Lifestyle

Feministka ze mnie taka, jak z Pani Premier fashionistka… Jest w „feminizmie” coś takiego, co odstrasza nawet kobiety

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
12 lipca 2016
fot. iStock/ wundervisuals
 

Nigdy nie należałam do dziewczyn, które wolały dresy i czarne glany, a na przerwach w szkole wołały, że chłopacy są im do niczego nie potrzebni. Marzyłam o wielkich miłościach, stop – jednej miłości, pięknych rozkloszowanych sukienkach i ogromnej kuchni w wielkim domu z ogrodem, gdzie każde śniadanie dla mnie i ukochanego byłoby idealne. Daleko było mi do typowej feministki, która na każde z powyższych marzeń stwierdziłaby, że nie szanuję samej siebie. Jednak czy feminizm oznacza ciągłe chodzenie w spodniach i samotne życie?

Kilka tygodni temu w sieci pojawiła się nowa wersja teledysku do kultowej piosenki Spice Girls, „Wannabe”. Śpiewające i tańczące dziewczyny po kolei odkrywają ogromne napisy, które przedstawiają postulaty do świata dotyczący kobiet. Bo przecież wszystkie chcemy równego dostępu do edukacji, tak samo wysokich płac jak faceci, zaprzestania przemocy wobec piękniejszej płci czy zaprzestania ślubów dziewczynek z dorosłymi mężczyznami, które może nie dotykają nas bezpośrednio. #WhatIReallyReallyWant odniosła ogromny sukces i poruszyła najtwardsze serca w bardzo dobry marketingowy sposób. Chcąc nie chcąc, to właśnie tak trzeba aktualnie kierować uwagę współczesnych młodych kobiet na dotyczące je problemy.

Nie jestem zbytnio odporna na reklamy, a czasami wręcz wydaje mi się, że można mi wcisnąć każdy ładnie opakowany słoik pełen niczego. Nic dziwnego, że tak bardzo spodobała mi się kampania z piosenką pięknych Brytyjek. Oprócz maltretowania mojej przyjaciółki pseudo śpiewaniem „Wannabe”, w głowie zostało mi jeszcze ziarenko niepewności – czym tak właściwie jest ten feminizm? No bo skoro ja też chcę zarabiać tak dobrze jak faceci pracujący na tym samym stanowisku, ale też nie wyobrażam sobie, żeby przemoc wobec kobiet nie była karana, to może też jestem trochę feministką?

Jest coś w medialnym przekazie dotyczącym potomstwa sufrażystek, co odstrasza nawet kobiety. Króluje przecież obraz zaniedbanej, ubranej po męsku baby, która nie pójdzie do SPA, ale na manifestację już tak. Pewnie tak jak zdolność do kochania samej siebie, tak i pierwiastek feminizmu pochodzi z domu rodzinnego. W moim przypadku był to dom pełen miłości, w którym tata pomagał mamie, a mama tacie. Dziś z rozbawieniem wspominamy momenty, w których tata pracował całymi dniami, więc to mojej rodzicielce przypadła zaszczytna funkcja wbijania nowych gwoździ czy skręcania nowego łóżka. Tata za to robił najlepszą zapiekankę ziemniaczaną na świecie i był maniakiem czystości. Totalne równouprawnienie, a jednak ze mnie feministka taka, jak z Pani Premier fashionistka. Może w tym wszystkim chodzi po prostu o szacunek?

Nie każda z nas w dzieciństwie chciała być księżniczką, niektóre wolą być hot dogami, tak jak pięcioletnia Aisney, która w bajkowym tygodniu nie wybrała błyszczącej sukienki, tylko strój bułki z parówką. Wiecie co jest najpiękniejsze w tej historii? Nikt nie miał nic przeciwko temu. Mała dziewczynka mogła być kimkolwiek chciała, tak jak w tej reklamie. Dorosłe feministki pewnie są z niej dumne, bo przecież nie można wciskać wszystkich w te same ramy i dzielić na różowe czy niebieskie. Rozumiem to doskonale, bo sama nie lubię ciasnych stereotypów. Ale czy w takim razie nie mogę czuć się dobrze w roli tej dziewczyny, która rano wstaje wcześniej, żeby zrobić swojemu facetowi obiad do pracy i obudzić go zapachem świeżo mielonej kawy?

Nic nie jest białe albo czarne. Żyjemy w świecie, którego ulubionym kolorem jest szarość, bo to właśnie dzięki niej wiele osób może spotkać się pośrodku i pójść na kompromis. Przez kilka lat pracowałam w sporcie i doskonale wiem, że niejednokrotnie kobiety muszą ciężej pracować, żeby udowodnić jak bardzo wartościowymi pracownikami są. Z drugiej jednak strony, uwielbiam czekać na ukochanego z późną kolacją, bo sama dobrze wiem, jak miło jest, gdy ktoś na ciebie czeka w domu i zrobi coś miłego. Może więc pora na umiarkowany feminizm?


Lifestyle

Niekończący się test na macierzyństwo… Po dwóch latach i trzech miesiącach od złożenia papierów adopcyjnych Monika została mamą

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
12 lipca 2016
niekończący się test na macierzyństwo
Fot. iStock / golero
 

– Zadzwonili we wtorek około 11:00. Byłam akurat w pracy i kiedy zobaczyłam na telefonie „ośrodek adopcyjny”, musiałam usiąść. Usłyszałam, że jest chłopiec, wiek około 9 miesięcy. Nie mogłam dodzwonić się do męża. 15 minut – jedne z najdłuższych w moim życiu. W pracy już nic nie byłam w stanie zrobić. Pojechaliśmy do ośrodka. Dowiedzieliśmy się, że to szóste dziecko 24-letniej kobiety, z pewnością alkohol był tam codziennością….

Zawsze gdzieś z tyłu głowy miała, że jak nie będzie mogła mieć własnego dziecka, to adoptuje to, które czeka na miłość. Tak pomyślała po pierwszym poronieniu. Przeszło jej przez myśl, ale to nigdy nie jest prosta decyzja, zawsze chcesz walczyć. Nie ty jedna poroniłaś, nie ostatnia, a jednak kobiety rodzą dzieci, zachodzą w ciążę, zostają szczęśliwymi matkami.

Monice nie było to dane. Poronienie. Leczenie niepłodności. Wszystko bez efektów, na jakie czekali. Nie mogli mieć dzieci w sposób naturalny. Zaryzykowali in vitro. Kilkadziesiąt tysięcy wywalone w błoto. Na to in vitro nie było ich tak po prostu stać. To zawsze okupione było dużymi wyrzeczeniami.

Może ktoś by się poddał. Powiedział – natura zadecydowała, nie będziemy rodzicami, nie będę matką. Monika: – 31 lipca 2013 roku złożyłam papiery w ośrodku adopcyjnym. Miałam wszystko przygotowane, kobiety z ośrodka były zaskoczone, że zadbałam o każdy szczegół.

Nie przeszli testów psychologicznych. – Oblaliśmy. Wyszło, że ja przejściach nie jestem gotowa na posiadanie dziecka. A mój mąż w ogóle nie chce mieć dzieci. Wysłali nas na terapię.

Walczysz o własne dziecko. Już nie wiesz, czy coś jest w stanie bardziej cię złamać, niż kolejna strata, kolejna nadzieja wyrzucona na śmietnik. W głowie rozbrzmiewa ci tylko chichot losu: „Masz takie marzenie? Chcesz zostać mamą? Hahahaha, a wiesz, że marzenia się nie spełniają”. Monika przekonywała się o tym kilkukrotnie. Choć bardzo emocjonalna, nigdy ze swoimi uczuciami się nie obnosiła. Wszystko, co w niej niszczyły kolejne nieudane próby trzymała w sobie.

– Posypałam się na terapii. Przez osiem miesięcy, co tydzień na każdej wizycie płakałam. Wypłakałam chyba wszystko to, co trzymałam przez tyle lat w środku. Nie mówiliśmy tylko o dziecku, o macierzyństwie, którego nie mogę doświadczyć. Sięgaliśmy do wielu obszarów… Terapia pomogła mi uporać się z wieloma rzeczami, które w sobie nosiłam. Pozwoliła zrozumieć. Dzisiaj wiem, że wtedy nie byłam gotowa na adopcję. Chciałam zaszyć dziurę po tych wszystkich nieudanych próbach. Mieć dziecko udowadniając, że mogę być matką. A przecież nie o to chodziło.

Oboje przeszli terapię. Podeszli do kolejnych testów psychologicznych, to one miały wykazać, czy nadają się na rodziców.

– Pamiętam, jak go przyniosły, chłopca, który mógł zostać moim synem. Nie mogłam wziąć go na ręce. On siedział i rozglądał się dookoła, uśmiechał się. Dopiero kilkanaście minut później przeszliśmy do innego pokoju. Tam w obecności trzech kobiet – dyrektorki domu dziecka, psycholog i prawnego opiekuna Franka, mogłam się nim zająć. Tylko jak zająć się nieznanym dzieckiem, kiedy trzy kobiety na ciebie patrzą i wiesz, że od tego, jak się zachowasz, jak mały zareaguje, one będą decydować, czy nadajesz się na jego matkę.

Na cenzurowanym, niekończący się test na macierzyństwo…

… A przecież matkami stajemy się naturalnie, nikt nie pyta cię przed porodem: „Czy jest Pani gotowa?”, nikt nie ocenia, czy się nadajesz. Jesteś w ciąży, rodzisz, jesteś matką. Koniec. Nikt nie patrzy, jak karmisz dziecko, jak je przewijasz, czy kąpiesz w dobrej temperaturze wody. Nikt ci nie powie: „Nie wyciąga do Pani rączek, dziękujemy. Następna proszę”.

A co, gdy matką tak bardzo chcesz zostać. Gdy wiesz, że nie zaleje cię fala ciepła, kiedy położą ci dziecko na piersi, a ty ujrzysz je po raz pierwszy. Takie małe, bezbronne i umęczone trudem przyjścia na świat.

Moniki decyzja o macierzyństwie musiała rozegrać się za zamkniętymi drzwiami sypialni, w nocy, w rozważaniu między „tak” a „nie”. W zastanawianiu się, czy moje dziecko dotknięte jest chorobą alkoholową. I czy to, że w wieku dziewięciu miesięcy tylko siedzi, jest normalne. Bo chyba powinno raczkować, stawać? I te rączki tak zaciska mocno…

To walka między sercem a rozumem. – W ośrodku adopcyjnym wypełniasz taki formularz. Piszesz, jakie chciałabyś dziecko. My chcieliśmy takie, które nie skończyło jeszcze roku. Bez znaczenia, czy chłopiec czy dziewczynka. A tam możesz nawet zaznaczyć kolor oczu, włosów, czy mają być proste czy kręcone. Nam pokazali Franka…  Zadzwoniłam do ośrodka, że za tydzień przyjedziemy do niego znowu. Nie mogliśmy inaczej.

Jeździli po pięć, sześć razy w tygodniu. Popołudniami. Pracodawcy bez problemu pozwalali im rozpisać urlopy na godziny. Dla nich tak cenne, bo spędzane z Frankiem w domu dziecka. Kąpali go, karmili, uczyli się siebie. Z czasem pozwalano im zostać tak długo, aż Franek nie zasnął. – Wtedy wracaliśmy spokojni, bo mieliśmy takie poczucie, że jest mu dobrze.

Franek z wizyty na wizytę robił postępy, rozwijał się. Zaczął stawiać pierwsze kroki, dzisiaj już rączki zaciska rzadko. Jest wesołym, żywym dzieckiem ciekawym świata.

Fot. iStock / RyanJLane

Fot. iStock / RyanJLane

Po dwóch latach i trzech miesiącach od złożenia papierów adopcyjnych Monika została mamą. Mamą Franka. Nie opowie mu, jak się urodził i jaki był pomarszczony, kiedy pojawił się na świecie, ale będzie mu opowiadać o dniu, kiedy go pierwszy raz zobaczyła. Kiedy pokochała go bez reszty, kiedy poczuła, że jej marzenie jednak się spełnia, ich wspólne marzenie do stworzenia rodziny, w której słychać śmiech i płacz dziecka. O tym najszczęśliwszym dniu w jej życiu, kiedy Franek pojawił się na ich drodze.

Monika: – Znajomi mówią, że jesteśmy bohaterami. Ale ja nie czuję się bohaterką, w ogóle. Bohaterem nazwałabym tych, którzy pomimo tego, że mają własne dziecko, adoptują inne. Nam nie dano wyboru, decyzja mogła być tylko jedna.

Dzisiaj po głowie zaczyna się jej błąkać myśl o rodzeństwie dla Franka, żeby on już nigdy nie został sam. Kiedy powie mu o adopcji? Kiedy przyjdzie na to czas, bo wie, że on powinien znać prawdę.

Ale teraz jest czas na miłość, na szczęście, na zabliźnianie się ran, które są i w Monice i we Franku. Mają siebie. Są w trójkę. Są rodziną. Wygrani, po walce, którą przeszli, która nie raz każdemu z nich odbierała nadzieję na szczęśliwy dom.


Lifestyle

Niekochani dorośli – jak brak miłości w dzieciństwie wpływa na nasze życie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
12 lipca 2016
Fot. iStock/Thomas_Zsebok_Images

Dzieciństwo to okres, w którym bardzo często decydują się sprawy tak ważne, jak kształt naszych relacji z bliskimi w dorosłym życiu. Szczęśliwy start, dorastanie w poczuciu akceptacji i miłości jest najlepszym co możemy dostać od rodzinnego otoczenia. Niekochane dzieci wyrastają często na niepotrafiących kochać (również siebie) dorosłych. To „nieumiejętne kochanie” unieszczęśliwia i sprawia, że bardzo trudno im ułożyć sobie życie.

Niekochane dziecko to:

Dorosły, który nie potrafi poradzić sobie z poczuciem wstydu

Wychowywał się w przekonaniu, że coś musi być z nim „nie tak”: nie zasłużył przecież nawet na miłość rodziców. Mama i tata to (niezależnie od tego jacy są) w dziecięcym świecie fundament, ostoja, bezpieczny port. Niekochane dziecko rośnie w przekonaniu, że to, co od nich dostaje, powinno mu wystarczać. Nie rozumie jeszcze skąd bierze się ciągle poczucie osamotnienia.

Dorosły wie już jak powinny wyglądać prawidłowe relacje w rodzinie i odczuwa wstyd, z tego powodu, że doświadczył czegoś zupełnie innego, czegoś, co prawdopodobnie sam piętnuje. Żyje w poczuciu tęsknoty za czymś, co się nie wydarzyło: za bezpieczeństwem wypływającym z przekonania, że jest się kochanym. Ale w głębi duszy i tak uważa, że nie zasługuje na miłość.

Dorosły, który nie potrafi zaufać

Ludzie, którzy mają dobre relacje z rodzicami wierzą w miłość i rozumieją, że nad związkiem z bliską osobą trzeba stale pracować, trzeba się starać. Dorośli niekochani w dzieciństwie nie potrafią się odnaleźć w sytuacji, w której ktoś obdarza ich bezwarunkową miłością. W najszczerszym uczuciu doszukują się fałszu, podejrzewają kłamstwa, zdrady i oszustwa.

Dorosły wymagający od siebie zbyt wiele

Jeśli otrzymałeś w dzieciństwie wsparcie, jeśli mówiono ci, że dzięki swojej pracy i talentowi jesteś w stanie spełniać swoje marzenia, jeśli uczono cię, że każda porażka to błogosławieństwo, dzięki któremu dowiadujesz się czegoś o sobie i zdobywasz doświadczenie – jako dorosły będziesz potrafił ocenić ryzyko i sens podejmowanych przedsięwzięć. Ci z nas, którzy jako dzieci ciągle słyszeli tylko, że „nie dadzą rady”, „są głupi, niezdolni, leniwi” i „do niczego się nie nadają” mają wobec siebie często bardzo wysokie, wręcz nierealne oczekiwania. Są wymagający do bólu: wymagają, choć wiedzą, że czemuś prawdopodobnie nie podołają. Podejmują jednak wyzwanie z dwóch powodów: po to by choć na chwilę udowodnić sobie (a także, nieświadomie, rodzicom), że jednak są coś warci; oraz po to, żeby udowodnić sobie (w razie porażki), że rzeczywiście są do niczego. W tym ostatnim wypadku, łatwiej im wytłumaczyć sobie fakt, że nie otrzymali od rodziny miłości i akceptacji.

Dorosły, który ma problem z tolerancją

Problem ten może się objawiać w różny sposób: od wycofaniem i niechęcią w stosunku do nowych znajomości, albo nawet tak skrajnymi postawami jak homofobia czy ksenofobia. Wynika z głęboko zakorzenionych kompleksów i nienawiści do samego siebie. Niekochany dorosły bardzo długo przekonuje się do nowych przyjaciół czy sąsiadów, lub odwrotnie – (pozornie) wita ich z przesadną życzliwością, a niechęć dusi w środku, czując, że jest to niewłaściwe.

Dorosły zbyt impulsywny lub zbyt wycofany

A przede wszystkim niepewny czy zachowuje się tak, jak powinien. Niekochany w dzieciństwie dorosły emocjonalnie przypomina rozbitą na maleńkie kawałki filiżankę z porcelany. Stale próbuje zdobyć czyjąś akceptację, miota się więc działając raz spontanicznie i bardzo impulsywnie, raz chowając się do swojej żółwiej skorupki.

Ktoś, kto wychował się w emocjonalnej chłodni i nie doświadczył miłości rodziców, nie został wyposażony w fundament, potrzebny do stworzenia dobrych, naturalnych relacji z innymi ludźmi. Ma problem z odróżnieniem co jest w takich relacjach „normalne”, a co poza normę wykracza. Prowadzi zazwyczaj chaotyczne, niepoukładane życie, często także ucieka w świat fantazji.

Miłość jest najlepszą inwestycją jaka możesz podarować swojemu dziecku.


Zobacz także

On nie rozumie albo nie chce. I nie widzi, że żyją praktycznie osobno. Tak wyglądaj codzienność większości związków

Jak długo trzeba ćwiczyć, aby osiągnąć taki efekt? Niesamowity taniec

Dlaczego się poddajesz? 5 najczęstszych powodów, z którymi każdy powinien się zmierzyć, jeśli chce żyć szczęśliwie