Lifestyle

7 pytań, które warto sobie zadać w każdy poniedziałek

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
15 lipca 2016
Fot. iStock / MariaDubova
 

Bez zbędnych wstępów. Po co to robić? Żeby żyć bez chaosu, na większym luzie, spokojniej. I z sensem:)

1. Co najważniejszego muszę zrobić w tym tygodniu?

Nadmiar, brak planu przytłacza. Mam „mnóstwo” rzeczy. Samo słowo „mnóstwo” powoduje już napięcie. Najlepiej rozpisać konkretny plan. Chwilę później, z planu wykreślić rzeczy, które nie prowadzą do konkretnego celu albo nie są konieczne w tym tygodniu. Może spotkanie u cioci Jadzi (imię do zmiany) 30 km od miejsca naszego zamieszkania nie jest priorytetem, co?

Zostawiamy tylko plany najważniejsze. Potem warto sobie zadać pytanie: czy mam pomysł na realizację mojego planu?Czy mam do tego narzędzia? Wsparcie i przestrzeń? Co muszę po kolei zrobić, żeby ten cel zrealizować. Czyli wyznaczamy sobie mniejsze cele.

No i najważniejsze: pozytywna wizualizacja, która doda nam sił i motywacji. Jak się będę czuła, gdy uda mi się cel zrealizować. Czyli, na przykład, co będę czuła, gdy wreszcie oddam ten projekt?  Ulgę, radość, szczęście, poczucie dobrze spełnionego obowiązku?

2. Do kogo powinnam zadzwonić?

Do rodziców? Do któregoś z przyjaciół? O kogo powinnam szczególnie zadbać?

3. Czy wiem, co powinny zrobić w tym tygodniu moje dzieci? Czy mam nad tym kontrolę?

Jeśli we wtorek dowiadujesz się od córki, że masz „wykombinować” strój księżniczki albo przynieść „ileś” rzeczy do przedszkola– dostajesz napadu paniki. Biegasz po sklepach, szyjesz w nocy, ewentualnie biegasz po domu i szukasz odpowiednich akcesoriów. Stres i stres. Po co? Lepiej zaplanować to od razu.

Święta zasada: są rzeczy, których nie zostawiamy na ostatnią chwilę.

4. Czy znajdę chwilę dla ukochanego?

Wspólny czas, to święty czas. Wszyscy wiemy czym kończą się relacje, o które nie dbamy.

5. Czy zamierzam coś przeczytać?

19 milionów Polaków nie miało w rękach żadnej książki, a 10 mln nie ma ani jednej w domu– takie dane Biblioteka Narodowa podała w 2015.

Nie bądźmy w tej grupie. Jeśli nie lubisz książek, korzystaj z Kindle, choć…

6. Co zrobię dobrego dla innych?

Tak, to tak samo ważne pytanie jak to poniżej. Nie musimy robić rzeczy wielkich– poświęcań długich godzin w wolontariacie, przelewać nie wiadomo jakich pieniędzy  na potrzebujących. Zróbmy cokolwiek: wpłaćmy 20 zł na ulubioną fundację, nakarmmy bezdomne koty, wyjdźmy sąsiadce z psem.

Co tydzień choć jedna mała rzecz. Nie tylko dla innych, dla siebie też.

7. Co zrobię dobrego dla siebie?

W coachingu to się nazywa świadome zarządzanie energią. W psychologii szukaniem balansu, w języku zwyczajnym– po prostu odreagowywaniem. Jeśli myślisz, że jesteś niczym ferrari, które będzie pędzić bez paliwa, to możesz się przeliczyć. Wytrzymasz tak tydzień, dwa, miesiąc, kilka jeśli jesteś odporna, ale prędzej czy później zaczniesz chorować albo czuć się źle psychicznie.

Ile wymagań, tyle wsparcia. Jeśli tydzień ma być ciężki, pełen wyzwań zapewnij sobie wsparcie w każdej postaci: zapisz się na masaż, na ćwiczenia, idź na długi spacer, rozmawiaj z kimś bliskim o tym, czego doświadczasz. Szukaj każdego sposobu, żeby uwolnić napięcie.

Na szczęście ten tydzień będzie krótszy:)

Ale niech będzie udany.


Lifestyle

Nie zbudujesz szczęścia na czyimś cierpieniu. Jak żyć szczęśliwie i nie krzywdzić innych

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 lipca 2016
Jak żyć szczęśliwie?
Fot. iStock/Sjale
 

Nie zbudujesz szczęścia na łzach innych osób – mówi stare porzekadło. Karma wróci lub dopadną cię wyrzuty sumienia, które skutecznie odbiorą całą radość. Z drugiej strony, nie da się przejść przez życie nie raniąc, ani nie zrażając do siebie chociaż jednej osoby. A przynajmniej, nie da się tak żyć, jeśli chce się postępować w zgodzie ze sobą i swoimi uczuciami.

Jeśli chcesz pozostać sobą i nie krzywdzić innych, musisz być od początku konsekwentny i mieć świadomość, że asertywność jest czymś pozytywnym – zarówno dla ciebie jak i dla otaczających cię ludzi. Ona pozwala ci jasno określić to jaki jesteś, czego pragniesz, na jakich zasadach układasz sobie relacje z innymi. Nie jest to łatwe, szczególnie gdy jesteśmy bardzo młodzi. Wychowuje się nas raczej „do zachowawczości” i nakłania do spełniania oczekiwań innych osób, niż w przekonaniu, że powinniśmy sięgać po to, co nas uszczęśliwi. Jak tu zachować zdrowy balans?

Wybieraj prawdę, od początku

Każdy z nas jest inny i to właśnie sprawia, że ​​świat jest tak interesujący. Możesz być z natury gadułą, która potrafi bezmyślnie „palnąć” coś nie bacząc na to, że może zranić czyjeś uczucia, a możesz być też wycofanym milczkiem, który woli nie powiedzieć co myśli, niż sprawić komuś zawód. Są tacy, którzy przez lata prowadzą podwójne życie, bo boją się odejść od partnera. Wydaje im się, że życie w kłamstwie jest dla niego lepsze niż szczere wyznanie osoby, z która tworzyło się ważną relację.

Jeśli już dokonałeś wyboru, który (a decyzja o zdradzie jest wyborem) przyniesie cierpienie bliskiej ci osobie, zawsze wybieraj prawdę. Nie tylko dlatego, że kłamstwo, które wyjdzie na jaw przypadkiem boli sto razy mocniej. Wybieraj ją dlatego, że ona świadczy o twojej odwadze i szacunku dla siebie i dla drugiej strony. Jest też dla niej szansą na ułożenie sobie życia na nowo, bez ciebie.

Naucz się odpowiedzialności

Im wcześniej, tym lepiej. Nie zrzucaj winy za swoje błędy na innych, przyjmuj życiowe nagrody i kary z pokorą i zrozumieniem. Odpowiedzialność to świadomość konsekwencji twojego działania. Jeśli chcesz wprowadzić w swoim życiu zmiany, które mogą sprawić, że twoi bliscy będą cierpieć, rozważ wszystkie „za i przeciw” i wybierz to, co w ostatecznym rachunku jest lepsze. Pamiętaj tylko, że cokolwiek postanowisz, życie masz tylko jedno.

Tak naprawdę jesteś jedyną osobą, która może kontrolować swoje działania i jedyną osobą, która może ukształtować swoje życie tak, jak o tym marzy. Bierność i lęk przed zranieniem innych ograniczają nas o wiele częściej, niż zdajemy sobie z tego sprawę. Jednak niektóre decyzje (wybór życiowego partnera,  wybór wymarzonego kierunku studiów – innego niż ten, o którym marzą dla ciebie rodzice, wyprowadzka do kraju, który da ci nieograniczone możliwości) nie pozostawiają nam wyboru. Tam, gdzie chodzi o ciebie, gdzie ważą się twoje losy, podejmuj wyzwanie.

Nie bój się, że zawiedziesz

Tylko zaakceptuj ten fakt. Bo po prostu czasem nie da się inaczej. Ludzie, zaplątani w sieci zależności i wzajemne, czasem bardzo skomplikowane relacje, miewają wobec siebie zbyt wysokie oczekiwania. Reagują emocjonalnie i – bardzo często – w nieprzemyślany sposób, kiedy coś nie idzie po ich myśli. Choćbyś miał usłyszeć wyrzuty, że zawiodłeś, że z nikim się nie liczysz, pamiętaj, że masz prawo żyć tak, by czuć się spełnionym i szczęśliwym. Wewnętrzny głos podpowiada ci jeszcze: „ale tak, by nie krzywdzić innych”.  I ten głos to twoja moralność – niech ona będzie wyznacznikiem tego, co dobre, a co złe, tego co można, a co nie.

Ustal granice

To one podpowiedzą ci, kiedy postępujesz zgodnie ze swoim sumieniem, a kiedy przestajesz być autentyczny. Nigdy nie zgadzaj się na działania, które sprawiają, że nie będziesz umiał spojrzeć sobie w twarz, że poczujesz do siebie obrzydzenie. Co jest dopuszczalne, a co nie, musisz już rozstrzygnąć sam, w swoim wnętrzu. Nie pozwól innym decydować za ciebie.

Można żyć szczęśliwie i robić w życiu to, co uważa się za słuszne, nie obrażając i nie krzywdząc innych ludzi. Wymaga to jednak dużej odwagi i samoświadomości oraz zaakceptowania faktu, że każdy z nas jest inny. Jeśli ci na kimś naprawdę zależy, znajdziesz sposób, by, pozostając prawdziwym i spełnionym, nie ranić bliskiej ci osoby.


Lifestyle

Moje życie okazało się fikcją. Po latach nic nie było prawdziwe. Żyłam z kłamcą idealnym

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 lipca 2016
Fot. iStock/wgmbh

Jak zadzwoniłaś do mnie z prośbą, żebym opowiedziała ci swoją historię, to pomyślałam, że to ku przestrodze dla innych kobiet. Z drugiej strony wiem, że gdybym kilka lat temu coś takiego usłyszała, nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że sama tkwię w takim związku.

„Zawsze mierzył wysoko, miał marzenia”

Był cudowny. Wtedy myślałam, że związek na odległość może się sprawdzić, bo nie ma w nim nudy. Kiedy przyjeżdżał po dwóch czy trzech tygodniach nieobecności – byliśmy jak wiecznie młode małżeństwo. Co chciałam, to miałam. Mówił: „Ty i Kasia jesteście dla mnie najważniejsze”. I tak się z córką czułyśmy. Wakacje, wyjazdy, weekend w SPA. Kiedy był, dostarczał nam non stop atrakcji. Kolacja w restauracji, nowa biżuteria, sukienka, która spodobała mi się na wystawie. Byłam traktowana, jak księżniczka. I nawet, gdy czymś mnie wkurzył – bo miał zadzwonić, a nie dzwonił, bo coś obiecał i nie dotrzymał słowa – gdy przyjeżdżał, zawsze było idealnie. Naprawdę.

Poznaliśmy się na studiach. Był młodszy ode mnie. Zawsze taki trochę z głową w chmurach. Zawsze mierzył wysoko, miał marzenia, które zamierzał zrealizować. Wzięliśmy ślub, urodziłam Kasię, pracowałam w klubie fitness, a on otwierał kolejne biznesy i je zamykał, albo one same się zamykały. Nic nie chciało mu wypalić. Siedział w domu, a między nami narastało napięcie. No ile można, w końcu mamy dziecko, jesteśmy rodziną, trzeba wziąć też na siebie odpowiedzialność.

Jakiś znajomy zaproponował mu przejęcie spółki, z wierzytelnościami do odzyskania. Stwierdził, że to świetna okazja, zdecydował się na ten biznes. Zazdrościłam mu, że ma odwagę ryzykować, że jest pewny swego, że to nieustannie popycha do przodu. Gdy zaczęło mu się zawodowo układać, myślałam: „Kurde, a może tak właśnie trzeba. Wierzyć w siebie i lecieć do przodu, a nie żyć non stop zachowawczo”.

Musiał wyjechać do Warszawy, żeby spółkę doglądać, kontrolować. Rozmawialiśmy, że z czasem ja z Kasią też się przeprowadzimy.

„Często tak po prostu znikał”

Wiesz, on nigdy nie zaprzeczał, wszystkim moim pomysłom ochoczo przytakiwał, ale później jakoś działo się tak, że ich nie realizowaliśmy. Tak było z naszą przeprowadzką. Jechałam do niego z pościelą (bo w warszawskim mieszkaniu nie było wystarczająco), ze swoimi ciuchami, słowem – przeprowadzałam się powoli. Cudowny weekend, fantastycznie, po czym w niedzielę pada: „Wiesz kochanie, bo my otworzyliśmy tę firmę windykacyjną i tak sobie myślę, że to na dzisiaj jednak niebezpieczny biznes dla ciebie i Kasi, żebyście tu były. Niech to się ustabilizuje…”. Mówił to w międzyczasie mnie pakując i wsadzając do pociągu, dopiero gdzieś w połowie drogi docierało do mnie, co się właściwie wydarzyło…

Często tak po prostu znikał. Odprowadzał mnie na lotnisko, mieliśmy jeszcze spędzić razem pięć godzin do mojego odlotu, a on nagle przy postoju taksówek rzucał: „Przepraszam, kochanie, muszę lecieć, buziak, zadzwonię”. I już go nie było. Nawet nie zdążyłam o nic spytać. Gdy później płakałam, albo krzyczałam przez telefon, że tak mnie traktuje – on przepraszał, uspakajał, mówił, że mi to wszystko wynagrodzi, jak tylko przyjedzie. I wynagradzał. Kolejną wycieczką, wyjazdem, kolacją.

Zaczął zarabiać więcej. I więcej. Zdecydowałam się na kolejne studia – oczywiście w Warszawie, przecież tam on mieszkał. Wynajmował mi najlepsze hotele, zostawiał kwiaty na recepcji. Jak pomyślę, z iloma kobietami tam wtedy przychodził, co myślały te recepcjonistki, kiedy odbierałam klucze… To, że mieszkał trzy przecznice dalej z inną kobietą…

Powiedział, że poznał bardzo bogatych i wpływowych ludzi, którzy zaproponowali mu prowadzenie na całym świecie salonów z ekskluzywną biżuterią. Wiązało się to z tym, że musiał przeprowadzić się do Zurychu. I więcej podróżował doglądając biznes.

„Psychopata to nie musi być morderca, wariat”

Dzisiaj myślę, że on ma psychopatyczną osobowość. Psychopata to nie musi być morderca, wariat, to może być ktoś, z kim żyjesz na co dzień. To jest niesamowite, jak taki człowiek potrafi manipulować innymi. Jak nie plącze się w swych kłamstwach. On przyparty do muru nigdy się nawet nie zająknął, nigdy nie stracił pewności siebie, jego ciało nigdy mi nie pokazało, że tak, że on kłamie. Kiedyś opowiadał mu o jakieś dziewczynie, która notorycznie kłamała. Spojrzałam na niego i powiedziałam: „A może ty też kłamiesz?”. Roześmiał się swobodnie, jak mogłam tak w ogóle pomyśleć.

Fot. iStock/Vizerskaya

Fot. iStock/Vizerskaya

Pamiętam, jak zrobiłam mu karczemną awanturę, że nie znam jego wspólników, że nigdy nie byłam w tym Zurychu. A on, jak zawsze zresztą: „Kochanie, oczywiście, że pojedziemy. O będziemy jechać na wakacje, to zajedziemy, zobaczysz moje mieszkanie, poznasz wspólników”. A później jechaliśmy na Lazurowe Wybrzeże, a kiedy wracaliśmy on mówił: „Wiesz w Niemczech są takie cudowne zamki, bardzo bym chciał ci je pokazać”. I jechaliśmy do Niemiec, a później do Szwajcarii już było za daleko…

Żyłam w takim trochę rozdarciu, bo on rzadko bywał w domu, ale jak już był, to nosił nas na rękach. I zawsze powtarzała, że jesteśmy dla niego najważniejsze. Jasne, że się zmienił, że stał się bardziej pewny siebie. Długo się bałam, że nic z tych jego interesów nie wypali, tak jak bywało wcześniej. Ale kiedy te pieniądze spływały przez kilka lat już regularnie, poczułam się bezpiecznie, to też pewnie uśpiło moją czujność. A z drugiej strony jaką czujność – ja bezgranicznie wierzę ludziom, nie wyobrażam sobie żyć w związku na ciągłych podejrzeniach. On przecież w ogóle nie oglądał się za innymi kobietami, nie był typem flirciarza. Wpatrzony we mnie, pełen miłości. Znał mnie, w końcu wiedział, że mnie można podejść albo na miłość, albo na strach. Kiedy miewałam dość tych jego ciągłych wyjazdów, tego, że jak go nie ma, to zupełnie nie mogę na niego liczyć, mówiłam, że się rozwiodę. A on rzucił raz: „Zabiorę ci córkę, świadków zawsze można przekupić”. Dudniło mi w głowie bardzo długo.

„Dostałam maila od kobiety, z którą żył osiem lat”

Kupił mi salę na prowadzenie fitnessu, później mieszkanie tu, pod Trójmiastem. Na co właściwie miałam narzekać. Aż pewnego dnia wpadli do naszego mieszkania panowie w kominiarkach, z nakazem przeszukania, jego wyprowadzili w kajdankach. Prowadził interesy daleko poza prawem.

Przez adwokata prosił, by mi przekazano, że mam nie rozmawiać z nikim obcym, że będą osoby, które mogą chcieć mnie zmanipulować, wmówić różne rzecz chcąc coś ode mnie wyciągnąć, mogą mówić, że ma inną rodzinę… Byłam w szoku. Nagle facet, z którym żyjesz tyle lat, trafia do aresztu, a ty nie masz pojęcia, dlaczego? Co się właściwie stało. Mówiłam adwokatowi: „Mój mąż ma działalność za granicą”, a on zmieszany powtarzał, że jeszcze poszuka w papierach…

Dostałam maila od kobiety, z którą żył osiem lat. Nasza córką miała wtedy 10. Znał jej rodziców, z jej ojcem jeździł na ryby. Mówił, że się rozwiódł, a ja byłam wariatką, która w hotelu potrafiła w pokojówki rzucać papierem toaletowym. Zabierał ją w te same miejsca co mnie i Kasię. Trzecia z nas – tak była trzecia – miała nawet psa z tej samej hodowli, co my. Miał imię, na które się nie zgodziłyśmy… Było jeszcze wiele innych, wysokie ubezpieczenie na życie, na jakąś kobietę, mi też chciał takie wykupić…

Dzisiaj, po tych kilku latach widzę o wiele więcej. I więcej wiem. Wiem, że kłamca – taki kłamca psychopatyczny nigdy nie przyzna się do tego, że kłamie. Choćby przyparty do muru, z ostrzem na gardle – nie ma szans. Mój były mąż, nawet gdy się z nim spotkałam w areszcie, pewnych rzeczy nadal się wypierał, a prawda ciężko przechodziła mu przez gardło.

„Nigdy się nie pomylił, nigdy nie odezwał się do żadnej z nas innym imieniem”

Kiedy podejrzewasz, że on kłamie, że kłamie na 99%, ale on tym 1% jest w stanie cię przekonać – okej, wybacz mu. Jeśli taka sytuacja zdarza się drugi raz – też wybacz. Ale gdy dochodzi do niej po raz trzeci – spieprzaj jak najdalej od niego.

U nas zawsze kłopoty pojawiały się w święta i sylwestra. Pamiętam, jak po Bożym Narodzeniu pojechał do Zurychu (w którym oczywiście nigdy nie mieszkał). Dzień przed sylwestrem zadzwonił do mnie jakiś facet, którego nie znałam i powiedział, że mój mąż stracił przytomność i jest w szpitalu. „Nie oczywiście, nie musi pani przyjeżdżać, ja się tu wszystkim na miejscy zajmę, będę dzwonił i panią informował”. I dzwonił, faktycznie. W sylwestra jednak nie wytrzymałam i z siostrą zaczęłyśmy dzwonić do szpitali w Zurychu. Okazało się, że mają bazę wszystkich pacjentów, ze wszystkich szpitali. Nikogo o podanym przez nas imieniu i nazwisku nie było. Mój mąż, gdy po kilku dniach mógł już rozmawiać i rozbrajająco tłumaczył: „Kochanie, no przecież ja byłem w prywatnej klinice, pewnie dlatego nie było mnie rejestrze”.

Poprosiłam o wypis ze szpitala. Nigdy go nie przywiózł, bo „mamy tam tyle papierów”, a ja mogłam przez tydzień, kiedy jest z nami strzelać focha, że wypisu brak, albo spędzić fajny tydzień z mężem, który w końcu przyjechał…

Prowadził podwójne, potrójne, właściwie nie wiem, ile żyć. Każdej z nas opowiadał coś innego. Nigdy się nie pomylił, nigdy nie odezwał się do żadnej z nas innym imieniem. Agnieszka – ta, z którą był osiem lat, zadzwoniła do niego, kiedy rzekomo był w szpitalu – mi też tę historię, że w Moskwie leczy się na migrenę, sprzedawał. Zadzwoniła, a telefon niechcący się odebrał – zdarza się. Usłyszała w tle rozmowę z dzieckiem. Wściekła się. Zadzwoniła jeszcze raz z aferą, że gdzie on właściwie jest. Co usłyszała: „Kochanie, ale myślisz, że jak jestem w szpitalu, to nie mam kontaktu z córką, rozmawialiśmy przez skype’a”. Ja wiem, że on w tym czasie był w domu u nas,  a ona miała wyrzuty sumienia, że zrobiła mu awanturę.

„Nie umiem ci opisać, co się wtedy czuje”

Co czujesz, kiedy nagle dowiadujesz się, że kilkanaście lat twojego życia było fikcją? Iluzją? Że nic w nim nie było prawdziwe? Kiedy składasz sobie sytuację do sytuacji i dostrzegasz, w jakim kłamstwie żyłaś? Nie umiem ci opisać, co się wtedy czuje. Obwiniałam siebie, że niczego nie zauważyłam, byłam wściekła, załamana, zrozpaczona… Potrzebowałam pomocy specjalistów, żeby móc się z tego otrząsnąć. Dziś odcięłam to wszystko grubą krechą.

Ale też wiem, że przegapiłam wiele sygnałów, które dawało mi moje ciało, podpowiadała intuicja. Te kłamstwa kolejne, na które przymykałam oko, w które chyba chciałam wierzyć. Kiedy pierwszy raz powiedział mi o nowo poznanych ludziach, którzy proponują mu biznes w Zurychu – po karku przeszły mi dreszcze. Pamiętam je do dziś. Nigdy później się nie pojawiły, a to ciało wysyłało mi ostrzeżenie…

I sen. Jechaliśmy w lesie, dookoła było ciemno, tylko światła samochodu rozjaśniały drogę przed nami. Spojrzałam w boku, a na poboczu stały kamienne ławy, na nich leżały nagie kobiety. Powiedziałam: „Zobacz, one są martwe”. I się obudziłam. Opowiadałam mu o tym śnie, nawet sprawdziłam w senniku, jedna z interpretacji mówiła o romansie. Obróciliśmy to wszystko w żart. Teraz nie lekceważę takich wymownych snów, podświadomość chce nam coś powiedzieć, mi też chciała….

To jest cholernie trudne, kiedy kochasz i kiedy chcesz być kochana, zobaczyć, że ta najbliższa osoba cię okłamuje, że manipuluje, że są sytuacje, w których czujesz się niepewnie, ale brniesz w to, bo chcesz wierzyć. Może to strach przed zmianą. Mówisz sobie: „Aj nawet jakoś coś tam kłamie, to lepiej z nim niż osobno”. Nie wiesz, jaką skalę ma jego kłamstwo. On dziś ma kobietę i dziecko z nią… Nie wiem, czy powinnam ją ostrzec… Opowiadam ci to, bo może jakaś kobieta przyjrzy się swojemu związkowi… Może dla niej moja historia stanie się ostrzeżeniem.


Zobacz także

Jak przygoda, to tylko z przyjacielem. Akcja „Prawdziwa przyjaźń”

Sezonowe produkty i przepisy Jagny Niedzielskiej – jest naprawdę pysznie!

Pożyczone życie

Pożyczone życie zawsze wróci do właściciela, zostawiając nas samych sobie