Książki Kultura

Pogrzeb. Fragment książki Basen

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Fot. iStock
 

Warszawa, Cmentarz Powązkowski

piątek 2 października 2015

5.

Wychodząc z domu na pogrzeb, w ostatniej chwili zmieniłam eleganckie czółenka na wygodne baleriny. Pomyślałam, że moje nieprzyzwyczajone stopy nie wytrzymają paru godzin stania. Ale, jak się później okazało, to był błąd, bo przez większość żałobnej mszy myślałam nie o tym, co dzieje się w kościele, ale o swoich butach, zwłaszcza że tuż przede mną stała Kaśka w niebotycznych szpilkach.

– Przyszłam na pogrzeb w kapciach – wymamrotałam w stronę stojącej obok Pauli. Paula miała na sobie klasyczny kostium, spódnicę i żakiet. I buty na obcasie, a do tego elegancki kapelusz.

– Co? – szepnęła Paula i przestąpiła z nogi na nogę. – Oj, daj spokój, tylko ty się tym przejmujesz. Przynajmniej ci wygodnie.

– Cicho! – syknęła z przodu Kaśka, akurat gdy ksiądz zaczynał mówić o Monice. Kaśka jako jedyna z nas była wierząca i praktykująca, chodziła do kościoła, a śluby i pogrzeby traktowała niezwykle serio.

Zamilkłyśmy. Znów pomyślałam o tym, że mogłam włożyć szpilki i że w ogóle mogłam się inaczej ubrać, a nie w dżinsy i skórzaną kurtkę. Zadanie mnie jednak przerosło: stałam przed lustrem dobrą godzinę, mierząc po kolei wszystko, co miałam w szafie i wszystko wydawało mi się nieodpowiednie. Jakby tego było mało, przed oczami wciąż miałam wpis z bloga Moniki o tym, jak się ubrać na pogrzeb, i nie mogłam przestać myśleć, że napisała go specjalnie na tę okazję.

Większości osób nie znałam. To nie były te same twarze, co na weselu, pełnym dziewcząt w kolorowych sukienkach i wąsatych wujaszków. Na pogrzebie zjawili się chyba prawie wyłącznie znajomi rodziny: poważni panowie z parasolami i ich kościste żony z ciemną szminką na ustach. Czułam się coraz gorzej w swojej kurtce i balerinkach. Nie mogłam doczekać się, aż przyjdą dziewczyny.

Pierwsza zjawiła się Paula w towarzystwie swojego małomównego męża i wielkiego kosza białych tulipanów, przewiązanych żałobną wstążką z napisem: „Najukochańszej Monice – Katarzyna, Magda i Paula z rodziną. Cmoknęła mnie w policzek i pokłusowała do ołtarza, gdzie składano wieńce i gdzie, tonąc w kwiatach, stała trumna z ciałem Moniki. Obok trumny umieszczono duże zdjęcie w ramce, to samo, które pojawiło się na blogu: zamyślona Monika w kawiarni, z półuśmiechem krążącym po twarzy. Paula wróciła do mnie, rozglądając się dookoła i odpowiadając na pozdrowienia.

Jej mąż, Marek, tłustawy szatyn o twarzy kompletnie niezapadającej w pamięć, miał na sobie niezgrabny, źle dopasowany garnitur, a kiedy podał mi rękę, poczułam, jakbym ściskała mokrą rybę. Nigdy nie mogłyśmy z Kaśką zrozumieć, dlaczego Paula poślubiła człowieka o tak nieciekawej powierzchowności i zerowym poczuciu humoru. Marek miał jednak inne zalety: błyskawicznie piął się po szczeblach prokuratorskiej kariery i mimo młodego wieku miał na koncie sporo sukcesów. O innych zaletach, w tym łóżkowych, Paula nigdy nie mówiła. Uważała, że nie wypada i stroszyła się, kiedy czasem wymieniałyśmy między sobą uwagi o seksie.

Potem przyszła Kaśka w swojej małej czarnej i dżinsowej kurteczce. Chwiała się na obcasach i żałośnie stukała o posadzkę metalowym flekiem. Widać było, że płakała. Wyglądała jak kupka nieszczęścia. Nadal nie mogła zrozumieć, co się stało, i nie chciała przyjąć do wiadomości, że Monika, jej idolka, odebrała sobie życie.

Nigdzie nie widziałam Rémy’ego i zaczynałam się niepokoić, że może zwinęła go policja. Albo gorzej, że przepadł gdzieś i ślad po nim zaginął, teraz szukaj wiatru w polu.

– Żegnamy cię dzisiaj, Mario – ciągnął tymczasem ksiądz, posiwiały grubas o orlim nosie i nieprzyjemnej, zapadniętej twarzy. – Żegnamy cię, choć niedawno radowaliśmy się z twego zamążpójścia, przyjętego sakramentu małżeństwa.

– Mario? – obruszyła się stojąca po mojej lewej stronie kobieta w średnim wieku z kokiem i wężową kopertówką w ręku. – Miała na imię Maria?

– A skąd – szepnęła sąsiadka wężowej, elegantka w ładnie skrojonym płaszczu. – A ślub też był tylko cywilny.

– Możemy pytać – grzmiało od ołtarza – dlaczego Bóg tak wcześnie wezwał cię do siebie. Dlaczego powiedział: Mario, przyjdź, albowiem są miejsca w domu moim?

– Nie wytrzymam – sapnęła Kaśka ze swojego rzędu. – Ja wyjdę, poczekam na zewnątrz…

– Tylko nie stukaj…

– Kurwa, nie stukam przecież, flek mi odpadł…

– Cicho! – syknęła wężowa dama obok mnie. – Pogrzeb jest!

Siedzący w ostatnim rzędzie i stojący za nimi się odwrócili. Kaśka przeszła na palcach do wyjścia. Paula dalej przestępowała z nogi na nogę. Dostrzegłam po drugiej stronie nawy zabójczo przystojnego fotografa Moniki i przycupnięte przy nim dwie identyczne niemal dziewczyny, jej asystentki. Wszyscy byli na ślubie w Łazienkach. Tamten dzień i dzisiaj dzieliła jednak przepaść. Ślub tonął w upalnej zawiesinie sierpnia, jaskrawych kolorach i słońcu. Teraz siąpił deszcz, a kościół wypełniony był tłumem bezlitośnie ubranym wyłącznie w czerń.

– Możemy pytać – głos księdza był zmęczony, matowy – dlaczego jest nam tak smutno. Maria była młoda, miała życie przed sobą. A teraz wiemy, że nas czeka w życiu wiele dobrych rzeczy. I wiemy, że ona nie przeżyje już tego, co dobre przed nami. Dlatego pogrążamy się w żałobie, razem z jej rodziną, rodzicami, mężem i wszystkimi bliskimi.

Nie byłam pewna, czy rodzina Moniki pogrążała się w żałobie. Stanęłam na palcach, przeklęłam w duchu swoje płaskie buty i zobaczyłam, że Rémy jednak przyszedł. Stał obok ojca Moniki. Czyli jednak jakoś się ogarnął. W tłumie mignęła jakaś inna ciemna twarz. Może ktoś z rodziny? Nie byłam pewna, kościół był pełen ludzi, spory tłum zebrał się też na zewnątrz. Była jakaś telewizja, sporo młodych dziewczyn, trzymających kwiaty i zdjęcia Moniki. Jej naśladowczynie, pomyślałam. Następczynie.

– Smutek nasz wzmaga to, że Maria była jedynaczką, jedyną córką swojego ojca – powiedział ksiądz i zauważyłam, że Paula ukradkiem ociera łzę – a wcześniej Bóg wezwał do siebie jej matkę. Oby złączyły się w niebie, matka i córka. Módlmy się.

Ludzie podnieśli się z ławek. Zobaczyłam daleko przed sobą potężne plecy Jerzego Kasperowicza, a obok niego szczupłą sylwetkę Dagmary. Monika nazywała ją Dags i szczerze jej nienawidziła. „Nie ma za grosz klasy. Uważa, że można kupić ją razem z drogą torebką. Nigdy nie pracowała, całymi nocami grywa w brydża, a przed jedenastą w ogóle nie wstaje z łóżka. I wygląda jak worek z kośćmi, nie uważasz? Nastrzykuje się jadem węża czy jakimś innym wynalazkiem. Jeździ na to do takiego jednego Chińczyka. A ojciec za wszystko płaci”.

Obok Dags stał jeszcze młody chłopak, długowłosy dwudziestoparolatek o miękkiej, chłopięcej twarzy. Nie zdążyłam mu się dobrze przyjrzeć przed mszą, ale to musiał być syn Dags, o którym Monika kiedyś wspomniała. Nigdy go nie poznałam.

Msza dobiegła końca. Usłyszałam klekotanie kołatki. Znów pomyślałam o tym, że mam na sobie kapcie i zerknęłam na przestępującą z nogi na nogę Paulę.

Czterech mężczyzn z zakładu pogrzebowego podniosło trumnę z ciałem Moniki i zaczęliśmy wychodzić na zewnątrz. Mżyło. Przy wejściu do kościoła stała zdezorientowana Kaśka.

– Jezu, szkoda jeszcze, że nie zostawili otwartej trumny – powiedziała, zagryzając wargi. – A o kremacji to nie słyszeli?

– Kasia, daj spokój – skarciła ją Paula. – To nie miejsce na takie komentarze…

– W dupie to mam – odparła Kaśka. – Nie jestem w stanie tego słuchać… Macie gumę?

Dwie damy, wężowa i elegantka, obejrzały się na nią z niesmakiem. Paula przewróciła oczami i wzięła pod rękę Marka. Ja wzruszyłam ramionami. Kaśka gmerała w swojej mikroskopijnej torebce w poszukiwaniu gum do żucia.

Trumnę wpakowano do karawanu, za którym zaczął ustawiać się kondukt, zamknięty od góry pancerzem parasoli. Kasperowicz i Dags szli jako pierwsi, za nimi podążał Rémy i syn Dagmary. Wepchnęłyśmy się gdzieś pod koniec i powoli, przy akompaniamencie zawodzenia księdza i klekotu kołatki, błotnistą ścieżką ruszyłyśmy na cmentarz.

– Pieprzone buty – odezwała się nagle Kaśka, ciamkając gumą i przekrzykując ryczący głośnik. – Co mnie, do diaska, podkusiło, żeby jednak włożyć szpilki?

*

To było jednak bardzo dziwne. Monika jeszcze niedawno śmiała się i odgarniała włosy z czoła, a teraz była składana w ziemi w drewnianym pudełku, w którym leżało jej zszyte po sekcji ciało. Gdy spuszczano trumnę do grobu, Kaśka rozpłakała się na dobre. Paula wzięła ją pod ramię i próbowała pocieszać. Żeby nie myśleć o tym, co właśnie oglądam, zaczęłam uważniej przyglądać się zebranym na cmentarzu.

Ojciec Moniki był jak zawsze nieskazitelny. Mimo żałoby, upływu lat i pokaźnego brzucha wyglądał jak spod igły. Odprasowany garnitur i śnieżnobiała koszula leżały na nim świetnie. Starannie uczesane siwe włosy, elegancki płaszcz, dyskretny sygnet na palcu. Ciemne okulary, żadnych łez. Nie był człowiekiem, który okazałby emocje.

W cieniu zwalistej sylwetki Kasperowicza, pod trzymanym przez niego parasolem, kryła się Dagmara, koścista kobieta w kapeluszu z wielkim rondem i okularach-muchach. Jej syn gdzieś zniknął, pojawiła się za to maleńka starsza pani z loczkami nad czołem, jakby żywcem wycięta z innej epoki. Była też oficjalna delegacja MSZ. Znajomi Kasperowicza, jego współpracownicy, ubrani w jednakowe dyplomatki urzędnicy z parasolami i wielkim wieńcem czerwonych róż. W tłumie dostrzegłam dziennikarzy, jakieś wylaszczone blogerki w kusych płaszczykach. A potem mnie zmroziło.

Z dala od tłumu żałobników stała Andżela. Co tu robiła? Przyszła z ciekawości? A może mnie śledzi? Nie, to niedorzeczne. Najwyraźniej plotki interesowały ją bardziej niż sądziłam.

Dostrzegła mnie i pozdrowiła gestem ręki. Już miałam odwzajemnić powitanie, kiedy zauważyłam coś dziwnego. Na wewnętrznej stronie dłoni Andżeli widniało narysowane flamastrem albo kredką oko. Wyglądało jak dziwaczny tatuaż. Albo jak ostrzeżenie.

Spojrzałam na nią. Cały czas trzymała rękę wysoko, tak, żebym dokładnie widziała rysunek.

– … a światłość wiekuista niechaj jej świeci – powtórzył po trzykroć ksiądz.

Pracownicy domu pogrzebowego złożyli trumnę w grobowcu, pogmerali w nim trochę i przywalili go płytą. Mężczyzna w roboczym ubraniu, który im towarzyszył, wyjął skądś kielnię i wiaderko z zaprawą i szybko zamurował grób. Dopiero teraz zobaczyłam, że to rodzinny pomnik. Na płycie napisano po prostu „Kasperowicz”, bez żadnych imion i dat. Monika była pierwsza. Jej matka musiała być pochowana gdzie indziej.

Na grób pracownicy domu pogrzebowego byle jak rzucili kwiaty, nasz bukiet zniknął pod stertą pozostałych wieńców. Spod świerkowych gałązek ledwie wystawała mała tabliczka z imieniem i datą urodzenia Moniki. Moją datą urodzenia.

Wężowa dama i jej koleżanka szeptały coś między sobą. Kasperowiczowie ściskali kolejne ręce, przyjmowali kondolencje. Rémy stał z boku i kiwał się na piętach. Gdzieś nad nami złowieszczo zakrakała wrona. Całe stado wielkich, tłustych wron. Po niebie przewalały się ciężkie chmury. Przestało mżyć, ale powietrze wciąż było przesycone wilgocią. Nad grób uniósł się niski szmer przyciszonych głosów.

Zrobiło mi się nieprzyjemnie, jakby coś oślizgłego dostało mi się do żołądka i zaległo tam, niezdolne do ruchu. Usłyszałam trzask, a potem kilka przekleństw. Zobaczyłam, że jedna z młodych dziewczyn najwyraźniej zgniotła trzymany w dłoniach znicz i zraniła się w rękę. Ktoś krzyknął, wszyscy odwrócili się w jej stronę. Dziewczyna, zawstydzona, zarumieniła się i próbowała uśmiechnąć. Przychodziło jej to z trudem, bo krew lała się obficie. Ktoś podał jej chusteczkę. Dziewczyna zacisnęła ją mocno w dłoni. Po chwili odwróciła się i znikła, odprowadzana przez wysokiego chłopaka, który otoczył ją ramieniem.

– Ale idziemy na stypę, nie? – spytała ni w pięć, ni w dziewięć Kaśka, która otarła już łzy i odzyskała zwyczajny rezon. Żuła gumę i z niesmakiem patrzyła na wielgachny grobowiec, na którym piętrzyły się wieńce.

– Idziemy – powiedziałam zimno.

Spojrzałam znów na Rémy’ego. Był w opłakanym stanie. Stał sam, wyraźnie oddzielony od reszty rodziny.

Zrobiło mi się go żal. Oślizgła ohyda w moim żołądku drgnęła i zaczęła przemieszczać się wyżej, w stronę szyi. Kraczące wrony, buty uwalane błotem, garstka ludzi nad dołem w ziemi, wszystko wydało mi się jakąś kiepską sceną z filmu. Zdecydowałam się w jednej chwili.

– Zaraz wrócę – rzuciłam dziewczynom i podeszłam do Rémy’ego.

To był impuls. W tamtej chwili nie mogłam postąpić inaczej. Podeszłam do niego i wzięłam go pod rękę. Był zaskoczony, ale nic nie powiedział, ścisnął tylko moje przedramię. Kaśka i Paula wpatrywały się w nas osłupiałe. Złowiłam też pytające spojrzenie Andżeli, ale uznałam, że nie będę się tym przejmować.

– Jak się czujesz? – spytałam Rémy’ego.

– Jestem na prochach.

– Nie odbierałeś telefonów.

– Nie miałem ochoty gadać.

– Była u ciebie policja?

– Była. Nic na mnie nie mają. Przeszukali nasz dom i „Saską”, zabrali komputer.

– A twoje alibi?

– Okazało się, że mam świadka.

– To dobrze.

– Coś się stało?

– Nic.

Rémy się uśmiechnął. Musiała go zdziwić moja nagła zmiana frontu. Ale nie mogłam inaczej. Był jak zwierzę osaczone przez drapieżniki. Najchętniej rozszarpaliby go na strzępy.

– Gniazdo żmij, co? – spytał szeptem.

Wzruszyłam ramionami.

– Kto to jest ten wysoki?

– André. Mój brat.

Nie myliłam się wcześniej, faktycznie w tłumie widziałam czarnoskórego, okrągłego mężczyznę w złotych, drucianych okularach. Teraz stał w pewnym oddaleniu. Zdawał się nic nie rozumieć z tego, co się dzieje i głupkowato uśmiechał.

– Brat?

– Taki przyjaciel-brat – odparł Rémy. – Graliśmy razem na bębnach.

Ludzie powolutku zaczynali się rozchodzić. Poczułam wyraźną ulgę, tak jakby spiętrzona presja odpuściła. Ucisk w żołądku zelżał.

Kasperowiczowie zaprosili wszystkich na poczęstunek do pobliskiej restauracji, obsługującej pewnie wyłącznie stypy. Trzeba było przyznać, że trzymali fason. Żadne nawet na moment się nie rozkleiło.

Ruszyliśmy w kierunku wyjścia z cmentarza. Poszukałam wzrokiem Andżeli, ale ujrzałam w oddali tylko jej rude włosy. O co, do cholery, chodziło z tym okiem? Przeprosiłam Rémy’ego i dołączyłam do Kaśki i Pauli z mężem. Za nami szli fotograf Moniki i nierozłączne redaktorki bloga.

– Siostry ksero – skwitowała Kaśka, wyciągając przed siebie nogi, żeby dotrzymać nam kroku. – Ciekawe, czy idą na stypę. A tak w ogóle, to co to była za demonstracja, hę? Zawarłaś pakt z mężulkiem?

– Nie twoja sprawa – odparłam. Zabrzmiało to o wiele ostrzej, niż chciałam.

Kaśka skrzywiła się i popatrzyła na mnie, jakbym była robakiem, którego właśnie rozgniotła.

– Musiałam to zrobić – dodałam łagodniej.

– I słusznie, moje dziecko – odezwała się znienacka niziutka babcia z loczkami, widziana wcześniej na mszy. Nie wiedzieć kiedy znalazła się obok nas. – Ja tam wierzę chłopakowi. – Machnęła upierścienioną ręką w stronę Rémy’ego, a potem konfidencjonalnie nachyliła się w moją stronę: – To dobry chłopak. Moim zdaniem naszą ślicznotkę zabiło zupełnie co innego.

Fragment książki „Basen”

Fot. Materiały prasowe


Książki Kultura

Śmiercią Moniki żyła cała Polska. Fragment książki Basen

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Fot. iStock
 

Warszawa, poniedziałek, 21 września 2015

1.

 

O śmierci Moniki poinformowały w poniedziałek rano wszystkie programy, łącznie z telewizją śniadaniową. Piłam właśnie kawę, usiłując jednocześnie przyszyć guzik w bluzce, który odpadał już któryś raz. Nagle na dole ekranu pojawił się żółty pasek, a skonsternowana prezenterka złożyła usta w ciup.

– A teraz wiadomość z ostatniej chwili… Nie mamy jeszcze potwierdzenia, ale z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że… Tak, to bardzo smutny news… Z naszych informacji wynika, że Monika Kasperowicz, córka byłego ambasadora RP, Jerzego Kasperowicza, nie żyje.

Znieruchomiałam z nitką w zębach. Ostrożnie odłożyłam kubek z kawą i przełączyłam na inny kanał.

…jej ciało znaleziono dzisiaj rano w Warszawie…

…trzydziestoletnia Monika Kasperowicz była uznaną blogerką, a także córką tragicznie zmarłej amerykańskiej aktorki Anne Fontaine…

…kilka miesięcy temu wróciła na stałe do Polski….

…ostatnio odnosiła sukcesy w zawodach jeździeckich…

…udzielała się charytatywnie, wspierała wiele fundacji…

…wyśmienita pływaczka…

…jej blog o modzie, urządzaniu przyjęć i stylu życia cieszył się ogromną popularnością…

…nie znamy na razie żadnych szczegółów… rodzina prosi o uszanowanie prywatności…

…ślub Kasperowicz odbył się niedawno w Pałacu na Wodzie w Łazienkach…

Nadal skakałam pilotem po kanałach, kiedy zadzwonił telefon.

– O kurwa, słyszałaś?! – Kaśka wydarła mi się do ucha bez żadnych wstępów.

– Słyszałam – odpowiedziałam zimno. – Jest wszędzie…

– Ale co się, kurwa, stało!? – darła się Kaśka. – Jak to możliwe?!

– No – przyznałam. – Nie wiem.

Nic więcej nie przychodziło mi do głowy. Co innego mogłabym powiedzieć? Usiadłam na pufie z telefonem w jednym i pilotem w drugim ręku.

– Nie wiem – powtórzyłam.

– Tylko nie płacz – chlipnęła w słuchawkę Kaśka.

– Przecież nie płaczę.

– Ale co się stało? Jezu, Magda. Co się stało?

– Ja… – Westchnęłam, a raczej ze świstem wciągnęłam powietrze do płuc. Przez głowę przebiegły mi obrazy z poprzedniego dnia. – Nie wiem. Widziałam ją wczoraj. Wieczorem. Poszłyśmy na basen…

– Wiem! – żachnęła się Kaśka. – Dzwoniłam do Pauli! Budzę ją, rozumiesz i krzyczę: „Włącz telewizor!”. Ona mniema  to: „Co się stało, zamach?”. „Jaki, kurwa, zamach, Monika nie żyje!” „Jak to? Przecież byłyśmy wczoraj z Magdą na basenie”.

– Nooo… byłyśmy.

– Paula jest w kompletnym szoku. Jezu, jak to się stało? I gdzie ją znaleziono? W domu czy na basenie? Co to znaczy, że znaleziono?

– Nie wiem. – Odłożyłam pilota i sięgnęłam po kubek z kawą. Była już zimna. – Muszę iść do pracy – wymamrotałam.

– Zwariowałaś?! Jakiej pracy? Bierz wolne i przyjeżdżaj!

– Nie wiem, nie mogę.

– Oszalałaś, oczywiście, że możesz, jesteś swoim własnym szefem. Przyjeżdżaj, czekam, napić się muszę, mam tylko szampana, niech to szlag. Paula już jedzie.

– Okej – zgodziłam się niemrawo, obrzucając żałosnym spojrzeniem bluzkę z wciąż nieprzyszytym guzikiem.

– Masz numer do jej ojca?

– A niby skąd?

– Nie wiem, tak pytam! Ja nie mam. Jezu, jakiś pogrzeb, jakieś kwiaty… Nie wiem, co się robi w takich sytuacjach. Dzwoni się z kondolencjami? Przyjedziesz?

– Dobrze, tylko się ogarnę. – Spojrzałam na telewizor, gdzie migało czarno-białe zdjęcie Moniki z wielkim żółtym paskiem na dole.

Kaśka się rozłączyła.

Skakałam znów po kanałach. Na wszystkich było to samo. Monika na zawodach jeździeckich, Monika w białej sukni, z Rémym podczas krojenia tortu, na konkursie pływackim, odbierająca nagrodę za blog roku… Przejrzałam komórkę. Informację o jej śmierci podał mediom Rémy…

Rzuciłam bluzkę w kąt, włożyłam dżinsy i sweter. Po chwili zmieniłam go na czarny golf. Tak chyba bardziej wypada…? Zdecydowałam się pojechać najpierw do pracy, Kaśka i Paula mogą zaczekać. Musiałam mieć chwilę dla siebie, zanim się z nimi spotkam.

Nie wiedziałam, czy napisać do Rémy’ego. Może lepiej zadzwonić? Wybrałam numer, ale nie odebrał. Włożyłam do torebki paczkę papierosów, a po chwili butelkę Soplicy, która poniewierała się w zamrażarce. Zeszłam na parking, wsiadłam do samochodu i włączyłam radio.

Śmiercią Moniki Kasperowicz żyła cała Polska.

*

– Jak dowiedział się nasz reporter, ciało znaleziono w Pałacu Kultury i Nauki – zabrzmiał głos z radia. – Policja zabezpieczyła ślady i ustala okoliczności zdarzenia. Na razie nie udziela szczegółowych informacji. Więcej dowiemy się na konferencji prasowej zwołanej na godzinę trzynastą. Trudno spekulować, co się stało, chociaż to niewątpliwie smutna wiadomość. A już za chwilę naszym gościem będzie Małgorzata Chrabot, stylistka, która doradzała Monice Kasperowicz w wyborze sukni ślubnej…

Jechałam, starając skupić się na drodze. Poranek był jasny i chłodny, jeden z tych, które, choć wypełnione światłem, niosą ze sobą nieubłagany powiew jesieni.

Mona, pomyślałam. Mona nie żyje.

Powiedzieć, że byłyśmy najlepszymi przyjaciółkami to zbyt wiele. Chociaż może kiedyś tak było. Znałyśmy się od dziecka, chodziłyśmy razem do szkoły. Ale Monika dużo podróżowała, wiele lat mieszkała za granicą, pojawiała się i znikała jak drugoplanowy bohater w filmie drogi.

Kilka miesięcy temu wróciła do Polski i na nowo wciągnęła mnie w swoje życie. Dopiero co zdołałam stanąć na nogi i rozkręcałam własną firmę. Ona była już znaną blogerką, internetową gwiazdą, a jej życie – dostępne w sieci na wyciągnięcie ręki. Zrobiła kilka kampanii reklamowych dla dużych marek, wydała książkę o urządzaniu przyjęć, potem drugą o klasycznej modzie, dostała nagrodę za Blog Roku. Zaręczyła się, kupiła z Rémym stary dom gdzieś na Kujawach, wzięła ślub. Zaczęła stratować w zawodach jeździeckich, na razie na szczeblu regionalnym, ale radziła sobie całkiem nieźle.

– Małgorzata Chrabot jest już z nami, dzień dobry! – zaświergotało radio, gdy tylko umilkła radosna piosenka z irytującym „Kochanie, nie, nie, nie” w refrenie. – Pani Małgosiu – poufale zaczęła dziennikarka – proszę powiedzieć, jak zapamiętała pani Monikę Kasperowicz?

Boże drogi, pomyślałam. Już tu są.

Nie słuchałam Małgorzaty Chrabot, myślałam o Monice, ulubienicy mediów. Zrobiła na tym prawdziwy biznes: pokazywała się na przyjęciach, wyścigach, premierach. Umiała to wykorzystać. Paparazzi ją kochali, a ona pozwalała im na wiele: sesja zaręczynowa, ślub, nieustanna dostawa świeżych plotek, magazyny z błyszczącą okładką. Monika pokazuje pierścionek, wiesza pranie w holenderskich chodakach w swoim nowym domu (tytuł: „Pani na włościach”), walczy z rasizmem („Black is back”, a może „Black is the new black”?, nie pamiętam), z futrami, z niechęcią do uchodźców… Monika i Rémy, reklama biżuterii, para jak z obrazka: śliczna blondynka i ciemny jak heban potomek afrykańskich książąt. Oboje ubrani w diamenty. Kolekcja ślubna, edycja limitowana, z kuponem zniżka dziesięć procent.

Co tam paparazzi, westchnęłam, skręcając na most. Wszyscy ją kochali. A teraz zastanawiają się, co się stało.

– Nie wiemy, co się stało. – Małgorzata Chrabot jak echo powtórzyła moje myśli i pełnym napięcia głosem dodała: – Ale to może mieć wiele wspólnego z wyznaniem, jakie usłyszeliśmy kilka miesięcy temu. Mówię o walce z depresją.

– Dziękujemy, pani Mąłgosiu. Wrócimy do tej rozmowy po krótkiej przerwie. – Prezenterka chuchnęła do radiowego mikrofonu i zapowiedziała kolejny „Hit na poniedziałek”, a potem skrót wiadomości.

Wcisnęłam gaz i wjechałam na skrzyżowanie na żółtym świetle. Podjechałam pod biuro w chwili, gdy w radiu zaczynał się kolejny serwis informacyjny, ale nie zdążyłam już usłyszeć, co nowego udało się dziennikarzom dowiedzieć w sprawie Moniki.

Fragment książki „Basen”

Fot. Materiały prasowe


Książki Kultura

Joanna Kocik: Tragedie to bardzo klikalne tematy, a granice – jeśli jakiekolwiek istniały – dawno już zostały przekroczone [WYWIAD]

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
27 stycznia 2020
Joanna Kocik
Fot. Materiały prasowe

Rozmawiam z  autorką powieści „Basen”, która ukazała się 21 stycznia tego roku nakładem Wydawnictwa Harde. Joanna Kocik  jest dziennikarką, redaktorką, wydawcą serwisów informacyjnych. Debiutowała w wieku 15 lat tomikiem poetyckim „Wypatruję samej siebie”. W jej literackim portfolio jest również tom wierszy „Kocie skórki”. W pisarskim duecie z Karoliną Deling wydała zbiór  „5 minut, czyli 23 opowiadania dla zabieganych”, zakwalifikowany do Nagrody Angelus 2019. Prowadzi podróżniczego bloga „Jedziemy do…”.

Magda Kaczyńska: „Basen” to pierwsza powieść w Pani dorobku. Czy jest to kolejny krok na literackiej drodze, czy też odskocznia od mniejszych form?

Joanna Kocik: Powieść „siedziała” we mnie już od dłuższego czasu. Dla mnie jest pewnym naturalnym krokiem po krótszych formach – wierszach, a potem opowiadaniach. Tak naprawdę pewnego dnia zdałam sobie sprawę, że mam nie tylko pomysł na powieść, ale też wszelkie środki warsztatowe potrzebne do jej napisania. Brakowało mi tylko jednego – czasu. Ale któregoś dnia usiadłam i napisałam pierwsze zdanie. Myślę, że teraz chciałabym skupić się na dłuższej formie, ale nie chcę całkowicie rezygnować z poezji czy opowiadań. Nie chciałabym zamykać się tylko w jednym pudełku.

Czyta Pani kryminały? Ma Pani swoich ulubionych autorów?

Czytam, ale przyznam, że to nie jest mój ulubiony gatunek. Zresztą, nie jestem zwolenniczką ścisłego podziału gatunkowego książek. Lubię powieści z wątkiem tajemnicy, w stylu „Wielkich kłamstewek” Liane Moriarty, niekoniecznie muszą to być „rasowe” kryminały. Uwielbiam książki Donny Tartt, a z polskich autorów chyba najbliżej mi do wrażliwości Joanny Bator i Zygmunta Miłoszewskiego. Bardzo lubię też twórczość Jakuba Żulczyka, Szczepana Twardocha, uwielbiam reportaże… Mogłabym długo wymieniać.

Pani książka rozpoczyna się od zagadkowej śmierci, kończy  rozwiązaniem zagadki.  „Basen” to kryminał  czy też wątek kryminalny jest tu jedynie pretekstem?

Zdaję sobie sprawę, że nie jest to klasyczny kryminał. Bardziej zależało mi na opisaniu relacji i psychologii postaci niż na schemacie kryminału. Ale, tak jak powiedziałam, nie chcę zbyt sztywno podchodzić do kwestii gatunków literackich. Mamy tendencję do ich porządkowania, wręcz szufladkowania, wpasowania się w ramy. Mówiła o tym zresztą w swoim wykładzie noblowskim Olga Tokarczuk – dziś umiejętność powielania schematu uważa się za bardzo wartościową. Ja niekoniecznie chcę iść tą drogą.

Znaleziona martwa  w tytułowym basenie Monika Kasperowicz była córką ambasadora,  lubiącą szokować gwiazdą Instagrama, a więc przebiegiem policyjnego śledztwa  żywo są zainteresowane media. Zna Pani ten świat?

Pracuję w mediach od ponad dziesięciu lat i obserwuję, jak bardzo Instagram zmienił podejście gwiazd do „tradycyjnych” mediów i na odwrót. Wszystko jest dziś publiczne. Dziś nawet informacja o czyjejś śmierci od razu trafia do mediów społecznościowych i w mgnieniu oka wszyscy mają do niej dostęp. Dlatego rywalizacja o to, kto będzie pierwszy z newsem, stała się wyjątkowo zażarta. Tragedie to bardzo klikalne tematy, a granice – jeśli jakiekolwiek istniały – dawno już zostały przekroczone.

Z drugiej strony, wielu z nas – w tym ja – jest w jakiś sposób uzależnionych od social mediów. Zdarzało mi się zaczynać dzień przeglądem Instagrama i… czasem spędzałam na tym scrollowaniu parę godzin. I niby wszyscy wiemy, że instagramowe życie jest polukrowane, wygładzone i nie do końca prawdziwe, ale dalej wierzymy w ten obrazek. W ludzi doskonałych.

Wśród przyjaciółek Moniki jest prawniczka, influencerka, właścicielka agencji PR… Inspirowały Panią osoby z własnego otoczenia?

Skłamałabym, gdybym zaprzeczyła. To dosyć naturalne. Większość postaci jest jakąś „wypadkową”, nosi w sobie cechy co najmniej kilku osób, nie jest kopią 1:1. Choć są i takie, które istnieją od początku do końca tylko w mojej głowie.

Większość bohaterów „Basenu” pożąda medialnej popularności. Za pozorami szczęścia ukrywa jednak niespełnienie, zagubienie, samotność.  Słodko-gorzka wydaje się ta rzeczywistość współczesnych  trzydziestolatków w Pani książce…

Bo taka jest. Wychowano nas w przeświadczeniu, że studia dadzą nam spełnienie i życiową stabilizację. Tymczasem wielu z nas pracuje latami na śmieciowych umowach, a o własnym mieszkaniu może co najwyżej pomarzyć. Większości z moich znajomych długo pomagali rodzice. Nie satysfakcjonuje nas ani praca w korporacji, ani „home office” na odległej wyspie. Stąd często zmieniamy pracę, wyjeżdżamy za granicę, by wrócić, wiążemy się i rozstajemy. Szukamy sposobu na życie. Proszę nie zrozumieć mnie źle – ja mogę powiedzieć, że mam wspaniałe życie, ale długo nie mogłam znaleźć swojego miejsca. A samotność – zwłaszcza w dużym mieście, jak Warszawa – potrafi być bardzo dotkliwa i to mimo obecności wielu osób wokół. O tym zresztą napisano już całe tomy.

Fot. Materiały prasowe

Żyjemy w dwóch światach: realnym i wirtualnym, balansując na  granicy między prawdą a fikcją?

Myślę, że tej granicy dawno już nie ma. W realnym życiu chcemy być własnym zdjęciem z Instagrama. Ja nauczyłam się jakiś czas temu odkładać telefon i wyłączać się, bo ciągłe szlifowanie lepszej wersji samego siebie i porównywanie się z innymi może wyrządzić dużą krzywdę. Sprawia, że ja czuję się od razu mniej szczęśliwa, mniej zadowolona z siebie. Nadal spędzam w Internecie dużo czasu, ale staram się też wyłączać, żyć, doświadczać, spotykać się z ludźmi, obcować z przyrodą, bez relacjonowania tego online.

Lubi Pani swoich bohaterów?

Czasem lubię, czasem im współczuję, czasem mnie denerwują. Bywa, że robią, co chcą. Mówią, co chcą, a ja tylko zapisuję ich słowa. To wcale nie jest żart – czasem pisarz pisze książkę, a czasem książka pisze pisarza. To są fajne momenty. Można sobie założyć, że bohater zrobi to czy tamto, tymczasem dzieje się zupełnie inaczej.

Wszystkie relacje przedstawione w książce, i te przyjacielskie, i te zawodowe są skomplikowane. Każdy tu chce coś ugrać…

Zależało mi, by pokazać złożoność relacji. W książce skupiają się one jak w soczewce, ale w realnym życiu często wiążą nas z kimś niejednoznaczne stosunki. To tak jak na firmowej imprezie: głównie się na niej plotkuje.

Dla mnie relacje są bardzo ważne. Determinują w dużym stopniu nasze życie. Staram się, by były dobre, bo ja ogólnie uwielbiam ludzi, uwielbiam rozmowy z nimi. Zdarzały się jednak także relacje „toksyczne”. No i bywa też, że nie ma się z kimś „przelotu”, a trzeba razem na przykład pracować. Albo się kogoś nie lubi, ale utrzymywanie znajomości z jakiegoś powodu się „opłaca”. To dla mnie fascynujący temat.

I każdy z bohaterów „Basenu” ma jakąś tajemnicę. Choćby mąż Moniki, hazardzista i bankrut Rémy, i jej najbliższa przyjaciółka Magda…

Nie chcę uogólniać, ale w zasadzie pewnie każdy z nas ma jakąś tajemnicę. Autor książki ma tę przewagę, że tajemnice swoich bohaterów zna.

Akcja meandruje i kiedy po raz kolejny wydaje się nam, że znamy nazwisko mordercy, zmienia kierunek aż do niespodziewanego zakończenia…

Chciałam podrzucić trochę fałszywych tropów. Ale nie uprzedzajmy, nie odbierajmy czytelnikom tej przyjemności.

Wodzi Pani czytelnika za nos. Jak rasowy autor kryminałów:)

Dziękuję, mam nadzieję, że czytelnicy się nie zawiodą 🙂

Rozpoczynając pracę nad książką, wiedziała Pani,  jak historia się potoczy? Czy może stery przejęli bohaterowie?

Miałam oczywiście szkielet historii, ale w trakcie pisania zdarzyło się kilka niespodzianek. Nie wiem, czy potrafię to wytłumaczyć, bo pisanie to czynność bardzo intymna, osobista, każdy autor doświadcza jej w inny sposób. W mojej głowie kilkakrotnie zrodziły się sceny, których pierwotnie miało nie być. I już z głowy – i z książki – nie chciały wyjść. Wiem, że teraz zabrzmi to banalnie, ale uwielbiam ten dreszczyk emocji – oddanie się trochę w ręce historii i bohaterów. Nie trzymam się kurczowo scenariusza czy konspektu. Zawsze idę trochę na żywioł.

Skąd pomysł na śmierć w basenie?

To był obraz, który przyszedł do mnie któregoś dnia i już ze mną został. Nie potrafię powiedzieć, skąd dokładnie się wziął. To są chwile, słowa, od których historia bierze początek. Pewien nadprzyrodzony pierwiastek. Taka mała tajemnica twórcy.

Zastanawiam się po prostu, czy tytułowy basen to tylko basen:), czy też należy nadać mu jakieś dodatkowe znaczenia.

Czasem najpierw jest tytuł, a potem cała reszta. W tym przypadku było odwrotnie – mogę zdradzić, że rozważałam kilka innych tytułów, wygrał ostatecznie  „Basen”.

Jest Pani zapowiadana jako nowa królowa współczesnej polskiej powieści. Tytuł onieśmiela, czy mobilizuje?

To już ocenią czytelnicy. Zostawiam wszystko w ich rękach.


Zobacz także

Gorący temat (Bombshell), Oskary

Gorący temat. Lekcja, którą każdy powinien odrobić

Partnerstwo bliskości to przepis na miłość. Nie każdy potrafi być blisko, nie każdy rozumie tę potrzebę

1917 – premiera DVD jednej z najbardziej tragicznych wojen!