Polska to dziwny kraj, w którym nie opłaca się być zaradnym. My, biedni bogacze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
11 lutego 2016
Fot. iStock / Joel Carillet
Fot. iStock / Joel Carillet
 

Naprawdę nie ma absolutnie żadnej różnicy w tym, czy na banknotach mamy polskich królów, czy będziemy mieć wszystkich świętych. 500 zł piechotą nie chodzi – wszyscy się zgodzimy. Ale spójrzmy prawdzie w oczy. Mało kto zastanawia się, jak wielu Kowalskich w Polsce żyje tak jak ja. A dla nas program 500 plus jest śmieszny i żałosny (nie wiadomo do końca, co bardziej).

Mieszkam w Warszawie, mam dwójkę małych dzieci. Mam pracę, mój mąż również (choć jego zatrudnienie jest dość nieregularne, wolny zawód, cóż). Ile zarabiamy? Dużo (dla jednych), mało (za mało – dla nas). Ja 3 tysiące netto, on 3-4 tysiące – w zależności od zlecenia. Jeśli podzielić jego pensję na równe części (średnia z ostatnich dwóch lat) miesięcznie wychodzi około 2,5 tysiąca, no może 3 (czasem wpadnie jakaś fucha).  Co oznacza nieregularnie? Owszem czasem zdarza się kosmiczna gaża 5-6 tysięcy, ale potem pracy nie ma przez kilka miesięcy (choć na PIT-cie może wyglądać dostojnie)…

I tu pojawia się pytanie czy 5-6 tysięcy złotych, to dużo czy mało? Pewnie wielu wydaje się, że dużo…

Policzmy:

1.800 zł miesięcznie – wynajem mieszkania. Jesteśmy za bogaci na „socjal”, spółdzielczych mieszkań nie ma, a na kredyt jesteśmy za biedni (nie mamy wkładu własnego, ani oszczędności chociażby na konieczne formalności i podatki). Wybór jest prosty, gdy nie ma wyboru.

140 zł miesięcznie – (120zł prąd, 20zł gaz) – podstawowe media.

1.600 zł miesięcznie – prywatny klubik zamiast żłobka dla młodszego dziecka. Niestety, w rekrutacji się nie powiodło,  jedyna opcja państwowego żłobka oznaczała spory dojazd (placówka z rezerwy). To nie kwestia wygody – tylko logistyki. Żeby zawieść dziecko do żłobka przed pracą, musiałabym wytargać dzieci z domu ok. 6 rano, pojechać z dwójką do żłobka, wrócić, odprowadzić dopiero starsze do przedszkola (otwierają dopiero po 7:30) itd. Podobnie po południu – najpierw przedszkole, bo krócej czynne, potem do żłobka na styk, jeśli bym zdążyła na 18-tą, około 19-tej w domu. Odpada. Jakoś sobie nie wyobrażam, żeby niespełna 2-latka i 4-latka były na nogach 13-14 godzin – z czego 11 w placówkach (?). To chore. Została opcja „prywatnie”, za więcej niż połowę mojej pensji – i nie jest to wygórowana stawka w Warszawie (razem z wyżywieniem).

240 zł miesięcznie – państwowe przedszkole. Czyli zapłata za dodatkowe godziny (poza tymi z urzędu), wyżywienie, nieobowiązkowa (ale obowiązkowa) darowizna zamiast rady rodziców, bo przedszkole nie ma funduszy na wodę do picia, teatrzyki, czy kredki. O przepraszam – kredki, papier, bloki, plastelinę i wszystkie przybory co roku kupują rodzice – to tzw. Wyprawka. Do tego dochodzą nieregularne koszty – wycieczki, składki, wyjścia dzieci, ubezpieczenie etc., ale nie rozdrabniajmy się.

120 zł miesięcznie – bilet na komunikacje miejską.

170 zł miesięcznie – telefony, Internet. Ktoś powie, to nie są rzeczy bez których nie da się żyć. Owszem. Ale bez nich nie da się pracować, i zarabiać. Przynajmniej nie w moim przypadku. Pracuję Internetem i telefonem. Albo poświęcam 170 zł albo nie zarabiam 3 tysięcy. Proste.

To nie wszystkie koszty. Mamy właśnie w podsumowaniu 4.070 zł. Średni miesięczny budżet mojej rodziny to 5-6 tysięcy. W gorszych miesiącach, gdy jest 5 tysięcy, na życie zostaje niespełna tysiąc złotych. Czteroosobowa rodzina. Podzielcie sobie. Małe dzieci (w tym trzeba upchnąć pieluchy, górę prania, jedzenie lepsze niż buła z masłem – przynajmniej dla dzieci, nie będę biadolić o lekach i prywatnych lekarzach dla dzieciaków, jeśli coś się dzieje – każdy z nas to ma i zna, za dobrze).

Kiedyś ze znajomymi przygotowywałam Szlachetną Paczkę, lubię te akcję. Lubię pomagać. Ale pakowałam te rzeczy do kartonów, słuchałam rozmów niektórych osób – że to straszne, że ci ludzie mają na życie na osobę 250-300 zł miesięcznie. I pomyślałam, ja pier**lę, mam tyle samo – czasem mniej. Ale jestem przecież za bogata… żeby ktoś mi pomógł albo chociaż nie dokopywał.

Ach taki szczegół. Pracujemy na śmieciówkach. Od ośmiu lat nie mam ubezpieczenia (zdrowotnego). Nigdy nie miałam urlopu macierzyńskiego, ani wychowawczego. Parę godzin po porodzie, gdy inne położnice relacjonowały na Facebooku stan swojego krocza/dziecka/oddziału– ja grzecznie wrzucałam zlecenie dla pracodawcy. Na szpitalnym korytarzu, bujając nogą córkę w szpitalnej mydelniczce. Oczywiście mój ówczesny pracodawca gratulował i pytał czy aby na pewno nie potrzebuje wolnego (przecież nie jest potworem). Ale pytał również czy nie chciałabym sobie zrobić jednak przerwy, przecież zawsze, kiedyś w przyszłości, możemy wznowić współpracę…

Nie będziemy mieli emerytury. Z opieki medycznej nie korzystamy (na szczęście dzieci są ubezpieczone przez dziadków z etatami, jest taka opcja). Oczywiście można ubezpieczyć się dobrowolnie. To tylko 385,27 zł miesięcznie (plus „wpisowe” – czyli kara za lata nieubezpieczone).

Próbowałam kiedyś zarejestrować się w urzędzie pracy jako bezrobotna. Niestety, ten jest zrejonizowany. A tak się składa, że skoro nie mam swojego mieszkania, nie mam i meldunku w nim. Meldunek 300 km dalej. Koszty podróży?

Kilka lat temu, Urząd Pracy.Nie miałam zatrudnienia. I tak nie dostałabym żadnej zapomogi, zależało mi na ubezpieczeniu. Bardzo miła i chętna do pomocy Pani poradziła mi – Niech się Pani wymelduje i zostanie bezdomna, wtedy będę mogła panią zarejestrować u nas i nikt o nic pytać nie będzie … Kurtyna.

20 tysięcy ubezpiecza się dobrowolnie. Jest też około 800 tysięcy osób, za które ubezpieczenie płacą różne instytucje. Na przykład za bezdomnych składkę na ubezpieczenie zdrowotne opłaca budżet państwa. Za bezrobotnych pobierających zasiłek płaci powiatowy urząd pracy.(*gazeta)

Bardziej opłaca się być bezdomnym lub zasiłkowcem, niż sobie radzić w życiu…

Szkoda, że brak meldunku nie przeszkadza w ogóle w US, w którym płacę swoje podatki – ze względu na miejsce zamieszkania, a nie zameldowania. Postępowa instytucja! Za to w bibliotece publicznej już tak kolorowo nie jest, bo potrzebny jest meldunek – lub chociaż status studenta danego miasta… No ale taki bezrobotny, który podatków na tę bibliotekę nie płaci, sobie poczyta, czas ma. I ma to nawet sens, ja za bardzo czasu na czytanie nie mam, pracuję po 12-14 godzin dziennie…

I tak naprawdę nie wiadomo, czy wszyscy powinniśmy się z tego śmiać, czy płakać. I prawie każdy Polak, natrafia w swoim życiu na takie absurdy.

Przyszło nam żyć w wyjątkowo dziwnym kraju. Bez względu na to, kto aktualnie bawi się w rządzenie, bo o prawdziwej polityce, chyba mówić nie wypada. Przyszło nam żyć w kraju, w którym dążąc do poprawy sytuacji demograficznej – miast ludzi produkować, powoli się ich zarzyna. Tak, również teraz. W kraju absurdów. Dobrze zarabiam, na życie jednak niewiele mi zostaje. Program 500 złotych – jest śmieszny w obliczu tego, co dzieje się z całą resztą. Jak bardzo trzeba być krótkowzrocznym i cynicznym, żeby próbować sobie zaskarbić wdzięczność ludu tak absurdalnym rozwiązaniem?

Szanowna Pani Premier, Panie Prezydencie, Posłowie (obecni, byli i przyszli),

Nastawcie czasem uszu, wyjdźcie na spacer. Zobaczcie ludzi. Nie swoich krewnych obsadzonych po urzędach. To my klasa średnia. Też dzielimy się na tych biednych i tych bogatych. A wszystko zaczyna i kończy się nie na tym, ile zarabiamy, a na tym jak bardzo jesteśmy zaradni. Ci bardziej zaradni jakoś ciagną – innego wyjścia nie mamy, nie dla nas zasiłek, kredyt czy socjal. Przecież jak nie będziemy mieli na chleb albo dentystę, pożyczymy. A następny rok zamiast oszczędzać, spłacimy długi i zaczniemy od nowa. My, biedni bogacze…

PS: Jeszcze nigdy nie pojechaliśmy na wakacje.


Najgorsza prawda czy kłamstwo? Co wybierasz?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2016
Fot. iStock / dmbaker
Fot. iStock / dmbaker
 

Piję poranną kawę, kot patrzy trochę zdziwiony, że ja pracuję, kiedy cały dom jeszcze śpi. Spotkałam się ostatnio z osobą, z którą rozmawiałam o tym, jak trudno się nam przyznać przed samym sobą, kim naprawdę jestem.

Ta szczerość wobec siebie często niesie poczucie lęku – bo co zrobię, gdy okażę się nikim szczególnym? Kimś mało wartym? Wolę myśleć o sobie dobrze niż stanąć twarzą w twarz ze sobą samym.

Myślę sobie, że boimy się szczerości, bo gdzieś w nas jest głęboko zakorzenione przekonanie, że prawda zawsze boli. „Lepiej powiedz najgorszą prawdę, niż miałbyś kłamać” – słyszeliście w dzieciństwie? I ta najgorsza prawda w nas zostaje. A my? My wolimy szukać usprawiedliwień, wytłumaczeń.

A przecież życie jest największym darem, jaki dostajemy. Tak, wiem to wyświechtany frazes, tyle razy podawany z ust do ust, że kompletnie stracił siłę swojej wymowy. Ale co jest cenniejszego? Zobacz, jesteśmy postawieni tu i teraz. W tym jednym momencie. Nie będzie czasu na poprawki, co cofanie się w czasie, na jeszcze jedną próbę. Nie krzykniesz: „Halo, kurde, wszystko było nie tak, ja chcę jeszcze raz!”. Bo drugiego razu już nie będzie. Im szybciej to sobie uświadomimy, tym większą mamy szansę przeżyć nasze życie z pełną świadomością własnych wyborów.

To wielkie szczęście, że mamy siebie samych. To my jesteśmy sprawcami wszystkiego, co się wokół dzieje. To my decydujemy i wybieramy, gdzie chcemy być. To my dla siebie jesteśmy największym wsparciem. Tylko tak rzadko dajemy sobie na to przyzwolenie.

– bo przeglądamy się w oczach innych szukając swojej wartości

– bo nie wierzymy, że jesteśmy kimś ważnym – ważnym dla siebie

– bo nie wiedzieć czemu blokują nas opinie innych, choć to nie ich życie

– bo boimy się, że nie damy rady, choć nawet nie próbujemy

– bo lęk, że zawiedziemy samych siebie nie pozwala nam zrobić ani jednego kroku

– bo uważamy, że nie zasługujemy na nic lepszego – ale dlaczego nie?

A może warto być w końcu szczerym wobec siebie?

Jesteś nieszczęśliwa?

Dlaczego? Co powoduje twoje nieszczęście: związek z niewłaściwym facetem, praca, której nie cierpisz, chroniczny brak czasu, czy może przyjmujesz na swoje barki cały ból istnienia świata?

Więc dlaczego w tym tkwisz? Pomyśl, czy gdyby ktoś kogo kochasz wielką miłością był nieszczęśliwy – co byś zrobiła? Wszystko, by mu pomóc, by pokazać, że są inne wyjścia, rozwiązania, że nie musi tkwić w tym, co tu i teraz. „Odejdź od tego faceta, poradzisz sobie, wierzę w ciebie”, „Zmień pracę, jest tyle ogłoszeń, zobacz – pomogę ci napisać cv”, „Idź na terapię, znajdź specjalistę, który pomoże ci poradzić sobie z bólem, który w sobie nosisz”. Jesteśmy świetnymi doradcami – wybawcami. Tylko dlaczego nie potrafimy powiedzieć tego wszystkiego sobie? Nie kochasz siebie? Nie chcesz dla siebie jak najlepiej? Tak, wiem – nie zasługujesz, wszyscy inni są ważniejsi.

A może tobie tak wygodnie? Szczerość za szczerość? Najgorsza prawda? Więc może tkwisz w tym swoim nieszczęściu, bo jest ono dla ciebie doskonałym usprawiedliwieniem. Zawsze możesz powiedzieć: to przez niego, nie spróbuję, bo i tak jestem beznadziejna, i tak mi się nie uda, po co mam sobie dokładać kolejnych kopniaków? A może po prostu ci się nie chce. Może tak jest ci dobrze. Czerpiesz korzyści ze swojej sytuacji, wybierasz tkwienie w tym co tu i teraz, bo ono nie wymaga od ciebie zaangażowania, podejmowania wyzwań, jakichkolwiek działań. Bo przecież masz usprawiedliwienie: „Jestem do niczego”. Naprawdę tak o sobie myślisz? Czy szukać usprawiedliwienia dla tego, jak wygląda twoje życie?

Użalanie się nad sobą jest łatwiejsze od podążania za marzeniami

„Gdybym tylko mogła, to bym to zrobiła”. Ale kto cię ogranicza, co ci nie pozwala. Kasa, ludzie? A może ja sama? A może wcale tego nie chcesz, nie chcesz wystarczająco mocno, żeby po to sięgnąć. Może budujesz sobie iluzję wielkich rzeczy, które chciałabyś osiągnąć – bo to i tak jest niemożliwe?

A gdyby tak położyć tuż przed tobą małe cele? Sięgniesz po nie, czy wykręcisz się choćby bólem pleców. Kolejną słabą wymówką, po której kolejny raz myślisz: „Jestem beznadziejna”.

Myślisz: „Tyle by mogła, jestem świetna, ale to ludzie mnie ograniczają”? Tak, łatwo się chować za kimś, prawda? Łatwiej innych obarczyć odpowiedzialnością za twoje niepowodzenia, niespełnione pragnienia, niż zrobić ten cholerny krok do przodu i zadecydować o sobie, a nie szukać winy w innych, w całym świecie, który sprzysiągł się przeciwko tobie.

Tkwisz w toksycznych relacjach: „Tak już mam, bo przyciągam do siebie takich ludzi”. Jasne, a może czerpiesz z nich więcej korzyści, niż chcesz się sama przed sobą do nich przyznać? „On mnie ogranicza”, „Ona wysysa ze mnie energię” – słyszysz siebie? Dlaczego im na to pozwalasz? Żeby trzymali cię w miejscu, żebyś nie musiała nic robić, bo jak? Skoro ktoś ciebie ogranicza? Nie umiesz zerwać takich relacji – to znaczy, że uwikłanie w nie jest dla ciebie dobre. Przecież nikt o zdrowych zmysłach nie sypiałby z wrogiem.

Co wybierasz – najgorszą prawdę czy kłamstwo na swój temat? A może ta prawda nie jest najgorsza? Może ona przyniesie ci ulgę, otworzy oczy. Powiedz do siebie: „Chodź, od dzisiaj się tobą zaopiekuję. Zasługujesz na moją miłość”. I powtarzaj to sobie każdego dnia. Bo ty jesteś dla siebie najważniejsza. Bo masz siebie. A w prezencie dostałaś życie – pomyśl, jakie chciałabyś by było, dla kogoś kogo kochasz. Dla ciebie.

 


Przez dwa lata byłam kochanką. Odeszłam od męża. Warto walczyć o swoje szczęście

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
10 lutego 2016
Fot. iStock / Todor Tsvetkov
Fot. iStock / Todor Tsvetkov

Kiedyś przy okazji kolejnej kłótni wykrzyczałam: „Zobaczysz, zdradzę cię w końcu, żeby od ciebie nie słyszeć pretensji i obelg za coś, czego nie zrobiłam. Więc zrobię to, wtedy będę wiedzieć, że ubliżasz mi nie bez przyczyny”.

Pawła poznałam po 10. latach mojego małżeństwa. Małżeństwa, w którym nie było miłości. To było szczenięce uczucie. Ja tuż po skończeniu podstawówki, on starszy o cztery lata imponował swoją mądrością i zaradnością. Poza tym miło, gdy interesuje się tobą starszy chłopak. W wieku 20. lat wyszłam za mąż. Tak bardzo chciałam wierzyć, że nam się uda. Najtrudniej jest przyznać się samej przed sobą, że związek w którym tkwisz, nie czyni cię szczęśliwą.

Częściej jednak myślałam: „Nie narzekaj. Przecież nie pije, nie bije, wszystko jest w porządku”

Wydawało mi się, że moje życie tak właśnie ma wyglądać. Nawet seks – na poziomie nastolatków, o którym w ogóle nie potrafiliśmy rozmawiać. Czego więcej miałam wymagać. A że bywał zazdrosny? Na początku mi to imponowało, bo to znak, że mu zależy.

Przy Pawle poczułam się kobietą. Nie poszliśmy do razu do łóżka. To była jedna ze służbowych imprez. Usiedliśmy naprzeciwko siebie… a ja myślałam, że takie rzeczy zdarzają się tylko w książkach… „Kiedy z tobą tańczę, to jakbym unosił się nad ziemią” – mówił, jak z kiepskich harlequinów, ale ja czułam podobnie,

Wcześniej myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi, jakbym była garbata, brzydka. Po dwóch latach małżeństwa urodziłam córkę, która otworzyła mnie na ludzi, stałam się bardziej wrażliwa, mniej zamknięta w sobie. Zaczęłam rozglądać się wokół siebie i to wtedy pierwszy raz poczułam się samotna. Mąż nigdy nie zaangażował się w opiekę nad dzieckiem. Sama musiałam ze wszystkim dać sobie radę. Kiedy po kilku latach urodziłam syna, dla męża była to komfortowa sytuacja. Siedziałam w domu, rzadziej spotykałam się z ludźmi. To wtedy mówiłam: „Odejdę od ciebie, jeśli nic się nie zmieni”. A on wiedział, że to puste groźby – bez pracy, pieniędzy, z dwójką dzieci – gdzie miałabym pójść. I tak trwaliśmy obok siebie.

Mówi się, że przeciwieństwa się przyciągają. Być może, ale ja uważam, że tylko na krótką chwilę

Żeby stworzyć pełny związek, trzeba być podobnymi do siebie. Z Pawłem mogliśmy rozmawiać godzinami. Śmieszyły nas te same rzeczy, mieliśmy wspólne zainteresowania. Czasami umawialiśmy się po prostu na spacer, bez seksu. Tu nie chodziło tylko o seks… On pokaleczony w małżeństwie i ja, która zaczęłam przed samą sobą przyznawać się, że moje małżeństwo to farsa. Bo od początku zabrakło w nim miłości. Byliśmy parą dzieciaków, które postanowiły pobawić się w rodzinę. Kompletnie nie dojrzeliśmy do związku. Żyliśmy obok siebie, a ja nigdy nie wierzyłam, że się razem zestarzejmy.

On nieustannie mnie kontrolował. Zazdrość stała się chorobliwa, więc kłamałam, by uniknąć awantur. Jedno kłamstwo goniło następne, a kolejne kryło to wcześniejsze. Kłamałam, żeby wyjść z koleżanką, spotkać się po pracy ze znajomymi, wyskoczyć do kina.

Ale nie miałam odwagi odejść

Znam kobiety, które zdradzają, bo są nieszczęśliwe. One jednak nie odchodzą, zostają. Bo co ludzie powiedzą, bo przecież są dzieci. Bycie kochanką to tajemnica, to sekrety, spotkania w wyjątkowych miejscach. Uczucie podkręca smakowanie zakazanego. Związek z kochankiem? Po co? Przecież przez codzienność straci swój cały urok. Ale ja nie wahałam się ani chwili. Nigdy nie udawałam szczęśliwej żony wracając do domu. Rozwód był naturalną konsekwencją tego, jak wyglądało nasze małżeństwo.

Żałuję jednego, że przez dwa lata byłam kochanką. Do końca życia będę miała wyrzuty sumienia, że oszukiwałam, że byłam nieuczciwa. Mam nadzieję, że mój były mąż mi to kiedyś wybaczy.  Mam też świadomość tego, że przeze mnie cierpiała inna kobieta. Ale tam – w tamtym małżeństwie nie było uczucia. Ja nie byłam ta osobą, która zabrała jej męża, bo jego już dawno tam nie było. Rozwód był skutkiem tego, co się działo.

Kiedy mój syn miał dwa lata, wróciłam do pracy i odżyłam. To wtedy powiedziałam sobie, że już nigdy nie pozwolę, by ktoś podcinał mi skrzydła. W domu niekończące się awantury o to, z kim sypiam i z kim się spotykam. „Na pewno mnie zdradzasz, ciekawe z kim tym razem”. To było jak samospełniająca się przepowiednia.

Dlaczego nie odeszłam wcześniej?

Bo bałam się, że mój były mąż sobie nie poradzi. On zresztą sam tego argumentu używał. Straciłam dla niego resztę szacunku, kiedy zaproponował mi układ: „Żyjmy w trójkę” – wiedział już o Pawle. To wtedy zdobyłam się na szczerą rozmowę. Mówiłam mu, że od wielu lat jesteśmy nieszczęśliwi ze sobą, że może to jest ten czas, kiedy każde z nas powinno pójść swoją drogą, znaleźć siebie w tym życiu, spojrzeć na świat inaczej, że zakochaliśmy się w sobie będąc dzieciakami i nic z tego dobrego nie wynikło. Zatrzymaliśmy się na nastoletniej miłości i nie jesteśmy dobrym małżeństwem. Tłumaczyłam, że chciałabym, by nasze dzieci widziały mnie i jego szczęśliwych, ale poza tym małżeństwem, bo w tym związku nie będzie to naszym dzieciom dane. Chcę, by moje dzieci wiedziały, że w życiu trzeba podejmować bardzo trudne i że to one czynią nas szczęśliwymi.

Czy się bałam? Wchodziłam w nieznane. Znaliśmy swoją przeszłość. On zdradzał żonę przez wiele lat. Miał trójkę dzieci, ja dwójkę. Wspólne mieszkanie, życie. Nikomu, nawet sobie, nie obiecywałam gwiazdki z nieba.

Wobec dzieci od początku byliśmy szczerzy i uczciwi. Nigdy nie wciągnęliśmy ich w nasze sprawy. Po prostu – nie udało się. Pawła syn powiedział mu kiedyś: „Tato, jak dobrze widzieć cię szczęśliwym”, a moje dzieci paradoksalnie zyskały własnego ojca, który teraz się nimi zajmuje, gdy u niego są. Nie było łatwo. Musieliśmy stawić czoło wszystkim dookoła. Znaliśmy się z pracy, tam pewnie od plotek huczało. Mój tata długo nie mógł się pogodzić z moją decyzją. Ale we mnie była pewność. Chciałam raz w życiu być egoistką i pomyśleć o własnym szczęściu. I kiedy podjęłam decyzję, że odchodzę do innego mężczyzny wszystko zaczęło się układać. Na zasadzie – zamykasz jedne drzwi, otwierają się kolejne i kolejne.

Dzisiaj?

Dzisiaj po sześciu latach związku z Pawłem mogę powiedzieć, że każdego dnia kocham bardziej. Czuję się atrakcyjną kobietą, czuję się kochana, nasze życie pomimo, że nie ma już tajemnicy bycia kochankami jest przepełnione miłością i zrozumieniem. Od Pawła wiele się uczę. Oczywiście, że się kłócimy, że spieramy się o dzieci, trzaskami drzwiami. Mamy swoje nawyki wyniesione z poprzednich związków, które cały czas w nas tkwią i czasami bardzo przeszkadzają. Ale przeszłość odcięliśmy grubą kreską. Kupiliśmy mieszkanie, gdzie dla każdego z naszych dzieci jest miejsce. Dwa lata temu wzięliśmy ślub. Mamy pięciomiesięcznego synka, który jest dzieckiem prawdziwej, spełnionej i dojrzałej miłości. Taki patchwork. Szczęśliwy. Paweł ma świetny kontakt ze swoimi dziećmi, które spędzają u nas dużo czasu. Każde z naszych byłych małżonków poukładało sobie życie i również są szczęśliwi. Wszystko to, co się wydarzyło, wszystkie te naprawdę trudne decyzje okazały się właściwymi…

Tego szczęścia i tej pewności życzę każdej kobiecie, która może jest w podobnym momencie życia, jak ja sześć lat temu. Nie można tracić okazji do tego by być szczęśliwą, bo co ludzie powiedzą, bo dzieci. Kiedyś koleżanka, której zwierzyłam się, że chcę się rozwieść, ale nie wiem, czy dobrze robię, powiedziała mi: „A na co ty czekasz? Na to, że w wieku 90-ciu lat będziesz żałować, że tę decyzję podjęłaś za późno”. Walczcie o to, by być szczęśliwymi.  Jeśli jesteście pewne swoich i jego uczuć – idźcie za tym.


Zobacz także

Fot. iStock/teksomolika

Co za dużo to niezdrowo, czyli o publicznym (i wylewnym) okazywaniu sobie uczuć

Pizza z patelni

Pizza z patelni

Materiały prasowe / Fot. Despositophotos

Regulamin akcji „Przed Świętami znajdź chwilę – znajdź siebie”