Lifestyle

A co dla ciebie w życiu jest najważniejsze? Zrób jedno z dwóch zadań i przekonaj się, czy umiesz odpowiedzieć na to pytanie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 listopada 2016
Fot. iStock/RossHelen
 

Naszą największą tragedią jest to, że nie doceniamy tego co mamy. Dopiero, gdy to tracimy, otwierają się nam oczy – jest żal, smutek i bezsilność, bo nie da się już tego odzyskać. Można tu mówić o miłości, przyjaźni, pracy, relacjach z innymi ludźmi. O decyzjach, które podjęliśmy, a których w efekcie jednak żałujemy, bo działaliśmy pod wpływem impulsu. I o tych, których nie podjęliśmy i straciliśmy coś cennego. Tyle tylko, że kiedy zdamy sobie z tego sprawę, jest już często za późno.

Nie dajemy sobie szansy na weryfikację naszych priorytetów. Mówimy: „najważniejsza jest rodzina, miłość”, ale to tylko słowa. Czy one przekładają się na nasze codzienne życie?

Dzisiaj chciałybyśmy, żebyście na chwilę się zatrzymali. Jest jedno banalne zadanie.

Połóż przed sobą 20 małych kartek papieru. Na każdej z nich napisz to, co jest dla ciebie ważne, wyjątkowe w twoim życiu. To może być wszystko – rodzina, imiona dzieci, partnera, męża, przyjaciela, twoja praca, samochód, dom rodzinna pamiątka,. 20 rzeczy, to naprawdę dużo, ale zapełnij wszystkie kartki i nie zmieniaj swojej decyzji.

A teraz zamknij oczy i wyobraź sobie twój zwykły dzień, codzienność. Wracasz do domu i czujesz ostry ból, trudny do zniesienia. Po drodze jedziesz do lekarza. Musisz zgnieść jedną kartkę. Z tych najważniejszych rzeczy tą, z którą najłatwiej mimo wszystko jest ci się rozstać. Samochód, praca? Co ma dla ciebie najmniejsze znaczenie spośród tych najważniejszych.

Lekarz zleca badania i stawia diagnozę. Już wiesz, że czeka cię najgorsze. Wyrzucaj po kolei te rzeczy, z którymi jesteś w stanie się rozstać, z których jesteś w stanie zrezygnować. Zostało ci mało czasu. 10 kartek, osiem, pięć. Wiesz, że umierasz. Wyrzucasz kolejne. Zostają dwie, może trzy kartki. A teraz wyobraź sobie, że umierasz… I już nic nie możesz zrobić. Co zostawiłaś? Imiona dzieci? Męża? Kogoś, kogo kochasz?

Takie zadanie wykonują uczestnicy warsztatów umierania w Japonii, po których Japończycy wychodzą i nagle znajdują czas na zabawę ze swoimi dziećmi, na zadbanie o swój związek. To po tych warsztatach zmieniają pracę, rozwodzą się, bo chcą walczyć o swoją prawdziwą miłość. Te jedne warsztaty uświadamiają im, co tak naprawdę jest w ich życiu jest najważniejsze, co czyni ich szczęśliwymi. Z czego są w stanie zrezygnować, by zadbać o te najważniejsze dla siebie wartości.

Jest jeszcze jedno zadanie. Podpowiedziała mi je kiedyś moja przyjaciółka, coach, która sama zdecydowała się je zrobić. Weź jedną białą kartkę i podziel ją na pół. Po jednej stronie wypisz wszystko to, co uważasz za priorytety w swoim życiu, w kolejności od tych najważniejszych. Gotowe? A teraz obok, na drugiej połowie, wypisz te rzeczy, na które poświęcasz najwięcej czasu. Jak się ma jedno do drugiego. Gdzie w ważnych dla ciebie wartościach masz porządek, a na którym miejscu jest sprzątanie, jeśli chodzi o czas. Gdzie jest rodzina, a ile rzeczywiście czasu jej poświęcasz?

To nie jest łatwe zmierzyć się z sobą, z tym, jak często bywamy nieświadomie zakłamani. Na zewnątrz mówimy, czujemy co innego, a w środku… bywa zupełnie inaczej.

Trzeba mieć dużo odwagi, by przygotować sobie te 20 kartek z najważniejszymi rzeczami, tak jak zdać sobie sprawę z tego, że na to, co dla nas w życiu stanowi najwyższą wartość poświęcamy mało czasu. Nie dbamy o to, bo wydaje się nam, że jest po prostu dane i zostanie na stałe.

Czy aby na pewno? Zatrzymaj się. Znajdź chwilę na wykonanie jednego z tych zadań. Zmierz się z tym i wyciągnij wnioski. Nie musisz swojego życia nagle przemeblowywać, robić ogromnej rewolucji. Po prostu pomyśl, co dla ciebie jest ważne, a co najważniejsze… Co możesz stracić, czego będziesz żałować, gdyby nagle okazało się, że umierasz, odchodzisz? Nie bój się takiej refleksji, na nią nigdy nie jest za późno…

P.S.1: Paulina, dziękuję za inspirację i za zadanie z 20 kartkami.

P.S.2: Podajcie dalej te zadania ludziom, na którym wam zależy, których kochacie i chcecie, by byli szczęśliwi

 


Lifestyle

Obleciał mnie strach, bo do końca nie byłam pewna, czy chcę być matką, a miałam zostać macochą. Ale byłam pewna, że go kocham…

Anika Zadylak
Anika Zadylak
29 listopada 2016
Fot. iStock/svetikd
 

–  Ja i Kuba pracowaliśmy w jednej firmie, ale niewiele o sobie wiedzieliśmy. Słyszałam, że kilka lat wcześniej zmarła mu żona, że jest sam. Podobał mi się, to mało powiedziane, taki typ faceta, o którym myślisz przed zaśnięciem. Odpowiedzialny, ciepły, mądry. I przystojny. Wysokim smukły i te jego oczy. Przejęłam inicjatywę, bo nie uważam tego za coś złego. Zagadnęłam raz, potem kolejny. Zauważyłam, że podoba mu się to, że nie czekam, że otwarcie pokazuję, że zależy mi na bliższym poznaniu. Zaczęliśmy się spotykać. Na spokojnie, czasem jakaś kawa, czasem krótka kolacja, po której zawsze odwoził mnie do domu. Dwa czy trzy razy się zdarzyło, że musiał wracać nagle, bo pilny telefon. Nie dopytywałam, bo szczerze mówiąc najchętniej ominęłabym w ogóle temat jego żony. Czułam, że to dla niego nadal bolesne, a dla mnie niezręczne. To nie tak, że chciałam się jej pozbyć czy zastąpić, po prostu nie bardzo wiedziałam jak i czy w ogóle, z nim o tym rozmawiać. Minęły trzy miesiące i nagle przyjechał do mnie sam. „Monika posłuchaj. Chyba właśnie zacząłem cię kochać. Pierwszy raz od śmierci Gosi to poczułem, choć myślałem, że już nigdy. Tylko nie powiedziałem ci czegoś. Ona odeszła, zabrała ją choroba. Ale zostały dzieci, nasze dwie córki”. Pamiętam, że usiadłam w fotelu i patrzyłam przed siebie. Obleciał mnie strach, bo do końca nie byłam pewna, czy chcę być matką, a miałam zostać macochą. Ale byłam pewna, że go kocham. I, że nie jestem najgorszym człowiekiem. Więc skoro tyle czuję do Kuby, to pokocham też jego córeczki. Niestety, to było trudniejsze, niż mi się wydawało.

Dziewczynki Milena i Jagoda,  bliźniaczki zresztą, miały po 11 lat. I nawet nie chciały o mnie słuchać, a co dopiero  poznać. Powtarzałam Jakubowi, żeby dał im czas, że nic na siłę, bo to tylko pogorszy sytuację. Buntował się, mówił, że nie może być tak, żeby dzieci nim rządziły. Są i zawsze będą najważniejsze ale on też już dłużej, nie chce być sam. Bo czuję, że moglibyśmy być razem bardzo szczęśliwi. Przekonywał ponad tydzień swoje córki do tego, żeby zaprosić mnie na obiad. Niechętnie, ale zgodziły. Szłam jak na skazanie. Miałam dla nich po drobiazgu, bo nie chciałam, żeby ktoś zarzucił, że chcę je sobie kupić prezentami. Nawet ich nie obejrzały, nie zajrzały do torebek z upominkami i ostentacyjnie zostawiły na szafce, przy drzwiach wejściowych. Nabrałam głębokiego oddechu, Kuba mrugnął porozumiewawczo, więc poczułam się trochę pewniej. Przy stole był istny cyrk. Popisywały się, były niemiłe, nie słuchały, gdy usiłowałam się odezwać. Gdy Jakub zwrócił im uwagę, Milena syknęła, że nie musi być miła dla obcej baby, która i tak tu nigdy nie zamieszka i wyszła. Jagoda za to wstała, podeszła do mnie i pokazując mi zdjęcie swojej mamy bezczelnie zakomunikowała, żebym się nie łudziła. Tata bowiem lubi piękne kobiety, ja jestem podrzędna i zwyczajna. Nie wyszłam, choć chciało mi się płakać. Szalę goryczy jednak przelała nagła, niby przypadkowa wizyta byłych teściów mojego partnera. O ile były teść Kuby przyjął mnie miło i serdecznie, wręcz miałam wrażenie, że szczerze nam kibicuje, o tyle eks teściowa już nie bardzo. Potem się wydało, że jedna z dziewczynek zadzwoniła ze skargą, że tu jestem i babcia postanowiła przyjść z odsieczą i… wykładem dla mnie, czy ja w ogóle mam pojęcie o wychowywaniu dzieci. I to najgorsze z pytań: dlaczego 32 -letnia kobieta, nadal nie ma swojego dziecka? I sugerowanie, że macierzyństwo nie każdemu jest pisane. Wtedy wyszłam. Jakub oczywiście wybiegł za mną, ale prosiłam, żeby wrócił do córek. Czułam że zwątpiłam. Pierwszy raz.

Drugi raz chciałam zrezygnować po kolejnym naszym spotkaniu. Tym razem wybraliśmy bardziej neutralne miejsce. Miał być park, potem zoo i wspólne lody. Niestety zaczęło się i skończyło w parku, bo dziewczynki najpierw były naburmuszone. Dwoiłam się i troiłam, żeby jakoś do nich zagadać, dotrzeć. Żeby im pokazać, że możemy się po prostu polubić, a z czasem nawet zaprzyjaźnić. W ogóle nie zwracały na mnie uwagi, jakby mnie tam nie było. W końcu nie wytrzymałam, przysiadłam na ławce i powiedziałam głośno, że nie czuję się tu mile widziana. Oczywiście usłyszałam, że to dobrze, że one nie muszą mi tego tłumaczyć. Że najlepiej będzie, jak zostanie po staremu, gdy są one i tatuś. Kuba mnie przeprosił i powiedział, że przyjedzie do mnie później. Im kazał wracać do auta i podkreślił, że bardzo się na nich zawiódł, że jeszcze nigdy nie czuł takiego wstydu przez ich zachowanie. Wiedziałam, że karę za jego słowa poniosę ja. Nie myliłam się, bo Jagoda dorwała telefon ojca i wykradła mój numer. Zadzwoniła i oznajmiła, że nie jestem pierwszą koleżanką z pracy, którą ojciec przyprowadził do domu. Żebym zaoszczędziła sobie nerwów i lepiej sama zniknęła. Nie wiem, co mnie szokowało bardziej. Sposoby w jaki chciały się mnie pozbyć, brak jakichkolwiek hamulców czy to, że były takie zimne, takie wyzbyte z uczuć. Że oceniły mnie, choć tak naprawdę nie znały, od razu pozbawiły szans, odepchnęły i nie życzyły mojej osoby. Tłumaczyłam sobie, że to nie ich wina. Że tyle musiały przejść i to już jako małe dzieci, że kieruje nimi lęk i zazdrość. O miłość ukochanego i jedynego taty.

Próbowaliśmy jeszcze kilka razy, nic się nie zmieniało. Gdy byliśmy we dwoje, czułam się najszczęśliwsza na świecie.  Mogliśmy rozmawiać godzinami o wszystkim, albo milczeć i nie czuć się z tym niezręcznie. Wszystko nas łączyło: od zainteresowań, poprzez pracę i znajomych, aż po uczucie, którego byliśmy coraz bardziej pewni. Ale dzieliły nas nadal jego dzieci. Czas leciał, a my się miotaliśmy między dwoma domami, między dziewczynkami, które za nic nie chciały ustąpić, a mną, która przestawała w to wierzyć. W to, że kiedykolwiek będzie normalnie. I wtedy Kuba zaproponował, żebym się do nic wprowadziła. Roześmiałam się gorzko i rzuciłam czarnym żartem, że pewnie na powitanie stracę włosy. Bo córeczki tatusia mi je obetną jak już zasnę. Albo wymyślą jeszcze coś gorszego. Kuba zaczął mi wyrzucać, że mogłabym się bardziej postarać, że brak mi wyrozumiałości. Że one tyle przeszły, że się zwyczajnie boją. Zapytałam go, czy ma pojęcie, jak ja się boję? Bo nikogo nie chcę skrzywdzić, ale za to sama obrywam. I, że chyba jednak nie mam sił na rywalizowanie. Zresztą nie takim jestem człowiekiem. Myślałam, że pomału się to wszystko poukłada, bo za nic w świecie nie chciałam zastępować im matki. Za bardzo szanuję pamięć o tamtej kobiecie i cieszyłabym się nawet wtedy, gdybym mogła się z nimi po prostu zakumplować. Nie matkować, nie narzucać, nie zabierać miłości ich ojca. Raczej się dzielić.

I to był trzeci raz, gdy postanowiłam odejść. A Kuba nie bardzo mnie zatrzymywał. Choć widziałam łzy w jego oczach. I nie miałam pretensji, wiem, że znalazł się między młotem a kowadłem. Że czasem nie ma dobrych rozwiązań. Wyjechałam służbowo na tydzień, prawie się ze sobą nie komunikowaliśmy. Dwa razy zapytał, czy wszystko u mnie dobrze. Odpisywałam tylko zdawkowo, nawet słowa o tym, że za nimi tęsknię. Tak – za nimi, bo nagle sobie uświadomiłam, że te dwie niemiłe istoty są mi bliskie. Że jest mi ich żal, bo walczą o swojego tatę dlatego, że straciły już matkę. Nowy ktoś zabierze mu czas przeznaczony dla nich. A to przecież nieprawda. Wróciłam i zadzwoniłam do Kuby, powiedziałam, że chcę porozmawiać. Ucieszył się, miałam wrażenie, że do mnie biegł. Płakaliśmy oboje, tłumaczył mi, że on nie wie co robić. Że ten tydzień beze mnie był koszmarem ale z drugiej strony są jego córki, którym on nie potrafi przekazać i wytłumaczyć. Że nie chce być już sam, że one dorosną nie wiadomo kiedy i pójdą swoją drogą. Że przecież, gdy żyła ich matka, którą kochał ponad wszystko, to one na tym nie ucierpiały. I teraz też tak będzie. Bo tak różna jest miłość ta rodzicielska od tej, do drugiej kobiety. Powiedział im o tym. I o tym, żeby przestały prowadzić swoje gierki, bo mnie kocha i chcę ze mną być. Oczywiście nadal nie było i nie jest za różowo. Ale się trochę uspokoiło. Zrezygnowałam chwilowo z przeprowadzki, wiem, że nie powinno się niczego ponaglać. Ale nie rezygnowaliśmy już z siebie. Dziewczyny rosną, zmieniają się. Minęły dwa lata odkąd nie chciały mnie wpuścić do swojego domu po raz pierwszy.

Dziś przewożę rzeczy i słyszę od Mileny, że mają nadzieję, że się dogadamy w kwestii łazienki. I, że robię dobre naleśniki ze szpinakiem, choć wiadomo, że mama robiła lepsze. Bajkę o złej macosze, już dawno schowałyśmy na najwyższą półkę. Lubimy się, docieramy, poznajemy. I to mnie cieszy. Gdy ktoś mnie pyta, czy mam dzieci, zawsze odpowiadam, że dwie piękne córki. I one tego nie komentują, nie przytakują. Ale się uśmiechają. Czy usłyszę kiedyś, jak mówią do mnie mamo? Nie myślę o tym w ten sposób. Najważniejsze, że jesteśmy razem. Ja, on i nasze dziewczyny.


Lifestyle

Pedofilia wśród Świadków Jehowy? Dorosła już ofiara odważyła się mówić głośno, co jej zrobił własny ojciec

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
28 listopada 2016
Fot. iStock/delihayat

– Widocznie twoja wiara jest za słaba, skoro takie coś jak pedofilia spowodowało, że chcesz odejść od prawdy – usłyszała Ewelina od swoich braci, po tym, gdy odchodząc od Świadków Jehowy powiedziała po raz pierwszy głośno, że ojciec molestował ją seksualnie od 6-tego roku życia. Choć słowo molestował nie jest tu właściwe – gwałcił ją, zastraszał, zmuszał do różnych rzeczy przez 12 lat. – Zaczynam swoje życie na nowo – mówi dziś 37-letnia Ewelina.  

„Najpierw muszę z ciebie zrobić kobietę”

Do piątego roku życia wychowywała ją babcia. Małżeństwo jej rodziców od początku było burzliwe. Kłótnie, awantury, zdrady. On, który nie panował nad swoimi emocjami i ona, która powtarzała, że nie wie, jak zniesie to wszystko. Kiedy porządkując swoje małżeńskie życie rodzice zdecydowali się wziąć Ewelinę do siebie, już studiowali Biblię ze świadkami Jehowy.

Koszmar 6-letniej dziewczynki zaczął się bardzo szybko. – On obnażał się przy mnie. Słowa, która do mnie kierował przez całe moje życie w rodzinnym domu, to „pokaż” i „daj”. Na początku jeździł penisem po mojej waginie. Z czasem lekko go wkładał, na tyle, na ile mógł. Kiedy jako 10-latka powiedziałam mu, że chciałabym chodzić na tańce, zostać tancerką, usłyszałam: „Najpierw muszę z ciebie zrobić kobietę”. I zrobił… Gwałcił mnie wszędzie, gdzie tylko chciał. Nie mogłam odstępować go na krok. Wszędzie mnie ze sobą zabierał. Mieszkaliśmy na wsi, on pracował na PGR-ach. Gwałcił mnie na biurku w biurze, na sianie w budynkach PGR-u. Raz, kiedy obudziłam się w nocy, bo śnił mi się jakiś koszmar, to on zamiast mojej mamy poszedł ze mną na górę, położył się obok i zgwałcił mnie, chociaż w pokoju spali też moi dwaj bracia. Pamiętam, kiedy powiedział, że pokaże mi coś innego, kazał rozłożyć nogi i zaczął mnie lizać…

Z ojcem nie czuła żadnej więzi.  – To był dla mnie obcy człowiek. Od początku tylko się go bałam. Czy było dla mnie coś nienaturalnego w tym, co robił? Jako mała dziewczynka miała poczucie tajemnicy. On mówił, że ojcowie tak muszą robić, że to taki nasz sekret. Później… to chyba myślałam, że nie mam wyjścia, że tak musi być. A jak masz 10 – 11 lat to czujesz, że to nie jest jednak normalne, co ojciec ci robi i zaczynasz się buntować, ale ten bunt jest skrzętnie tłamszony: „jak powiesz, to twoja matka tego nie wytrzyma” – słyszysz i pewnym momencie się zamykasz. Nie miałam siły psychicznej, żeby wtedy zareagować.

Ewelina od 6 roku życia była w rodzinie Świadków Jehowy. Od dziecka nie pamięta innego życia. Kobiety wśród Świadków Jehowy właściwie nie mają żadnego statusu. Są tylko narzędziem, choć to one najbardziej się angażują w działalność organizacji, chodzą od domu do domu, zbierają datki. Nie mogą natomiast pełnić żadnych wyższych funkcji, czy stanowisk. Nie mają prawa głosu.

Ubierała spódnicę, by jemu łatwiej było ją zgwałcić

– Moja mama nie miała nic do powiedzenia w kwestii naszego wychowania. Wszystkie decyzje podejmował ojciec – on mówił, co możemy czego nie, co jest dobre, a co złe, wymierzał nam kary. Szedł ze mną na górę pod pretekstem studiowania ze mną Biblii, a gwałcił mnie, podczas, gdy moja mama siedziała na dole. Kiedy zaczynałam się buntować, nie chciałam robić tego, do czego mnie zmuszał,  dom zamieniał się w piekło. Ubliżał mojej mamie, podle ją traktował, wiedział, że tak rani mnie najbardziej i tylko traktując w ten sposób moją matkę, mnie skłoni do tego, co chce.

Kiedy Ewelina chciała pojechać do cioci, wyjść do koleżanki, warunek był zawsze ten sam. Ubierała spódnicę, by jemu łatwiej było ją zgwałcić. W piwnicy, w jej pokoju, a kiedy nikogo nie było w domu – na wersalce w dziennym pokoju. Zmuszał ją do oglądania filmów pornograficznych, gazetek, mówiąc, że to ją podnieci, rozgrzeje… Poczuła ulgę, kiedy w wieku 14-lat dostała miesiączkę, bo powtarzał, że wtedy da jej spokój… Nie dał, obiecał tylko być bardziej ostrożnym…

– To nie było naturalne, że wszędzie mnie ze sobą zabierał. Na wsi, w której mieszkaliśmy był uważany trochę za wariata ze skłonnościami seksistowskimi. Ale kiedy na weselu jednej z ciotek rzucił się na chłopaka, z którym rozmawiałam, bo był o niego zazdrosny, ciocia stwierdziła, że jest w tym coś niepokojącego. Traktował mnie jak kochankę, jak kobietę, a nie jak swoją córkę. Ciocia z mamą wzięły mnie na rozmowę. To wtedy mogłam wszystko powiedzieć, uwolnić się. Ciocia spytała, czy ojciec robi mi krzywdę, a ja widziałam tylko pełne przerażenia oczy mojej mamy. Wiedziałam, że się bała… Nie mogłam jej tego zrobić, bo przecież by się powiesiła, by nas zostawiła, nigdy w życiu bym sobie tego nie wybaczyła. „Nie” – odpowiedziałam ciotce… Wiedziałam, że mi nie uwierzyła, ale nic nie mogła zrobić.

Ewelina wiele lat później dowiedziała się, że jej ojciec już jako nastolatek gwałcił inną dziewczynkę… To ona jest dzisiaj jedynym świadkiem Eweliny, który może zeznawać w sądzie przeciwko niemu.

„I tak nikt ci nie uwierzy, twoje słowo, przeciw mojemu”

To co się dzieje wśród Świadków Jehowy, wśród nich musi zostać. Nic nie może wyjść na zewnątrz, zwłaszcza te złe rzeczy. – Uczono mnie, że świat zewnętrzny jest zły, że wszyscy ci ludzie zginą w Armagedonie, a tylko my ocalejemy. Nie miałam do nikogo zaufania, w wiejskiej i bardzo zaściankowej szkole od początku uchodziłam za odmieńca. Nie śpiewałam hymnu, nie brałam udziału w przedstawieniach… Byłam ta inna, a dodatkowo przylgnęło do mnie przezwisko „Cielak” nadane przez nauczyciela po tym, jak niechcący zrzuciłam doniczkę z parapetu podczas lekcji. Wpajano mi nieustannie, że nie mogę mieć swojego zdania.

Dzieciom Świadków Jehowy pokazuje się, że wszystko co robią, muszą robić w imię Boga i dla niego. Nagrywane są filmy, gdzie kilkuletnia dziewczynka zamiast kupić sobie lody, odkłada pieniądze na datki na organizację. Dzieci mają być posłuszne rodzicom i Bogu i dawać z siebie jak najwięcej. Kary cielesne wśród Świadków Jehowy (na szczęście coraz rzadziej) są na porządku dziennym. Jarek, który odszedł od organizacji trzy lata temu, wspomina, że Starszy Zboru bił ich jako dzieci na oczach rodziców gumową rurą od pralki, dzieci wyprowadzano ze spotkań i bito, gdy tylko przeszkadzały. Od najmłodszych lat powtarza się maluchom, że jak będą niegrzeczne, zginą w Armagedonie.

Każde nadużycie ma w tej organizacji procedurę postępowania. Jeśli jeden ze Świadków zostaje oskarżony o molestowanie dzieci, musi to zostać zgłoszone przez dwóch nadzorców do Działu Prawnego, który poinstruuje, jak dalej postępować w tej sprawie. Jarek, który pomaga tym, którzy odeszli z organizacji i wnikliwie zapoznaje się ze wszelkimi obowiązującymi wśród Świadków Jehowy prawami mówi: – Ofiara pedofilii jest przesłuchiwana w obecności swojego oprawcy i Starszych Zboru. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co to dziecko, czy nastolatek tam przeżywa, a nawet dorosła osoba, która postanowiła o tym mówić. Co więcej, przypadkiem pedofilii członkowie Świadków Jehowy zajmują się dopiero, kiedy przedstawionych zostanie dwóch, a najlepiej trzech świadków tego czynu, którzy potwierdzą stawiane zarzuty.

Na pytanie, dlaczego nie uciekła, Ewelina odpowiada: – Ale gdzie? Dokąd? I co z moją mamą? Dzisiaj widzę, że ta więź między nami była chora. Moja babcia nie raz mówiła, że matka i ojciec traktują mnie tak, że tylko jeszcze w klatce powinni mnie zamknąć. Ale oni nie musieli, sama się w tej klatce zamknęłam. Przecież nie mogłam prosić o pomoc kogoś spoza organizacji. Ojciec mi powtarzał: „I tak nikt ci nie uwierzy, twoje słowo, przeciw mojemu”. Błagałam mamę, by wpłynęła na ojca, by zainteresowała się naszym wychowaniem. Mój wujek ze strony mamy (nie jest Świadkiem) przypomniał mi sytuację, kiedy do nas przyjechał, chciał mnie zabrać na kilka dni. Ojciec kazał mi iść napalić w piecu, ale najpierw ubrać spódnicę… Ta spódnica wydała się wujkowi dziwna… Ojciec zgwałcił mnie w piwnicy i wtedy pozwolił jechać.

Powiedziała: „Weź się trochę uspokój, bo po rodzinie mówią, że gwałcisz Ewelinę”

W wieku 18 lat Ewelina poznała Adama – też Świadka. Ojciec szalał, próbował chłopaka zastraszyć, przegonić, oni jednak szybko postanowili wziąć ślub. – Wyszłam za mąż i próbowałam zapomnieć o tym, co się zdarzyło w przeszłości. Nadal wierzyłam, że religia, w której żyłam, jest tą religią prawdziwą. W końcu powtarzano nam, że to co nas spotyka tutaj teraz nie ma znaczenia, że za chwilę przyjdzie Armagedon i wtedy doświadczymy prawdziwego szczęścia. Myślałam: „No miałam pecha, Bóg to naprawi…”.  Po ślubie ojciec chciał zmusić ją do seksu raz, kiedy przyjechała już z mężem w odwiedziny. Adam – mąż widział, że ta relacja z rodziną jest dziwna. – Kiedy mama dzwoniła i słyszałam, że jest źle, że się pokłócili, natychmiast chciałam tam jechać. Miałam wyrzuty sumienia, że mnie przy niej nie ma, że nie mogę jej pomóc, nic z tym zrobić… Na czym moja pomoc polegała… Dzisiaj widzę to wyraźnie. Ojciec robiąc awanturę mojej mamie potrafił po dwa, trzy tygodnie leżeć w łóżku, nie wychodzić do pracy, nie odzywał się do matki, bo „on ma problem”. A ona wtedy płakała, powtarzała, że się powiesi i jako dziecko wierzyłam, że to zrobi… Więc prosiłam go, żeby przestał. A on mówił, że jeśli zrobię to, co on chce, to się poprawi, przeprosi moją mamę. Nie umiałam inaczej jej pomóc… To był mój sposób na ratowanie rodziny, na naprawieni sytuacji w domu, której nie byłam w stanie znieść. Dzisiaj wiem, że matka nieświadomie, ale jednak wykorzystała mnie emocjonalnie. Nigdy mnie nie spytała, jak się czuję, czy wszystko w porządku, czy coś się dzieje. Przecież, kiedy byłam już starsza, krzyczałam, że go nienawidzę. Prosiłam ją, żeby wpłynęła na niego, żeby pozwolił mi jechać do jej siostry. Uwielbiałam tam jeździć, to było miejsce, gdzie mogłam choć przez chwilę poczuć się dzieckiem. Ale taki wyjazd miał zawsze swoją cenę. „To jest sprawa między tobą a ojcem”, mówiła i nigdy nie widziała nic dziwnego w tym, że on najpierw mi na coś nie pozwalał, a później się godził. Przecież, kiedy ciocia się mnie spytała, czy ojciec nie robi mi nic złego, mama nie przyszła do mnie, poszła do niego. Powiedziała: „Weź się trochę uspokój, bo po rodzinie mówią, że gwałcisz Ewelinę”. Dla mnie to jak danie mu zielonego światła. Zrobił wielką awanturę po całej rodzinie, więc już nikt o nic nie pytał. Dzisiaj myślę, że moja mama nie chciała dowiedzieć się prawdy, ale musiała się domyślać.

Ewelina wspomina, że środowisko Świadków Jehowy, w którym akurat ona się wychowywała, było takie zgniłe, seksitowskie, nastawione na wykorzystywanie. – Mój ojciec nie jest jedynym pedofilem, którego spotkałam. Drugi z nich był ojcem trojga dzieci, w tym dwóch dziewczynek, przyjaciel naszego domu. To z nim pewnego dnia poszłam do służby, czyli chodziliśmy od domu domu. Zaczął się do mnie przystawiać, włożył moją rękę do swojej kieszeni, powtarzał, jaka jestem piękna, dotykał mnie, głaskał, a w aucie zaczął mnie całować… Miałam wtedy 14 lat. Później się dowiedziałam, że molestował niepełnosprawną dziewczynkę, o tym mówiono. I wtedy, o ironio, mój ojciec mnie przed nim ostrzegł. „Czym się on od ciebie różni” – powiedziałam tylko. Była jeszcze jedna sytuacja, kiedy zaczepił Ewelinę mężczyzna przygotowujący się do stanowiska Starszego Zboru. – Podszedł do mnie od tyłu, tak mocno się przycisnął, leżał prawie na mnie i szepnął mi do ucha „A ta spódniczka nie jest za krótka”. To było obrzydliwe.

„…muszę wykazać przed sądem, że były to gwałty ze szczególnym okrucieństwem”

Jest maj tego roku, gdy Ewelina trafia w internecie na aferę pedofilską wśród Świadków Jehowy w Australii. Przesyła to swojemu mężowi i właściwie są pewni już swojej decyzji. – Mamy 16-letniego syna, który w pewnym momencie zaczął zadawać nam wiele pytań. Mówił: „Czy wy nie widzicie, jak oni wami sterują, jak manipulują?”. To był czas, kiedy sami byliśmy trochę w rozterce. Bo nie byliśmy takimi oddanymi Świadkami, ale mówiliśmy sobie, że trzeba się bardziej zaangażować, dać przykład synowi. Tylko im więcej dajesz, tym masz większe poczucie, że to jednak za mało. Tymczasem syn uderzał w moje najsłabsze struny: „Mamo, jeśli ja odejdę to wiem, że nie mnie odrzucicie, że nie będziecie mieli ze mną kontaktu”. Nie zgadzałam się z jego słowami, bo jak to? To mój syn! Ale wychodziłam od niego z pokoju i myślałam: „No tak, ale Bóg tak każe, odsunąć się od tych, co odchodzą”.

Cała ta sytuacja sprawiała, że Ewelina z mężem coraz bardziej zaczęli drążyć. – Nasze odchodzenie trwało jakieś dwa lata. Już od jakiegoś czasu zauważaliśmy, że nawołują nas do skromnego życia, odmawiania sobie rzeczy materialnych, a tymczasem osoby „na stanowiskach” opływały w coraz większe luksusy. Zauważaliśmy, że dzieci tych wyższych rangą są lepiej traktowane niż nasze. Powoli dostrzegaliśmy tę obłudę i fałsz, a jak zaczęliśmy szukać w internecie, to trafiliśmy na strony tych, którzy odeszli z tej sekty, bo dziś mogę powiedzieć, że to sekta.

W ciągu ponad 18 lat małżeństwa Ewelina kilkukrotnie była o włos od wyznania prawdy swojemu mężowi. – To nie było łatwe. Próbowałam powiedzieć, ale zawsze się wycofywałam. Kiedy podjęliśmy decyzję, że odchodzimy, coś we mnie pękło. Chciałam mu napisać, w efekcie Adam sam się domyślił, co się wtedy działo w moim domu. To jakby głaz spadł z mojego serca… Mój mąż jest dla mnie ogromnym wsparciem, to on pomaga mi działać i nie odpuszczać.

Przez ponad 30 lat nosiła to w sobie. Nie powiedziała nikomu, bo też nie chciała niszczyć życia swojej matce. – Teraz wiem, że w końcu muszę zadbać o swoje życie, a nie mojej mamy. Najtrudniejszy moment? – Kiedy jej powiedziałam o wszystkim. Kiedy powiedziałam jej, co on mi robił przez te wszystkie lata i usłyszałam, żeby jej życia nie rujnować i że ona ma kredyty do spłacenia…To był cios, bo przecież jest moją mamą, powinna mnie chronić. Powinna być moim wsparciem. Sama jestem matką… nie jestem w stanie tego zrozumieć. Ja jej oddałam połowę mojego życia, robiłam to dla niej, a ona nie chce mnie znać. Odeszłam od organizacji, tym samym ona nie może się ze mną kontaktować, to uspokaja jej sumienie…

Ewelina chce, by ten, który wyrządził jej tak wielką krzywdę poniósł karę. – Chcę, żeby odpowiedział za to, co zrobił. Niestety okazało się, że sprawa o pedofilię jest przedawniona, powinnam zgłosić ją do 23. roku życia. Teraz chyba się  zmieniło i granica to 30 lat. Pozostało mi skarżyć go za gwałty. Tyle, że muszę wykazać przed sądem, że były to gwałty ze szczególnym okrucieństwem. Jakby mogły być inne… Ale mam tylko półtora roku do zamknięcia sprawy. Półtora roku nim sprawa ulegnie przedawnieniu, a tymczasem sąd nie wyznaczył jeszcze daty pierwszej rozprawy. Świadkiem ma być wspomniana dziewczynka, dziś już dorosła kobieta, którą też gwałcił, tyle, że ją zastraszają, dzwonią do niej. A ona jest słaba, ma 50 lat, dopiero pięć lat temu powiedziała, co on jej zrobił…

Afera pedofilska w Australii wykazała ponad 1000 ofiar na przestrzeni 50 lat wśród Świadków Jehowy. Sprawy o pedofilię toczą się w Stanach Zjednoczonych, organizacja wypłaca olbrzymie – milionowe odszkodowania. Procesy pojawiają się też w Europie. – Świadkowie Jehowy tracą pieniądze, wyprzedają majątki korporacji – bo nie zapominajmy – ta organizacja to korporacja, wszędzie zarejestrowana jest podwójnie pod hasłem: „religia”, ale też pod: „działalność gospodarcza” – tłumaczy Jarek, który zna przypadku pedofilii w Polsce, ale ofiary nie chcą o tym mówić publicznie.

– Od kiedy wyszliśmy z organizacji nasz świat nabrał innych kolorów, zaczęliśmy uśmiechać się do ludzi. W ogóle cudownych ludzi spotykamy, którzy wcale nie są źli. Opuścił nas strach przed śmiercią, przed Armagedonem, który no cóż, jakoś nie może nadejść. Chciałabym spotkać się z moim ojcem i powiedzieć mu prosto w oczy, co mi zrobił, jak przez niego wyglądało moje życie… Na to czekam. Ewelina czeka jeszcze na coś. Na słowo „przepraszam” od swojej mamy… Tylko tyle.


PS.: Jarek prowadziś swój kanał na You Tube Prawda o Prawdzie, gdzie uświadmia innym, co tak naprawdę kryje się pod organizacją Świadkowie Jehowy

 


Zobacz także

4 znaki zodiaku, które mają problem z odchudzaniem

8 oznak, że twojemu mężczyźnie jest dobrze w waszym związku

Czy potrafimy jeszcze mówić językiem miłości, skoro nawet podczas Świąt nie szanujemy drugiego człowieka?