońce.

Boję się, że to jest już koniec i więcej szans nie będzie. Boję się, że znów zajdę w ciążę i poronię. Boję się, że jestem w tym całkowicie bezradna, tracę dzieci i nic nie mogę z tym zrobić.

Nie chcę parcia na kolejne dziecko, ale czy mam przestać marzyć? Chciałabym odzyskać radość spontanicznego seksu, życia. Nie chcę czekać i przeklinać każdej miesiączki. Mija rok. Skończyłam żałobę. Jest jesień. Czuję, że trzeba zrobić test, ale go nie robię. Czekam. Nie wiem na co. Boję się dowiedzieć, boję się kolejnej straty. Ten strach mnie przerasta, denerwuję się, że poronię, zanim potwierdzę ciążę. Paranoja. W końcu mąż prosi, żebym zrobiła test. Są dwie kreski. Teraz działam błyskawicznie, wizyta u lekarza za dwa dni, mam już pierwszy test bHCG. Wszystko jest w porządku. Zachowuję się normalnie, choć jestem w innym świecie. Pracuję, zajmuję się domem, bawię się z dziećmi. Ale jestem ubrana w strach, co chwilę sprawdzam w toalecie, czy nie ma plamienia. Potrzebuję uwierzyć. Ale strach nie odpuszcza. Najstarsza córka wchodzi cicho do sypialni, przytula się do mnie, pyta, czy jestem w ciąży? Zbaraniałam, ale odpowiadam szczerze.

„Wygląda na to, że tak.”

„To wspaniale! Dlaczego się nie cieszysz mamo? Przecież zawsze pragnęłaś mieć dużo dzieci.”

„Bo to bardzo wczesny etap i może się okazać, że jednak nie rozwinie się dalej moja ciąża”

„Rozumiem…  czy już tak było? Wtedy gdy byłaś taka smutna?”

„Tak…” – zaczynam płakać.

Co za rozmowa! Czuję jakbym dostała rozgrzeszenie, za pragnienie kolejnego dziecka. Ona to rozumie, dla niej to normalne. Następnego ranka zaczynam delikatnie plamić. Dzwonię do przyjaciółki, krzyczę i płaczę równocześnie, przyjeżdża mąż, jedziemy do lekarza natychmiast. Z cierpliwością tłumaczy, że ciąża rozwija się prawidłowo, ale jest krwiak obok, to on zapewne krwawi. Dociekam, męczę go pytaniami. Teraz potrafię być wdzięczna, że wtedy był tak bardzo stanowczy w swoim „nie wiem”. Nie dawał nadziei, ale też jej nie odbierał. Żyłam myślą o prawidłowo rozwijającej się ciąży, świat się zatrzymał. Zaklinałam się, że zniosę wszystko. Ale w podtekście był warunek – byle urodzić to dziecko. Następnego ranka zaczęłam czuć skurcze, uciekłam do łazienki, widziałam i wiedziałam co się dzieje, wrzeszczałam. Była moja mama, tuliła, była ze mną. Wrzeszczałam coraz głośniej, to nie był płacz. To był ryk rozpaczy, czułam jakby rozdzierały mnie te wszystkie razy. Siedziałam w wannie, nie mogłam się pogodzić z tym co widziałam. Chciałam umrzeć…

Wyłączam się

Z nienawiścią patrzę na toczące się w rodzinie życie. Każdy obchodzi mnie jak śmierdzące jajko. Nie ma rozmów, nie ma tematu. Nie mam siły iść choćby do łazienki, ale przecież dzieci, śniadanie, mąż idzie do pracy. Lekarz potwierdza, że macica jest dobrze oczyszczona, mam wracać do normalnego życia. Jakby moje było nienormalne. Koleżanki udają, że nic się nie stało. Nawet te, które to przeżyły mówią: „Przecież masz dzieci, nie ma co rozpaczać.” A ja po prostu potrzebuję zrozumienia, umarło kolejne moje dziecko. Żal tej straty nie zmniejsza miłości do tych dzieci, które są ze mną. Po prostu potrzebuję czasu żałoby.

Warunkiem udanego wejścia w adopcję jest przepracowanie straty biologicznego dziecka. Zrobiłam to lata temu. W teorii. Teraz doświadczyłam tego w praktyce. Poznałam cierpienie i rozpaczliwy żal. Pozwoliłam sobie na wejście w ten czarny stan bólu po czubek głowy. Dzięki temu, że mam dzieci zrozumiałam jak to jest silne uczucie. Patrzyłam na nie, wiedziałam, że są moim szczęściem, ale rozpacz zamroziła radość na jakiś czas. Kocham całym sercem dzieci, które są ze mną. I całym sercem tęsknię za tymi, których nie ma.

Strata to strata

Ostatnio w moim życiu dzieje się wiele dobrych rzeczy, ale wielkich zmian. Moja superwizorka mówi, żebym pamiętała o żałobie, o czasie jaki powinnam sobie dać na pożegnanie się z tym co odchodzi, bo każda zmiana, nawet na lepsze jest stratą tego co było, co było nasze, oswojone. Ależ ja to doskonale rozumiem. Każda strata boli i potrzebuje czasu żałoby. Czy to jest strata marzenia o biologicznym dziecku, czy poronienie ciąży w 6 czy 12 tygodniu, czy strata bliskiej osoby. Każda z nas ma prawo do cierpienia na miarę swojej straty.


Zobacz także

To, jak będziemy żyć, zależy wyłącznie od nas. Nie wierzysz? Obejrzyj ten wyjątkowy filmik

nie oceniać

Czy można nie oceniać ludzi?

październik