„To my, wstrętne grubasy, kryjący się po toaletach bulimicy”. Jesteśmy uzależni od jedzenia, potrzebujemy pomocy

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
3 stycznia 2016
iStock/KatarzynaBialasiewicz
 

„Po prostu zrób to. Weź się w garść. Ogarnij swoje życie. Będzie dobrze”. Słowa, które mają pocieszyć, dopingować, pokazać, że to wszystko jest proste. Niestety.

Dzisiaj już wiadomo, że depresja to choroba i żadne „weź się w garść” nie jest pocieszeniem. Tę świadomość zawdzięczamy społecznym kampaniom dotyczącym depresji. Coraz częściej mówi się również, że „będzie dobrze” nie wspiera chorujących na raka. W zrozumieniu tego pomagają, oprócz kampanii, także wywiady z psychologami czy samymi ludźmi chorymi na raka. 

Jedzenie, odchudzanie to wciąż temat tabu

Reagujemy tylko wtedy, gdy na własne oczy widzimy umieranie. Anoreksja jest taka spektakularna. Widać dzięki niej (przez nią) kości, zniszczenie. Jest tak bliska śmierci, że boimy się jej, ale jednocześnie na nią reagujemy. „Bałam się nawet wody. Przecież też mogła mieć kalorie” – powiedziała mi kiedyś anorektyczka, z którą robiłam wywiad. „Straszne” – przeżywały dziewczyny z mojej redakcji.

Bulimia jest gdzieś z boku. Jest obrzydliwa, żenująca, wstrętna. Ktoś wymiotuje w toalecie? Boże, świr. Ktoś opróżnia wieczorem lodówkę? Ble… I to jeszcze w dzisiejszym świecie, gdzie wszyscy kontrolują to, co przełykają. Gdzie jest miejsce tylko dla kobiet podobnych do Ew Chodakowskich. Pań fitness. Pań Dbam co Jem. Ewentualnie pań „mam w d…”.

Co tam, że większość z nas wokół ciała, jedzenia koncentruje swoje życie. Jakże niewiele jest kobiet, które utrzymują „zdrowy dystans”. A jak wiele z nich musiało przejść długą drogę, by zaakceptować siebie.

Bulimiczki nie mają niczego w d**ie

Jedzenie jest jednocześnie najgorszym wrogiem i ich najlepszym przyjacielem ( choć na chwilę).

Jestem zwyczajną kobietą, matką, żoną. Znam dużo kobiet, które cierpią na zaburzenia odżywiania. Są ładne, mądre, w większości zgrabne. Niektóre chudną i tyją na przemian. Inne mają stałą wagę i nikt nie wie, że ich życie bywa też horrorem. Że zwracają na imprezach w toalecie posiłki, że nie wychodzą na urodziny do znajomych, żeby nie jeść, albo objadają się do utraty tchu, bo tylko to w życiu przynosi im spokój.

W Londynie, gdzie pracowałam kiedyś, mieszkałam  z dziewczyną, która zawsze mówiła: „Mam świetną przemianę materii”. Dużo jadła, potem zamykała się w toalecie. Gdy wchodziłam do łazienki, czułam zapach masła orzechowego. „Lubię jeść kanapki z masłem w wannie” – mówiła. Któregoś dnia nie zamknęła drzwi od toalety i zobaczyłam, jak wymiotuje. Tymi kanapkami z masłem orzechowym, które ponoć nie tuczą.  Okazało się, że robi to wciąż, od lat.

Potem dowiadywałam się, że wymiotuje moja jedna przyjaciółka, druga, trzecia miała taki epizod, czwarta nie wymiotowała, ale wypluwała jedzenie, piąta po prostu (?) się objadała. Nigdy nikomu o tym nie mówiły. Sama miałam problemy z jedzeniem, otworzyłam się przed nimi, one poczuły się przy mnie bezpiecznie, więc też się otwierały.

Dziennikarki, menadżerki i specjalistki w korporacji, prezenterki telewizyjne, artystki, kobiety, które pracują naukowo, psycholożki i ileś innych kobiet wykonujących różne zawody, które łączy jedno – obsesja na punkcie ciała. Obsesja czasem w uśpieniu (pt. „Wyszłam z tego, mam się świetnie”), czasem aktywna tak, że psująca życie. Bo potrafisz nie wychodzić z domu – tak bardzo siebie nie akceptujesz. Albo przeżywasz życie na jogurcie, bo wierzysz, że w rozmiarze 36 twoje problemy się skończą. Potem się objadasz i wracasz do punktu wyjścia.

Wczoraj przyjaciółka wrzuciła mi list otwarty do Ministerstwa Zdrowia. List napisała Anna Gruszczyńska, która przez lata cierpiała na bulimię. Od marca prowadzi bloga wilczogłodna.pl, napisała książkę: „WILCZO GŁODNA. Jak wyjść z kompulsywnego jedzenia i nie zwariować”.

Anna walczy o lepszą profilaktykę i pomoc dla ludzi, którzy nie potrafią wyjść z nałogu jedzenia. Tak, bo to dla niektórych nałóg. Tak samo jak papierosy, czy alkohol. – Nawet nie wiemy, ile takich ludzi jest wokół. Pisze do mnie mnóstwo kobiet, korespondują z 57 letnią kobietą, która wymiotuje od 37. Inna ma 47 i codziennie się objada – mówi.

Dziś wydawca naszego portalu napisała do mnie: „Po co taki temat, tego nikt nie zrozumie”. A ja bym chciała powiedzieć, że tak jak pomagamy innym chorym, choć sami nie chorujemy tak samo powinniśmy zwrócić uwagę na problem jedzenia. Bo to jest problem, który często dzieje się tylko w naszych toaletach, gdzie po cichu wymiotujemy. Albo w naszych głowach – gdzie żyje nasze cierpienie i brak akceptacji siebie. Dopóki nie będzie się mówić o tym głośno, my będziemy z tym same. 

Z psychiatrami, którzy zapisują tabletki hamujące apetyt (a to nie jest rozwiązanie), nieudolnymi psychologami, czy bliskimi, którzy w większości wzruszają ramionami. Albo o niczym nie wiedzą. Bo nikt nie chce dzielić się tym piekłem. Bo to wstyd. Ja dziękuję Ani za jej pracę, bo dzięki niej zrozumiałam, że to żaden wstyd mówić głośno o tym problemie. Podobnie piszą inne dziewczyny pod postami Ani, czy filmikami na Youtubie. Że płaczą, że czują się silniejsze, że rozumieją, że nie są same. To, podobnie jak w depresji, ogromna moc. Wsparcie.

Proszę, udostępnij list Ani Gruszczyńskiej,  nawet jeśli nie dotyczy ciebie i jesteś przekonana, że nie dotyczy nikogo wokół ciebie. Obiecuję ci, możesz się mylić.  Wcześniej obejrzyj filmik z akcji, którą zorganizowała.

List otwarty Ani Gruszczyńskiej, Wilczogłodnej

„W związku z tym, że moje dotychczasowe działania w sprawie ustanowienia Dnia Zaburzeń Odżywiania, nie spotkały się z żadnym odzewem ze strony Ministerstwa Zdrowia, postanowiłam opublikować list otwarty do Konstantego Radziwiłła, który od zeszłego roku pełni funkcję Ministra.

Szanowny Ministrze Zdrowia,

Piszę do Pana w imieniu tysięcy kobiet i mężczyzn cierpiących na Kompulsywne Zaburzenia
Odżywiania. To my, wstrętne grubasy i kryjący się po toaletach bulimicy.
Jesteśmy uzależni od jedzenia, tak jak alkoholicy od alkoholu. Tak jak oni, nie jesteśmy w stanie
kontrolować swojego zachowania i tak jak oni siejemy spustoszenie w naszym życiu i życiu naszych
rodzin.
Jesteśmy nieszczęśliwi, agresywni, zaniedbujemy swoich bliskich i swoje obowiązki.
Wydajemy ogromne sumy pieniędzy na niepotrzebne jedzenie. Często popadamy w długi.
Jesteśmy jednak pozostawieni sami sobie, praktycznie bez żadnej pomocy. No bo jak to? To można
uzależnić się od jedzenia?

W teorii wszystko wygląda bez zarzutu; każdemu obywatelowi przysługuje prawo do opieki
psychologicznej, psychiatrycznej i ambulatoryjnej. Ale to tylko teoria.
Rzeczywistość kompulsywnie objadających się, którzy wykończeni chorobą, szukają pomocy, wygląda
zgoła inaczej:

– Wielomiesięczne kolejki do psychologa i psychiatry,
– Brak specjalistów,
– Brak czasu, pieniędzy i pomysłu na leczenie takich jak my,
– Bagatelizowanie naszego problemu: jak się objada, to jego wina,
– Brak miejsc w szpitalach psychiatrycznych, a często także zwyczajny brak empatii.
– Wrzucanie wszystkich zaburzeń jedzenia do jednego worka. Powszechną praktyką jest, że bulimików
umieszcza się w szpitalu razem z anorektykami i wraz z nimi się je tuczy (po co?)
– Brak dostępu do rzetelnej informacji.
– Osoby kompulsywnie objadające się i nie stosujące żadnych form kompensacji (wstrętne grubasy)
nie mogą liczyć na jakąkolwiek pomoc.

W związku z tym, domagamy się stworzenia ogólnopolskiego programu pomocy; takiego z jakiego
korzystać mogą alkoholicy.
Uznania i rozpowszechnienia poglądu, że zaburzenia te, nie dotyczą tylko nastolatek. Z nich nie
wyrasta się z wiekiem. Je się przekazuje się z pokolenia na pokolenie!
Pragniemy być traktowani z szacunkiem i zrozumieniem.
Chcemy być w stanie uzyskać pomoc oraz rzetelne informacje na temat naszego stanu.
Pragniemy także, aby szkoła zajęła się głębszym uświadamianiem problemu, wykraczającym poza
powieszenie kilku plakatów ze zdjęciem wychudzonej anorektyczki. Bo co z tymi, którzy przestać jeść
nie potrafią?

W całym cywilizowanym świecie, do kompulsywnych zaburzeń jedzenia podchodzi się z należytą
uwagą. Wszak, wedle światowych statystyk, dotyka on 6% populacji. Dotyczy to więc 2,5 miliona
Polaków! Tyle z nas cierpi samotnie, często nie wiedząc nawet, że to jest zaburzenie, który można i
trzeba (!) leczyć. Tyle z nas powoli niszczy swoje życie i życie swoich rodzin.

Proponuję, aby pierwszym krokiem do zmian, było uchwalenie Dnia Kompulsywnych Zaburzeń
Odżywiania, którego projekt został złożony w parlamencie latem 2015 roku.
Niech to będzie okazją do szerszej dyskusji na temat tego palącego problemu.

Z poważaniem,
Anna Gruszczyńska”.


Zabierają kobietom na działalności nie oferując nic w zamian. Nowe naliczanie zasiłku macierzyńskiego

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 stycznia 2016
Fot. iStock / freemixer
 

Weszła w życie kontrowersyjna ustawa, która zdaniem rządu miała ukrócić proceder „masowego” wyłudzania wysokiego zasiłku macierzyńskiego przez kobiety w ciąży.

Z projektem nowej ustawy i jej krzywdzącymi zapisami walczyły Matki Na Działalności Gospodarczej. I nie walczyły dlatego, że są naciągaczkami i obawiały się, że państwo dojrzało do zamknięcia furtki, która dawała możliwość uzyskania wysokiego zasiłku macierzyńskiego.

Dzięki obowiązującym dotychczas przepisom kobieta, która zaszła w ciążę, mogła założyć własną działalność choćby trzy miesiące przed porodem. Dodatkowo wystarczyło opłacić jednorazowo wyższą niż minimalna składkę ZUS, np. 3,5 tysiąca i tym samym otrzymać zasiłek macierzyński w wysokości około pięciu tysięcy złotych przez kolejne 12 miesięcy. Opcja świetna. Nie ma co ukrywać. Nie pracuję,. Zachodzę w ciąże, koszty założenia firmy są właściwie żadne. Raz tylko się spiąć, wydać kilka tysięcy na ZUS i można spać spokojnie z dzieckiem przez rok z odpowiednio wysokim zasiłkiem macierzyńskim.

O takich nadużyciach mówiono „masowe”. „Trzeba skończyć z naciągaczkami i oszustkami” – powtarzano przy okazji dyskusji nad ustawą. Problem jednak polegał na tym, że owo masowe nigdy nie zamknęło się w żadnych cyfrach. Nie podano, ile dokładnie kobiet w ten sposób oszukuje państwo, jakiego rzędu kwoty są wydawane na wyśrubowany sztucznie zasiłek. Cisza. Chciałoby się powiedzieć: „Zabierzmy przedsiębiorczym kobietom wrzucając je wszystkie do jednego worka naciągaczek”.

Jedna z kobiet prowadzących własną działalność powiedziała mi: – To może 2% kobiet, które ZUS oszukały. Reszta to uczciwe kobiety posiadające własne firmy.

Owszem nawet kobiety będące na własnej działalności, przez ostatnie miesiące ciąży podnosiły składki ZUS. Tylko czemu się dziwić? ZUS wyciąga od nich co miesiąc kosmiczną kwotę, państwo zupełnie nie wspiera przedsiębiorczych matek. A te rodząc dziecko pozostają z firmą, z obowiązkiem opłacania składki zdrowotnej. Firmę muszą prowadzić nadal – tylko jak z małym berbeciem na rękach? Oczywiście mogą zatrudnić pracownika – tylko za co go opłacą? Jedynie wysoki zasiłek dawał im możliwość utrzymania firmy w czasie urlopu macierzyńskiego. Bo przecież mówimy o małych przedsiębiorstwach. Kobiety coraz częściej decydują się na prowadzenie jednoosobowych firm mając pomysł na własny biznes.

Przepisy obowiązujące od 1. stycznia mówią zdecydowane NIE tym kobietom, które liczyły, że uda im się wykorzystać możliwość naciągnięcia ZUS-u na wysoki zasiłek macierzyński. Obecnie jego wysokość będzie wyliczana na podstawie opłacanych przez ostatnie 12 miesięcy składek. Czyli – zachodzę w ciążę i prowadząc działalność mogę liczyć na zasiłek macierzyński wyliczony z wysokości moich ostatnich dwunastu składek.

I niby ok. Bo nikt nikogo nie naciągnie. Trzeba przez rok prowadzić działalność, nic nie da opłacenie wyższej od minimalnej ostatniej przed porodem składki ZUS, by dostać wyższy zasiłek. Tyle tylko, że przez wydumane „masowe” oszustwa ucierpiały te kobiety, które uczciwie prowadzą swój własny biznes. One nie dostaną od państwa przywilejów związanych z tym, że wspierają polską gospodarkę, że płacą podatki, że nie pozostają na państwowej zapomodze, tylko chcą pracować, chcą być niezależne finansowo, nie chcą dostawać żadnej jałmużny. No tak, drogie panie, tyle tylko, że władza ma was w głębokim poważaniu. Zachciało się firmy – proszę bardzo, ale praca i dziecko – co to, to nie. Dlaczego nie zaproponowano kobietom wsparcia, kiedy zachodzą w ciążę, rodzą dzieci. Rozumiem ukrócanie nadużyć, ale kiedy likwiduje się masowe oszustwa, to dlaczego z pieniędzy, które dzięki nowej ustawie zostaną w budżecie nie podzielić pomiędzy przedsiębiorcze matki? Te uczciwie pracujące.

Dlaczego kobietom, które prowadzą działalność przez rok nie wyliczać wysokości zasiłku macierzyńskiego na podstawie ostatnich sześciu miesięcy przed porodem? Co z kobietami, które mają firmę od dwóch., trzech lat? Mają na wyrost podnosić składki ZUS i liczyć na łut szczęścia, że w ciągu 12 miesięcy zajdą w ciąże i urodzą? Kogo wtedy finansują? Czyżby te wszystkie tysiąc złotych dla bezrobotnych i studentek?

Kobiety pracujące w swoich własnych firmach nadal zdają się być solą w oku dla wielu. Zwłaszcza dla tych, którzy nie mogą wyzbyć się stereotypowych poglądów, że miejsce kobiety jest w domu przy dzieciach. Nie mówią tego głośno, ale wszystkie działania (nawet obecne 500 złotych) chcą sprowadzić kobietę do roli kury domowej. A przecież mamy prawo wyboru, czy chcemy dzieci wychowywać nie pracując, czy być matką prowadzącą własny biznes. Tylko czy faktycznie ten wybór mamy?


Ile warte jest życie? Co dla ciebie jest ważniejsze? Takie kampanie społeczne powinien obejrzeć każdy

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
3 stycznia 2016
Screen/Youtube

Tyle razy mówi się o tym, że sekunda nieuwagi za kierownicą może mieć tragiczne skutki. I ta nieuwaga nie jest wynikiem rozmowy przez telefon, ale zdarza się podczas sprawdzania SMS-a, powiadomień na Facebooku, e-maila, czy samego zerknięcia w telefon.

„Wszyscy lajkują twoje zdjęcie” – mówi mama do córki sprawdzając powiadomienia… Co dzieje się chwilę później? Czy życie warte jest lajka?

Ku przestrodze, bo tej nigdy za dużo. Pomyślcie, co jest dla was ważne…


Zobacz także

Rozwiązanie akcji „Kwiecień-plecień, czyli upleć nam ciekawą historię”

"Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć". Eurosieroty też mają serca

„Jak byłam młodsza często wołałam mamę przez sen. Teraz się budzę i myślę: Alka, sama jesteś, ogarnij się. Musisz z tym żyć”. Eurosieroty też mają serca

Karma wraca, pamiętaj o tym, kiedy zrobisz coś bezmyślnego