Lifestyle

Czułam, że nie mam po co żyć, chciałam iść za nim do grobu. Dziś nie oglądam się za siebie, dzieci trzeba wychować

Magdalena Lis
Magdalena Lis
25 marca 2017
Fot. iStock/m-gucci
 

Dorota ma trzydzieści osiem lat, mieszka w niewielkiej miejscowości w centrum Polski. Jej dom stoi tuż przy głównej, prowadzącej przez wieś drodze. Z zewnątrz wydaje się być całkiem spory, tymczasem w środku wykończony jest tylko jeden pokój, kuchnia i pomieszczenie prowizorycznie zaadaptowane na łazienkę. Przy niewielkiej ławie lekcje odrabiają dwie dziewczynki, córki kobiety.

– My tu mieliśmy się zestarzeć razem, mieliśmy tutaj spędzić życie. We czwórkę, nie we trójkę – mówi Dorota. Tam po lewej miał być pokój dziewczynek, Jacek mówił, że sam im piękne meble zrobi. Obok miała być sypialnia, na górze jest poddasze użytkowe. Teraz wszystko stoi i niszczeje – dodaje. Mój mąż zawsze mówił, że nie ma co się śpieszyć, że na spokojnie wszystko zrobimy. Jeździł po całym kraju, nic tylko praca i praca, za pieniądzem gonił. Ja mu nie raz mówiłam, Jacek, mamy siebie, czego nam więcej potrzeba, a on mi wtedy powtarzał, że jeszcze się na emeryturze zdążymy sobą nacieszyć.

Dorota sięga do komody po płytę mieszczącą się w białym opakowaniu. Włącza film z ich wesela, na stoliku kładzie kilkanaście kopert. Wyciąga z nich listy, opowiada, jak mąż pisał do niej wojska. Pokazuje, że niektóre są rozmazane. To od łez, które na nie wylałam – opowiada. Na fotografiach ładna młoda para. On w granatowym garniturze, ona w skromnej białej sukni z koronkowymi rękawkami.

– Tu mamy posępne miny – mówi kobieta. A to dlatego, że mój mąż się spóźnił, kiedy jechał po mnie w dniu ślubu. Wracał się, bo bukietu zapomniał. On się zawsze spóźniał, na każdą jedną możliwą okoliczność czy okazję. Moja teściowa czasem żartowała, że on to nawet na własny pogrzeb się spóźni i miała rację. Firma pogrzebowa pomyliła kościoły.

Mąż Doroty był kierowcą tira. Pracował w dużej firmie zajmującej się przetwórstwem mlecznym, większość życia spędził za kółkiem, ciągle był w drodze. Widywali się niewiele, ale Dorota mówi, że byli zgodną, szczęśliwą rodziną, dopóki nie nadszedł tamten feralny poranek.

– Mąż wyjechał wcześnie rano do pracy, na szybko mu jeszcze robiłam kanapki, bo trochę nam się zaspało. Przed południem córka uparła się, że musi do niego zadzwonić. Telefon odebrała policjantka, mała się wystraszyła, przekazała mi słuchawkę. Usłyszałam głos obcej kobiety, która pytała o znaki szczególne mojego męża. Zupełnie nie pamiętam reszty tej rozmowy, zasłabłam, nic do mnie nie docierało. Wypadek? Śmierć? To było niemożliwe.

Wspomnienie tamtego okresu jest dla Doroty wciąż bardzo bolesne. Mówi, że nigdy nie czuła się tak bardzo bezradna i osamotniona. Ciężarówka którą prowadził Jacek zderzyła się czołowo z innym samochodem. Obaj kierowcy zginęli na miejscu.

– Po tym tragicznym telefonie zjechała się do nas cała rodzina. Zabrali mnie do szpitala, dali jakiś zastrzyk, mówili, żebym spała. Z ich opowieści wiem, że siedziałam otumaniona i w kółko powtarzałam ‘ Jacuś, coś ty nam narobił’.

Rodzice kobiety zajęli się dziećmi, organizacją pogrzebu, ciało było trzeba było sprowadzić z drugiego końca Polski. Dorota mówi, że jest im bardzo wdzięczna, sama by nie dała z niczym rady. Na pogrzebie nie płakała. Nie widziała męża w trumnie, firma pogrzebowa jej odradzała. Powiedzieli, że go nawet nie ubrali, że tylko położyli na nim te rzeczy, które im przekazała. Dorota nie potrafi opisać słowami tego, co wówczas czuła.

– Ta nagła śmierć Jacka zabrała mi wszystko, zrujnowała moje marzenia. No bo jak miałam żyć, kiedy nie wiedziałam, czy za miesiąc czy dwa będę miała co do garnka włożyć? Jacek był jedynym żywicielem rodziny, ja nigdy nie pracowałam. Rozgrzebana budowa domu, opróżnione do zera konta, bo przecież każda złotówka szła a to na dach, a to na ogrzewanie, a na bieżąco też z czegoś żyć było trzeba.

Dorota próbowała zaciskać zęby i żyć normalnie, ale nie potrafiła. Z biegiem czasu zaczęło ją złościć i irytować współczucie innych ludzi, ich żal, płynące zewsząd dobre słowa.

– Ja wtedy nie chciałam żyć, chciałam iść za nim do grobu. Dziś jest trochę lepiej, już nie oglądam się tak bardzo za siebie. Wiem, że dzieci trzeba wychować.

Najbardziej brakuje jej takiej przyziemnej codzienności. Ugotowanego dla męża obiadu, wyprasowanej na niedzielę koszuli. Dwóch kubków na stole zamiast jednego, wspólnego pójścia na spacer, telefonów wykonanych do siebie choćby w biegu

– Zostałam z niczym, na przysłowiowym środku drogi. Bez pracy, bez doświadczenia, bez prawa jazdy tak niezbędnego w tych czasach. Z całym zapleczem wolnego czasu, którego nie potrafiłam sobie zapełnić. Jestem wdzięczna losowi, że szybko zesłał dla mnie opamiętanie. Że Bóg dał mi siłę do codziennego wstawania z łóżka i wyprawiania dzieci do szkoły. Że udało mi się znaleźć pracę, choć to tylko trzy czwarte etatu w pobliskim barze. Dodatkowo dorabiam piekąc ciasta w domu. Pocztą pantoflową zdobyłam klientów, niby niewiele człowiek zarobi, ale to dużo dla mnie jak jakiś dodatkowy grosz do domowego budżetu nam wpadnie. Najgorzej jak dzieci pytają, czy kiedyś jeszcze spotkają się z tatą. Ja im wtedy mówię, że on na pewno patrzy na nie z góry każdego dnia.

Film z wesela który włączyła Dorota powoli dobiega końca, kobieta ukradkiem ociera łzy.

– On był takim dobrym człowiekiem, muchy by nie skrzywdził, każdemu chciał pomóc. U nas roboty tyle a on nie raz u sąsiadów na gospodarstwie pracował. O dzieci dbał, na ryby chodzili nad staw, dziewczynki go uwielbiały. Nie był szczególnie romantyczny, ale jak okazja była to o kwiatku dla mnie zawsze pamiętał. Ja przeżyłam z nim najpiękniejszy okres swojego życia. Byłam obłędnie szczęśliwa.

Od śmierci Jacka minęły już przeszło dwa lata. Bratowa Doroty ostatnio chciała ją wyswatać. Kobieta nie jest jednak gotowa na żadne relacje z mężczyznami.

– Nie chodzi o to, że będę chodziła do końca życia ubrana na czarno, że już nigdy nie będę się uśmiechała. Tylko ja chcę swoje życie przeżyć po swojemu. Poza tym boję się, nie przeżyłabym drugi raz w życiu takiej straty. Czasem znajomi pytają mnie, czy czuję czasem wokół siebie obecność Jacka. Ja po pogrzebie zabrałam trochę ziemi z grobu i rozsypałam na ogrodzie. Cokolwiek mi się w życiu nie przydarzy ja zawsze będę jego żoną a on moim mężem. I zawsze będzie tutaj z nami.

Dorota pytana o marzenia mówi, że chciałaby remontu domu. Na chwilę obecną nie załamuje rąk, działa. Robi wszystko, żeby lodówka była zawsze pełna, a dziewczynki miały komplet książek do szkoły.

– Żyć jakoś trzeba. Nie mam żalu do losu, widocznie tak nam było pisane. Myślę, że moja rodzina jeszcze kiedyś wyjdzie na prostą, że przyjdzie czas, że będzie się można stale uśmiechać. Jak mnie dopadają kryzysy, to cieszę się, że mamy zdrowie. Wiem, że nie jestem jedyną wdową na świecie, wiem, że są tacy, co mają gorzej. A jak mnie ktoś pyta o czym marzę, to mówię mu wtedy, że o kapsule czasu. Takiej, żebym mogła wrócić na chwilę do przeszłości, tylko po to, żeby zdążyć się z Jackiem pożegnać. Tylko tyle bym chciała – kończy naszą rozmowę Dorota.


Lifestyle

A jeśli wszystko, czego chcesz, to proste i „zwyczajne” życie?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 marca 2017
Fot. Snapwire/ /lizzie guilbert / CC0 Public Domain
 

A jeśli wszystko czego chcesz, to proste, powolne i „małe” życie? Co, jeśli największe szczęście daje ci przestrzeń, w której gości spokój?  Co, jeśli skromnie pragniesz i wybierasz poczucie, że tak, jak jest, jest dobrze?

Świat to takie głośne miejsce. Głośne, agresywne głosy nawołują do ciągłego poprawiania, sprawdzania się, budowania, dążenia „do czegoś”, tęsknoty „za czymś”, zdobywania, wyciągania ręki po więcej. Po więcej i lepiej. Nie śpij, bo coś przeoczysz. Dąż do doskonałości. Zostań „kimś”, albo wracaj do domu. Miej wpływ na świat. Spraw, by twoje życie się liczyło.

A co, jeśli w tobie nie ma tej potrzeby? Co, jeśli perfekcjonizm sprawia, że jesteś smutna, wyczerpana? Pozbawia cię radości? Myślisz; „Czy ja sama nie wystarczę?”.

Co, jeśli nigdy tak naprawdę nic „nie osiągniesz”? Będziesz „tylko”dobrym pracownikiem, matką, siostrą, żoną? Ale ci ludzie wokół ciebie będą z tobą szczęśliwi, będą czuli twoją miłość i wiedzieli, że nie zamieniałabyś tego życia na inne? Czy to wystarczy?

Co, jeśli nigdy nie dokonasz niczego spektakularnego dla innych, ale po prostu zrobisz zakupy dla kogoś, kto tego akurat potrzebuje? Albo dopłacisz do dziecięcej wyprawki? Czy to wystarczy?

Co, jeśli nie chcesz napisać książki kucharskiej z modnymi przepisami i nie przemówisz przed tysiącami ludzi? Jeśli jedynie napiszesz to, co masz do powiedzenia na swoim blogu i podzielisz się tym z tym, kto zechce tam zajrzeć? Jeśli zachęcisz choć kilka innych kobiet, by zadbały również o siebie, przypomniały sobie, że są warte swojej własnej miłości? Czasem „więcej” nie zawsze znaczy „lepiej”…

Co zrobić, jeśli akceptujesz też to swoje bardzo przeciętne ciało, ani za grube, ani za chude? Takie „pomiędzy”.  Nie będziesz specjalnie wstawać wcześniej, by zdążyć na siłownię, a w sklepie kupować tylko tego, co ma na etykiecie napis  „0% tłuszczu”. Co, jeśli się ze sobą pogodziłaś?

Co, jeśli nie jesteś wybitnym domowym managerem, ani perfekcyjną panią domu? Co, jeśli bywa, że masz w domu bałagan i trochę kurzu? I raz na jakiś czas zamawiasz pizzę, zamiast podać domowe jedzenie? Jeśli jesteś kimś, kto planuje swój budżet, ale czasem łamie wszelkie zasady i kupuje coś tylko dlatego, że mu się spodobało?

Jesli jesteś kimś, kto nie dba o piękne dekoracje w domu, jeśli twój dom jest do bólu zwyczajny, ale bezpieczny ?…

Co, jeśli twoje dzieci nie chodzą po szkole na zajęcia z dodatkowych języków, ale godzinami układają domki z LEGO, a potem nie chcą odrabiać lekcji?

Co ze świadomością, że zamiast gonić, by nadążyć za szalonym tempem życia społeczeństwa, w którym żyjesz, nawet nie stajesz do tego biegu? Że patrzysz na innych, pełnych energii i wytrzymałości, której ty nie masz, ale im nie zazdrościsz, bo wiesz, że potrzebujesz samotności, spokoju, odpoczynku i niezaplanowanego czasu, by być zdrową? Ciało, duch, dusza zdrowie… Czy jesteś „wystarczająco dobra”?

Co, jeśli jesteś zbyt wierząca dla jednych, ale za mało religijna dla innych? Niechętna do dzielenia się twoją wiarą ze wszystkimi, do głoszenia jej wszem i wobec? Czasem pełna wątpliwości i niepewności? Czy to za mało?

Co,  jeśli masz tego samego męża od 20 lat, nigdy nie przeżyłaś baśniowego romansu i wciąż łamiesz „zasady” ekspertów od miłości, którzy mówią, że małżeństwo, które ma przetrwać, powinno znaleźć sobie wspólną pasję?  A wy jej nie macie, ale lubicie siebie. Czy wasze małżeństwo jest wystarczająco dobre, żeby przetrwać?

Co, jeśli jesteś mamą, która uwielbia swoje dzieci, ale potrzebuje też czasu dla siebie, a czasem po prostu chce być „na pierwszym miejscu”?  Mamą, która przytula i wspiera swoje dzieci w realizowaniu ich pasji, ale nie mówi im, że muszą w życiu coś osiągnąć?… „Mierną” mama, która poznała już swoje ograniczenia i przestała udawać, że może „więcej”?

Pogódź się z tym, kim jesteś i szanuj prawo innych do zrobienia tego samego. Przyjmij, że większość z nas chce tego „powolnego”, prostego życie. Przeciętnego – dla niektórych. Ale dla wielu nieosiągalnego. Pięknego, spokojnego, łagodnego życia. Ja myślę, że to wystarczy.


Tekst jest autorskim tłumaczeniem artykułu Kristy O’Reilly-Davi-Digui, który ukazał się tutaj


Lifestyle

Kobieto puchu marny. Czym właściwie jest kobiecość?

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
25 marca 2017
Fot. iStock/eclipse_images

Do pochylenia się nad tematem kobiecości zainspirowało mnie ćwiczenie na próbie mojego Teatru Forum. Wraz z kolegami i koleżankami mieliśmy zaimprowizować słowo „kobiecość” na emocjach i dźwiękach. Ilość negatywnych improwizacji, z których płynął przekaz: słaba, niezdecydowana, gorsza, puch marny i inne, mało pochlebne reakcje mnie zdziwiły. Miałam świadomość, że bardzo nie chcę improwizować w ten sposób, że chcę tę kobiecość wzmocnić, przekazać jako coś pozytywnego. Nie chciałam też jej wykrzyczeć, upominając się o moje prawa, które zapewnia mi nota bene Konstytucja naszego kraju. Chciałam ją zaznaczyć, wyartykułować, zwrócić jej prawo do bycia aprobowaną. Chciałam, żeby jednocześnie była silna i delikatna, łączyła w sobie sprzeczne elementy. I stwierdziłam, po prostu, „kobiecość”. Z próby wyszłam skołowana i zaczęłam się zastanawiać, dlaczego, to co męskie kojarzy się pozytywnie, a kobiecości tak łatwo przykleić niepochlebne łatki?

Stereotyp, czy fakt?

Czym właściwie jest kobiecość i co to oznacza? Czy jest jakaś formuła, która określa, jak powinna wyglądać kobiecość idealna? Czy tego chcemy, czy nie chcemy poruszamy się w świecie stereotypów – wtłaczane są one nam wraz wychowaniem i przestajemy zauważać, jak wygląda rzeczywistość, która nas otacza, jedynie staramy się dopasować ją do znanych nam szablonów.

Czym jest kobiecość, kiedy obedrzesz ją ze stereotypu? Czy kobiecość liczy się od pełnych piersi i bioder, długich włosów i rzęs, szpilek i zapachu perfum? Czy kobiecość równa się macierzyństwo, rezygnacja z pracy zarobkowej i obiad na stole? Czy kobieca nie będzie z założenia Twiggy w trampkach? Bezdzietna singielka, albo prezeska w międzynarodowej korporacji?

Kobiecość wbrew stereotypowi, który ja określa, może być każda: i silna i słaba, w makijażu i bez, z pełnymi biodrami i nie, gruba i chuda, dzietna i bez, menstruująca i w menopauzie. Jeśli te zestawienia budzą sprzeciw, to tylko pokazuje, jak silnie zakorzeniają się w naszej głowie stereotypy. Ja sama pisząc ten artykuł, odczuwam niezrozumiały niepokój, jakbym nosiła się z zamachem na święte prawa, jakbym wsadzała kij w mrowisko. Kobiecość może być łatką do której na rzep przykleja się inne łatki. Jeśli wyzwolona, to znaczy, że łatwa, jeśli skromna, to cnotka. Albo dziewica, albo kochanka, albo matka. A w pełnym spektrum kobiecości nic z powyższego się nie wyklucza i wszystko się dopełnia.

Taka mala

A jeśli nie jesteś taka mala, jak śpiewała Mira Zimińska? Czy to automatycznie ujmuje ci kobiecości? Jeśli umiesz złapać za młotek, wymienić żarówkę i naprawić spłuczkę, nieźle zarabiasz i owszem uważasz, że miło jest móc się do kogoś przytulić zimowymi wieczorami, ale nie wylewasz łez, jeśli jesteś sama? Zamiast manipulować, dla uzyskania swoich celów, wolisz komunikować swoje potrzeby? Przy wszech panującym kryzysie męskości mężczyźni mają tendencję do decydowania się na związki z kobietami, przy których mogą się poczuć silni i docenieni. I kiedy wyjmiesz ukochanemu z rąk narzędzia, na których opiera swoją męskość, może się okazać, że jesteś za bardzo dla niego wyemancypowana. No bo, co on biedny ma zrobić, jak ty wszystko umiesz sama? Pensji do domu nie musi przynosić, obiady macie w pudełkach, a lepsze orgazmy zapewnia wibrator? Na potrzebę tych rozważań w bardzo konsumpcyjny sposób uprzedmiotawiam teraz męskość, ale przypuszczam, że niełatwo być mężczyzną przy silnej kobiecie, bo wymaga to odnalezienia siebie w innych odcieniach męskości niż te wynikające ze stereotypu.

Żeńska końcówka

Ostatnio przejrzałam strony kilku zupełnie babskich redakcji dziennikarskich i zdumiałam się szczerze, że tam sami redaktorzy i dziennikarze. Przepisami Unii Europejskiej zostały wprowadzone antydyskryminacyjne akty prawne, które wymagają od państw członkowskich używania żeńskich końcówek w mowie i piśmie. Język polski odmienia się całkiem zgrabnie, ale coś sprawia, że jako prezesi, lekarze i prawnicy czujemy się poważnie, a jako prezeski, lekarki i prawniczki już mniej? Sam profesor Miodek nadmienia, że gdy był małym chłopcem, powszechnie używano żeńskich form – istniały profesorki i nikt nie miał z tym problemu, a potem kobieca końcówka zniknęła z mowy i pisma. Czy macie świadomość, że twierdzenie, że żeńskie formy zawodów będą brzmieć niepoważnie jest formą dyskryminacji? Bo dlaczego właściwie kobiecość miałaby brzmieć niepoważnie?

Ta forma seksizmu językowego jest tak subtelna, że w obliczu poważniejszych kobiecych problemów nawet przestałyśmy ją zauważać. A język pozostaje płynny i zmienia się nieustannie i raczej jest to mało prawdopodobne, że patriarchalne podejście zastopuje jego rozwój. Zauważcie, że żeńskie końcówki, z którymi jesteśmy osłuchane nie budzą w nas takiego sprzeciwu, jak np. nieużywana muzyczka, maszynistka i pilotka? A gdybyśmy odwróciły sytuację? Przecież mężczyzna adwokatka nie może być w tak niepoważny sposób nazywany adwokatem, wszak wszyscy wiedzą, że to rodzaj alkoholu i tak zostać powinno! Ja sama z pierwszego wykształcenia jestem muzyczką i przyznaję, że czułam się w tej formie mniej poważnie niż prestiżowy muzyk, więc uparcie zaczęłam jej używać, by się przyzwyczaić. Ale przecież nie o końcówkę tu chodzi… – stwierdzicie. No właśnie chodzi. Bo czemu my kobiety mamy się równać do szeregu z mężczyznami, żeby uznano naszą równość? Czy nie możemy być równe i różne jednocześnie?

Brzydkie słowo na „f”

Moją ulubioną definicję, wyjaśniającą postępującą stygmatyzację feminizmu, zaprezentował kilka lat temu amerykański komik Aziz Ansari:

„Jeśli wierzysz, że mężczyźni i kobiety mają równe prawa i ktoś cię spyta, czy jesteś feministą, musisz odpowiedzieć, że tak, ponieważ taka jest definicja tego słowa. Nie możesz myśleć w stylu: O tak, jestem lekarzem, który zajmuje się chorobami skóry. Czyli jesteś dermatologiem? Och nie, to zbyt agresywne słowo.”

Przekładając to na feminizm – równość płci jest jak najbardziej ok., ale feminizm jest już zbyt agresywny? Widzicie, jak to działa? Dlaczego, żeby podkreślić wartość kobiecości jako takiej musimy robić to ciągle w oparciu o męskość? Równość płci brzmi poważniej niż pejoratywny feminizm, ale znów dlaczego feminizm i kobiecość są określeniami pejoratywnymi? Czy kiedykolwiek zastanawiałyście się, jak do tego doszło, że feminizm i kobiecość straciły swoją znaczeniową formę, a zaczęły funkcjonować jako stereotypy?

Abstrahując od niepodważalnej biologii, męskość i kobiecość są konstruktami społecznymi. To co postrzegamy teraz jako męskie i jako kobiece nie zawsze też takie było. Noszenie spodni, długie włosy, biżuteria, dobór kolorów i seksualne preferencje zmieniały się na przestrzeni wieków i zapewne nadal zmieniać się będą. To nie jest tak, że dziewczynkom z automatu podoba się różowy, co więcej dokładnie 100 lat temu domy mody polecały róż noworodkom płci męskiej, uważając ten kolor za bardziej krzykliwy i odważny, jako odrobinę delikatniejszą wersją czerwieni, która to jest kolorem siły. Błękit był zarezerwowany dla dziewczynek, bo to kolor maryjny.

Samobóje

Nieustannie dziwią mnie kobiety, które nie grają do swojej bramki, twierdząc, że nie są feministkami. Sprowadzają dyskusję o równouprawnieniu do kwestii otwierania drzwi i golenia nóg i często są to poważne wykładowczynie akademickie, czerpiące z feminizmu pełnymi garściami. Czy jest to rodzaj kokieterii, czy niezrozumienia pojęcia, czy lęk przed stygmatyzacją, tego nie wiem.

Zdekonstruujmy zatem szybko to brzydkie słowo na „fe”. Czy jesteś za równą płacą za tę samą pracę? Możliwością wykonywania zawodu, do którego jest ci najbliżej? Możliwością decydowania o swoim ciele? Możliwością decydowania o posiadaniu potomstwa i wróceniu do pracy, bądź pozostaniu w domu, kiedy dzieci już będą na świecie? Równe prawa nie przekreślają różnorodności. Możesz to bezpiecznie nazwać równością płci, ale jest mi bardzo przykro, bo jeśli na powyższe pytania odpowiedziałaś twierdząco – jesteś feministką. I możesz przy tym nosić długie włosy, szpilki i uwielbiać mężczyzn. Bo to się zupełnie nie wyklucza.

Nie rozumiem również kobiet, które nie wspierają innych kobiet. Tak jakby istniał ten jedyny słuszny wzorzec kobiecości i wszystko poza nim było dosłownie „fe” i „be”. Bliska jest mi idea siostrzeństwa i komplementarności nawet nie tyle płci jako takiej, co jednostek. Wsparcie, rozumienie siebie nawzajem i nie ocenianie indywidualnych decyzji, to jest najpiękniejsze co możesz ofiarować drugiej kobiecie. „Albo jesteś feministką, albo mizoginką. Tu nie ma opcji zaznaczenia okienka inne.” – mówi piosenkarka Ani DiFranco.

Na koniec kilka otwartych pytań: czym jest dla was wasza kobiecość, jak się z nią czujecie, czy się z nią identyfikujecie, czy ją lubicie? Postrzegacie ją jako coś, co was wzmacnia, czy jako balast? A może jest w was część, która czułaby się pewniej będąc mężczyzną, bo wtedy, przynajmniej z założenia wszystko byłoby z nadania i nieco prostsze? Ale rozważania na temat męskości to materiał na kolejny artykuł, bo to wcale nie jest tak proste, jak się wydaje.


 

beata-bia-sadowska-awatarAnna Bia Sadowska – rzeźbiarka słów, muzyczka, politolożka, edukatorka seksualna, aktywistka antyprzemocowa, rzeczniczka pozytywnej seksualności, aktorka Teatru Forum. Zaczęła pisać 20 lat temu i tak jej już zostało. Pasjonatka profesjonalnej astrologii, kuchni roślinnej, tatuaży i niebieskich oczu. W wolnych chwilach śpiewa, gotuje i edukuje. Czego nie podpowie jej intuicja, to znajdzie w Google. Kiedyś w końcu nauczy się wychodzić z pracy, a jak na razie pisząc dla Oh!me, znajduje kolejną.

 

 

 


Zobacz także

„Wyciśnij z życia jak najwięcej”. Nowa reklama Allegro – jak zawsze mistrzowska!

Marzenia? Hmm ciężko mieć czas na marzenia, kiedy ma się dwójkę małych dzieci

12 najczęstszych kłamstw socjopatów i narcyzów, które usłysz, gdy będą się tłumaczyć. Zdziwisz się, ile razy to słyszałaś…