Związek

Sześć rzeczy, które, według terapeutów, powoli mogą zabić każde małżeństwo

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2021
Fot. iStock/monkeybusinessimages
 

Zapomnij o zdradzie, kłamstwach, problemach z pieniędzmi. Są inne, mniej rzucające się w oczy zachowania, której jednak działają tak samo destrukcyjnie na związek, jak te problemy, które uznajemy za wielkie i znaczące.

Terapeuci podają sześć zachowań, które mogą w ciszy zabić każde małżeństwo.

Nie macie przyjaciół

Wspólne spędzanie czasu w związku jest niezwykle ważne, ale nie pozwólcie, by ucierpiały na tym wasze przyjaźnie. To nierealne, żeby partner spełnił wszystkie twoje oczekiwania, także te towarzyskie. Ważne, by dać sobie nawzajem przestrzeń do spotkań z przyjaciółmi, na które niekoniecznie musicie iść razem.

Dzięki znajomym możecie zdobywać inne doświadczenia, zobaczyć pewne rzeczy w innej perspektywie, otrzymać wsparcie – to wszystko może poprawić wasze relacje w związku.

Nie doceniacie potrzeby dotyku

Nie musicie codziennie uprawiać seksu, ale powinniście pamiętać, że w relacjach ważne jest coś w rodzaju seksualnego lub erotycznego potwierdzenia. To może być muśnięcie ramienia, przytulenie się w najmniej spodziewanym momencie, pogłaskanie karku, poprawienie włosów.

W długotrwałym związku musimy sobie przypominać, że pożądamy siebie nawzajem, że jesteśmy też dla siebie kochankami.

Niektórzy przyjaciele mają zły wpływ na wasz związek

Chociaż ważne jest, aby utrzymywać bliskie przyjaźnie, otaczanie się niewłaściwymi przyjaciółmi może negatywnie wpłynąć na wasz związek. Przyjrzyjcie się – każde osobno, waszym znajomościom. Czy przyjaciele narzekają lub przy tobie wyładowują swoje frustracje związane z partnerem? Czy flirtują z innymi „na boku” lub zdradzają swojego partnera? Takie relacje mogą nieświadomie wpłynąć na twój związek, lepiej otaczać się tymi, którzy są szczęśliwi i nie szukają dziury w całym.

Nie pomagacie sobie nawzajem w obowiązkach domowych

Badanie przeprowadzone w 2015 r. wykazało, że pary, które nie rozdzielały obowiązków domowych, osiągały mniejszą satysfakcję ze związku, miały mniej seksu, niż te, które dzieliły się obowiązkami. Warto od początku ustalić pewne zasady, bo to co najpierw przeszkadza, później może stać się czynnikiem wywołującym każdą kłótnię.

Nie rozmawiacie o waszym związku

Chodzi o przemyślaną, angażującą komunikację – nie tylko „Jak ci minął dzień, kochanie?” lub „Jakie mamy plany na weekend?”. Rozmowy intencjonalne na temat waszego związku oznaczają zadawanie głębszych, bardziej otwartych pytań: „Co dzisiaj wspólnie zrobiliśmy?”, „Co dzisiaj ja zrobiłam, żeby nasz związek był lepszy”, „Co mogę zrobić dla ciebie, dla nas?”, „W jakim momencie dnia poczułaś się najbardziej kochana?”. Taka rozmowa na początku może wydać się wam nieco dziwna, ale naprawdę z czasem zobaczcie, jak pogłębia ona waszą relację i sprawia, że związek jest coraz lepszy.

Macie syndrom „współlokatora”

Ten syndrom jest cichym, ale powszechnym zabójcą związków. Mieszkacie razem, żyjecie równolegle, a łączą was wspólna przestrzeń, konta bankowe i dzieci. To prowadzi do rutyny i nudy w związku. Dlatego warto co jakiś czas aplikować sobie zastrzyki z nowości – wspólny wyjazd, wyjście do kina, weekend tylko we dwoje. To musi być coś na co oboje macie ochotę, przez co czujecie podekscytowanie. Może zaczniecie razem biegać? Zapiszecie się na kurs tańca? Wszystkie chwyty dozwolone.



Związek

Tam, gdzie kończy się wybór, kończy się wolność

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 lutego 2021
Smutne cytaty, które pomogą ci wyrazić dokładnie to, co czujesz
Fot. iStock – Smutne cytaty, które pomogą ci wyrazić dokładnie to, co czujesz

Pamiętasz ten czas, kiedy do poniedziałku, chyba do godziny 16, nie włączało się telewizora, bo nie nadawano żadnego programu? Kiedy w wielkim jak szafa Rubinie przełączało się pokrętłem na jeden z dwóch programów? Gdy w domu zawsze ktoś był wyznaczony do stukania w telewizor, gdy się zacinał? Gdy przestawiano taką małą przenośną antenę, jak nie można było złapać sygnału?

A radio? Zajmowało pół kuchni, o 19:30 siadałam zawsze w rogu na taborecie i słuchałam Radio Dzieciom, bo przecież dobranocka trwała tylko 15 minut, ale były słuchowiska i audycje.

A później przyszedł czas anten satelitarnych, pamiętam, jak pierwszy raz mogłam obejrzeć MTV, a pierwszy teledysk to był Jon Bon Jovi stojący na skraju jakiegoś kanionu, czy klifu.

Właściwie nie wiem kiedy media nabrały rozpędu, pojawiły się te wszystkie kolorowe gazety dla nastolatków – głupsze i mądrzejsze, ale dawały nam dostęp do tego większego świata, poszerzały horyzonty. Zaczęliśmy oglądać “Idź na całość”, bo przecież w latach 90. powstawały komercyjne telewizje. I radia, w końcu można było posłuchać w nich tego, co się lubiło, można było przełączyć, gdy coś nam nie odpowiadało, zmienić kanał, wybrać swoją ulubioną stację, tak jak swoje ulubione telewizyjne programy.

Kiedy po studiach szliśmy do pracy, komputery stały się narzędziem, bez którego nie wyobrażaliśmy sobie już wykonywania naszych obowiązków. Kafejki internetowe? To tam siadało się, gdy chcieliśmy wysłać maila, znaleźć coś istotnego w internecie, który właściwie niepostrzeżenie wszedł pod strzechy.

Dziś właściwie nie znam nikogo, kto nie korzystałby z osiągnięć technologicznych. Internet w telefonie, laptop w domu, szybki dostęp do informacji, możliwość ich weryfikacji. Świat się skurczył, chwilami nawet do małego ziarenka grochu, bo gdy tylko chcemy wiedzieć, co dzieje się na drugim krańcu świata, siadamy na kanapie i sprawdzamy.

Niestety szybko zapominamy, że to, co mamy na co dzień, niekoniecznie jest nam dane na zawsze. Dziś, mieszkając w małej miejscowości na południu czy północy Polski, otwierasz serwis lokalnej gazety. Nie kupujesz jej w wersji papierowej, bo szkoda ci pieniędzy, więc i ona musiała się przenieść do internetu. Masz swoje ulubione portale, bez wchodzenia w dyskusję, co kto lubi.

Wczoraj odbył się protest mediów. Na 24 godziny na wielu stronach internetowych, kanałach telewizyjnych pojawiły się czarne plansze. Przestały nadawać także radia. Media chciały zwrócić uwagę społeczeństwa na projekt ustawy, która trafiła do rządu, a która zakłada, że prywatne media będą musiały oddawać do budżetu państwa ponad 50 proc. swoich przychodów. Z dużym smutkiem śledziłam wpisy i komentarze, odnosząc wrażenie, że znowu najgłośniej krzyczą ci, którzy niewiele wiedzą, a dla których protest stał się kolejną pożywką do obrażania, dzielenia i poprawiania sobie nastroju wylewaniem żółci.

Widziałam te paski, które mówiły, że zagraniczne media nie chcą pomóc Polakom w dostępie do kultury, do poprawy stanu ochrony zdrowia, bo jak nie zapłacą, to nie będzie nam lepiej. Tylko tylko, że wejście ustawy to od 50 do 100 mln wpływu dla państwa od zagranicznych gigantów, 800 – 900 mln będą musiały zapłacić polskie media. Jak to się ma do dwóch miliardów wydanych lekką ręką na TVP, gdy krzyczano o dofinansowanie służby zdrowia, onkologii, jeszcze przed pandemią? Kto krzyczał? Komercyjne, prywatne media, to one podnosiły larum, to one pisały o wydanych pieniądzach posła Sasina, mówiły o pedofilii w Kościele, zwracały uwagę na problem przemocy wobec kobiet i próbę wycofania się rakiem rządu z konwencji stambulskiej, której media rządowe nigdy nie nazwały konwencją antyprzemocową.

To w prywatnych mediach najczęściej na pomoc mogą liczyć ci, którzy jej potrzebują, którzy chcą nagłośnić swoje problemy – od tych najbardziej lokalnych, po te o zasięgu krajowym.

To w końcu prywatne media zatrudniają tysiące osób, które odprowadzają podatki, robią zakupy, żyją tu, obok nas. Co się z nimi stanie, gdy ich pracodawca połowę swojego przychodu będzie musiał oddać? Tu nie ma złudzeń, wiele tyułów zniknie, wielu ludzi straci pracę, a czy dostęp do kultury się zwiększy? Czy przeczytamy wywiad z autorem książki, dowiemy się o nowościach wydawniczych w takim zakresie, w jakim możemy to robić dzisiaj? Czy usłyszymy o nowych filmach, o nowych płytach niszowych artystów? Ja nie mam złudzeń.

Czy poprawi się stan służby zdrowia, czy ktoś usłyszy o WOŚP, czy ktoś powie o wymazywanym naklejonym serduszku?

Wczoraj z wielką łatwością wielu mówiło: znikajcie, nie potrzebujemy was, jesteście nic nie warci. Media bez wyboru. Tyle tylko, że tam, gdzie kończy się wybór, kończy się też wolność nie mediów, tylko nasza zostaje w drastyczny sposób ograniczona…, aż  nie zauważymy, kiedy zniknie, bo kto nam o tym powie?


Zobacz także

Wybaczyć czy odpuścić?

Partner wysoko wrażliwy i jego związek. 19 faktów o tej trudnej miłości

30 mitów na temat miłości. W które nadal wierzysz?