Kariera

Naprawdę lubisz potakiwaczy?

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
5 kwietnia 2016
 

Internet jest wypełniony artykułami, historiami osób, które opisują, jak zostały doświadczone w życiu i jak poradziły sobie z przeciwnościami losu wychodząc na prostą. Więcej. Nie tylko wychodzą na prostą, ale wcześniejsze problemy, porażki, złe doświadczenia przekuwają w sukces. Krzyczą „a nie mówiłem?”. W moim przypadku zasadne byłoby tylko ostatnie zdanie, bo też to, o czym chcę napisać nie było ciężkim przeżyciem, a jedynie zwykłą niesprawiedliwością. Nie chcę zresztą wykrzyczeć, jak była wielka. Chcę do Ciebie zaapelować. Jeśli oceniasz ludzi, zwłaszcza ich pracę – bądź rozważny i krytyczny wobec siebie. Być może skutecznie podcinasz im skrzydła, przez co mogą w przyszłości nie osiągnąć tego, do czego są predystynowani. Albo determinujesz je do udowodnienia, że nie miałeś racji i kiedy nie okaże się, że tak właśnie jest, wyjdziesz co najmniej na głupka. A może w ogóle popełniasz błąd wpływający na Ciebie tu i teraz.

Kojarzysz pewnie reklamę ING Banku Śląskiego, która przedstawia scenki ze zjazdu absolwentów, na którym poszczególne osoby zaskakiwały swoich kolejnych rozmówców swoimi pasjami, zajęciami i umiejętnościami. Jedna z odsłon podoba mi się wyjątkowo. Absolwent tłumaczy nauczycielowi, że pracę dziennikarza sportowego zawdzięcza także jemu, bo to on ukrócał jego pierwsze podrygi komentatorskie na lekcjach.

Mam w połowie zbliżoną historię i dotyczy wypracowania dotyczącego Pana Tadeusza. Ostrzegałem, że to bzdura. Nie chodziło o opisanie kolejnych niesamowitych, wielopoziomowych odniesień do historii Rzeczpospolitej. Ani rozprawki na temat traktowania mickiewiczowskiego dzieła jako epopeję, bądź nie. Tytuł wypracowania brzmiał: „Pan Tadeusz w kanonie lektur. Za czy przeciw?”. Nie wiem, na jakiej podstawie moja nauczycielka uważała, że 100% prac jakie dostanie będą laudacją dla obecności tej książki na liście lektur. Znaliśmy się już przecież czas jakiś. Poza tym tak postawione pytanie, prowokuje do braku zgody. I żeby była jasność. Ja nie byłem przeciw Panu Tadeuszowi. Wskazałem jedynie cały szereg książek, które moim zdaniem zdecydowanie bardziej zasługują na zajmowanie się nimi, niż to. O ile pamiętam, byłem po lekturze „Buszującego w zbożu”, który mnie rozłożył na łopatki i uważałem, że takie książki powinniśmy czytać.

Koniec końców, nauczycielka dostała 100% prac na TAK i jedną na NIE. Przychodzi do oddania prac i w niemal domkniętym okręgu widzę swoją ocenę – „1+”… Nie sądzę, żebym kiedykolwiek później i wcześniej dostał taką ocenę. „Jedynka” oznacza niedostateczny, ale co oznacza plus?! To jest takie poklepanie po plecach, kiedy mówi się: „to co zrobiłeś jest totalnie do dupy, ale masz fajny t-shirt”? W każdym razie przeglądam oddane kartki i poza drobnymi błędami interpunkcyjnymi, nie ma tam błędów. Na końcu pojawia się obfite w treść wyjaśnienie (mniej więcej w ten deseń): „Wypracowanie zawiera nielogiczne tezy i nie pokrywa się z jakimkolwiek innym merytorycznym opracowaniem na ten temat”.

Gdybym wiedział, że kryterium oceny nie jest samodzielne myślenie, a malowanie trawy, to… pewnie i tak bym zrobił to, co zrobiłem, ale chociaż miałbym jakikolwiek szacunek do swojej nauczycielki. Swoją drogą bardzo dbała o to, żeby lubienie jej było największym wyzwaniem. Zapytana przeze mnie, już po pogodzeniu się z walką z wiatrakami, skąd przy „1” znalazł się „plus” odpowiedziała: „na zachętę”. Ale zachętę do czego?!

Koniec końców, z wyjątkiem epizodu jako handlowiec, zarabiam na życie pisaniem – absolutnie wszystko. Od artykułów, przez oferty, posty na Facebooku, na książkach kończąc. Nawet, gdybym miał szczęście w życiu, to myślę, że ktoś przez tę dekadę, zorientowałby się, że bardziej nadaję się do stawiania toi-toi, niż jakiegokolwiek pisania. Natomiast tu nie o pisanie chodzi, a na pewno nie tylko. Chodzi o rzecz dużo bardziej przyziemną, a mianowicie przyjmowanie odmowy i posiadania innego zdania. Rzadko spotykam kogoś, kto potrafi się w takiej sytuacji zachować tak, jak powinien. Spotykam się z tym na kilku poziomach.

Pierwszy. W relacji podwładny-przełożony. W czasie każdej aplikacji i rozmów o pracę, jakie odbywałem informowałem o tym, że poza umiejętnościami w sposób oczywisty oczekiwanymi przez pracodawcę mogą spodziewać się tego, że nie jestem klakierem. Nie przypominam sobie, żeby komukolwiek to przeszkadzało. Potem było z tym różnie. Dwa razy w życiu spotkałem przełożonego, któremu mogłem się sprzeciwić bez obawy, że będzie to początek mojego końca w firmie. Nie wiem, czy to wynika ze strachu, poczucia wstydu, ego, ale Steve Jobs mówił, że „nie ma sensu zatrudniać mądrych ludzi i mówić im, co mają robić; zatrudnialiśmy mądrych ludzi po to, by oni mogli nam powiedzieć, co należy robić”. I na tym zakończę.

Drugi poziom. Klient-zleceniobiorca. Pracowałem w agencjach public relations, interaktywnych, social media, etc. Generalnie zajmowałem się lub zajmuję szeroko rozumianym marketingiem. Zawsze wydawało mi się, że firma wynajmująca nas jako podwykonawcę wybiera nas nie ze względu na cenę (pracowałem w agencjach, które się ceniły), ale na doświadczenie i wiedzę. Tym bardziej dziwi mnie, kiedy przygotowywaliśmy jakieś działania, Klient sugerował poprawki, które były naszym zdaniem fatalne, ale pozostawał uparty. Włączał tryb „to ja płacę i macie mnie słuchać” i wymuszał ich wdrożenie. Po co nas w takim razie wynajmował? Tańsze byłoby zatrudnienie freelancera lub stażysty. Na szczęście większość działań marketingowych można zmierzyć… Czasem mnie kusi zestawienie propozycji agencji z ostatecznymi tworami zmodyfikowanymi przez Klientów występujących z poziomu siły.

Poziom trzeci. Przyjaźń. Mam nieodparte wrażenie, że to pojęcie się zdezawuowało. Zwłaszcza w sytuacji posiadania setek „przyjaciół” na Facebooku i relacjach budowanych głównie w pozycji pochyłu nad telefonem. Stają się one przez to bardziej kruche. Nie zgodzisz się z kimś w czasie rozmowy w sieci – możesz przestać odpisywać. Ktoś Cię wkurza – blokujesz go. W Internecie to jest proste. Tylko ta tymczasowość jest przenoszona do życia realnego, gdzie takie same zachowania są po prostu niszczące. To samo dotyczy zresztą, w innej nieco formie, rodziny i związku, ale to temat na osobne wpisy.

Nie chcę się sadzić na alfę i omegę, dlatego napiszę tylko – też tego nie rób. Nie jesteś alfą i omegą. I nie obrażaj się jak dziecko, kiedy ktoś Ci mówi NIE. To dziecinada.


Kariera

Nigdy taki nie będę

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
27 kwietnia 2016
 

Jak to było? Czego Janka nie nauczysz, tego Jan nie będzie potrafił/robił? Młode drzewo łatwiej giąć, niż stare? Te i wiele innych podobnych zdań słyszałem, kiedy byłem młody. Miały (chyba) zmiękczać wydawane polecenia, nakazy i stawiane zakazy, kiedy zaczynałem mieć dość ich natłoku. Obiecałem sobie, że nigdy nie popełnię tego błędu i nie będę „giął młodego drzewa” nadmiarem wymagań. Rzeczywistość okazała się wstydliwie inna.

Wiem, że wychowanie dziecka w porównaniu do innych zadań, jakie mamy wykonać na przestrzeni całego swojego życia jest ekstremalne. Zdaję sobie sprawę, jak wiele jest teorii na ten temat. Wydaje mi się, że potrafię podejść do nich krytycznie i wybrać  te elementy, które będą najlepsze dla dziecka. Doświadczyłem, jak zakazy i nakazy… kompletnie nie działają, a wręcz prowokują kosztowania zakazanych owoców. Teoretycznie jestem alfą i omegą, ale kiedy przychodzi co do czego czasami o tym zapominam i powtarzam znane mi błędy.

Najgorsze w tym jest to, że powtarzam te błędy jeden do jednego. Zwracam uwagę na mlaskanie, krzywe siedzenie przy stole, nieprawidłowe używanie sztućców, itp., itd. Tak, jak i mnie ją zwracano. I już samo stukanie w litery tworzące dwa poprzednie zdania powoduje u mnie cierpnięcie skóry, bo przecież nie chodzi o to, że Maria obcina sobie palce, chodzi po poręczy na balkonie czy rozjeżdża niemowlaki rowerem, a o głupie stanie na jednej nodze w czasie jedzenia [sic!].

W ostatnim akapicie napisałem, że najgorsze jest powtarzanie błędu niepotrzebnego czepiania się. To nieprawda. Najgorsze jest to, że w obliczu takiego zachowania zamiast kilka razy uderzyć się pięścią w pierś, spuścić wzrok we wstydzie oraz przyznać publicznie i wobec rodziny, że mam przeciąg między uszami, brnę w to. Zaczynam tłumaczyć zachowanie, którego nie ma jak obronić. Jeżeli robisz tak samo, ale na przykład brakuje Ci weny, podaję kilka „strzałów w 10”:

  • Jesteś zmęczony, ale lepsza jest następne.
  • Zmęczenie Ci się kumuluje.
  • Masz nadmiar pracy.
  • Wszystko jest na Twojej głowie.
  • Twój grafik/programista/księgowy/asystent/szef/etc. podkłada Ci kłody pod nogi.
  • Rata za mieszkanie podskoczyła.
  • Znów nie działa nawigacja w samochodzie (trzecia awaria w roku).
  • Kiedy ma się tego nauczyć, jak nie teraz. Gdzie, jak nie w domu. Kto, jak nie Ty?! Wiadomo. Czym skorupka za młodu nasiąknie… BUM! Zdajesz sobie sprawę, że zachowujesz się dokładnie tak samo, jak (wstaw odpowiednią osobę).

Pytasz pewnie po co jest ten wpis. Czy jego celem jest jakaś forma autoterapii? Być może trochę tak – nie czuję z tego powodu wstydu. Samobiczowanie? Nie jest, to może najprzyjemniejsze, ale dlaczego nie.

Prawdziwy powód jest zgoła inny. Chodzi o Twój komfort i prewencję. Dużo lepiej zdać sobie sprawę z problemu samemu – nawet teraz, niż zorientować się za późno, kiedy będziesz cedził przez zęby do kilkuletniej latorośli, jak ważny jest dobór odpowiedniego widelca do ryby i jak bardzo wpłynie to na jej życie. A z boku, jak wariatowi, będzie przyglądać Ci się Twoja partnerka. Mam nadzieję, że chociaż jedna osoba uniknie takiej sytuacji, czytając ten wpis. A jak nie? Wyjdę na dupka, który ma o sobie zbyt duże mniemanie. Nie pierwszy i nie ostatni raz. Ale to temat na inną sesję autoterapeutyczną.


Kariera

Wujek! Nie masz prawa mi niczego kazać!

Kamil Wiśniewski
Kamil Wiśniewski
3 kwietnia 2016

Załóżmy, że jesteś wujkiem córki lub syna, czyli jesteś w związku z kobietą, która ma dziecko. Znam ten układ dość dobrze więc pozwól, że skupię się właśnie na nim. Wracając do meritum. Żyjesz z nimi. Codziennie. Nie jesteś wujkiem z doskoku, ale wszedłeś w związek pełną parą, czyli w jedyny poważny sposób. W zasadzie spędzasz z latoroślą najdroższej tyle samo czasu, co jej mama.

Wyobraź sobie teraz pewien poranek. Twoja dziewczyna wyszła z domu przed Tobą, a Ty siedzisz z nieletnią, która zajada się kanapką z dżemem. Nie jest to plan żadnej reklamy, w której dzieci pełne werwy wybiegają z pokojów pełne radości, ponieważ czeka na nich już przygotowane z artystycznym zacięciem śniadanie. Biorą w dłonie kanapki i machają nimi w geście radości, że są tak smaczne. Cokolwiek na nich jest – nie spada, a jadalnię rozświetla słońce… Życie. Dziecko wybudzone jest zawsze zbyt wcześnie, ślamazarnie podąża do stołu, gdzie spotyka się ze śniadaniem, które nigdy nie jest takie, jakim powinno być i podpiera się na dłoni, żeby nie wpaść do talerza. Jest przy tym oczywiście pełne… wątpliwości i uroczej niezdarności. Takiej, która zmusza je do przechylenia kanapki i zrzutu rzeczonego dżemu na stół. Nie. On nigdy nie trafia na talerz.

Są trzy opcje. Sam to sprzątasz – chwalebne, ale raczej nie motywuje do elementarnej samodzielności. Zostawiasz? Rewelacyjny pomysł… w akademiku może jeszcze, ale w domu? Prosisz dziecko o sprzątnięcie. Odmawia. Prosisz znowu. Odmawia. Kolejne prośby nie mają sensu. Każesz jej sprzątnąć bardziej dosadnie? Masz do tego prawo? A co, jak powie, że nie jesteś jej tatą i nie możesz niczego jej kazać?

Po pierwsze, i będę to powtarzał jak mantrę, angażując się w związek z kobietą posiadającą dziecko lub dzieci MUSISZ zrobić to na 100% z pełną konsekwencją. Świadomy praw i obowiązków, itp., itd. Tylko to nie są prawa na zasadzie zbierania pieczątek w Costa Coffee, gdzie dziewiątą kawę „gratis” finansujesz zakupem ośmiu innych. Nawet nie wiem, czy taki program „lojalnościowy” nadal istnieje, ale wiesz, co mam na myśli. Prawa rodzą jeszcze większe obowiązki. To truizm, ale osobie, która nie jest z dzieckiem narodzin warto to przypominać. Sam to robię.

Po drugie, masz prawo wydawać dziecku polecenia. Dlaczego? Patrz: pierwszy akapit. Tworzysz związek na warunkach umowy bezterminowej. Chyba, że zakładasz, że wiążesz się z kimś na kilka lat, wtedy coś jest z Tobą nie tak. W warunkach „bez terminu” wchodzisz w rolę osoby wychowującej, która inaczej niż ojciec (co do zasady) będzie uczestniczyła w najważniejszych wydarzeniach w życiu tego dziecka. Czemu miałbyś rezygnować świadomie z, jednak, bagażu, jakim jest kierowanie dzieckiem, bo przynajmniej ja tak odbieram wydawanie poleceń. Oczywiście w zdroworozsądkowych granicach.

Po trzecie, musisz być przygotowany na to, że dziecko będzie Ci odmawiało, ale czy swojej mamie też nie odmawia? No właśnie. A możliwości ma bez liku. Od wybiórczego słuchu, przez przegadanie i pomostowanie na inny temat, a na zdecydowanym sprzeciwie kończąc. W sumie dokładnie tak samo jak w świecie osób dorosłych, ale oni (my) robimy to z mniejszą gracją. Nie wspominając polityków, którzy jako jedni z niewielu są z tego szkoleni, ale to jedna z najgorszych inwestycji, jaką podejmują absolutnie wszystkie partie.

I na końcu po czwarte. Tak. Będziesz od czasu do czasu słyszał słowa, które będą Cię raniły. Dzieci nie mają hamulców, nie bawią się w konwenanse – walą prosto z mostu. Poza tym, kiedy bardzo bardzo bardzo chcą zjeść czekoladę, a Ty z uporem odmawiasz, użyją wszelkich sposobów, żeby jednak ją dostać. Bądź przygotowany na to, że kiedy powiesz „nie”, to dziecko z tym samym pytaniem pójdzie do mamy. Także na to, że usłyszysz, że mama rządzi w domu. Innym razem – chociaż sam tego jeszcze nie doświadczyłem, ale jestem na to gotowy – że nie jesteś jej ojcem. Nic na to nie poradzisz. Możesz w zasadzie zrobić tylko trzy rzeczy. Być cierpliwy – nie przyspieszysz niczego, tłumacz, odpowiadaj na pytania. Być konsekwentny – nie możesz ulegać dla własnego spokoju, żeby nikt nie zawracał Ci już głowy. Być odpowiedzialnym – nie wydawaj poleceń dla pokazywania, kto tu rządzi.

Powodzenia!