Kariera Psychologia

Stajecie pod drzewem i staje się TO, jesteś jak sparaliżowana. Gdyby to wydarzyło się dziś…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 listopada 2015
Fot. Flickr/Sigfrid Lundberg / CC BY-SA
 

To było dawno. – Świat jest mój! – krzyczałaś wtedy głośno, a w Twoich długich włosach hulał wiatr. Miłość? Piękna, kolorowa i radosna, żadne tam smutki i smuteczki. Kiedyś na pewno przyjdzie, otuli cię sobą i uniesie, gdzieś wysoko. Tam, gdzie wszystko się zaczyna. Kiedyś… Będzie jak w filmie. Albo całkiem zwyczajnie jak to w życiu. Zaczekasz przecież, przekonasz się w końcu.
On? Przeciętny facet, niski, łysiejący. Przyjacielski, z imponującym dorobkiem naukowym. Na koncie mnóstwo ciekawych publikacji. W bezpośrednim kontakcie – typ opiekuna. Idealny szef dla kogoś, kto dopiero zaczyna pracę. Dla kogoś takiego jak ty.

– Właśnie ciebie szukałem – mówi przez telefon, kiedy dzwonisz w odpowiedzi na ogłoszenie („młodych, nowe przedsięwzięcie, języki, od zaraz”). Te słowa dodają ci skrzydeł. Oto twój pierwszy, maleńki zawodowy sukces! Opowiadasz o nim przyjaciółce, rodzicom. Tę pracę masz już w kieszeni. Osobiste spotkanie z przyszłym szefem to naprawdę tylko formalność. Umawiacie się w biurze, które dopiero co wynajął. Wita cię z uśmiechem, mocnym uściskiem dłoni. To wzbudza twoje zaufanie. Zawsze zwracałaś uwagę na to, w jaki sposób witają się z tobą nowi znajomi. Dłoń można podać na tyle różnych sposobów!

Popijając kawę z mlekiem słuchasz, jak on roztacza przed tobą wizję rozwoju swojej firmy. Czujesz, że chcesz budować to razem z nim i wiesz, że twój entuzjazm robi dobre wrażenie. Szef wspomina, że ma żonę i maleńką córeczkę. Cieszy cię to, to kolejny plusik do kolumny „zaufanie”. Mija czterdzieści minut rozmowy i wydaje ci się, że jesteście dobrymi znajomymi. Oficjalnie zostajesz pierwszym pracownikiem nowej firmy. Po kilku dniach dołącza do was jeszcze sympatyczny chłopak w twoim wieku, programista.

Masz służbowy email i gruby, czerwony kalendarz w którym rozplanowujesz każdy, kolejny dzień. Tak bardzo się cieszysz, że się udało! Mija pierwszy tydzień pracy. Szef zmniejsza dystans. – Wpadnij dziś w to miejsce – rzuca pewnego dnia na odchodnym zapisując na kartce adres modnej knajpki – Wykąpię Zosię i przyjadę. Będzie kilka nowych osób, poznamy się lepiej.
No czemu się dziwisz? Przecież tak się robi, prawda? Pracujecie razem, żeby to wszystko grało zespół powinien się lepiej poznać. Ktoś przecież ma do nas dołączyć. – Tylko pamiętaj, załóż spódnicę – dodaje jeszcze on. Te cztery słowa na chwilę przykuwają twoją uwagę. Pewnie chodzi o to, że ma być elegancko. Ale jest zimno, zakładasz dżinsy i ulubioną marynarkę, tę z miłego sztruksu.
Jesteś punktualna, on też. Inni chyba nie: rozglądasz się, ale na miejscu jesteście tylko wy dwoje. Szef uspokaja: za późno dałem im znać. Pijecie więc kawę, a on opowiada o swoich podróżach i o maleńkiej córeczce. Potem on proponuje krótki spacer po parku. Patrzysz na zegarek i wahasz się. Jest 21. Spacer? Po parku? No, ale przecież ufasz. Idziesz i w zamyśleniu odpowiadasz na jego pytania.

Potem wszystko dzieje się jak w jakimś filmie. Stajecie pod drzewem i staje się TO. Pocałunek i jego ręce na twoich piersiach i coraz niżej, na spodniach. Jesteś jak sparaliżowana. Nie mówisz nic, nie jesteś w stanie się poruszyć. Zabierasz jego ręce. – Przecież masz żonę, dziecko – mówisz naiwnie, kiedy udaje ci się wydobyć z siebie jakiś dźwięk. – No ale nie robimy nic złego, prawda? Moja żona o niczym nie wie. Jedźmy do mnie, Kasia z małą wyjechała. Możemy pobyć sami.

Nie jesteś w stanie mówić, więc tylko kiwasz przecząco głową. Widzisz jak w jednej chwili jego wyraz twarzy zmienia się z przymilnego na rozczarowany i wściekły. Odwraca się i odchodzi, zostawiając cię tam, pod drzewem.

W domu biegniesz do łazienki i zmywasz makijaż. Pod prysznicem spędzasz bezlitosne pół godziny. Twoje łzy mieszają się z wodą.
Co czujesz? Wszystko i nic. Pustkę i samotność. Wstyd, strach i niepewność przełamane złością. Ale to jest złość na siebie samą. Na swoją naiwność. I jeszcze coś przeciwko czemu się buntujesz: poczucie winy. I na to, że w tamtej chwili nie zrobiłaś nic, że stałaś. Powoli, bardzo powoli dociera do ciebie co się stało. Bezsenną noc przecinają dźwięki smsów: „Nikomu ani słowa”, „Myślałem, że jesteś dużą dziewczynką”, „Przecież, to nie jest złe”…

Następnego dnia działasz jak automat. Kiedy wchodzisz do biura on już jest, twój kolega z pracy również. Ale od tej chwili wszystko wygląda już inaczej. Każdy twój ruch jest surowo krytykowany. Pod twoim adresem zaczynają padać inwektywy, nagle okazuje się, że z niczym sobie nie radzisz, że jesteś „beznadziejna”. Do obowiązków, szef dorzuca ci kilkanaście nowych, w tym czyszczenie wspólnej toalety. Stajesz się ofiarą regularnego mobbingu.

W biurze odbierasz telefony od żony szefa, w czasie, kiedy on wyskakuje „na miasto” ze starą znajomą. Wiesz, że to jedna z jego kochanek, szef tego przed tobą nawet nie kryje. Bijesz się z myślami: powiedzieć jego żonie czy nie? Przestajesz sobie radzić. Po dwóch tygodniach, przychodzi ten moment. Bez słowa wstajesz od swojego biurka i podchodzisz do NIEGO. – Już tu nie wrócę – mówisz i wybiegasz za nim zdąży zareagować. Czujesz, że znowu możesz oddychać.

Mija kilkanaście lat, a ty nie możesz zapomnieć. Masz poukładane życie, dzieci, dom. Kochasz. Ale czasem, myśl o NIM i o TYM, zakrada się i tak  bezczelnie włamuje do twojej głowy. Wyobrażasz sobie spotkanie z nim, po latach. Kolejny raz wracasz do sceny z parku i nie możesz zrozumieć. Dlaczego nie krzyknęłaś, nie uciekłaś, nie biegłaś? Dlaczego nie uderzyłaś?  Dlaczego nie powiedziałaś jego żonie?

Jeśli macie córki, sprawcie by nigdy nie pozwoliły, by sparaliżował je strach.


Kariera Psychologia

„Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło. Czarownica jakaś…”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 listopada 2015
Fot. iStock / Peter Zelei
 

Mam znajomą. Matylda to naprawdę bardzo fajna dziewczyna. Inteligenta, otwarta, przebojowa. Z nietuzinkową pasją: skleja i maluje miniaturki szybowców. I ładna jest, ma taką oryginalną, trochę południową urodę: włosy ciemne, lekko kręcone i takie figlarne, piwne oczy. Wiecie co wam jeszcze powiem? Właściwie to ona jest beznadziejna. Prawdziwa czarownica.

– Ty to jesteś taka trochę Baba Jaga – jak zwykle trafionym komplementem podbił serce Matyldy jej pierwszy chłopak, a mój (wstyd się przyznać ) kuzyn – Taka zdecydowana i ten… Nie mam pojęcia jak to się stało, ale te dwa magiczne zdania zadziałały na moją znajomą jak najpiękniejsze wyznanie miłości, usłyszane w jakiejś romantycznej scenerii (na przykład o zachodzie słońca i przy dźwięku kumkającym żab). Parą byli równo rok i nawet zdążyli ze sobą zamieszkać, w jej maleńkiej i urządzonej w ameliowym stylu kawalerce po dziadku Antonim.

– Co się stało?! – spytałam kuzyna, jak już ten tak pięknie rozpoczęty związek rypnął o ziemię i rozpadł się na drobne kawałeczki, co spowodowało lawinę dziwnych plotek wśród bliższych i dalszych znajomych. A przecież nic nie zapowiadało takiej tragedii. – Wiesz jaka to wiedźma jest?! – podsumował bardzo nieelegancko obiekt swych nietrwałych uczuć ON – Coś mi się obiło o uszy – skłamałam bezczelnie, ale kuzyn nie wyczuł ironii. – Ona po prostu tak mnie o… opętała. Nie miałem przestrzeni własnej, rozumiesz? Ani chwili dla siebie. Albo trzeba było się chodzić na te wystawy ciągle, albo jakieś irańskie kino. Zgłupiałem kompletnie, zacząłem do teatru chodzić. Dusiłem się. Co ona ze mnie zrobiła, nawet z chłopakami się nie spotykałem jak z nią byłem.

Pokiwałam współczująco głową. Nie kopie się leżącego. Nie będę mu przypominać jak niecały miesiąc temu bardzo przekonująco rozprawiał nad wyższością jakiegoś irańskiego reżysera nad innym, pakistańskim. Ani jak sam wystawał pod kasą teatru po jakieś wejściówki na modne offowe przedstawienie. Ściemę wyczuwam na kilometr.

– Daj spokój, nie ma o czym rozmawiać – czarownica Matylda wykazała się diabelskim taktem – Ja naprawdę myślałam, że on chce ze mną chodzić na te wystawy i do teatru. Nigdy nic nie mówił. A w zeszły poniedziałek stanął przede mną i zaczął płakać. Że on tak nie wytrzyma, że on chce wrócić do swojego życia i żebym mu oddała jego wolność. I że do widzenia kochanie. No to powiedziałam cześć. Przecież jak kochasz, to dajesz wolność.

– Dobrze, już dobrze Tyldziu kochanie. Idź na ten wasz babski zlot. Miotłę weź, ha ha. No taki żarcik, przecież. Tylko melduj się! I na 22-gą w domu! – mówił drugi chłopak, a właściwie partner Matyldy i planował ślub. Kościelny. Z Matyldą, która Pana Boga widzi w każdym człowieku, zwierzaku i kwiatku, ale niekoniecznie w kościele. Nieważne, że ukochana mówiła mu wprost, że jeżeli już, to ona bardzo chętnie, ale w urzędzie, z lampką szampana wśród przyjaciół. Ale że przecież nie może wbrew sobie, przed ołtarzem. I dlaczego musi być koniecznie ta biała suknia? Ona tak kocha kolory, a biały jest smutny. Ślub to przecież radosny dzień… Dzieci? Oczywiście Kochany, ale proszę, zaczekajmy chwilę, tak krótko się znamy…

No więc skończyło się awanturą. Bo ON woli jednak tradycyjną rodzinę i to już i teraz. A kiedy na uczelni Matyldzie zaproponowano doktorat, a on ledwo obronił tytuł magistra, kazał jej na tej miotle odfrunąć jak najszybciej. Z jego mieszkania i z życia też.

Ostatniego absztyfikanta wiedźma Matylda bezlitośnie i bez serca porzuciła. To nic, że był odrobinę niezrównoważony i lubił zbyt mocno trzymać ją za rękę. To nic, że kilka razy mama Matyldy zaniepokojona pytała o te jej posiniaczone ramiona. Że manipulował, oskarżał o każde niepowodzenie? Och, proszę! W miłości wszystko jest dozwolone. Matylda chyba naprawdę jakiś urok na niego rzuciła, bo czego się nie dotknął, to zepsuł. I w pracy nawet przestali go doceniać odkąd zaczął spotykać się z Matyldą. A przecież sam mówił, że przedtem to on tam był najlepszy. W każdej dziedzinie. Matylda sprowadziła na niego wszystkie możliwe nieszczęścia i odeszła razem ze swoim czarnym kotem. Dlaczego? Nie wiadomo. Takie już te wiedźmy są.

Teraz czarownica Matylda robi sobie przerwę od związków. Ostatnie przeżycia zbyt mocno wyczerpały jej magiczne moce. Więc uczy się nowego języka, skleja swoje szybowce (wcale nie miotłę!) i zmienia pracę na taką, która da jej jeszcze więcej satysfakcji. A znajomi komentują: Coś z nią musi być nie tak, z żadnym facetem nie wyszło…

Bo współczesne czarownice –  mądre, ambitne, wolne jak wiatr nadal niewielu zrozumie.  Taki zwykły śmiertelnik, to może zatrzyma na chwilę, na moment i spróbuje zamienić  w zwykłą dziewczynę. Miotłę zabierze, schowa albo połamie i z lataniem – wysoko, pod chmurami by dogonić marzenia – koniec…

Matyldo, niech twój czarodziej zjawi się jak najszybciej. Dwóm „cudakom” przez życie iść łatwiej…


*Do napisania tego tekstu zainspirowała mnie moja znajoma i wywiad z Wojciechem Eichelbergerem w WO.

 


Kariera Psychologia

No diamonds today, czyli jak się dałam złapać na „Żony Hollywood”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
16 listopada 2015
Fot. Screen z YouTube / pudelektv

Zaczęło się niewinnie. – Włącz sobie, raz można obejrzeć, pośmiejesz się – mówiła znajoma. – Naprawdę, to jest zupełnie inny świat, inne problemy.

Na co mi inne problemy? Mam swoje, własne. I dlaczego mam się z nich śmiać? No, ale skoro tak namawiają… I telewizja też obiecuje cuda mamiąc bajecznym relaksującym spotem, w którym pięć prawie identycznych (choć podobno w różnym wieku) blondynek kroczy po kalifornijskiej plaży dumnie wypinając biusty. No a poza tym trzeba promować to, co polskie. Trudno, włączyłam… I tak właśnie zostałam wierną fanką programu Żony Hollywood.

Jak to się stało? Nie pytajcie mnie, sama nie rozumiem tego fenomenu. Tak, oglądam i nie wiem dlaczego. Co tydzień siadam przed szklanym ekranem i niby przypadkiem przełączam kanał na ten emitujący mój ulubiony program. Już są… Wszystkie bajecznie bogate i spełnione (poza jedną, która stara się o dziecko). Wszystkie niemiłosiernie kaleczą język ojczysty (a bywa, że również język angielski) deklarując jednocześnie miłość do ojczyzny i polskiej kultury. Wielbicielki „szanelek”, „labutinów” i „witonów”, a także małych piesków w szytych na miarę ubrankach od światowych projektantów… Co ja oglądam?!

– Stanlej! Gdzie on jest, ten mój mąż – woła z ekranu elegancka Helena, która planuje właśnie eleganckie party w swoim olbrzymim, eleganckim domu – Zabieram się do roboty – w jej przypadku oznacza to wykonanie kilku telefonów –  Dom, w który mieszkam kupiliśmy od Michael Jordan. Każdy pyta, kto był twoim dizajnerem (…) Niestety ja to urządziłam.

Niestety, wygląda na to, że to prawda. Wnętrza przytłaczają zamierzonym przepychem: wielkie lustra w złoconych ramach, olbrzymie obrazy przedstawiające polskich królów i meble a la Ludwik XIV. Plus stolik kawowy wypatrzony u Sylwestra Stallone. Czy jest jakaś metoda w tym szaleństwie?

Fot. Screen z YouTube / PudelekTv

Fot. Screen z YouTube / PudelekTv

– Hany – mówi inna, słodka blondynka do swojego męża, biznesmena o azjatyckiej urodzie otwierając rocznicowy prezent – No diamonds today?… No i rzeczywiście, piękne opakowanie zawiera tym razem „jedynie” oprawiony w szlachetny metal zegarek pewnej szwajcarskiej firmy.

No diamonds?! Spoglądam rzewnym wzrokiem na mojego pochrapującego na kanapie męża oraz omdlewający wiecheć różyczek podarowanych z tej okazji, że drogi małżonek zapomniał o innej okazji. Znajoma miała rację: inne problemy, inny świat. Ale, jak to wciąga!

Po kilku odcinkach coś we mnie pęka. Czuję w sobie wewnętrzną sprzeczność. Kiedy część mnie mówi: „Nie oglądaj, wyłącz, przełącz na jakiś wartościowy program”, druga kusi: „Jeszcze tylko zobacz, jak ona sobie poradzi z tym tygodniowym ograniczeniem wydatków na kosmetyczkę do 10 000 dolarów”. Dosyć! Postanawiam podzielić się swoją tajemnicą ze znajomymi z pracy. Kiedy zagaduję koleżankę, (tę, która czyta Kantora i Różewicza), czy wie może co to za program, ona wyznaje bez skrępowania – Pewnie, sama oglądam. No jasne, że obciach, ale wiesz, to niesamowicie wciąga. Patrzysz i się zastanawiasz, czy bogactwo nobilituje głupotę. Taki socjologiczny eksperyment. – O tak, eksperyment! – przyznaję jej rację i od razu czuję się usprawiedliwiona. Chociaż, cholera jasna, dlaczego ja się w ogóle muszę usprawiedliwiać? To już nie mogę oglądać tego, co chcę?! No i właśnie, dlaczego ja właśnie TEGO chcę…?

– A widziałyście tę blondynę, co nakładała sobie na twarz ślimaki? – zagaduje inna koleżanka, która od kilku minut udaje, że nie podsłuchuje naszej rozmowy.

– No, to była Kinga. – gruby głos naszego szefa rozbrzmiewa tuż obok. – A ty skąd wiesz? – pytamy prawie chórem – Żona ogląda, to ja nie mam wyjścia – mówi lekko zawstydzony, ale zaraz przyznaje, że i jego „wciągnęło” – Bo to takie głupie, tego się nie da nie oglądać… Oni to specjalnie tak pokazują, żebyś chciała wiedzieć, co jest dalej. Jak im się życie potoczy, co głupiego jeszcze wymyślą. Ale przedstawiają te dziewczyny w taki sposób, żebyś je jeszcze polubiła, przywiązała się do nich.

– Czyli co, padliśmy ofiarą jakiejś manipulacji? – lecę Macierewiczem, ucieszona, że mogę poczuć solidarność ofiar tej telewizyjnej mafii, która postanowiła nam takie świństwo zrobić, w tak perfidny sposób uzależnić od przygód Żon z Hollywood.

– E tam, my po prostu tacy jesteśmy. Podglądacze. Interesuje cię to życie, którego nigdy nie będziesz miała. Oglądasz, bo chcesz. – pozbawia mnie złudzeń wielbicielka Kantora i Różewicza. – Patrzysz na jedną, drugą, myślisz, no dobrze, tyle mają kasy, a jak brzydko ten dom urządziły. Ja to bym zrobiła inaczej. I od razu ci lepiej. I żal, że ten dom nie twój, też trochę mniejszy…

Wobec takiej riposty jestem bezbronna. Czyżby naprawdę chodziło o tak niskie uczucia? W ramach buntu, w środowy wieczór nie włączam telewizji. Parzę zieloną herbatę, przeglądam miesięcznik psychologiczny. Z zadumy wyrywa mnie dźwięk SMSa. Potem następnego i jeszcze jednego. „ Pamiętaj, 21:50 ;)” brzmią mniej więcej, wszystkie trzy.