Książki Kultura

Ballada o Sylwii 

Oh!Books
Oh!Books
17 grudnia 2019
Fot. iStock/kitzcorner
 

Historia, w której wszystko co złe, brudne i pospolite z biegiem czasu staje się coraz bardziej wynaturzone i przerażające. Sylwia balansuje pomiędzy realnym a wymyślonym, pogrąża się w chaosie swojej głowy. Dziewczyna jest przebiegła, infantylna i zawistna. Ma plany i marzenia, ale brakuje jej predyspozycji i perspektyw na ich zrealizowanie. Popada w obłęd, a szary świat widziany jej oczami zmienia się w fantastyczną, chociaż groźną krainę.

Książka jest opowieścią o konfrontacji nadwrażliwej jednostki z bezkompromisowym światem, który usiłuje zwalczać każdą inność.

W świecie umysłu Sylwii słowa, przedmioty, osoby przeplatają się ze sobą, powracając jak refren, rymując się ze sobą, wchodząc w interakcje, może przede wszystkim słowne. Bo język jest w tej opowieści jednym z najważniejszych budulców przestrzeni i fabuły – tyle tylko zobaczymy, ile zechce nam powiedzieć bohaterka, tylko tak to zobaczymy, jak widzi to ona i jak zechce, lub zdoła nam przekazać.

Nie sposób nie docenić przy tym kunsztu autorki, która nawet na moment nie odpuszcza, nawet jednym zdaniem nie wycofuje się z tej formy opowieści, jaką narzuca nam od początku – to powieść skonstruowana i napisana perfekcyjnie, w której zapominamy, że czytamy fikcję, zdaje się nam raczej, że to zapis prawdziwego monologu osoby intelektualnie innej od nas, fascynującej, ale i chwilami przerażającej.   
Przemysław Poznański, Zupełnie inna opowieść

Katarzyna Kubicka pisze gęstą, przerażającą chwilami powieść o autodestrukcji i rozmaitych odcieniach strachu przed życiem. Świeży jest styl i stałe zacieranie granic między tym, co rzeczywiście przeżyte, a tym, co wyobrażone. Mroczna wizyjność tej powieści każe zastanawiać się także nad tym, co może być dla bohaterki synonimem spokoju i końca udręki.

(…) proza Kubickiej nie określa wprost modelu funkcjonowania w małej społeczności, ona ten model dekonstruuje – nikt nie jest tym, kim się wydaje, nikt nie jest na miejscu i w porządku. A główna bohaterka bardzo sugestywnie wyraża wstyd. Wstydzimy się siebie, przerzucając wstyd na innych.
Jarosław Czechowicz, Krytycznym Okiem

Ballada o Sylwii to powieść szalenie sugestywna. Oddziałuje tak mocno na czytelnika za sprawą swej sfery stylistycznej i językowej. Wywołuje dezorientację. Niepokój. I każe zastanowić się nad tym, w jak bardzo opresyjnym świecie na co dzień żyjemy, jak – nieświadomie – agresywne zachowania czasami przejawiamy. To bardzo mocny, wyrazisty, ambitny – choć niełatwy pod względem formy – debiut.
Sławomir Krempa, Granice.pl

Katarzyna Kubicka – ur. w 1988 roku w Białej Podlaskiej. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Mieszka na warszawskiej Ochocie. Debiutantka.

 

Fragmenty

1.

Ciało Sylwii się wzdryga. A co się pytali? No przecież wiesz. Sylwii głowa puchnie. A co im powiedziała? Nic. Przecież mama wie. Ja nic nie wiem, bo ty nigdy nic mi nie mówisz. Ja już kierownika podgadywałam, on nie będzie robił problemów. Byłby skłonny, mówi mama. Czemu nie chcesz? Praca w fabryce to pewne pieniądze. Nie wiem.

Zobaczysz, inni cię prześcigną i będzie nieszczęście. Będzie nieszczęście. Zobaczysz, że tak będzie. A ja i ojciec nie młodniejemy. Nie młodniejecie. Nie młodniejemy. I co wtedy będzie? Co z toba będzie? A co ma być? Coś z tobą musi być. Co ma być, to będzie. Pomóc nam musisz. My nie młodniejemy… Nie młodniejecie. Ty nam musisz przynieść radość na starość. Ja? A kto inny? Ty jesteś naszą jedyną córką. Najpierw ja dbałam o ciebie, teraz ty musisz dbać o mnie.

Zapadła głucha cisza. Masło, chleb, sól wypakowane z torby, ustawione w rzędzie na stole, stoją równo, w równym rzędzie. Sylwia nie wie, gdzie podziać ręce. Patrzy w dół na ręce, czyste, białe ręce, niespracowane ręce, odpoczywające, swoje własne ręce. Wzięła sól. Wysypała się krzta soli na stół.

Będzie nieszczęście.

Sól na nieszczęście.

2.

Dzidzia układa usta w dziób, mimo wad, jest przecież jego ukochanym pieszczoszkiem. Może nie? Smętnie jej siedzieć na kanapce, trudno cokolwiek powiedzieć, skubie strupa na kolanie, jakoś jest markotno, brzydko, na łapu-capu, patrzy na zielone firanki, ona chce się poprowadzać, spragniona wiaterku, spacerku, a tu parno i gwarno od jęków z kasety wideo, której taśma wije się jak węgorz w odtwarzaczu. Niby są we dwoje, ale tamta na ekranie kołysze się na dwóch szczudłach w białych rajstopach, których zdejmować nie potrzebuje, bo wszystko przez nie widać gołym okiem. Kołysze się aż do złudzenia, że zaraz stamtąd wyjdzie i siądzie na kanapce obok Sylwii okrakiem. Tamta inna, nie Sylwia, wkłada zgarbiony palec pod rajstopy i wydaje z siebie głośne O jak w słowie oliwa, Sylwia siedzi za to do ekranu bokiem, mości się kościstym tyłkiem na niebieskiej kanapce, ale wylizała rzuconą kość, widzi, jak tamta przewraca oczami, jak na tle czarnej ściany błyskają jej białka. Ładna kobietka obróciła się i jeszcze raz się obróciła, wygięła plecy, wygląda jak półksiężyc w nocy, jest włochata i piękna.

Suka, beczy Sylwia, skąd ją wytrzasnęli, jęczy schowana pod stołem, czepia się nogi, sprawdza drętwiejącymi palcami, dokąd prowadzą kable ciągnące się od telewizora, ale one, głupia, po prostu znikają w ścianie, bo to jest magia, i Sylwia otwiera oczy w zdumieniu, nie chce wyjść spod stołu, nigdy już stamtąd nie wyjdzie, bo wie, że gdzieś tam żyje piękność włochata, nikt jej sobie nie wymyślił.

Ballada o Sylwii 


Książki Kultura

Miłość nie zadaje pytań, ale może właśnie Ty powinnaś?

Oh!Books
Oh!Books
14 lutego 2020
Fot. iStock
 

Parkiet wibrował, a duszne powietrze oblepiało skórę potem, choć klimatyzacja dmuchała chłodem. Marcelinie coraz mniej podobała się atmosfera, postanowiła jednak robić dobrą minę do złej gry. Na wieczorze panieńskim nie wolno stroić fochów.

Przez kolejne trzy godziny przekrzykiwała koleżanki, kołysała biodrami na parkiecie i od czasu do czasu zamawiała dla wszystkich drinki. Sama stroniła od alkoholu, głównie z powodu cukrzycy. Widząc jednak, jak Daria staje się coraz bardziej wstawiona, cieszyła się ze swojego wyboru. Zerknęła na Karo – na policzki przyszłej panny młodej wkradł się rumieniec, oczy jej błyszczały. Dobrze się bawiła, a więc zadanie zostało wykonane. Kamień z serca, przyjaciółka może iść do ołtarza z myślą, że niczego nie traci. Amen.

Marcelina znów z zaciekawieniem popatrzyła na barmana. Jak on mógł pracować w tak potwornym hałasie? Czy klub wypłacał jakiś ekwiwalent za uszczerbek na zdrowiu? I czy taką pracę można wykonywać do końca życia?

Z zamyślenia wyrwało ją światło. A właściwie blask. Na lewo od ich stolika, w odległości kilku kroków, stał mężczyzna. To od niego biła owa przedziwna, hipnotyzująca łuna. Marcelina wlepiła wzrok w jego twarz. Boże, co za ciacho, pomyślała, badając każdy szczegół. Nigdy nie widziała nikogo równie atrakcyjnego. Jego uroda była onieśmielająca i doskonała, a jednocześnie bardzo męska. Wysoki i dobrze zbudowany. Szczupły i wyprostowany, na luzie, choć z klasą. Szatyn. Twarz o proporcjach, jakich nie powstydziłby się sam Michał Anioł, a do tego piękny uśmiech. Takim uśmiechem otwiera się drzwi, wygrywa każdą sprawę, można nim kupować wszystko, nie mając grosza w portfelu.

Rozmawiał z kimś. Stał oparty o bar i spoglądał z uwagą na swoją rozmówczynię. Lekki zarost tylko podkreślał jego usta, zmysłowe i fascynujące, można było patrzeć na nie przez długie minuty. Marcelina straciła rachubę czasu. Ile już gapiła się na tego obcego faceta? To musiało dziwnie wyglądać. Właśnie zamierzała w końcu oderwać od niego wzrok, gdy nagle mężczyzna podniósł oczy i spojrzał prosto na nią. Uśmiech nie zniknął z jego ust, może nawet stał się jeszcze piękniejszy. Ten moment trwał kilka sekund. A może całą wieczność. Wystarczająco długo, by serce Marceliny zaczęło walić jak młotem. Tymczasem mężczyzna nie przestawał patrzeć, jakby chciał ją do czegoś sprowokować. Marcelina zebrała całą siłę woli, by wreszcie zerknąć na barmana, i ruszyła w jego stronę, zamierzając odebrać drinki.

Zapomniałaś, jak się chodzi? Najpierw jedna stopa, potem druga, upomniała się w duchu. Postanowiła udawać, że mężczyzny tam nie ma. Sęk w tym, że on nie tylko był, nadal wysyłał fale, ultradźwięki, które Marcelina odbierała ukrytymi, nieznanymi sobie wcześniej zmysłami. Jakaś podniecająca siła ciągnęła ją ku niemu, więc w akcie rozpaczy chwyciła się kurczowo blatu. Barman uniósł lekko brwi, bo nie wyglądała na pijaną. Może pomyślał, że zasłabła? Niewiele się pomylił.

Wróciła do stolika, gdzie dziewczyny właśnie wręczały Karo prezent, kusą bieliznę i piżamę z dziurą w kroczu. Zaśmiewały się do rozpuku, widząc zaczerwienioną twarz przyszłej panny młodej.

– Laska! Aż takie kolejki do barmana? Nie było cię chyba z pół godziny! – rzuciła Donia i natychmiast upiła spory łyk ze swojej szklaneczki.

Marcelina odpowiedziała jej uśmiechem i opadła na skórzany puf. Czuła się wyczerpana, jakby przetańczyła całą noc. A dopiero minęła pierwsza.

– O, ja pierdzielę, dziewczyny, widziałyście TO? – Daria wypięła pierś i wyprostowała plecy, przyjmując kolejną seksowną pozę.

Spojrzały wszystkie na parkiet, gdzie stał oczywiście nie kto inny, jak mężczyzna z baru. W ręku trzymał szklaneczkę z mocnym alkoholem, która pasowała do niego idealnie, jakby był właścicielem tego miejsca.

– Chyba raczej GO. Masakra. Ale ciacho. Nigdy nie widziałam tak zajebistego gościa. Aż się, normalnie, spociłam – sapnęła Donia.

– Bez kitu, startuję do niego. Raz się żyje. Taki to może mnie przelecieć i nawet potem nie zadzwonić. Niech stracę! – zachichotała Łutka, choć Marcelina dostrzegła, że tamta nie żartuje. Trochę ją to ubodło. Ba, nawet poczuła nutkę zazdrości. Ale czy można być zazdrosnym o kogoś obcego, kogo widziało się przypadkiem i przelotnie?

Nagle stało się coś, czego żadna nie mogła przewidzieć. Daria zakrztusiła się drinkiem, a Karo pisnęła:

– Dziewczyny, kto to? To jakaś niespodzianka? On tu IDZIE. Jezu, co za bóstwo!

– No przecież widzę, ślepa nie jestem. Dziewczyny, on jest mój – odparowała Daria.

– Masz męża, idiotko! – odkrzyknęła Donia.

Szybkim ruchem poprawiła wycięcie sukienki, by wyeksponować pełny biust. Marcelina siedziała sparaliżowana nieznaną sobie emocją. Dziewczyny zachowywały się jak napalone nastolatki, choć łatwo to było zrozumieć. Obecność nieznajomego oszałamiała. Może pracował jako anestezjolog i znieczulał pacjentów bez użycia żadnych środków medycznych? Tymczasem mężczyzna był już naprawdę blisko. I patrzył na nią, Marcelinę, co sprawiło, że nagle poczuła się dziwnie lekka. Muzyka ucichła, a paplanina przyjaciółek dobiegała do niej jakby z oddali. Usłyszała tylko jego głos. Wyraźny, głęboki, niski.

– Cześć. Dasz się zaprosić do tańca?

Wyciągnął rękę. Marcelina podała mu dłoń i pozwoliła przyciągnąć się zdecydowanym ruchem.

Fragment książki „Twoja wina”

Miłość nie zadaje pytań, ale może właśnie ty powinnaś?

Marcelina poznaje swojego przyszłego męża w trakcie wieczoru panieńskiego swojej najbliższej przyjaciółki. Nigdy dotąd nie spotkała kogoś takiego: Adam jest chodzącym ideałem o urodzie hollywoodzkiego aktora. Nie może uwierzyć, że wybrał właśnie ją, bo przecież mógłby mieć każdą!

Jednak miłość nie zadaje pytań, więc dziewczyna daje się ponieść euforii. Woli nie zauważać, że Adam ma swoje dziwne sprawy, do których jej nie dopuszcza. Marcelina z radością przyjmuje oświadczyny i daje się wciągnąć w wir szokujących wydarzeń, które odmienią wszystko. Na ile możemy poznać drugiego człowieka? Ile może w naszym życiu zmienić jeden człowiek?

Każdy z nas zna ten typ mężczyzny. Niesamowicie przystojny, inteligentny i pewny siebie, roztacza wokół niezwykły czar, któremu nikt się nie oprze…

„Twoja wina” to wciągająca opowieść o toksycznym związku i człowieku, który uwielbia niszczyć innych. Dlaczego? Odpowiedzi na to pytanie udzieli on sam. Czy Adam ma jakiekolwiek zasady? Czy potrafi kochać? Czy cokolwiek jest w stanie go powstrzymać? I czy wielka miłość pozwoli Marcelinie przejrzeć na oczy?

Danuta Awolusi, rocznik ‘86 – Ślązaczka, mieszkająca obecnie w Warszawie. Pisarka, autorka tekstów, w tym powieści psychologiczno-obyczajowej „Macochy”. Od kilku lat prowadzi blog recenzencki „Książki Zbójeckie”. Wokalistka Gospel w warszawskim chórze Soul Connection Gospel Group.


Książki Kultura

W pułapce myśli. Kurs nauki jazdy przez życie – dla nastolatków

Oh!Books
Oh!Books
9 grudnia 2019
Fot. iStock / Martin Dimitrov

To nieprawda, że nasz najgłębszy lęk dotyczy tego, że nie jes­teśmy wystarczająco dobrzy. Najbardziej boimy się własnej siły, która wykracza poza nasze najśmielsze wyobrażenia. Największy lęk budzi w nas nasze światło, nie ciemność. Py­tasz: Kim jestem, żeby ośmielić się być genialnym, wspa­niałym, przystojnym, utalentowanym, fantastycznym? Lepiej zapytaj: Kim jestem, żeby się nie ośmielić?

Marianne Williamson

Zapewne niewiele nastolatków zechce otworzyć tę książkę z włas­nej woli, nie mówiąc już o przeczytaniu jej od deski do deski. Bar­dzo możliwe, że dał ci ją do czytania dorosły, który stwierdził, że coś jest z tobą nie tak i że ta książka cię naprostuje lub w inny sposób ci pomoże. Istnieje też spore prawdopodobieństwo, że poważnie wątpisz, czy ten dorosły w ogóle cię rozumie. Założymy się, że nie wierzysz, iż przeczytanie naszego poradnika może co­kolwiek zmienić.

A skąd to wiemy? Otóż ta książka opiera się na dwóch filarach: na nauce o ludz­kim zachowaniu i na naszym doświadczeniu w pracy z wieloma nastolatkami. Wprawdzie nie znamy ciebie osobiście i nic nie wiemy o twoich problemach, ale uważnie słuchaliśmy innych.

(…) Możesz uznać tę książkę za coś w rodzaju kursu nauki jazdy przez życie. Zajęcia teoretyczne jednak nie załatwią wszystkiego. Tylko prak­tyczne doświadczenie prowadzi do autentycznej wprawy w do­wolnej dziedzinie. Osoba ucząca się prowadzić samochód może na początku odhaczać w myślach kolejne rzeczy z listy tych, o któ­rych trzeba pamiętać, jak spojrzenie w lewo i w prawo po zatrzy­maniu się przed znakiem stopu czy spojrzenie w lusterko wsteczne i boczne przed rozpoczęciem manewru wyprzedzania. Z czasem za­czyna te czynności wykonywać płynnie, po prostu odruchowo. Teo­retyczny kurs nauki jazdy nie zapewnia umiejętności praktycznych, ale pomaga rozpocząć proces uczenia się od właściwych kroków.

Książka, którą trzymasz w rękach, dotyczy najbardziej złożonej rzeczy, jaką dysponujesz – dotyczy twojego umysłu. Trochę wia­domości o swoim umyśle czerpiemy z tego, co przekazują nam inni ludzie. Okazuje się jednak, że duża część tak zwanej obiegowej mądrości znacznie różni się od tego, co naprawdę sprawdza się w praktyce. Na szczęście istnieje psychologia, a skrupulatne bada­nia w tej dziedzinie regularnie prowadzą do wniosków sprzecznych z tym, co mówią nam kultura, znajomi czy media. I tu pojawia się problem. Jeżeli naukowcy badający zachowanie człowieka mają rację, jesteśmy skłonni do ćwiczenia niewłaściwych działań i nie­stety robimy to tak często, iż stają się one instynktowne.

Oto przykład. Emocje czasem są przyczyną bólu. Metodą prób i błędów możemy łatwo nauczyć się, co robić, żeby ból na chwilę ustąpił. Jeżeli boimy się wygłaszania prezentacji przed dużą grupą, to możemy unikać zajęć, na których jest to wymagane, a także sy­mulować chorobę, próbować się jakoś wykręcić lub udawać, że wcale się nie boimy. Jeśli te zabiegi się powiodą, to lęk osłabnie na jakiś czas, ale – paradoksalnie – za ich sprawą znaczenie lęku w naszym życiu będzie stopniowo rosło. Tak działają wszystkie metody unikania przykrych uczuć, nawet te mniej oczywiste, jak udawanie bohatera, ponieważ przekazują głęboko ukryty komu­nikat, że lęk to coś, czego należy się bać.

Dzięki tej książce poznasz metodę sprzeczną z intuicją, wy­pracowaną i przebadaną przez specjalistów w dziedzinie nauki o zachowaniu. Oto ona: przyznaj się do odczuwania lęku, poświęć chwilę, żeby go poczuć i poobserwować ze szczerym zaciekawie­niem, a potem noś go ze sobą niczym portfel w kieszeni, nie do­puszczając do tego, by zdominował twoje działania wynikające z wartości, które cenisz. Takie podejście pozwala nauczyć się wszystkiego, czego da się nauczyć od lęku, a jednocześnie stop­niowo zmniejsza władzę tego uczucia nad naszym życiem.

Wcale nie musisz w tych sprawach ufać naukowcom. Możesz zaufać własnemu doświadczeniu, gdyż wkrótce zaobserwujesz efekty stosowania umiejętności przedstawionych w tej książce. Kiedy owe umiejętności przyswoisz, zauważysz, jak nabierasz coraz większej wprawy i zręczności, tak samo jak kierowca do­skonalący umiejętność jazdy prowadzi auto w sposób coraz bar­dziej naturalny, płynny i skuteczny. (…) Jedną z najważniejszych cech tego „kursu nauki jazdy przez życie” jest to, że nie próbuje on nakazywać, dokąd masz jechać, tak samo jak instruktor jazdy nie będzie się wtrącał do twoich tras, kiedy już odbierzesz prawo jazdy. Skupia się raczej na tym, jak możesz się do­stać do wybranego celu. Nastolatki przywykły do tego, że dorośli mówią im, co robić, i naprawdę nie potrzebują kolejnej książki, w której będzie jeszcze więcej poleceń. Ten poradnik ma ci pomóc przeżyć życie na twój własny sposób. Sprzymierzeńcem podczas lek­tury i korzystania z książki będzie twoje pragnienie niezależności w życiu. Znajdziesz tu pytania o to, na czym ci zależy, i słowa zachęty do odkrywania głębszej mądrości, którą nosisz w sobie. To ty mu­sisz zdecydować, czy żyć własnym życiem, czy też zgodnie z myślami i uczuciami, które ci wpojono.

Na tym właśnie polega wolność człowieka. Wszyscy mierzymy się z tym samym problemem, ale kiedy się jest nastolatkiem, wspaniale i ekscytująco jest dostać do rąk książkę, która już na wczesnym etapie życia zachęca do refleksji nad wartościami i mo­tywuje do uczenia się, jak wykorzystywać swój umysł zamiast dawać mu się wciągać w pułapki.


Fragment książki „W pułapce myśli – dla nastolatków. Jak skutecznie poradzić sobie z depresją, stresem i lękiem”