Książki Kultura

Śmiercią Moniki żyła cała Polska. Fragment książki Basen

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Fot. iStock
 

Warszawa, poniedziałek, 21 września 2015

1.

 

O śmierci Moniki poinformowały w poniedziałek rano wszystkie programy, łącznie z telewizją śniadaniową. Piłam właśnie kawę, usiłując jednocześnie przyszyć guzik w bluzce, który odpadał już któryś raz. Nagle na dole ekranu pojawił się żółty pasek, a skonsternowana prezenterka złożyła usta w ciup.

– A teraz wiadomość z ostatniej chwili… Nie mamy jeszcze potwierdzenia, ale z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że… Tak, to bardzo smutny news… Z naszych informacji wynika, że Monika Kasperowicz, córka byłego ambasadora RP, Jerzego Kasperowicza, nie żyje.

Znieruchomiałam z nitką w zębach. Ostrożnie odłożyłam kubek z kawą i przełączyłam na inny kanał.

…jej ciało znaleziono dzisiaj rano w Warszawie…

…trzydziestoletnia Monika Kasperowicz była uznaną blogerką, a także córką tragicznie zmarłej amerykańskiej aktorki Anne Fontaine…

…kilka miesięcy temu wróciła na stałe do Polski….

…ostatnio odnosiła sukcesy w zawodach jeździeckich…

…udzielała się charytatywnie, wspierała wiele fundacji…

…wyśmienita pływaczka…

…jej blog o modzie, urządzaniu przyjęć i stylu życia cieszył się ogromną popularnością…

…nie znamy na razie żadnych szczegółów… rodzina prosi o uszanowanie prywatności…

…ślub Kasperowicz odbył się niedawno w Pałacu na Wodzie w Łazienkach…

Nadal skakałam pilotem po kanałach, kiedy zadzwonił telefon.

– O kurwa, słyszałaś?! – Kaśka wydarła mi się do ucha bez żadnych wstępów.

– Słyszałam – odpowiedziałam zimno. – Jest wszędzie…

– Ale co się, kurwa, stało!? – darła się Kaśka. – Jak to możliwe?!

– No – przyznałam. – Nie wiem.

Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Co innego mogłabym powiedzieć? Usiadłam na pufie z telefonem w jednym i pilotem w drugim ręku.

– Nie wiem – powtórzyłam.

– Tylko nie płacz – chlipnęła w słuchawkę Kaśka.

– Przecież nie płaczę.

– Ale co się stało? Jezu, Magda. Co się stało?

– Ja… – Westchnęłam, a raczej ze świstem wciągnęłam powietrze do płuc. Przez głowę przebiegły mi obrazy z poprzedniego dnia. – Nie wiem. Widziałam ją wczoraj. Wieczorem. Poszłyśmy na basen…

– Wiem! – żachnęła się Kaśka. – Dzwoniłam do Pauli! Budzę ją, rozumiesz i krzyczę: „Włącz telewizor!”. Ona mniema  to: „Co się stało, zamach?”. „Jaki, kurwa, zamach, Monika nie żyje!” „Jak to? Przecież byłyśmy wczoraj z Magdą na basenie”.

– Nooo… byłyśmy.

– Paula jest w kompletnym szoku. Jezu, jak to się stało? I gdzie ją znaleziono? W domu czy na basenie? Co to znaczy, że znaleziono?

– Nie wiem. – Odłożyłam pilota i sięgnęłam po kubek z kawą. Była już zimna. – Muszę iść do pracy – wymamrotałam.

– Zwariowałaś?! Jakiej pracy? Bierz wolne i przyjeżdżaj!

– Nie wiem, nie mogę.

– Oszalałaś, oczywiście, że możesz, jesteś swoim własnym szefem. Przyjeżdżaj, czekam, napić się muszę, mam tylko szampana, niech to szlag. Paula już jedzie.

– Okej – zgodziłam się niemrawo, obrzucając żałosnym spojrzeniem bluzkę z wciąż nieprzyszytym guzikiem.

– Masz numer do jej ojca?

– A niby skąd?

– Nie wiem, tak pytam! Ja nie mam. Jezu, jakiś pogrzeb, jakieś kwiaty… Nie wiem, co się robi w takich sytuacjach. Dzwoni się z kondolencjami? Przyjedziesz?

– Dobrze, tylko się ogarnę. – Spojrzałam na telewizor, gdzie migało czarno-białe zdjęcie Moniki z wielkim żółtym paskiem na dole.

Kaśka się rozłączyła.

Skakałam znów po kanałach. Na wszystkich było to samo. Monika na zawodach jeździeckich, Monika w białej sukni, z Rémym podczas krojenia tortu, na konkursie pływackim, odbierająca nagrodę za blog roku… Przejrzałam komórkę. Informację o jej śmierci podał mediom Rémy…

Rzuciłam bluzkę w kąt, włożyłam dżinsy i sweter. Po chwili zmieniłam go na czarny golf. Tak chyba bardziej wypada…? Zdecydowałam się pojechać najpierw do pracy, Kaśka i Paula mogą zaczekać. Musiałam mieć chwilę dla siebie, zanim się z nimi spotkam.

Nie wiedziałam, czy napisać do Rémy’ego. Może lepiej zadzwonić? Wybrałam numer, ale nie odebrał. Włożyłam do torebki paczkę papierosów, a po chwili butelkę Soplicy, która poniewierała się w zamrażarce. Zeszłam na parking, wsiadłam do samochodu i włączyłam radio.

Śmiercią Moniki Kasperowicz żyła cała Polska.

*

– Jak dowiedział się nasz reporter, ciało znaleziono w Pałacu Kultury i Nauki – zabrzmiał głos z radia. – Policja zabezpieczyła ślady i ustala okoliczności zdarzenia. Na razie nie udziela szczegółowych informacji. Więcej dowiemy się na konferencji prasowej zwołanej na godzinę trzynastą. Trudno spekulować, co się stało, chociaż to niewątpliwie smutna wiadomość. A już za chwilę naszym gościem będzie Małgorzata Chrabot, stylistka, która doradzała Monice Kasperowicz w wyborze sukni ślubnej…

Jechałam, starając skupić się na drodze. Poranek był jasny i chłodny, jeden z tych, które, choć wypełnione światłem, niosą ze sobą nieubłagany powiew jesieni.

Mona, pomyślałam. Mona nie żyje.

Powiedzieć, że byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami to zbyt wiele. Chociaż może kiedyś tak było. Znałyśmy się od dziecka, chodziłyśmy razem do szkoły. Ale Monika dużo podróżowała, wiele lat mieszkała za granicą, pojawiała się i znikała jak drugoplanowy bohater w filmie drogi.

Kilka miesięcy temu wróciła do Polski i na nowo wciągnęła mnie w swoje życie. Dopiero co zdołałam stanąć na nogi i rozkręcałam własną firmę. Ona była już znaną blogerką, internetową gwiazdą, a jej życie – dostępne w sieci na wyciągnięcie ręki. Zrobiła kilka kampanii reklamowych dla dużych marek, wydała książkę o urządzaniu przyjęć, potem drugą o klasycznej modzie, dostała nagrodę za Blog Roku. Zaręczyła się, kupiła z Rémym stary dom gdzieś na Kujawach, wzięła ślub. Zaczęła stratować w zawodach jeździeckich, na razie na szczeblu regionalnym, ale radziła sobie całkiem nieźle.

– Małgorzata Chrabot jest już z nami, dzień dobry! – zaświergotało radio, gdy tylko umilkła radosna piosenka z irytującym „Kochanie, nie, nie, nie” w refrenie. – Pani Małgosiu – poufale zaczęła dziennikarka – proszę powiedzieć, jak zapamiętała pani Monikę Kasperowicz?

Boże drogi, pomyślałam. Już tu są.

Nie słuchałam Małgorzaty Chrabot, myślałam o Monice, ulubienicy mediów. Zrobiła na tym prawdziwy biznes: pokazywała się na przyjęciach, wyścigach, premierach. Umiała to wykorzystać. Paparazzi ją kochali, a ona pozwalała im na wiele: sesja zaręczynowa, ślub, nieustanna dostawa świeżych plotek, magazyny z błyszczącą okładką. Monika pokazuje pierścionek, wiesza pranie w holenderskich chodakach w swoim nowym domu (tytuł: „Pani na włościach”), walczy z rasizmem („Black is back”, a może „Black is the new black”?, nie pamiętam), z futrami, z niechęcią do uchodźców… Monika i Rémy, reklama biżuterii, para jak z obrazka: śliczna blondynka i ciemny jak heban potomek afrykańskich książąt. Oboje ubrani w diamenty. Kolekcja ślubna, edycja limitowana, z kuponem zniżka dziesięć procent.

Co tam paparazzi, westchnęłam, skręcając na most. Wszyscy ją kochali. A teraz zastanawiają się, co się stało.

– Nie wiemy, co się stało. – Małgorzata Chrabot jak echo powtórzyła moje myśli i pełnym napięcia głosem dodała: – Ale to może mieć wiele wspólnego z wyznaniem, jakie usłyszeliśmy kilka miesięcy temu. Mówię o walce z depresją.

– Dziękujemy, pani Mąłgosiu. Wrócimy do tej rozmowy po krótkiej przerwie. – Prezenterka chuchnęła do radiowego mikrofonu i zapowiedziała kolejny „Hit na poniedziałek”, a potem skrót wiadomości.

Wcisnęłam gaz i wjechałam na skrzyżowanie na żółtym świetle. Podjechałam pod biuro w chwili, gdy w radiu zaczynał się kolejny serwis informacyjny, ale nie zdążyłam już usłyszeć, co nowego udało się dziennikarzom dowiedzieć w sprawie Moniki.

Fragment książki „Basen”

Fot. Materiały prasowe


Książki Kultura

Monice było wszystko jedno: „Gazety i tak napiszą, że było cudownie…”. Fragment książki Basen

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Fot. iStock
 

Warszawa, Łazienki Królewskie,

sobota 15 sierpnia 2015 

3.

 

– O rety, ale gorąco – powiedziała Paula, wachlując się programem weselnym (kolacja, pierwszy taniec, pokaz fajerwerków). – Tu nie ma klimatyzacji?

– To zabytkowe wnętrze – odparł jej mąż, Marek, spoglądając na sufit, na sztukaterie i pyzate aniołki przy okiennych wykuszach. – Pewnie nie mogli jej zainstalować…

– Ja tu nie wytrzymam – desperacko rzuciła Paula. – Możemy wyjść na zewnątrz?

– Tam wcale nie jest lepiej…

Monika postanowiła wyjść za mąż w najgorętszy dzień roku. Wszystko płynęło, łącznie z jej ślubnym makijażem, chociaż wizażystka obiecywała, że będzie się trzymał. W pałacowej restauracji nie było klimy, wiekowe wnętrza nie zapewniały naturalnego przewiewu. Okrągła sala balowa z wielkim żyrandolem miała przynajmniej dwoje drzwi po przeciwnych stronach, dzięki którym dawało się wywołać nikły przeciąg, ale sala jadalna, z wysokimi oknami tylko na jednej ścianie, była duszną, choć elegancką klatką. Tańce jeszcze się nie rozpoczęły, od paru godzin kisiliśmy się przy stołach i z utęsknieniem wyczekiwaliśmy zachodu morderczego słońca, licząc, że po zmroku zrobi się chłodniej.

Sama Monika była zachwycona i się tym nie przejmowała. Wydawało się, że dosłownie unosi się w powietrzu. Fruwała między ocierającymi pot z czoła gośćmi, którzy w ten nieziemski upał raczyli się kremem z białych warzyw, łososiem, stekiem au poivre i deserem o nazwie „Imię róży”, popijanym ogromną ilością wina, whisky i staropolskiej nalewki na kwiatach czarnego bzu.

– Sądziłam, że będzie jakoś bardziej niezwykle – stwierdziła Paula, nabierając na widelec różowy kęsek łososia.

Siedziałam przy stole razem z nią i Kaśką w rogu sali, gdzie nie dochodził najlżejszy nawet powiew wiatru. Stołów było dziesięć, Monika i Rémy siedzieli daleko od nas, razem z najbliższą rodziną.

– No wiecie, kawior zamrażany ciekłym azotem czy coś w tym stylu. A tu taka niespodzianka.

Faktycznie, zamiast kawioru był tatar ze śledzia, konfitura z pigwy i całe mnóstwo staropolskich przysmaków na zimno w rodzaju gruszek w occie i wędzonych śliwek. Menu wydawało się zbyt ciężkie jak na taką temperaturę i porę roku, trochę wybrane na chybił trafił. Może i tak było, pomyślałam, przypominając sobie obojętność Moniki w kwestii sukni ślubnej.

Zresztą Monika w ostatniej chwili zrezygnowała z ekstrawaganckiej kreacji wybranej przez stylistkę, która chciała ją ubrać w czarne pióra i namalować szachownicę na policzku, i włożyła bardzo prostą, klasyczną sukienkę „od nikogo”. Wyglądała olśniewająco, świeżo, jak rusałka, która  wyszła z wodnego oczka. Rémy miał na sobie biały smoking, w którym przypominał któregoś ze sławnych raperów, i uśmiechał się od ucha do ucha. Nikt już nie wspominał o katastrofalnym wieczorze sprzed tygodnia. Monika promieniała.

Ceremonia ślubna odbyła się pod gołym niebem. Była szybka i skromna. Trzeba się było spieszyć, by goście nie spalili się w piekielnym słońcu. Nad młodymi rozpięto baldachim, używany zwykle w przypadku deszczu, ale ta odrobina cienia, jaką zapewniał, i tak nie wystarczała. Gości było nieco ponad pół setki (kolejne zaskoczenie, zaproszonych miało być chyba dużo więcej) i miałam wrażenie, że nad tłumkiem unosi się mokry zapach potu zamaskowanego obfitą dawką perfum. Ja miałam na sobie sukienkę przed kolano i bez rękawów, a i tak czułam, jak materiał lepi mi się do ciała. Niech to szlag.

Chłopak z urzędu stanu cywilnego, młody blondyn z dołeczkami w policzkach, ocierał pot z czoła, nieustannie się uśmiechał i nie potrafił ukryć rozbawienia. Monika też podśmiewała się bez przerwy i ogólny nastrój wesołości udzielił się wszystkim. Przysięga została złożona wśród chichotów, ostatecznie po angielsku, chociaż Rémy pilnie uczył się polskiego, żeby poradzić sobie z deklinacją i zabójczymi końcówkami. Monika, w wianku na głowie i tej skromnej sukieneczce, wyglądała jak zakochany na zabój podlotek i wydawało się, że mroczne cienie Toskanii są tylko nikłym wspomnieniem, które rozpłynie się w tym upale bez śladu.

Stałyśmy z Kaśką i Paulą w pierwszym rzędzie, jako – jak to określiła Monika – jej druhny. Zamierzchły plan zakładał, że ubierzemy się tak samo i Monika zamówiła dla nas identyczne sukienki. Za nic w świecie nie mogłyśmy się jednak zgodzić co do koloru. Monika kazała krawcowej uszyć koralowe, na co stanowczo zaprotestowała Paula. Twierdziła, że przy jej bladej skórze będzie to bardzo nietwarzowy kolor i w końcu przyszła w cytrynowej kiecce o fatalnym dla niej kroju: za długiej i słabo ukrywającej pociążowy brzuszek. Kaśka włożyła sukienkę w kolorze fuksji z dekoltem w serduszko oraz, jak zawsze, niebotyczne szpilki. Ja jako jedyna miałam na sobie ów koral, bo kolor mi bardzo pasował, a po wydarzeniach ostatnich tygodni nie miałam ochoty poświęcać wyborowi kiecki zbyt wiele czasu.

Monice było wszystko jedno: „Gazety i tak napiszą, że było cudownie, pieniądze z sesji idą na toalety dla dziewczynek w Indiach”. Motywem przewodnim wesela mogłoby być „wszystko jedno”. Nic tu do siebie nie pasowało, wszystko było przypadkowe, nawet buty Moniki (czerwone pantofelki rodem z Krainy Oz). Najważniejsze było jednak to, że państwo młodzi bawili się doskonale.

Jerzy Kasperowicz i Dagmara przyszli, ale jak zwykle byli trochę wycofani. Eleganccy, stonowani, oboje kryli się za ciemnymi okularami. Zauważyłam siedzącą na wózku babcię Moniki, pokręconą staruszkę, którą kiedyś odwiedziłyśmy w mieszkaniu pełnym antyków, obrazów i starych mebli. Opowiedziała nam wtedy, jak walczyła w powstaniu warszawskim, która to opowieść zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Było też kilka dziewczyn z Londynu, koleżanek Moniki ze studiów: głośnych, wulgarnych Brytyjek o bladych i grubych łydkach, ćmiących papierosy w cieniu wybujałych cisów. Miały na imię Kat, Lisa i Suzie albo jakoś tak, nie pamiętam. Ich twarze były nalane i spuchnięte od alkoholu, tankowanego zapewne odkąd tylko wsiadły do samolotu. Okazały się jednak całkiem wesołe, zwłaszcza gdy urządziły zawody w piciu wódki na czas.

Było trochę osób z rodziny, bliższej i dalszej, których nie znałam. Widziałam też dwie asystentki Moniki (szybko się ulotniły) i jej fotografa, który tutaj był raczej zawodowo niż prywatnie. Była też jakaś śliczna Francuzka o piegowatych ramionach w błękitnej sukience bez przerwy spadającej jej z mizernego biustu. Nie widziałam za to chyba nikogo z rodziny Rémy’ego. Było paru jakichś poważnie wyglądających mężczyzn o wąskich oczach, z natapirowanymi żonami u boku. Być może jego kumple od gry albo interesów. Nie wiedziałam, czy jego przybrani rodzice wiedzieli, że się żeni. Nie było też nikogo z amerykańskiej rodziny Moniki. Kasperowiczowie za to zaprosili swoich gości: przyjaciół i znajomych, tak że odnosiłam chwilami wrażenie, że cała impreza jest bardziej dla nich niż dla nowożeńców. Monika wspominała kiedyś, że chciała skromnej ceremonii, dwudziestki gości i obiadu w wiejskiej karczmie, ale pod naciskiem ojca musiała wpisać na listę wskazane przez niego osoby. Widać było jednak, że Kasperowicz nie jest zachwycony, a może nawet zdezorientowany tym, co się dzieje.

Młodzi wymienili obrączki i pocałowali się, a w górę wystrzeliły płatki róż. Upał obezwładniał. Dyskretnie napiłam się wody z butelki i zamarzyłam o powrocie do domu, rozciągnięciu się na materacu w towarzystwie wiatraka i dzbanka mrożonej herbaty. Obok mnie stała Kaśka, która zdawała się wcale nie odczuwać gorąca i z wysuniętym językiem spijała każde słowo wypowiadane przez młodych, a na końcu popłakała się, rozmazując sobie oko. Wszystkie wiedziałyśmy, że wyjście za mąż jest największym marzeniem Kaśki, jedynym problemem było to, że nie miała z kim go zrealizować. Na ślub przyszła wprawdzie z barczystym brunetem większym od niej dobre dwa razy, twierdziła jednak, że to jakaś świeża sprawa i nie wiadomo, czy cokolwiek z tego będzie. Niedźwiedziowaty brunet miał na imię Bartek.

Ja byłam sama. Zastanawiałam się, czy nie zaprosić Rafała, ale uznałam, że nie chcę stawiać go w niezręcznej sytuacji. Mimo jawnych, choć delikatnych zalotów, był moim wspólnikiem, do tego miał nie do końca uporządkowaną sytuację rodzinną i dwoje dzieci. Nie czułam się źle sama. Wprost przeciwnie, towarzystwo Kaśki i Pauli w zupełności mi wystarczało, nie zamierzałam też zostawać na weselu zbyt długo. Przyszłam tu w końcu tylko z jakiegoś głupiego poczucia przyzwoitości wobec Moniki, nie chcąc psuć jej najważniejszego dnia życia. Pod przykrywką obojętności nadal nosiłam w sobie cały pakiet sprzecznych emocji, od nienawiści, zazdrości i rozczarowania po tęsknotę i – co było najtrudniej ukryć – sympatię. Monika naprawdę była osobą, której nie dało się nie lubić. Choć powtarzałam sobie, że wykorzystała mnie, a potem bezwstydnie zrobiła awanturę o nic, teraz nie mogłam przestać patrzeć, jak w najzwyklejszej na świecie kiecce, ze strużkami potu na skroniach, tańczy z Rémym ich pierwszy taniec.

– O Jezuniu, czy oni nie są piękni? Bartuś, no sam powiedz – jęknęła Kaśka, nie odrywając od Moniki zachwyconych oczu.

– Niezła dupa ta twoja kumpela.

– Bartosz! Weź się zachowuj? Przynajmniej przy ludziach.

– Nie szczekaj, kochanie, bo ci się coś stanie.

– Masz ci los. I co ja mam z nim zrobić, z takim gburem? – pożaliła się Kaśka i dolała sobie wina. – No same powiedzcie.

Paula tylko wielkopańsko się uśmiechnęła. Ja wzruszyłam ramionami. Kaśka plotła dalej.

– Już nawet mi nie przeszkadza, że on jest czarny. Najważniejsze, że są szczęśliwi, prawda? Powiem wam, że ona naprawdę dobrze wygląda. Jak świeżynka. A ten wieczór panieński, och, przecież w końcu nic się takiego nie stało, prawda? Mnie też odbija po wódzie.

– I to jak…

– Bartek! Ja cię proszę!

– Wyluzuj, maleńka, zjedz mięska – powiedział i podał jej przez stół widelec z kawałkiem steka. – Mięsko jest dobre na wszystko.

– Wyjdę zapalić – rzuciła nagle, chociaż w tym piekielnym powietrzu papieros był ostatnim, na co miałam ochotę. – Ktoś się przyłączy?

– Może ja – nieoczekiwanie odparła Paula. – Muszę stąd wyjść.

– Od kiedy palisz?

– Chyba mogę, co? – żachnęła się Paula, klepiąc swojego męża, Marka, po ramieniu. – Piersią już nie karmię, Bogu dzięki, a poza tym, muszę stąd na chwilę wyjść, bo zaraz ugotuję się na miękko. Kaśka, idziesz?

– My zaraz idziemy tańczyć – oznajmiła Kaśka, dopiła wino i natychmiast nalała sobie następny kieliszek. – Prawda, Bartoszku?

– Nie mów tak do mnie, kobieto, bo nie ręczę za siebie.

Zostawiłyśmy ich radosne przekomarzanki i wyszłyśmy z Pałacu. Powietrze było ciężkie jak ołów. Zaciekawieni spacerowicze przyglądali się nam zza drzew. Stanęłyśmy z boku, gdzie ustawiono wysoką popielniczkę. Była przepełniona. Wyciągnęłam cienkiego Vogue’a i poczęstowałam Paulę. Sama nie paliłam od tygodni, nawet w Toskanii, a teraz, przez upał i przeziębienie było to ostatnie, na co miałam ochotę.

– Słuchaj – Paula od razu przeszła do rzeczy – żeby było jasne. Nie mówiłam Kaśce o tym, co się stało tydzień temu. Nie chcę, żeby mieliła jęzorem na prawo i lewo. Moi rodzice przyjaźnią się z Kasperowiczami, poza tym nie wiem, czy by nie polazła do prasy. Na szczęście udało nam się wszystko utrzymać w tajemnicy, ta Aga czy tam Ania to bardzo przyzwoita dziewczyna.

– Kaśka raczej by nikomu nie powiedziała – odparłam. – Nie jest taka.

– Może i nie, ale nie chciałabyś zobaczyć w gazecie tych zdjęć.

– Naprawdę wyglądało to aż tak źle?

– Wyglądało koszmarnie. Nigdy w życiu bym tego nie wymyśliła.

– A jak weszłyście do mieszkania?

– Było otwarte. Inaczej nie wiem, pewnie bym po policję dzwoniła. Ona była kompletnie ześwirowana. W Toskanii też się tak zachowywała? Co?

– No wiesz. – Za żadne skarby świata nie przyznałabym się Pauli, co robiłyśmy w Toskanii, a paplaninę Kaśki o „chłoptasiu” Moniki zbywałam pobłażliwym uśmiechem. – Raczej normalnie.

– Dużo piła? Bo tutaj to wyglądało, jakby osuszyła pół barku. To było okropne. Wszystko zachlapane krwią, szlafrok, kafelki. Była kompletnie nieprzytomna. I cały czas powtarzała: „Nie wyjdę za mąż, nie wyjdę za mąż”. O co mogło chodzić?

– Nie mam pojęcia – odparłam szczerze. – Może naprawdę nie chciała?

– No to popatrz! – Paula machnęła ręką w stronę sali balowej, gdzie widać było Monikę prowadzącą „pociąg” pełen ciotek i wujków. – Myślisz, że udaje? Że to jest jakaś pieprzona farsa?

– Nie wiem – powiedziałam bezradnie. – Paula, ja… nie mam do niej klucza. Nie przyszłam na panieński nie dlatego, że byłam chora. Nie wiem już, co z nią robić. Jak postępować.

– Wiem. Kochanie, nie chcę się mieszać, ale ona cały czas o tym mówiła. Że się zawiodła. Że ona dla ciebie tyle zrobiła, a ty jej się tak odpłacasz.

– Chodziło o zupełny drobiazg. Powiedziałam jej, że wolałabym jechać do Stanów sama. A ona zareagowała, jakbym zrobiła nie wiadomo co.

– Dostała histerii, musiałyśmy ją wsadzić pod zimny prysznic. Ta Aga czy tam Ania przemówiła jej w końcu do rozsądku. Co za mądra dziewczyna. Sama nigdy bym na to nie wpadła.

Zaczęłam mieć złe przeczucia.

– Na co?

– Monika miała w domu kokainę. To podobno stawia na nogi. Nie wiem, jak jest, ale ją postawiło.

– Żartujesz?

– Nie.

Ze świstem wciągnęłam gorące, drażniące płuca powietrze.

– Myślisz, że to jest na pokaz? Ten ślub? – spytałam.

– Nie wiem, co myślę. Może chce zagrać ojcu na nosie. Może to się skończy rozwodem i to szybkim. Nie wiem. Wiem za to, że zaraz uświerknę na tym gorącu. Czy tam za tobą to fontanna?

Fragment książki „Basen”

Fot. Materiały prasowe


Książki Kultura

Pogrzeb. Fragment książki Basen

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Fot. iStock

Warszawa, Cmentarz Powązkowski

piątek 2 października 2015

5.

Wychodząc z domu na pogrzeb, w ostatniej chwili zmieniłam eleganckie czółenka na wygodne baleriny. Pomyślałam, że moje nieprzyzwyczajone stopy nie wytrzymają paru godzin stania. Ale, jak się później okazało, to był błąd, bo przez większość żałobnej mszy myślałam nie o tym, co dzieje się w kościele, ale o swoich butach, zwłaszcza że tuż przede mną stała Kaśka w niebotycznych szpilkach.

– Przyszłam na pogrzeb w kapciach – wymamrotałam w stronę stojącej obok Pauli. Paula miała na sobie klasyczny kostium, spódnicę i żakiet. I buty na obcasie, a do tego elegancki kapelusz.

– Co? – szepnęła Paula i przestąpiła z nogi na nogę. – Oj, daj spokój, tylko ty się tym przejmujesz. Przynajmniej ci wygodnie.

– Cicho! – syknęła z przodu Kaśka, akurat gdy ksiądz zaczynał mówić o Monice. Kaśka jako jedyna z nas była wierząca i praktykująca, chodziła do kościoła, a śluby i pogrzeby traktowała niezwykle serio.

Zamilkłyśmy. Znów pomyślałam o tym, że mogłam włożyć szpilki i że w ogóle mogłam się inaczej ubrać, a nie w dżinsy i skórzaną kurtkę. Zadanie mnie jednak przerosło: stałam przed lustrem dobrą godzinę, mierząc po kolei wszystko, co miałam w szafie i wszystko wydawało mi się nieodpowiednie. Jakby tego było mało, przed oczami wciąż miałam wpis z bloga Moniki o tym, jak się ubrać na pogrzeb, i nie mogłam przestać myśleć, że napisała go specjalnie na tę okazję.

Większości osób nie znałam. To nie były te same twarze, co na weselu, pełnym dziewcząt w kolorowych sukienkach i wąsatych wujaszków. Na pogrzebie zjawili się chyba prawie wyłącznie znajomi rodziny: poważni panowie z parasolami i ich kościste żony z ciemną szminką na ustach. Czułam się coraz gorzej w swojej kurtce i balerinkach. Nie mogłam doczekać się, aż przyjdą dziewczyny.

Pierwsza zjawiła się Paula w towarzystwie swojego małomównego męża i wielkiego kosza białych tulipanów, przewiązanych żałobną wstążką z napisem: „Najukochańszej Monice – Katarzyna, Magda i Paula z rodziną. Cmoknęła mnie w policzek i pokłusowała do ołtarza, gdzie składano wieńce i gdzie, tonąc w kwiatach, stała trumna z ciałem Moniki. Obok trumny umieszczono duże zdjęcie w ramce, to samo, które pojawiło się na blogu: zamyślona Monika w kawiarni, z półuśmiechem krążącym po twarzy. Paula wróciła do mnie, rozglądając się dookoła i odpowiadając na pozdrowienia.

Jej mąż, Marek, tłustawy szatyn o twarzy kompletnie niezapadającej w pamięć, miał na sobie niezgrabny, źle dopasowany garnitur, a kiedy podał mi rękę, poczułam, jakbym ściskała mokrą rybę. Nigdy nie mogłyśmy z Kaśką zrozumieć, dlaczego Paula poślubiła człowieka o tak nieciekawej powierzchowności i zerowym poczuciu humoru. Marek miał jednak inne zalety: błyskawicznie piął się po szczeblach prokuratorskiej kariery i mimo młodego wieku miał na koncie sporo sukcesów. O innych zaletach, w tym łóżkowych, Paula nigdy nie mówiła. Uważała, że nie wypada i stroszyła się, kiedy czasem wymieniałyśmy między sobą uwagi o seksie.

Potem przyszła Kaśka w swojej małej czarnej i dżinsowej kurteczce. Chwiała się na obcasach i żałośnie stukała o posadzkę metalowym flekiem. Widać było, że płakała. Wyglądała jak kupka nieszczęścia. Nadal nie mogła zrozumieć, co się stało, i nie chciała przyjąć do wiadomości, że Monika, jej idolka, odebrała sobie życie.

Nigdzie nie widziałam Rémy’ego i zaczynałam się niepokoić, że może zwinęła go policja. Albo gorzej, że przepadł gdzieś i ślad po nim zaginął, teraz szukaj wiatru w polu.

– Żegnamy cię dzisiaj, Mario – ciągnął tymczasem ksiądz, posiwiały grubas o orlim nosie i nieprzyjemnej, zapadniętej twarzy. – Żegnamy cię, choć niedawno radowaliśmy się z twego zamążpójścia, przyjętego sakramentu małżeństwa.

– Mario? – obruszyła się stojąca po mojej lewej stronie kobieta w średnim wieku z kokiem i wężową kopertówką w ręku. – Miała na imię Maria?

– A skąd – szepnęła sąsiadka wężowej, elegantka w ładnie skrojonym płaszczu. – A ślub też był tylko cywilny.

– Możemy pytać – grzmiało od ołtarza – dlaczego Bóg tak wcześnie wezwał cię do siebie. Dlaczego powiedział: Mario, przyjdź, albowiem są miejsca w domu moim?

– Nie wytrzymam – sapnęła Kaśka ze swojego rzędu. – Ja wyjdę, poczekam na zewnątrz…

– Tylko nie stukaj…

– Kurwa, nie stukam przecież, flek mi odpadł…

– Cicho! – syknęła wężowa dama obok mnie. – Pogrzeb jest!

Siedzący w ostatnim rzędzie i stojący za nimi się odwrócili. Kaśka przeszła na palcach do wyjścia. Paula dalej przestępowała z nogi na nogę. Dostrzegłam po drugiej stronie nawy zabójczo przystojnego fotografa Moniki i przycupnięte przy nim dwie identyczne niemal dziewczyny, jej asystentki. Wszyscy byli na ślubie w Łazienkach. Tamten dzień i dzisiaj dzieliła jednak przepaść. Ślub tonął w upalnej zawiesinie sierpnia, jaskrawych kolorach i słońcu. Teraz siąpił deszcz, a kościół wypełniony był tłumem bezlitośnie ubranym wyłącznie w czerń.

– Możemy pytać – głos księdza był zmęczony, matowy – dlaczego jest nam tak smutno. Maria była młoda, miała życie przed sobą. A teraz wiemy, że nas czeka w życiu wiele dobrych rzeczy. I wiemy, że ona nie przeżyje już tego, co dobre przed nami. Dlatego pogrążamy się w żałobie, razem z jej rodziną, rodzicami, mężem i wszystkimi bliskimi.

Nie byłam pewna, czy rodzina Moniki pogrążała się w żałobie. Stanęłam na palcach, przeklęłam w duchu swoje płaskie buty i zobaczyłam, że Rémy jednak przyszedł. Stał obok ojca Moniki. Czyli jednak jakoś się ogarnął. W tłumie mignęła jakaś inna ciemna twarz. Może ktoś z rodziny? Nie byłam pewna, kościół był pełen ludzi, spory tłum zebrał się też na zewnątrz. Była jakaś telewizja, sporo młodych dziewczyn, trzymających kwiaty i zdjęcia Moniki. Jej naśladowczynie, pomyślałam. Następczynie.

– Smutek nasz wzmaga to, że Maria była jedynaczką, jedyną córką swojego ojca – powiedział ksiądz i zauważyłam, że Paula ukradkiem ociera łzę – a wcześniej Bóg wezwał do siebie jej matkę. Oby złączyły się w niebie, matka i córka. Módlmy się.

Ludzie podnieśli się z ławek. Zobaczyłam daleko przed sobą potężne plecy Jerzego Kasperowicza, a obok niego szczupłą sylwetkę Dagmary. Monika nazywała ją Dags i szczerze jej nienawidziła. „Nie ma za grosz klasy. Uważa, że można kupić ją razem z drogą torebką. Nigdy nie pracowała, całymi nocami grywa w brydża, a przed jedenastą w ogóle nie wstaje z łóżka. I wygląda jak worek z kośćmi, nie uważasz? Nastrzykuje się jadem węża czy jakimś innym wynalazkiem. Jeździ na to do takiego jednego Chińczyka. A ojciec za wszystko płaci”.

Obok Dags stał jeszcze młody chłopak, długowłosy dwudziestoparolatek o miękkiej, chłopięcej twarzy. Nie zdążyłam mu się dobrze przyjrzeć przed mszą, ale to musiał być syn Dags, o którym Monika kiedyś wspomniała. Nigdy go nie poznałam.

Msza dobiegła końca. Usłyszałam klekotanie kołatki. Znów pomyślałam o tym, że mam na sobie kapcie i zerknęłam na przestępującą z nogi na nogę Paulę.

Czterech mężczyzn z zakładu pogrzebowego podniosło trumnę z ciałem Moniki i zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz. Mżyło. Przy wejściu do kościoła stała zdezorientowana Kaśka.

– Jezu, szkoda jeszcze, że nie zostawili otwartej trumny – powiedziała, zagryzając wargi. – A o kremacji to nie słyszeli?

– Kasia, daj spokój – skarciła ją Paula. – To nie miejsce na takie komentarze…

– W dupie to mam – odparła Kaśka. – Nie jestem w stanie tego słuchać… Macie gumę?

Dwie damy, wężowa i elegantka, obejrzały się na nią z niesmakiem. Paula przewróciła oczami i wzięła pod rękę Marka. Ja wzruszyłam ramionami. Kaśka gmerała w swojej mikroskopijnej torebce w poszukiwaniu gum do żucia.

Trumnę wpakowano do karawanu, za którym zaczął ustawiać się kondukt, zamknięty od góry pancerzem parasoli. Kasperowicz i Dags szli jako pierwsi, za nimi podążał Rémy i syn Dagmary. Wepchnęłyśmy się gdzieś pod koniec i powoli, przy akompaniamencie zawodzenia księdza i klekotu kołatki, błotnistą ścieżką ruszyłyśmy na cmentarz.

– Pieprzone buty – odezwała się nagle Kaśka, ciamkając gumą i przekrzykując ryczący głośnik. – Co mnie, do diaska, podkusiło, żeby jednak włożyć szpilki?

*

To było jednak bardzo dziwne. Monika jeszcze niedawno śmiała się i odgarniała włosy z czoła, a teraz była składana w ziemi w drewnianym pudełku, w którym leżało jej zszyte po sekcji ciało. Gdy spuszczano trumnę do grobu, Kaśka rozpłakała się na dobre. Paula wzięła ją pod ramię i próbowała pocieszać. Żeby nie myśleć o tym, co właśnie oglądam, zaczęłam uważniej przyglądać się zebranym na cmentarzu.

Ojciec Moniki był jak zawsze nieskazitelny. Mimo żałoby, upływu lat i pokaźnego brzucha wyglądał jak spod igły. Odprasowany garnitur i śnieżnobiała koszula leżały na nim świetnie. Starannie uczesane siwe włosy, elegancki płaszcz, dyskretny sygnet na palcu. Ciemne okulary, żadnych łez. Nie był człowiekiem, który okazałby emocje.

W cieniu zwalistej sylwetki Kasperowicza, pod trzymanym przez niego parasolem, kryła się Dagmara, koścista kobieta w kapeluszu z wielkim rondem i okularach-muchach. Jej syn gdzieś zniknął, pojawiła się za to maleńka starsza pani z loczkami nad czołem, jakby żywcem wycięta z innej epoki. Była też oficjalna delegacja MSZ. Znajomi Kasperowicza, jego współpracownicy, ubrani w jednakowe dyplomatki urzędnicy z parasolami i wielkim wieńcem czerwonych róż. W tłumie dostrzegłam dziennikarzy, jakieś wylaszczone blogerki w kusych płaszczykach. A potem mnie zmroziło.

Z dala od tłumu żałobników stała Andżela. Co tu robiła? Przyszła z ciekawości? A może mnie śledzi? Nie, to niedorzeczne. Najwyraźniej plotki interesowały ją bardziej niż sądziłam.

Dostrzegła mnie i pozdrowiła gestem ręki. Już miałam odwzajemnić powitanie, kiedy zauważyłam coś dziwnego. Na wewnętrznej stronie dłoni Andżeli widniało narysowane flamastrem albo kredką oko. Wyglądało jak dziwaczny tatuaż. Albo jak ostrzeżenie.

Spojrzałam na nią. Cały czas trzymała rękę wysoko, tak, żebym dokładnie widziała rysunek.

– … a światłość wiekuista niechaj jej świeci – powtórzył po trzykroć ksiądz.

Pracownicy domu pogrzebowego złożyli trumnę w grobowcu, pogmerali w nim trochę i przywalili go płytą. Mężczyzna w roboczym ubraniu, który im towarzyszył, wyjął skądś kielnię i wiaderko z zaprawą i szybko zamurował grób. Dopiero teraz zobaczyłam, że to rodzinny pomnik. Na płycie napisano po prostu „Kasperowicz”, bez żadnych imion i dat. Monika była pierwsza. Jej matka musiała być pochowana gdzie indziej.

Na grób pracownicy domu pogrzebowego byle jak rzucili kwiaty, nasz bukiet zniknął pod stertą pozostałych wieńców. Spod świerkowych gałązek ledwie wystawała mała tabliczka z imieniem i datą urodzenia Moniki. Moją datą urodzenia.

Wężowa dama i jej koleżanka szeptały coś między sobą. Kasperowiczowie ściskali kolejne ręce, przyjmowali kondolencje. Rémy stał z boku i kiwał się na piętach. Gdzieś nad nami złowieszczo zakrakała wrona. Całe stado wielkich, tłustych wron. Po niebie przewalały się ciężkie chmury. Przestało mżyć, ale powietrze wciąż było przesycone wilgocią. Nad grób uniósł się niski szmer przyciszonych głosów.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie, jakby coś oślizgłego dostało mi się do żołądka i zaległo tam, niezdolne do ruchu. Usłyszałam trzask, a potem kilka przekleństw. Zobaczyłam, że jedna z młodych dziewczyn najwyraźniej zgniotła trzymany w dłoniach znicz i zraniła się w rękę. Ktoś krzyknął, wszyscy odwrócili się w jej stronę. Dziewczyna, zawstydzona, zarumieniła się i próbowała uśmiechnąć. Przychodziło jej to z trudem, bo krew lała się obficie. Ktoś podał jej chusteczkę. Dziewczyna zacisnęła ją mocno w dłoni. Po chwili odwróciła się i znikła, odprowadzana przez wysokiego chłopaka, który otoczył ją ramieniem.

– Ale idziemy na stypę, nie? – spytała ni w pięć, ni w dziewięć Kaśka, która otarła już łzy i odzyskała zwyczajny rezon. Żuła gumę i z niesmakiem patrzyła na wielgachny grobowiec, na którym piętrzyły się wieńce.

– Idziemy – powiedziałam zimno.

Spojrzałam znów na Rémy’ego. Był w opłakanym stanie. Stał sam, wyraźnie oddzielony od reszty rodziny.

Zrobiło mi się go żal. Oślizgła ohyda w moim żołądku drgnęła i zaczęła przemieszczać się wyżej, w stronę szyi. Kraczące wrony, buty uwalane błotem, garstka ludzi nad dołem w ziemi, wszystko wydało mi się jakąś kiepską sceną z filmu. Zdecydowałam się w jednej chwili.

– Zaraz wrócę – rzuciłam dziewczynom i podeszłam do Rémy’ego.

To był impuls. W tamtej chwili nie mogłam postąpić inaczej. Podeszłam do niego i wzięłam go pod rękę. Był zaskoczony, ale nic nie powiedział, ścisnął tylko moje przedramię. Kaśka i Paula wpatrywały się w nas osłupiałe. Złowiłam też pytające spojrzenie Andżeli, ale uznałam, że nie będę się tym przejmować.

– Jak się czujesz? – spytałam Rémy’ego.

– Jestem na prochach.

– Nie odbierałeś telefonów.

– Nie miałem ochoty gadać.

– Była u ciebie policja?

– Była. Nic na mnie nie mają. Przeszukali nasz dom i „Saską”, zabrali komputer.

– A twoje alibi?

– Okazało się, że mam świadka.

– To dobrze.

– Coś się stało?

– Nic.

Rémy się uśmiechnął. Musiała go zdziwić moja nagła zmiana frontu. Ale nie mogłam inaczej. Był jak zwierzę osaczone przez drapieżniki. Najchętniej rozszarpaliby go na strzępy.

– Gniazdo żmij, co? – spytał szeptem.

Wzruszyłam ramionami.

– Kto to jest ten wysoki?

– André. Mój brat.

Nie myliłam się wcześniej, faktycznie w tłumie widziałam czarnoskórego, okrągłego mężczyznę w złotych, drucianych okularach. Teraz stał w pewnym oddaleniu. Zdawał się nic nie rozumieć z tego, co się dzieje i głupkowato uśmiechał.

– Brat?

– Taki przyjaciel-brat – odparł Rémy. – Graliśmy razem na bębnach.

Ludzie powolutku zaczynali się rozchodzić. Poczułam wyraźną ulgę, tak jakby spiętrzona presja odpuściła. Ucisk w żołądku zelżał.

Kasperowiczowie zaprosili wszystkich na poczęstunek do pobliskiej restauracji, obsługującej pewnie wyłącznie stypy. Trzeba było przyznać, że trzymali fason. Żadne nawet na moment się nie rozkleiło.

Ruszyliśmy w kierunku wyjścia z cmentarza. Poszukałam wzrokiem Andżeli, ale ujrzałam w oddali tylko jej rude włosy. O co, do cholery, chodziło z tym okiem? Przeprosiłam Rémy’ego i dołączyłam do Kaśki i Pauli z mężem. Za nami szli fotograf Moniki i nierozłączne redaktorki bloga.

– Siostry ksero – skwitowała Kaśka, wyciągając przed siebie nogi, żeby dotrzymać nam kroku. – Ciekawe, czy idą na stypę. A tak w ogóle, to co to była za demonstracja, hę? Zawarłaś pakt z mężulkiem?

– Nie twoja sprawa – odparłam. Zabrzmiało to o wiele ostrzej, niż chciałam.

Kaśka skrzywiła się i popatrzyła na mnie, jakbym była robakiem, którego właśnie rozgniotła.

– Musiałam to zrobić – dodałam łagodniej.

– I słusznie, moje dziecko – odezwała się znienacka niziutka babcia z loczkami, widziana wcześniej na mszy. Nie wiedzieć kiedy znalazła się obok nas. – Ja tam wierzę chłopakowi. – Machnęła upierścienioną ręką w stronę Rémy’ego, a potem konfidencjonalnie nachyliła się w moją stronę: – To dobry chłopak. Moim zdaniem naszą ślicznotkę zabiło zupełnie co innego.

Fragment książki „Basen”

Fot. Materiały prasowe


Zobacz także

Fot. Łukasz Bąk, Zdjęcia z planu zimna Wojna

Wystawa zdjęć z planu filmu „Zimna wojna”. Tylko przez 4 dni będzie można ją obejrzeć

Joanna Kocik

Joanna Kocik: Tragedie to bardzo klikalne tematy, a granice – jeśli jakiekolwiek istniały – dawno już zostały przekroczone [WYWIAD]

Partnerstwo bliskości to przepis na miłość. Nie każdy potrafi być blisko, nie każdy rozumie tę potrzebę