Lifestyle

Gwiazda „Przyjaciółek”: Dzieci w obozie dla uchodźców są niesamowite – nie ciągną cię za rękę i nie krzyczą: ”Daj!”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 października 2021
Agnieszka Sienkiewicz
 

– Było trudno. Przez pierwsze dwa dni płakałam. Najbardziej uderzyło mnie to, że te małe dzieci, które już urodziły się w obozie, i innego życia nie znają, chodzą uśmiechnięte i są niezwykle otwarte, życzliwe. Potrafią bawić się dosłownie wszystkim, co mają akurat pod ręką – butelką, kawałkiem patyka, pięcioma kamykami. Znajdują popsuty wózek? Wożą się na nim nawzajem jak na taczce. Znajdują stary materac? Skaczą na niego jak na trampolinie. To jest niezwykle jak te dzieci adoptują się emocjonalnie do sytuacji – mówi Agnieszka Sienkiewicz, gwiazda „Przyjaciółek”, która zdecydowała się wyjechać, by pomagać uchodźcom na wyspie Lesbos. Czego się najbardziej bała i co widziała tam na własne oczy?

Co zadecydowało o tym, że postanowiłaś pojechać na wyspę Lesbos, by przez pięć dni pomagać uchodźcom z Syrii, Afganistanu, Konga, Ghany, Pakistanu?

– Od dawana o tym myślałam. Ale teraz uznałam, że kiedy my w Polsce jesteśmy tak bardzo straszeni uchodźcami, to muszę jechać. Chciałam pokazać, że TO SĄ LUDZIE postawieni w tragicznej sytuacji. Konkretni, z krwi i kości! Z uczuciami i swoją często dramatyczną historią! Jest matka, ojciec i dziecko, którzy uciekają przed mordem, głodem, prześladowaniem… Wierzę, że jak opowiem o konkretnych potrzebujących pomocy ludziach, to dam sygnał, że jakaś siejąca postrach masa, ale ludzie, których nie trzeba się obawiać.

Nie wolałaś jechać na granicę Polsko-Białoruską, by próbować tu bliżej pomagać?

– Nie wiem, jak tu mogłabym pomóc, nie zastałabym przecież wpuszczona. A ludzie? Wszędzie są tacy sami! Tam też potrzebują pomocy!

 

Czy ty, mama dwóch małych dziewczynek, nie bałaś się tam jechać?

– Bardzo ufam prezesowi fundacji „Dobra Fabryka” – Mateuszowi Gasińskiemu. Współpracujemy razem już trzy lat. Oni podejmują bardzo konkretne działania w Bangladeszu, Grecji czy Kongo, a mnie dodatkowo bardzo się podoba, że każdy człowiek, robiąc przelew, dokładnie wie, na co idą jego pieniądze. W ich charytatywnym sklepie – dobroczynne24 – można wrzucić do koszyka na przykład: płaszcz przeciwdeszczowy dla uchodźcy, ciepły posiłek dla niego, czy najbardziej potrzebne lekarstwa. I właśnie Mateusz powiedział mi: „Ty nie musisz się niczego bać, nikt ci krzywdy tam nie zrobi!”

Nie mylił się?

Nie! Teraz w obozie są cztery tysiące osób i wolontariusze z kilku organizacji. Już po pierwszym dniu na Lesbos czułam tylko życzliwość i otwartość, i ani przez sekundę krzywego spojrzenia. Wszyscy byli bardzo gościnni, a nie chodziłam w żadnej obstawie. Kiedy odwiedzałam ich namioty, natychmiast proponowano mi kawę albo herbatę. Z ręką na sercu, miałam tam milion innych emocji, ale nie strach.

Nie obawiałaś się zostawić córek w Polsce?

– Ależ moje dzieci mają dwoje rodziców! Mają wspaniałego tatę, który jest zaangażowany w opiekę nad nimi równie mocno, co ja. Nie gniewaj się, ale w takich samych sytuacjach nikt nie spyta mężczyznę, czy nie obawiał się zostawić dzieci w domu z żoną!

Oczywiście! Ale my, matki, same nie dajemy sobie szansy na to, by zostawiać własne dzieci i pomagać innym. Kulturowo jesteśmy przyzwyczajone do tego, że opieka nad ogniskiem domowym to nasz święty obowiązek.

– Oczywiście nagotowałam im tonę obiadów. (śmiech) Zupełnie niepotrzebnie, bo mój mąż i niania świetnie sobie poradzili. Do tego jest też babcia. A sześć dni bez mamy, to przecież nie jest żadna trauma dla dzieci. To nie był pierwszy raz, kiedy zostały bez jednego z rodziców. Powiem ci, że ja tak naprawdę najbardziej bałam się konfrontacji ze swoimi emocjami, z uczuciem bezsilności wobec nieszczęścia dzieci.

Poradziłaś sobie?

– Było trudno. Przez pierwsze dwa dni płakałam. Najbardziej uderzyło mnie to, że te małe dzieci, które już urodziły się w obozie, i innego życia nie znają, chodzą uśmiechnięte i są niezwykle otwarte, życzliwe. Potrafią bawić się dosłownie wszystkim, co mają akurat pod ręką – butelką, kawałkiem patyka, pięcioma kamykami. Znajdują popsuty wózek? Wożą się na nim nawzajem jak na taczce. Znajdują stary materac? Skaczą na niego jak na trampolinie. To jest niezwykłe, jak te dzieci adaptują się emocjonalnie do sytuacji.

Zdjęcie zostało zrobione za zgodą znajdujących się na nim osób. Archiwum prywatne Agnieszki Sienkiewicz

A jak jest w przypadku nastolatków?

– Oni mają już świadomość, jak może wyglądać życie poza obozem. Rozmawialiśmy z dwunastoletnim chłopcem Hamedem, powiedział wprost: „Strasznie nie chcę tutaj być. Tu jest tak okropnie”. Siedemnastoletni Ahmed z Afganistanu sam wyszedł z inicjatywą, że będzie uczył inne dzieci języka angielskiego. On właśnie opowiadał nam o nocnej przeprawie przez morze pontonem, jako o najgorszym wydarzeniu w swoim życiu.

Pamiętajmy, że większość osób, które decydują się na taką ucieczkę, nigdy nie widziało morza. A jednak, choć nie potrafią pływać, podejmują to ryzyko. Jedna kobieta płynęła sama z trójką dzieci, dopłynęła sama Wszystkie jej dzieci utopiły się na morzu! Ja się pytam: ile ta kobieta musiała mieć w sobie lęku o życie i determinacji, że podjęła takie ryzyko? Jak ona ma teraz żyć po tym wszystkim?

Nie potrafiłaś powstrzymać łez?

– Kiedy pierwszego dnia byliśmy w afrykańskiej części obozu, zobaczyłam tam nieprawdopodobną wręcz apatię w oczach matek. To były oczy puste. Pogrążone w jakiejś beznadziejności. W depresji! Te kobiety wiedzą, że spędzą tu lata i być może nic na lepsze się dla nich nie zmieni. Pytasz: „Czego potrzebujesz?”. A one niemal nie reagują. Odpowiadają zrezygnowane, zastygłe w jakimś stuporze: „Ja nic nie chcę!”.

Im już nie chce się żyć! A obok tych kobiet biegają ich niczego nieświadome dzieci. Bo one nie znają innego życia niż to w obozie. W części gdzie przebywają afgańscy uchodźców, kobiety z wręcz obsesyjnie dbają o czystość. Ich córeczki uczesane są pod linijkę. One same też często są bardzo schludne. A przecież oni myją się w miskach, nie mają bieżącej wody. W tych okropnych warunkach próbują zachować godność.

Bolało cię to, że nie wszystkim możesz pomóc?

– Spotkaliśmy kobietę, która kuliła się i płakała przed swoim namiotem, a mąż tulił ją w ramionach. Ona nie chciała powiedzieć, co się dzieje. Dowiedzieliśmy się tylko, że boli ją brzuch. Następnego dnia przywieźliśmy jej lekarstwa. Kobieta trochę nam już zaufała i wtedy dopiero wypłakała słowa, z których wynikało, że jej malutka córeczka miała tego dnia zdiagnozowany autyzm. Jaka przyszłość czeka takie dziecko w obozie? Znaleźliśmy tam wiele dzieci, którym nie potrafiłyśmy pomóc. Z epilepsją, upośledzonych umysłowo. Czasem nie dostają lekarstw, muszą czekać w kolejce na zorganizowanie podróży do specjalisty do Aten. To trwa.

Te obrazy muszą być starsze!

– Widziałam taki obraz – trzyletnią dziewczynkę, która była ubrana w piękną cekinową opaskę i śliczną plisowaną, różową spódniczkę, którą dostała z darów. I ona boso biegnie wśród tych rozpadających się namiotów, wśród tego brudu, wśród drutu kolczastego. Połącz to teraz w swoim umyśle. Te cekiny z biedą okropną. Dzieci w obozie są niesamowite – nie ciągną cię za rękę i nie krzyczą: ”Daj!” Absolutnie nie!

Co w obozie uchodźców jest teraz najbardziej potrzebne?

– Dobra Fabryka współpracuje na miejscu z dwójką Greków: Nikosem i Kateriną. Ich historia jest taka, że kiedy w 2014 roku zaczęli na wyspę przypływać uchodźcy, oni postanowili im pomóc. Restaurację dla turystów przekształcili w zwykłą kuchnię. Po prostu zaczęli karmić uchodźców. Obecnie pomaga im kilkoro wolontariuszy: Wspólnie udaje im się wydawać ponad 800 posiłków dziennie. Gdyby pozwoliły fundusze mogliby robić ich nawet trzy, cztery razy więcej. Oczywiście rząd grecki zapewnia w obozie jedzenie, ale ono jest różnej jakości.

Spotkaliśmy wiele dzieciaków skarżących się na ból brzucha i problemy z układem pokarmowym. Wraz z pediatrą Olą Kosmedą szukałyśmy najbardziej potrzebujących dzieci. Chcemy, by te dzieci dostały chociaż jeden pełnowartościowy ciepły posiłek. Czy ty wiesz, że w całym obozie na Lesbos nie ma ani jednego pediatry?

 

Jak to?!

– Oczywiście w obozie są lekarze, jest punkt przyjęć dla pacjentów, przed którym zawsze stoi długa kolejka, ale teraz brakuje choćby pediatry, często też czasu i sprzętu na dokładniejszą diagnostykę. A przecież dzieci w obozie stanowią praktycznie połowę społeczności! Dlatego razem z Olą i Mateuszem chodziłyśmy po barakach i namiotach szukać potrzebujących.

Dobra Fabryka wraz z Home for All robią to inaczej niż wszyscy. Zamiast kazać stać ludziom w punkcie dystrybucji po żywność albo w kolejce do lekarza, po prostu odwiedzają namiot po namiocie, dostarczając niezbędną pomoc. Czasem trzeba wysłać jakieś dziecko do Aten, bo na wyspie nie ma np. ortopedy dziecięcego. Na to też trzeba pieniędzy: transport promem, zakwaterowanie, wizyta u lekarza, operacja. Codziennie jeździłyśmy też do apteki, by kupić leki. Na to są też potrzebne datki od ludzi. Bez pieniędzy nie będziemy mogli dalej pomagać.

A jak tam jest ze szkołą?

– Udało nam się razem z partnerująca tam fundacją Home for All sprowadzić jeden kontener, który zaadoptowaliśmy na szkołę, niedługo dotrą na wyspę kolejne. Teraz potrzebujemy pieniędzy, by ją utrzymać. Potrzeba ołówków, kartek, długopisów, kredek. Oczywiście nie ma możliwości, by dzieci miały w obozie dostęp do takiej edukacji, o jakiej marzymy dla swoich dzieci, a jest ich tam blisko 2000.

Chcesz powiedzieć, że te dwa tysiące dzieci nie chodzi do szkoły?

– Oczywiście na miejscu są inne organizacje zapewniające dzieciom zajęcia, a kwestia dostępu do edukacji w ostatnim czasie powoli zmienia się na plus. Często to mieszkańcy obozu, którzy w ojczyźnie zajmowali się szkolnictwem, gromadzą dzieci i prowadzą dla nich zajęcia. Potrzeb jest jednak mnóstwo. Choćby to, że trzeba zapewnić im jakieś warunki lokalowe, materiały edukacyjne, zeszyty, ołówki.

Na koniec chciałam spytać wprost, o co prosimy naszych czytelników?

– Wejdźcie na stronę dobrafabryka.pl i w dobroczynnym sklepie pod nazwą Dobroczynne24 wybierzcie spośród przeróżnych możliwości wsparcia „Posiłek dla uchodźcy w Grecji”. To zaledwie 15 złotych. Mamy tam też wspaniały program, który nazywa się „Przybij nam piątkę!”. Polega na założeniu stałego zlecenia na 5 złotych tygodniowo lub 20 w miesięcznie. Z tych piątek, których braku sami nie zauważymy, możemy robić naprawdę wspaniałe rzeczy i codziennie mieć wpływ na to, by dobra na tym świecie przybywało. To jest taka moja mała prośba do wszystkich czytelników Oh! Me. O wsparcie, o pochylenie się nad losem tych ludzi, bo są tego warci. Widziałam to na własne oczy.


Lifestyle

Jesienno-zimowe trendy prosto z Domu Mody Klif

Redakcja
Redakcja
8 października 2021
 

Dom Mody Klif przedstawił stylizacje swoich marek premium podczas Fashion Week w Mediolanie. Na ulicach tego miasta zaprezentowały je zaproszone przez markę influencerki modowe: Ada Fijał, Marta Lech-Maciejewska znana jako Superstyler, oraz Mirabelove.

Podczas Fashion Week w Mediolanie swoje kolekcje pokazały znamienite domy mody jak Fendi czy Prada, a także wschodzące gwiazdy modowego biznesu jak Cormio czy ATXV. Ulice Mediolanu aż tętniły modą i zachwycały stylem.

– Moda podąża za tym co dzieje się na świecie, nie jest oderwaną dziedziną sztuki, która nie śledzi, nie wie, nie obserwuje. Jest spójna z nami, z tym jak żyjemy, co się z nami dzieje, w jakich czasach żyjemy i co się wiąże z tymi czasami – mówi Ada Fijał podczas Klif Fashion Night. – Podczas Fashion Week w Mediolanie zachwyciła mnie kreacja z mieniących się brylancików. Była to stylizacja z całkowicie zakrytą twarzą, zupełnie jak Kim Kardashian podczas Gali MET. Ta stylizacja była taką zagadką, niespodzianką, nawiązaniem do naszych czasów, do tego co działo się pandemicznie i popandemicznie – dodaje.

Na ulicach Mediolanu pojawiły się kreacje z kolekcji jesienno-zimowej Domu Mody Klif, a wśród nich propozycje stylizacji od marek premium tj. Elizabetta Franchi, Max&Co, Max Mara, Penny Black, Celebrity, Samuel Fashion Concept, Twinset, United Colors of Benetton, 10 Days, Trzaska Luxury &Optics. Zobaczcie stylizacje influencerek, aby podejrzeć jakie mikrotrendy będą królować w ciągu najbliższych miesięcy.

Na szczęście nowy sezon zapowiada się ekscytująco, trochę jak gra ciepło-zimno. Odkrywające ciało sukienki i ciepłe wełniane płaszcze czy poncza. Wzorzyste garnitury w zwierzęce printy i stonowane, jednokolorowe spodnie i marynarki. Spodnie z rozszerzonymi nogawkami i obcisłe leginsy. A na zwieńczenie wszystkiego wspaniałe dodatki, markowe okulary, torebki i kapelusze, które dodadzą charakteru każdej stylizacji.

Relacje i sesje prosto z Fashion Week w Mediolanie można było zobaczyć podczas Klif Fashion Night, która odbyła się 30 września w Warszawie. Wydarzenie było zwieńczeniem projektu #Pokochaj Modę. Podczas modowej nocy odbyły się pokazy mody marek: Pinko, Karl Lagerfeld, Penny Black, Trussardi, Luisa Spagnoli. W evencie wzięły udział: Edyta Herbuś, Ewa Pacuła, Marta Gąska oraz influencerki modowe domu mody Klif – Ada Fijał, Mirabelove oraz Marta Lech Maciejewska znana jako SuperStyler.

Relacja z eventu Klif Fashion Night jest obecna na www.klif.pl oraz na kanale Youtube.


Lifestyle

„Krążył jak sęp. Pierwszą rzeczą, jaką musiałam zrobić po powrocie do domu było… ściągnięcie majtek”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 października 2021
fot. Martin Dimitrov/iStock

Ta historia trwała dwa lata. A jej początki były po prostu fantastyczne. Nie wychodziliśmy z łóżka przez kilka dni. Zadzwoniłam do pracy, że jestem chora, a w tym czasie uprawiałam ze Stefanem seks. Czułam się wybrana i wyjątkowa. Muszę powiedzieć z ręką na sercu, że faktycznie seks z nim był wtedy po prostu znakomity. Jeden z najlepszych, jakie miałam w życiu. Jak to wytłumaczyć? On był gotów zrobić dosłownie wszystko, bym czuła spełnienie. Nie chodzi o żadną perwersję. Zupełnie nie. Miałam orgazm, za orgazmem i pewnie z tego właśnie powodu byłam ze Stefanem tak długo. To mnie przy nim trzymało.

Po dwóch tygodniach wspólnego mieszkania wiedziałam już, że z tego związku kompletnie nic nie będzie. To, co było między nami, zwyczajnie zaczęło mnie zabijać. Niewiele robiliśmy razem fajnych rzeczy. Stefan miał ponurą naturę, był raczej samotnikiem. Chodził do pracy, a po niej czytał książki. A ja? Zostałam jego człowiekiem, który jak wracał do domu, to jedną z pierwszych rzeczy, które musiał zrobić to… ściągnąć gacie. Tak dla świętego spokoju. Stefan krążył wokół mnie jak jakiś sęp, osaczał.

Chodziło o to, że te jego potrzeby, ten temperament, a raczej ta okropna częstotliwość i presja uniemożliwiały mi normalne życie. Ja miałam przecież tysiąc innych rzeczy na głowie – zakupy, spotkania z przyjaciółkami, rozmowy z dorosłym synem przez telefon. Czułam, że nie mogę rano w biegu normalnie pomalować sobie rzęs przed wyjściem do pracy, albo po powrocie ugotować w spokoju obiadu. Tu chodziło właśnie o te drobne codzienne rzeczy. Presja Stefana stawała się coraz większa. Sama sobie zadaję pytanie, dlaczego pozwoliłam, by ten związek trwał tak długo. Postaram się wytłumaczyć.

Nasz dzień zaczynał się od tego, że Stefan dzwonił do swojego kumpla Adama rano o ósmej rano i wracał do mnie z informacją, że jego przyjaciel już trzy razy zdążyli mieć seks z żoną, a my jeszcze nie. To nie było tak, że Stefan miał jakieś prymitywne skojarzenia, że jak zobaczył banana, to nagle zaczynał myśleć o pójściu do łóżka. To jest jakiś głupi mit na temat seksoholików.

Tak naprawdę to jego gadanie miało dla mnie znamiona po prostu przemocy psychicznej – dziś tak to postrzegam. Nie było między nami uczuć, porozumienia, on je miażdżył tym seksem jak jakąś moreną czołową.

Całe nasze życie kręciło się wokół jednego tematu i wokół mojego zastanawiania się, jak mu delikatnie odmówić, by nie było z tego afery. Te jego słowa wobec mnie nie były nawet wulgarne, ale poddawana w taki sposób, jakby sączyły się na siłę do mojego krwiobiegu, pozbawiając mnie sił. Całe dnie słyszałam, że ktoś z kimś był w łóżku. A my jeszcze tam nie byliśmy. I teraz fakty: my kochaliśmy się wtedy pięć, sześć razy dziennie. Obłęd!

Każda moja próba rozmowy ze Stefanem, że jest uzależniony i musi się leczyć, była ignorowana. Każda sugestia, że jak tak dalej pójdzie, to seks mi się znudzi, bo ileż razy dziennie można mieć apetyt na zupę ogórkową, była zbywana. Obrażał się i dąsał. Słyszałam za to, że jestem oziębła. I faktycznie po jakimś czasie zaczęłam w to wierzyć. Wkręcił mnie w takie myślenie, że to ze mną jest coś nie tak, że jestem jakaś chora. Jak można coś takiego dziwnego wmówić kobiecie po czterdziestce? Kobiecie, która już niejedno przeżyła? Kobiecie, która ma dorosłego syna z pierwszego małżeństwa? Jest niezależną bizneswoman w korporacji z kilkunastoma podwładnymi? Uwierzcie, że niestety można.

Pamiętam taki moment, że jak wróciłam z pracy i wspinałam się po schodach naszej kamienicy do swoich drzwi i nagle poczułam, że nie jestem w stanie wejść do środka. Zwyczajnie bałam się. W mojej głowie była jedna myśl, że tam za tymi drzwiami czeka na mnie jakiś okropny monster, który za chwilę zafunduje mi psychiczny koktajl seksualny. Usiadałam na tych schodach, zdjęłam szpilki i w jakimś zadziwiającym stuporze siedziałam tak przez czterdzieści minut, zanim się odważyłam. Nie myliłam się. Znów się zaczęło: z kim byłam, gdzie byłam, dlaczego nie odbierałam telefonu, na pewno go zdradzam. Ta stała gadka, że inni to już się trzy razy kochali, a my nie.

Ta niagara seksu była czymś potwornym. Jak tortury jak przetapianie człowieka pod wodą. Zaczęłam go okładać pięściami. Nie oddał. To była przemoc psychiczna, to było jak straszne osaczenie. On sobie skanalizował w tym seksie wszystko – nieszczęśliwe dzieciństwo, kłopoty z apodyktyczną matką, stres, niezadowolenie z pracy w korporacji, nieszczęśliwe własne życie.

Na samym końcu tego związku czułam już tylko do niego wstręt i potworne zmęczenie fizyczne. Został mi w głowie taki obraz – on siedzi na fotelu. Ja już nie mogę na niego patrzeć. Mówię mu: „Wyjdź, spakuj się i koniec!” On mi się wtedy wydawał jak jakiś karaluch, jak nietoperz. Udało mi się z nim rozstać chyba tylko dlatego, że byłabym już wtedy kobietą dojrzałą. Gdyby taka historia przydarzyła mi się wcześniej, gdy byłam jeszcze niedoświadczoną przez życie dwudziestolatką, to nie pozbierałabym się tak łatwo. Myślę, że byłabym w zupełnej rozsypce.

Czy po tym wszystkim miałam traumę? Chyba nie! Nie czułam się nawet rozgoryczona. Po prostu wiedziałam, że muszę trochę czasu pobyć sama, by się z tego otrząsnąć. Po historii ze Stefanem przez wiele lat byłam sama, nie zadawałam się kompletnie z mężczyznami.

Po co piszę ten list? Chcę powiedzieć wszystkim kobietom, że życie z seksoholikiem nie daje żadnych perspektyw. Nie wierzę, że można takie człowieka zmienić. To jest uzależnienie jak każde inne od alkoholu czy narkotyków. Moja terapeutka powiedziała mi, że tym ludziom naprawdę bardzo trudno zerwać z nałogiem. Bo papierosy czy alkohol możesz odstawić i po nie nie sięgać. Możesz to traktować jak swojego wroga, którego unikasz. A seks? Przecież taki seksoholik nie może się tego wyzbyć raz na zawsze. Kiedy znów się kocha z kimś w łóżku, dostaje dawkę swojej używki. I następuje błyskawicznie kaskada emocji, która wciąga go jak wir znowu prosto w paszczę uzależnienia.


Zobacz także

Regulamin Konkursu List do Mikołaja

Syndrom niedzielnego popołudnia. Sprawdź co zrobić, jeśli i ciebie dopadnie

Nie potrafią ufać i trudno ich zrozumieć. Skąd wiedzieć, czy introwertyk jest tobą zainteresowany