Lifestyle Święta

Samotność… od święta. Czy można uciec przed Bożym Narodzeniem?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 grudnia 2015
Fot. iStock / Oktay Ortakcioglu
 

– Nie, ja nie będę w domu w te święta. Wyjeżdżam – mówi Ola, kiedy rozmowa schodzi na temat naszych grudniowych planów. – Pewnie powiesz, że to dziwne, niedorzeczne, ale mi jest tak dobrze, najlepiej – zamyśla się nad filiżanką ciepłej czekolady. Nie, nie mówię, że to dziwne. Sama czasem marzę o tym, by Święta spędzić daleko stąd, gdzieś, gdzie ktoś wyręczy mnie w tych wszystkich przygotowaniach. Gdzie nie będzie napięcia i gorączkowego pospieszania do wyjścia, „bo się spóźnimy”.

Znacie to, prawda? Zdarza się, że chcę uciec, czmychnąć. Przeglądam wtedy oferty biur podróży i pensjonatów, które proponują świąteczne pobyty. Ale zawsze zwyciężają we mnie dwa uczucia. Pierwsze, to nieodparta potrzeba bycia z najbliższymi. Lubię usiąść z tymi, których kocham przy wigilijnym stole i patrzeć na ich twarze, cieszyć się choćby z tego powodu, że jeszcze trwamy. Niektórzy trochę słabsi, trochę bardziej zmęczeni niż w zeszłym roku, ale ciągle obecni. Drugie uczucie wynika z chęci podarowania dzieciom wspomnień magicznej, świątecznej atmosfery. Niech złoży się na nią zapach przypraw korzennych dodawanych do piernika, smak kompotu z suszu i radość z prezentów, które ciągle jeszcze przynosi Mikołaj. I z tego, że jesteśmy może bardziej razem niż zwykle.

Ola myśli inaczej. Nie ma dzieci i jest osobą samotną, ale jak mówi, samotna się nie czuje. Ma przecież dwa koty, które tuż przed Wigilią zawiezie do rodziców i mnóstwo przyjaciół, do których zadzwoni, by złożyć im życzenia. Zaraz potem wsiądzie w samochód i pojedzie w góry. Byle dalej od tych świątecznych iluminacji, opłatków, życzeń i pierogów z kapustą i grzybami.

– Czy można uciec od świąt? – pytam, bo wydaje mi się to niemożliwe, – Świąteczne wystawy masz w każdym sklepie, świąteczne piosenki w radio, a telewizji same świąteczne filmy…

– Można – uśmiecha się Ola, która wyglądem sama przypomina świątecznego aniołka. – Zapakuję mój laptop z ulubionymi filmami i ukochaną muzyką. Wezmę te kilka książek, które odkładałam na półkę przez ostatnie tygodnie i będę się cieszyć ciszą.

W rodzinnych świątecznych spotkaniach przeszkadza jej jednak wcale nie hałas, całe to zamieszanie i brak miejsca na wieszaku w domu rodziców. Ola boi się bliskości. Tej „przymusowej”, jak ją nazywa albo jeszcze inaczej „odświętnej”.

Panicznie unika bezpośredniego składania życzeń, dzielenia się opłatkiem, przytulania swoich siostrzeńców i bratanicy, buziaków od cioć i wujków.

– Zawsze tak było? – pytam próbując dociec przyczyny.

– Odkąd pamiętam, tuż przed gwiazdką, niedzielą wielkanocną czy imprezami rodzinnymi zaczynałam czuć się nieswojo. Ale naprawdę źle, czuję się od kilku lat. – opowiada Ola – Pamiętam jak w jakiś grudniowy poranek pakowałam prezenty dla całej rodziny. Ręce zaczęły mi się trząść i nie mogłam zawiązać złotej kokardy. Myślałam „Spokojnie, jakoś to wytrzymam”. Czy tak powinno się myśleć o spotkaniu z najbliższymi? Bolała mnie głowa, brzuch. Choć wypierałam tę świadomość, w głębi duszy wiedziałam o co chodzi.

Ola już pięć lat temu zdecydowała, że święta chce spędzać samotnie. Ale trudno było jej to zakomunikować rodzicom, trojgu rodzeństwa i swojemu ówczesnemu towarzyszowi życia. Przestraszyła się, że ich zrani, że nie zrozumieją. Kiedy odważyła się wyznać swojemu ukochanemu jaką trudność stanowi dla niej udział w rodzinnych imprezach, postawił jej ultimatum: wizyta u terapeuty albo rozstanie. On nie wyobrażał sobie świąt bez spotkania z rodziną. Ona postanowiła, że szczęśliwa może być tylko spędzając święta jedynie z narzeczonym.

– Wizja związku, jaką miał Kamil była bardzo tradycyjna – tłumaczy Ola – Niedzielne spotkania z rodzicami, częste wizyty u kuzynów i wujostwa. A Wigilia i Boże Narodzenie, to już całą gromadą. I te uściski, całusy, uśmiechy… Pytania o to, co u ciebie mimo, że tak naprawdę nic ich to nie obchodzi.

Rodzice początkowo zareagowali podobnie. Gdy Ola nie zjawiła się na Wigilii po raz pierwszy, jej mama długo płakała. – Córeczko – pytała przez telefon – Czy myśmy ci coś złego zrobili? Czy to o jakąś przykrość chodzi? Więc Ola tłumaczyła, że od zawsze bała się tej wymuszonej okolicznościami bliskości. A w Święta nie sposób jej uniknąć. Zwłaszcza jeśli jeszcze pochodzi się z rodziny, w której bardzo tradycyjnie obchodzi się Wielkanoc i Boże Narodzenie.

Z czasem mama i tata Oli przywykli do tego, że córka „wpada” do nich dzień lub kilka dni „przed albo po”. Ale i w tym roku, tak jak w poprzednim zadzwonili i spytali: – Przyjedziesz na Wigilię? Chociaż na trochę…?

Skąd właściwie bierze się ten lęk?

Psycholog i terapeuta Aneta Orczyk mówi, że nie zawsze niechęć do spędzania Świąt w rodzinnym gronie wynika z jakiś nietypowych, czy wręcz traumatycznych doświadczeń z przeszłości, a zjawisko to jest na całym świecie coraz bardziej powszechne.  – W Wielkiej Brytanii, czy nawet w Niemczech z roku na rok rośnie liczba osób, które w  Święta są „samotne z wyboru” – mówi Orczyk – Mimo nacisków członków rodziny, wpływów kulturowych i religijnych, mimo całej tej naszej bogatej tradycji wspólnego biesiadowania i kolędowania w rodzinnym gronie, decydujemy się coraz częściej na pójście „pod prąd”. Potem błędnie ta nasza decyzja o spędzaniu świąt w pojedynkę jest interpretowana jako  skazywanie się na samotność. A dla nas to jest doświadczenie wyzwalające. Żyjemy w świecie, w którym oczekuje się od nas stale dostosowywania się do norm i oczekiwań. Ekscytujące jest zrobić coś całkowicie na przekór.

– A ty chcesz żyć „inaczej”, czy problem leży zupełnie gdzie indziej – pytam Olę. – Nie wiem. Jestem po prostu inna. Kocham ich wszystkich bardzo, ale nie odczuwam potrzeby spędzania Świąt razem. Pewnie powinnam pójść na tę terapię – Ola nie sprawia wrażenia osoby przekonanej do tego, co mówi –  Ale w tej mojej świątecznej samotności czuję się tak dobrze, pewnie.

– Myślisz, że łatwo będzie ci znaleźć kogoś, kto cię zrozumie? – pytam niezręcznie. – Partner, który dla mnie zrezygnowałby z rodzinnych świąt? Nie sądzę, by to było możliwe. – Ola wie, że płynie pod prąd.

– Może więc warto zacząć myśleć o jakiś kompromisach? – rzucam bezwiednie. Jakoś tak się zdarzyło, te właśnie słowa właściwie same padły z moich ust. Ola nie odpowiada, uśmiecha się tylko smutno.

– Zobacz, jak to się dziwnie układa – rzuca, gdy zbieramy się do wyjścia – Tyle jest samotnych osób. Tyle osób wiele by dało, by mieć z kim spędzić te święta. A ja od tego wszystkiego uciekam tylnym wyjściem… Taka jestem samotna od święta…


Lifestyle Święta

Są rzeczy, które dostarczają nam bólu, a jednak w nich trwamy. Może czas przejść na drugi brzeg i poczuć wdzięczność za zmiany?

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
25 grudnia 2015
iStock/Stefano Tinti
 

Podobno ci, którzy świadomie praktykują wdzięczność, lepiej radzą sobie ze smutkiem, depresją i stresem. Podobno też ich serce bije tak, jak spokojne serce bić powinno: dalekie od arytmicznego tempa nadciągającej zagłady zdrowotnej i emocjonalnej zawieruchy. Dzieje się tak poniekąd dlatego, że uczucie wdzięczności ma wibrację równą uczuciu miłości. I tak ludzie wdzięczni są jakby bardziej w skowronkach, czyli że jakby zakochani, choć po prostu tylko, a może wdzięczni.

Łatwo jest wdzięcznym być za rzeczy miłe

Za kochanych ludzi i piękne zdarzenia. Taka wdzięczność przychodzi bezwysiłkowo, choć i w tym temacie niektórzy przyjmują pozycje roszczeniowe i zamiast poczuć i ogarnąć wdzięczność, pławią się raczej w negatywnej wibracji, że oto więcej lub lepiej im się należy. Głupie to trochę podejście, bo odziera nas z absolutnie życiodajnej energii jaką niesie ze sobą radość, poczucie spełnienia i wielkie Dziękuję wydzierające się z piersi. Zamiast tego, serce nasze jest niespokojne, kiedy tylko łaknie, chce, żąda i czego nie dostanie, to nie czuje, nie widzi, nie docenia. Oto serce, które wiedzie żywot marny.

Trochę inaczej sprawy się mają, gdy pięknych ludzi i pięknych zdarzeń nie spotykamy na swojej drodze. Zamiast tego życie podrzuca nam ból, cierpienie  i wyzwania, które czasami wydają się być ponad nasze siły. Za takie losu zrządzenia nie bywamy wdzięczni przecież. Stawiamy im czoła rzecz jasna i popadamy w wibrację pretensji i biadolenia. A te jak nas złapią, to nie ma zmiłuj się, w mig ściągną nas na dno do krainy rozpaczy i wiecznych narzekań. Serce takich ludzi, to dopiero ciężki ma żywot. No i pełne jest smutku niewypowiedzianego.

Nie wiem przy tym jak serce, ale kij ma zawsze dwa końce

Jeżeli zatem z takim zapałem potrafimy oddawać się negatywnym wibracjom, to czemuż na boga nie zaryzykujemy i, nawet w tych sytuacjach rzekomo bez wyjścia, nie staniemy przed wyzwaniem z pozytywnym nastawieniem? Nomen omen, od tego właśnie zaczyna się ów moment, w którym uczymy się praktykować wdzięczność… od nastawienia i od otwartego serca.

Niech więc będzie dla ułatwienia, że ową praktykę zaczniemy od rzeczy oczywiście dobrych. Choćbyśmy mieli dziennie jedną taką rzecz zobaczyć, poczuć, zidentyfikować. Zróbmy to. Zanotujmy na karteczce, za co wdzięczni jesteśmy losowi i wrzućmy taką notkę do wielkiego słoja wdzięczności. Niech się zbiera w tym słoju cała nasza wdzięczność miesiącami. Kiedy pod koniec roku wydobędziemy wszystkie zapiski ze słoja, możemy nagle ze zdumieniem zobaczyć, że życie mamy doprawdy niezwykłe! Z okazji zbliżających się Świąt zróbmy sobie taki prezent.

A kiedy ta praktyka wejdzie nam już w krew, spróbujmy wtedy być wdzięczni także za życiowe wyzwania. Łatwo nie będzie, zwłaszcza, że pretensja i biadolenie zawsze najczujniejsze są. Pierwsze w blokach startowych, zawsze do biegu gotowe. Z odwagą u nas, ludzi, bywa natomiast różnie. Bo żeby przyjąć ciężki los, trzeba właśnie odwagi, a ta jest jakże skromna, cicha i pokorna. Przyjmijmy jednak, że odwaga tym razem zdąży przed marazmem. Wtedy to, musimy przygotować się także i na to, że wraz z nią naszym nienawykłym oczom ukaże się prawdziwy ból, prawdziwy smutek, czysty i nieskażony. Ale uwaga! Tak właśnie dzieje się cud, bo obcowanie na poziomie prawdy z emocjami podobnego kalibru ma moc transformacji. Nie ma zmiłuj się po prostu.

Człowiek nagle odkrywa jakiś niepojęty wcześniej sens

I nagle całe jego życie układa się w najbardziej klarowną i oczywistą historię. Wtedy też człowiek uświadamia sobie, jak istotną częścią owej nagle oczywistej całości są owe historie smutne, zdarzenia przykre i w pierwszym odruchu niechciane. Bez nich nie byłoby życia, nie byłoby postępu. Nie moglibyśmy się rozwijać i przeć do przodu. Zamiast tego, tkwilibyśmy w jednym, znanym nam i od urodzenia niemalże praktykowanym wzorze. Mąż, który bije, bo zawsze bił, a i ojciec też miał ciężką rękę. Więc przemoc musi istnieć. Praca biurowa, która mózg nam rozmiękcza ale i tak nas nikt nie zatrudni gdzie indziej, a własny business to pomysł szalony. Więc gapię się w komputer i garb hoduję bo przecież nie jestem dobra dostatecznie by o siebie zawalczyć. Facet, który zdradza na prawo i lewo, traktuje mnie jak nie człowieka, ale cóż kiedy lepiej go mieć niż nie mieć. Książę z bajki i tak weźmie sobie królewnę, bo przecież nie mnie, dziewczynę z za dużym nosem.

Lepiej by było oczywiście, gdybyśmy potrafili uwalniać się z tych opresyjnych sytuacji bez potrzeby wstrząsających wydarzeń. Niestety najczęściej nie mamy tej siły, by wyrwać się z gęstej sieci, jaką plecie sytuacja tzw. znajoma. Bo chociaż dostarcza nam ona bólu, to jednak jest pewna i swojska po prostu. Na tym polega jej wątpliwy urok i niestety, ale także moc.

Jest jednak jeden sposób, na takie dictum niechciane

Owo przyjrzenie się swoim własnym, pokaleczonym emocjom na poziomie prawdy totalnej. Bardzo trudne jest to doświadczenie, bo wymaga konfrontacji z często nie do końca uświadomionymi i niejednokrotnie czarnymi aspektami nas samych. Wymaga też akceptacji tego co konfrontujemy i co dla niektórych może być wysiłkiem niewykonalnym. Na początku. Jeśli jednak nie czmychniemy od razu i damy sobie dodatkowy moment, okazać się może, że jednak się da, że można przyjąć i oswoić własny ból takim jakim on jest w swojej najbardziej autentycznej postaci. Nie przesadzę wcale, jeśli powiem, że jest to przeżycie z kategorii mistycznych. Transformuje nas w nowy byt.

W momencie takiego obcowania, człowiek spotyka sam siebie i widzi całą swoją prawdę, a wraz z nią cały ocean smutku tak przejmujący, że wręcz nie do zniesienia. Nie ma siły, aby człowiek po takim zajściu powrócił do sytuacji znajomej. Metaforycznie, przekroczył bowiem rzekę i stanął na drugim brzegu. Jeśli w takim momencie pozwoli sobie na serca otwarcie, zobaczy wówczas i zrozumie, że tamten świat, świat na drugim brzegu już nie jest jego światem. Że rola jaką miał odegrać została dopełniona, a Ty człowieku zrobiłeś kolejny krok. Krok do następnego rozdziału, w który wkraczasz niczym Alicja do Krainy Czarów. Gotowa na dalszy bieg wydarzeń ale i wolna od starych przekonań. Odnowiona i bezgranicznie  wdzięczna. Za świat z tamtego brzegu i za nowe życie w Krainie Czarów. Oraz za serce, które teraz zna już spokój.

Praktykujmy zatem wdzięczność, bo to wibracja miłości, która jak miłość zmienia nasz świat. Postawmy wspomniany słój na komodzie i skrzętnie wypełniajmy go tym wszystkim, za co wdzięczni jesteśmy. I obserwujmy, co takiego dzieje się w naszym życiu, gdy tak ten słój wdzięcznością się wypełnia. Bo że dziać się będzie to nie ma dwóch zdań. Wesołych Świąt zatem i niech magia wdzięczności się zadzieje.


Lifestyle Święta

Jak przetrwać rodzinne spotkania? Może odpuść sobie asertywną komunikację i przyznaj rozmówcy rację, dla świętego spokoju

Justyna Rokicka
Justyna Rokicka
24 grudnia 2015
Fot. Kaboompics / CC0 Public Domain

Przed nami Święta. Jedni z niecierpliwością czekają na spotkanie z najbliższymi przy wigilijnym stole, niektórzy jednak dostają białej gorączki na myśl o „troskliwej” babci i wszystkowiedzącym wujku. Jak radzić sobie z krytycznymi uwagami najbliższych, niezręcznymi pytaniami, by cieszyć się obecnością rodziny i magią Świąt?

Spotkania z rodziną nie zawsze niosą ze sobą pozytywne emocje. Dobre rady, jakie słyszymy od najbliższych mogą przyprawić o zawrót głowy i zepsuć humor na cały wieczór. Nie warto z powodu kilku pytań czy uwag zrywać więzi rodzinnych, ale nie należy także pozwalać na bezceremonialne komentowanie czy krytykowanie swojego życia.

Jak reagować na nieprzyjemne pytania w stylu: „Kiedy wreszcie przyprowadzisz kogoś na święta?”, „Może już pomyślicie o dziecku? Chciałabym dożyć wnuków!”, „A jak poszukiwania pracy? ”, itd.

Obserwuj swoje emocje

Ważne, by monitorować swoje emocje i momenty, w których podczas rozmowy, narasta w nas złość, niechęć, smutek czy uczucie „zmieszania”. Jest to sygnał, że nasze granice zostały przekroczone, to znaczy, że ktoś mówi lub robi coś, co nie sprawia nam przyjemności, a wręcz przeciwnie, jest atakiem, podkopywaniem naszej pewności siebie. W takiej sytuacji warto od razu reagować, by sprawy nie przybrały dramatycznego obrotu i by emocje nie sięgnęły zenitu. Pierwszą reakcją może być chwilowe oddalenie się czy nabranie dystansu, by mieć okazję do przemyślenia, co się właściwie dzieje. Wiedząc, co takiego się wydarzyło, można przygotować asertywną odpowiedź.\

Uświadom sobie swoją złość

Zanim zareagujesz na złośliwy komentarz, zrób głębszy wdech i zastanów się, jakie emocje te słowa w tobie powodują. Najprawdopodobniej będzie to złość, wściekłość. Nie kieruj się tą emocją, nie odpowiadaj od razu. Jeśli w złości zaczniesz atakować rozmówcę, katastrofa gotowa – będziecie wyciągać coraz to mocniejsze argumenty przeciwko sobie. Taka wymiana ataków skończy się po prostu awanturą lub w najlepszym wypadku pełną napięcia nieprzyjemną ciszą. Rozwiązaniem może być wymijający żart, który rozładuje atmosferę i nie wprost da rozmówcy do zrozumienia, że nie masz zamiaru wchodzić w tę dyskusję. Możesz powiedzieć: „No to może ja opowiem dowcip, przychodzi baba do lekarza… :)”. Jeśli masz odwagę komunikować się wprost, spróbuj powiedzieć po prostu: „Gdy słyszę to pytanie, narasta we mnie złość, więc proponuję nie rozmawiać teraz o tym. Nie chcę, byśmy się pokłócili. Spędźmy proszę miło ten czas”.

Nie tłumacz się. Uznaj dobre intencje rozmówcy

Jeśli zaczniesz się tłumaczyć, możesz narazić się na to, że rozmówca będzie pogłębiał temat i zrobi się naprawdę nieprzyjemnie. Wejdziesz na przykład w rolę ofiary, nad którą się wszyscy pastwią. Kolację skończysz z dużym niesmakiem i żalem do siebie, że dałeś się wciągnąć w dyskusję. Po prostu powiedz: „Przykro mi, ale nie mam zamiaru się tłumaczyć, nie dziś, nie przy wigilijnym stole.” Spróbuj także odwołać się do dobrych intencji rozmówcy: „Bardzo ci dziękuję, że się o mnie martwisz, troszczysz, ale nie będę dziś na ten temat z tobą dyskutować. Zależy mi na tym, by dzisiejsza kolacja przebiegła bezstresowo. Chętnie porozmawiam na ten temat później.”

Zwróć uwagę na swoje głębsze uczucia

Zastanów się, jakie głębsze emocje usłyszane przed chwilą słowa poruszyły? Może to jest ból lub lęk, związany z jakimś trudnym dla ciebie tematem? Odpowiedz, nawiązując do tych właśnie emocji, np.: „Boli mnie, gdy słyszę takie słowa…”, „Takie pytanie jest dla mnie bolesne, dotkliwe…”, „Gdy się nad tym zastanawiam, ogarnia mnie po prostu lęk i wolę dziś o tym nie dyskutować…, ”To jest dla mnie trudny temat, czuję się bardzo nieprzyjemnie, gdy go teraz poruszasz…”. „Nie jest łatwo mi o tym mówić, więc proszę nie pytaj mnie dziś o to. Po prostu mnie to boli, a dziś chcę czuć się dobrze”. Jeśli rozmówca usłyszy taką szczerą i głęboką odpowiedź z twojej strony, nie będzie raczej w stanie kontynuować dyskusji, świadomy bólu czy dyskomfortu, jaki ci sprawia.

Odpuść sobie asertywną komunikację i przyznaj rozmówcy rację, dla świętego spokoju 🙂

Jeśli próby otwartej, szczerej czy asertywnej komunikacji nie przynoszą rezultatów i rozmówca nadal dręczy cię swoimi radami, komentarzami czy trudnymi pytaniami, po prostu żartobliwie odpowiedz: „Masz absolutną rację, ta sytuacja to dramat, klops i katastrofa. Jak dobrze, że mam ciebie, byś mi o tym nieustannie przypominał 🙂 ”


Więcej informacji na szukamterapeuty.pl


Zobacz także

30 prostych rzeczy, za które pokochają cię inni

Intymność – dobro luksusowe. Jak odnaleźć w sobie radość z kobiecości. Akcja „7 dni dla siebie”, wyzwanie #6

Na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Ten mąż wie, czym jest prawdziwa miłość