Ostre cięcie. Żyć i umierać na dwie zmiany. My, dziewczyny z OIOM-u

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
21 kwietnia 2016
Ostre cięcie. Żyć i umierać na dwie zmiany. My, dziewczyny z OIOM-u
Fot. iStock / sudok1
 

„Przez 55 dni udało się nam podtrzymywać funkcje życiowe matki, u której stwierdzono śmierć mózgu. To był cud, że jej synka, Wojtusia udało się uratować. Żyliśmy tym na oddziale. Ale dla nas ważny jest każdy przypadek. 19-latka z wypadku motocyklowego z pękniętą miednicą,  24-latek po wypadku z rozległymi obrażeniami wewnętrznymi i 120  kilogramowy niedoszły samobójca, który skończył z siódmego piętra”. Jak to jest ratować życie i patrzeć na śmierć.  Historia Ilony i Moniki, pielęgniarek z Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii, Uniwersyteckiego Szpitala we Wrocławiu.

Dwa dni temu Ilona siedziała na krześle w szpitalnym korytarzu. Patrzyła na jasne ściany i zastanawiała się: jak ja żyję. Kilka godzin wcześniej zmarł pacjent. Przy łóżku stała jego żona i córka. Płakały. Potem uściskały Ilonę. „Dziękujemy, dzięki pani on umarł godnie”. Ilona nie mogła płakać. Uścisnęła je, a potem poczekała aż wyjdą. Szły smutne, przygarbione do drzwi. Zasunęła kotarę i zaczęła myć ciało. Taka jest rola pielęgniarki. Pacjenta trzeba umyć dokładnie, powyciągać wszystkie wkłucia, zapakować do worka, przykryć kołdrą i zwieść na dół do specjalnej sali. Potem jeszcze trzeba zadzwonić do prosektorium i powiedzieć „Ciało gotowe do odebrania”.

Gdy Ilona zrobiła to wszystko te dwa dni temu usiadła i sama zaczęła płakać. Pomyślała: „Co to jest za sytuacja, mam 28 lat i kobiety nie przychodzą mi dziękować za ładną fryzurę, sukienkę, dobrze zrobione paznokcie czy świetnie wypełnione dokumenty. Dziękują mi, że pomagam bliskiej im osobie godnie umrzeć.

Ciężko jest wyjść z takiego oddziału i znów być żoną i matką. Gotować zupę, tłuc kotlety i chodzić na spacer. Na OIOM–ie jesteś na granicy życia i śmierci. Są cuda i jest piekło.

NIEDOCENIENIE

Ilona na swoim profilu na Facebooku napisała. „Dzisiaj w mediach huczy od „cudu na Borkowskiej, lekarze cudotwórcy pomogli przyjść na świat dziecku, które rozwijało się w łonie „martwej kobiety”. Ani słowa w żadnym artykule nie widzę o zasłudze personelu pielęgniarskiego (…). Moja przyjaciółka czuwała nad tą kobietą przez 55 dni. Pielęgnacja, kąpiele, balsamowanie ciała, zmiany pozycji ciała, mycie, podawanie leków. Ciągłe monitorowanie stanu zdrowia i parametrów (…), pierwsza pomoc w chwilach załamania zdrowotnego. Pilnowanie rampy leków, aby niczego nie brakło, nic nie zawiodło. Do tego nieustanny stres, kiedy wchodziła na salę zostając z tą kobietą sam na sam. Odpowiedzialność jest ogromna. Potem, kiedy na salę wprowadzono inkubator stres pielęgniarek wzrósł dwukrotnie. Fakt lekarze pomogli zdziałać cud, ale pielęgniarki również, bo czuwają 12 godzin przy łóżku”. List w ciągu jednego dnia udostępniło mnóstwo osób.

– Nie jesteśmy doceniane – mówi Ilona. – To nie żadna złość czy wściekłość, absolutnie. Lekarze są najważniejsi, ale o życie chorego walczą też rehabilitanci, ratownicy i my, pielęgniarki. Dopóki nie człowiek nie trafi na OIOM nie ma pojęcia o reanimacji. Zaangażowanych jest w to kilka osób. Pacjent odchodzi, wraca, odchodzi. Jest jak na filmach albo jeszcze gorzej.

Wychodzę z domu i już wali mi serce. Ręce zaciskam na kierownicy. Do szpitala jadę 35 kilometrów, bo mieszkamy pod miastem. Wchodzę do nowoczesnego budynku, wjeżdżam na drugie piętro. Serce wali coraz mocniej. Co będzie dzisiaj? Dopiero na oddziale widzę do jakiego pacjenta jestem dziś przydzielona. Przejmuję go od schodzącej z dyżuru koleżanki. Akcja serca taka, ciśnienie takie, podawanie leków na tym etapie. Ona wychodzi, ale potem do mnie dzwoni: jak on się czuje? Nerki pracują? A jak serce?

CZUWANIE

Ilona doskonale pamięta swój pierwszy dzień na OIOM-ie. –  Był 1 września zeszłego roku, gdy wspólnie z Moniką (tą która opiekowała się matką w ciąży, o której teraz tak głośno) trafiły na oddział. Ilona wcześniej skończyła socjologię, przez kilka lat pracowała w korporacjach. Ale chciała pomagać. Monika poszła na pielęgniarstwo po tym jak sama trafiła do szpitala i przez trzy tygodnie nie mogła wstać z łóżka.

Ten pierwszy dzień był straszny. Jest sporo osób po wypadkach, z uszkodzeniami twarzy, czaszki. Obklejeni od góry do dołu rurkami, wszędzie dreny, którymi spływa krew, mocz. Wszyscy oddychają przez respiratorami, unieruchomieni, w dziwnych pozycjach, bo mają nogi na wyciągach. Podłączeni do takiej ilości maszyn i pomp, że robi się słabo. Niektórzy z otwartymi ranami. Tak jak pewien mężczyzna po zabiegu kardiologicznym. Wciąż miał krwotoki wewnętrzne, lekarze nie zaszyli go do końca, bo chcieli szybko móc reagować. Pacjenci leżą nadzy. Bezradność rozwala.

Ilona: – Mój pierwszy pacjent, po wypadku motocyklowym, nieprzytomny, z nogami na metalowym wyciągu, z usztywnioną miednicą z ogromną ilością ran, z których lała się krew. „Proszę go umyć” usłyszałam. „Co zrobić?!” Myślałam: „co ja tutaj robię, chcę uciekać”. Mycie to nie jest przetarcie gąbką, ten mężczyzna był cały w wydzielinach, musiałam odkleić każdy plaster, wyczyścić rurkę intubacyjną przez którą oddychał, uważać, żeby rurka nie wypadła, obrócić go na bok, tak, żeby nic nie wyciekło. Żeby dreny nie wyszły, żeby wkłucia, które ma w sobie się nie powyrywały. Gdybym choćby wyrwała wkłucie tętnicy zrobiłby się potok krwi. Do tego ogromna ilość leków. Kończę go myć, widzę, że jakiś lek się kończy. A ten lek podtrzymuje funkcje życiowe, mam kilka sekund na zmianę.

Z dyżuru wracam nieprzytomna.

Monika: – Mama Wojtusia i mój pierwszy pacjent to ludzie, których będę pamiętać do końca życia. Ten mój pierwszy pacjent ważył 120 kg. Umycie go graniczyło z cudem.

Ilona: –Też miałam pacjenta 120 kg. Chciał się zabić, skoczył z siódmego piętra. Miałam go zawieźć piętro niżej na tomografię. Przenośny respirator, pompy, które działają na akumulatorach. Dodatkowe dwie pompy gdyby coś się stało. Mnóstwo ran, z każdej sączyła się krew.

ŚMIERĆ

Ilona: – Na izbę przyjęć trafiła kobieta z potwornymi bólami brzucha. Szybko skierowano ją na blok operacyjny, potem do nas. Okazało się, że pękł jej tętniak. Podczas przyjęcia zobaczyliśmy na monitorze zatrzymanie akcji serca, zaczęliśmy reanimować. Jedna osoba robiła masaż serca, druga wentylowała, trzecia rozpuszczała leki. Ratowaliśmy ją półtorej godziny. Bezskutecznie. Rozejrzałam się potem. Sala wyglądała strasznie. Wszędzie krew, porozrzucane ampułki, pełno strzykawek, zużyte opatrunki. My sami wyglądaliśmy strasznie, brudni, zakrwawieni. Na rękach miałam sińce – to cena wysiłku przy masażu serca. Lekarz wyszedł poinformować rodzinę o zgonie. Sprzątałam ten bałagan, jednocześnie przygotowywałam się, bo zaraz mieli wejść bliscy.

Tamtej nocy miałam podobne, bardzo ciężkie przypadki.

To był mój pierwszy zgon – jak to nazywamy. Rano wróciłam do domu i próbowałam spać. Nie mogłam. Założyłam kurtkę i poszłam do miasta, wróciłam, posprzątałam, zrobiłam mężowi obiad. Czułam, że inaczej oszaleję.

Potem przyzwyczaiłam się do śmierci. Inaczej, nie przyzwyczaiłam się nigdy, ale ona jest codziennością. Mnóstwo ludzi u nas na oddziale umiera. Widziałam chłopaka w wieku mojego brata, po wypadku samochodowym. Jechał pijany. „Taka głupota i nigdy już nie zobaczy światła” myślałam. Widziałam ludzi starszych  i młodych. Choć nie powinnam tak mówić, śmierć młodych boli najbardziej. Bo to ludzie w moim wieku.

Zawsze wiemy, że śmierć nadchodzi. Wiemy z badań, parametrów krwi, widzimy na monitorze migotanie przedsionków, komór, spadające ciśnienie. Śmierć składa się z wielu etapów. Czasem umiera się 12 godzin, czasem kilka dni. Ale my widzimy. Zmienia się zabarwienia ciała, krew już nie dochodzi do rąk i nóg, krąży tylko po głównych narządach. Pacjent robi się siny, pojawiają się plamy opadowe. Tak, już wtedy. Ma sine usta, podkrążone oczy. My czuwamy. Odsysamy rurę, zmieniamy opatrunki, gdy wyją maszyny podchodzimy. Pacjent jest osłonięty kotarą, przykryty. Intymność w umieraniu jest bardzo ważna.

BLISCY

Ludzie płaczą, krzyczą, czasem powtarzają, że to niemożliwe i na pewno można było coś zrobić.

Dopóki pacjent żyje, proszą o pomoc. Pamiętam dziewiętnastolatkę z wypadku motocyklowego. Miała poważne obrażenia ciała, połamane nogi, miednicę, była sina, opuchnięta. Jej mama płakała nad łóżkiem: „pomóżcie jej, proszę, pomóżcie”.

Ciężko jest wszystkim. Pacjentom, którzy odzyskują przytomność. Często są wściekli, krzyczą, rzucają się na pielęgniarki, wyzywają je od szmat i dziwek.  Jeden z moich pacjentów dostawał szału, gdy mnie widział, darł się jak opętany, rzucał po łóżku. Jego udało się uratować, przychodził potem, dziękował. „Wydawało mi się, że chce mi pani zrobić krzywdę” wyznał.

To się śni po nocach. Ich rozpacz, złość, bezradność. Ale też spokój, gdy godzą się z sytuacją i wiedzą, że dostają od życia drugą szansę,  mają szansę na rehabilitację, ale potrzebna jest ich siła. Tak jak ta dziewiętnastolatka, która po dwóch tygodniach odzyskała przytomność i została skierowana na oddział ortopedyczny.

Każdy taki przypadek jest radością, sukcesem, spokojem.

Monika nigdy nie płacze. Ale gdy Wojtuś w końcu wyszedł do domu popłakała się. Niewyobrażalna ulga. To czuła najbardziej. 55 dni ciężkiej pracy, stresu, napięcia, obserwowania cierpienia ojca, walka, by miał chociaż syna. „Uda się, uda” przekonywali sami siebie. Szukanie w internecie podobnych przypadków. Tylko pięć na świecie. „Zobaczcie, jedno dziecko ma osiem miesięcy i rozwija się dobrze”.

Medycyna może coraz więcej.

A wy, kochani, nie mówcie, że my, pielęgniarki robimy tylko zastrzyki i zmieniamy pampersy.

Monika: Wojtuś wyszedł ze szpitala. W końcu zasnęłam….Tak, wiem, jestem tylko pielęgniarką.


Czym różnią się niezwykli ludzie od tych zwykłych? 7 różnic, które wpływają na nasze życie

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
22 kwietnia 2016
Czym różnią się niezwykli ludzie od tych zwykłych? 7 różnic, które wpływają na nasze życie
Fot. iStock / Cristian Kerekes
 

Są ludzie, którzy wydają się w czepku urodzeni. Przyglądamy się im z podziwem lub z zazdrością. Wydaje się nam, że czego nie dotkną – obracają w złoto. A my, szarzy Kowalscy człapiemy przez życie w pocie czoła, krok po kroku. Mozolnie, zawsze pod górę… eh. Ale gdy zaczniemy się przyglądać się nieco bacznie tym „niezwykłym” okazuje się, że naharowali się niemniej, ba, często więcej. Dlaczego więc niektórzy przez całe życie nie potrafią nabrać wiatru w skrzydła?

Jest kilka bardzo małych różnic w tym, jak żyjemy. 7 drobiazgów, które ci niezwykli robią zupełnie inaczej. I to „inaczej” – zmienia tak wiele w naszej głowie…

Niezwykli ludzie myślą o przyszłości

Bo tylko ją można zmieniać i tylko na nią można mieć wpływ. Przeszłość to tylko bardzo cenne wspomnienie. Trzeba umieć je bardzo dobrze, najlepiej jak to możliwe wykorzystać. I tylko tyle.

Zwykli ludzie skupiają się na przeszłości

Bo zawsze łatwiej jest trwać w tym co znane i bezpieczne, nawet gdy nie jest dobre. Zamiast głowić się na jutrem, nad tym co pozornie „niemożliwe” albo trudne, dużo łatwiej jest zatopić się w tym „wczoraj”. Analizować w nieskończoność, wspominać dobre – którego już nie ma, żalić się na złe – przez które dziś stoi się w jakimś miejscu życia. Ale zamiast iść dalej i wygrać swoje życie, nadal stoi się w miejscu – choćby to było najpiękniejsze dla nas miejsce na Ziemi.

linia 2px

Niezwykli ludzie dbają o swój samorózwój

Bo wiedzą, że najgorzej to:
– znudzić się samym sobą
– nie widzieć możliwości rozwoju
– pracować ciężko bez nadziei na efekty
–  nie móc nic więcej – poddać się

Dla nich samorozwój jest naturalny i potrzebny, bo nigdy nie chodzi im o to by osiąść na laurach. Dopóki żyją, ich cele i marzenia również są żywe i zmienne.

Zwykli ludzie wypatrują rozrywki

Zawsze mają potrzebę zrobienia czegoś dla siebie w sposób bierny. Każdy dzień, obowiązek, pracę wykonują machinalnie – po to by dobrnąć jakoś do ich końca. Nie traktują ich jak okazji do rozwoju, czegoś miłego. To tylko przykra rzeczywistość. Bez celu. Rozrywka i odpoczynek są ważniejszymi (choć tylko pozornie) punktami do odhaczenia na mapie życia.  Następne wakacje, przyszły piątek – wreszcie można się oderwać i przez chwile poudawać, że rutynowe „jutro” nie nadejdzie tak szybko jak zwykle.

linia 2px

Niezwykli ludzie rozmawiają o ideach i pomysłach

Bo wiedzą jaką moc mają ludzie. Bo wiedzą jak wiele mogą się od innych nauczyć. Bez względu na to, czy to szef międzynarodowej korporacji omawia problem z kolegą z pracy, czy panią z publicznej toalety. Nie etykietują, wiedzą (często po sobie), że każdy człowiek ma niesamowity potencjał. Nie uważają się za lepszych od innych.

Zwykli ludzie obgadują innych

Cudze sukcesy ich nie interesują. Własne porażki wolą szybko zamieść pod dywan, zamiast z pomocą innych przekuć w sukces.

linia 2px

Dla niezwykłych ludzi pieniądze są narzędziem

I może nam się wydawać, że to bujda „jasne, ma tyle kasy, że może tak mówić…”, ale to nieprawda. Niezwykłym ludziom pieniądze pomagają, potrafią bez ich udziału robić rzeczy wielkie i pomagać innym. Są im potrzebne, żeby żyć i się rozwijać, ale nigdy nie są konieczne.

Dla zwykłych ludzi pieniądze są celem

Pracują i inwestują w siebie po to, by je zdobyć. Zupełnie odwrotnie niż podpowiada logika. A gdy już je mają – albo nie potrafią z nich skorzystać albo szybko je tracą. Żyją na huśtawce, która zawsze „buja” się tak samo.

linia 2px

Niezwykli ludzie podążają za marzeniami

Wielkimi i małymi. I nie dlatego, że natura lub Bóg hojniej obdarzył ich intuicją czy geniuszem, nie dlatego, że w banku spoczywa pokaźny spadek po ekscentrycznej ciotce. Ilu z nich zaczynało bajkową drogę od pucybuta? A co najważniejsza ich marzenia to nie jacht, duży dom i miejsce na liście Forbesa. Ich marzenia to zdobywanie, zmiany. To Biegun Północny i stacja kosmiczna. To podróż marzeń i stworzenie czegoś swojego. Tak, stworzenia, własnymi rękami.

Niezwykli ludzie swoje marzenia traktują jak dzieci – najpierw pozwalają im się narodzić, potem już zawsze je pielęgnują.

Zwykli ludzie nie lubią swojej pracy

Bo zabiera im czas i energię. Nawet, gdy jest fajna. Bo skoro to praca – to ciągle MUSZĄ, a wcale nie chcą. Żyją w błędnym kole. Z jednej strony jej nienawidzą, z drugiej nie dążą do zmiany – bo ta oznacza ryzyko i więcej pracy nad sobą.

linia 2px

Niezwykli ludzie żyją skromnie

Bo pieniądze i demonstrowanie ich posiadania nie są dla nich ważne. Po prostu. Znają swoją wartość i stale o nią dbają – nie muszą naprawiać ego nowymi zakupami. Korzystają z tego, co im jest naprawdę potrzebne.

Zwykli ludzie żyją ponad swój stan

Bo choć przez chwilę chcą poczuć się „lepszymi”. Niestety wciąż uważają, że są „lepsi” i „gorsi” – i że mogą o tym stanowić pieniądze.

linia 2px

Niezwykli ludzie akceptują niepewność

Nikt jej nie lubi, ale jeśli za bardzo będziemy się bać wyjść z domu – nigdy nie zobaczymy słońca. Trzeba liczyć się z tym, że zawsze może spaść deszcz – i po prostu spakować parasolkę.

Zwykli ludzie kochają stabilizację

Stabilizację przez duże S. Taką, która wiąże, blokuje. Tę za którą płaci się najwyższą cenę – spokój za zakończenie życia w punkcie bezpiecznym, być może wcześniej niż byśmy naprawdę chcieli.

linia 2px


Sprawdź 6 pomysłów na zdrowe, domowe wody smakowe

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
21 kwietnia 2016
Fot. Flickr / ppc1337 / CC BY

Wody smakowe są alternatywą dla osób, których nie przekonuje neutralny smak zwykłej wody mineralnej. Truskawkowe, cytrynowe czy z innymi owocami/ziołami dostępne są na wyciągnięcie ręki. A wraz z nimi, bywa że również cukier, regulator kwasowości: kwas cytrynowy, substancja konserwująca: benzoesan sodu, aromat – wcale nie naturalny, oraz sok z zagęszczonego soku! 

Jeśli nie chcesz rezygnować z wód smakowych, zdrowiej i często taniej jest zrobić własną wodę. Przyrządź ją w dwulitrowym dzbanku, wystarczy na cały dzień i uzupełni zapotrzebowanie na płyny. Oto klika przepisów na szybkie i aromatyczne wody do picia.

1. Orzeźwiająca cytryna z rozmarynem

Wyciśnij sok z cytryny – do smaku tak jak lubisz, rozetrzyj rozmaryn, dodaj odrobinę cukru jeśli lubisz słodycz i gotowe. Z kostkami lodu sprawdzi się na upalne dni

 Fot. Pixabay / Muto_at / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / Muto_at / CC0 Public Domain

2. Mięta z zielonym ogórkiem – orzeźwienie i nawilżenie organizmu

Prościzna – pokrój świeży ogórek w plastry, wrzuć pachnące listki mięty i voilà!

 Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain

4. Woda limonkowa/cytrynowa z miętą – detoks i orzeźwienie

Garść świeżych listów mięty dobrze się łączy z plastrami limonki/cytryny i wody

 Fot. Pixabay / Stevepb / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / Stevepb / CC0 Public Domain

4. Woda malinowa/truskawkowa – naturalne witaminy

Owoce wrzuć w całości, kilka dobrze jest rozetrzeć, by smak był bardziej intensywny

 Fot. Pixabay / Stevepb / CC0 Public Domain


Fot. Pixabay / Stevepb / CC0 Public Domain

5. Pomarańcza z żurawiną – oczyszcza organizm

Pokrój czerwoną pomarańczę w plasterki, razem z cytryną . Dorzuć garść świeżej żurawiny,  zalej wodą, zostaw na 20 minut

6. Woda z melonem – delikatny posmak

Melon pokrój na kawałki i zalej owoc wodą. Napój nabierze delikatnego, orzeźwiającego smaku

Którą wybieracie dla siebie?


Zobacz także

Masz dosyć stania w miejscu? Chcesz ruszyć do przodu? Zrób to małymi kroczkami

Stwardnienie rozsiane. Pierwsze objawy łatwo zbagatelizować

5 rzeczy, których nigdy nie powinnaś robić po posiłku