Lifestyle

Jeśli usłyszę: „będzie dobrze”, kiedy mi najgorzej, to przysięgam – nie ręczę za siebie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 lutego 2017
Fot. iStock/kieferpix
 

Nic na świecie nie wku*wia mnie tak, jak ludzie, którzy „chcą dobrze”, którzy „chcą dobrze” dla ciebie oczywiście.

Dlaczego? Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że „chcą”? Ile ja rzeczy w życiu chcę – chcę na przykład mieć długie włosy, których nigdy w życiu pewnie już nie zapuszczę. Chcę mieć nogi jak Julia Roberts (matko nawet jej włosy mogłabym mieć) i chcę mieszkać na Karaibach. To takie chcenie, które najlepiej, jakby samo by się spełniło, bo przecież ja i tak nie mam na to wpływu, albo prawdziwych chęci.

I ci ludzie, którzy tak do nas mówią, oni jedynie „chcą” i nic więcej. Musiałam to sobie wyłożyć.

Ile razy w życiu słyszałyście:

– nie martw się, będzie dobrze

– dasz radę, w końcu kto, jak nie ty

– jesteś silna, zobaczysz, ogarniesz wszystko?

Nożesz ja kurde cię molę nie mogę! No nie mogę tego słuchać, dostaję piany na ustach niczym wściekły zwierz, który jest o krok od rzucenia się na swoją ofiarę. I on wcale nie chce się rzucić, on to po prostu zrobi.

Każde poklepanie po plecach, szepnięcie do ucha: „ułoży się” to woda na młyn mojej szewskiej pasji.

Zastanawiałam się, czy może ze mną coś jest nie tak, że może ja jestem aspołeczna, mało wrażliwa, nieempatyczna. No bo człowiek chce (wrrr) dla ciebie dobrze, a ty się obruszasz i ciskasz piorunami.

No, ale odwracając sytuację:jeśli ty nie wiesz, gdzie ręce włożyć, jesteś w ogromny pie*dolonym dole, gdzie naprawdę przez chwilę nie widzisz żadnego światła, żadnej iskry nawet, a słyszysz: „będzie dobrze, jestem z tobą”, to chcesz wyć do księżyca. Może choć on zaszczyci cię na chwilę swoim odległym blaskiem.

Bo to, że ktoś jest z tobą, nie znaczy wcale, że jest. Czy naprawdę mówiąc komuś coś takiego, siadasz obok niego, przejmujesz się jego losem, wchodzisz w jego buty i czujesz to wszystko, co wtedy targa jego emocjami i ciałem? Uwierz, on akurat najmniej potrzebuje takich słów.

Jest we mnie takie nieodparte uczucie, że owo „będzie dobrze” dla tej drugiej strony, która dobrze się ma, załatwia wszystko:

– wyrzuty sumienia

– dobre samopoczucie

– poczucie spełnionego obowiązku

– wrażenie bycia dobrym przyjacielem.

Pewnie można by mnożyć, co jeszcze. Tylko teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. W waszym życiu dzieje się coś nieprzewidzianego – ktoś odchodzi, ktoś porzuca, ktoś wymaga od ciebie więcej niż powinien. A ty czujesz, że masz dość, że rzeczywistość zwyczajnie cię przerasta, że dłużej nie dasz rady. Chcę ci się wyć, ukryć pod kołdrą własnego łóżka, przespać wszystko to, co się dzieje wokół i wrócić, jak już wszystko się ułoży. Najlepiej niech ułoży się samo, bez twojego udziału.

Ale przecież jesteś dorosła, wiesz, że to tak nie działa, że pewnego dnia będziesz musiała wstać z kolan, podnieść głowę i zacząć działać, zmieniać siebie i ten najbliższy ciebie świat. Do cholery, wiesz, że będzie dobrze, ale wiesz to tylko dlatego, bo to będzie zależeć do ciebie. Więc farmazony w stylu jakoś się ułoży są ci po nic, bo NIC nie ułoży się SAMO. Na wszystko TY musisz mieć wpływ! Ale na to przyjdzie czas, teraz jest moment płaczu, strachu, bezradności i smutku.

I czy naprawdę tak trudno to zrozumieć? Czy naprawdę w momencie, kiedy nie chcesz myśleć, co kryje się za rogiem, chcesz robić po prostu NIC, ktoś musi ci wciskać: „ogarniesz wszystko”!?!

Nie jesteś małą dziewczynką, żeby tego nie wiedzieć ale ten, kto to mówi jest pieprzonym egoistą, albo idiotą. Przepraszam, naprawdę tak myślę i sama nie raz jak taka idiotka się zachowałam. Teraz wolę powiedzieć: „przepraszam, nie mam nic mądrego do powiedzenia”, zamiast dukać jakieś farmazony tylko po to, żeby było miło, oczywiście mi miło, bo przecież w moim mniemaniu umiałam się znaleźć w trudnej sytuacji.

Tymczasem sama słysząc takie słowa… Para mi idzie uszami mam ochotę cisnąć czymś ciężkim, co na rękę mi się nawinie i powiedzieć: „a idź se do diabła”, bo dobrymi chęciami to właśnie jego mieszkanie jest wybrukowane. Wrrr.

Na szczęście oprócz szału wściekłości wypracowałam taką przypadłość: jak mnie coś doprowadza do wrzenia, próbuję ogarnąć te emocje, usiąść z boku i przyjrzeć się – co można by zrobić, żeby to zmienić i z czego ta wściekłość się bierze.

Skąd się bierze już wiem – z samego tylko chcenia, które może i chęcią wsparcia jest wypełnione, ale to nadal tylko chęci. Ja chcę realnego poczucia, że ktoś przy mnie jest w trudnych chwilach i nie próbuje tego załatwić zwykłym: „nie martw się, będzie dobrze”. Bo ja teraz chcę się martwić, chcę płakać, chcę czuć się jak bezsilna dziewczynka, którą ktoś przytuli pogłaszcze, a na końcu zamiast gadać pierdoły, spyta:

„co czujesz?”,

„jak ci pomóc?”

„czego potrzebujesz?”

„zostać na noc?”

„mam nic nie mówić?”

Że niby co za różnica? OGROMNA. Bo za tym wszystkim kryje się: obchodzi mnie, jak się czujesz, chcę ci pomóc, jestem – tak naprawdę jestem tuż obok, choćby po to, żeby zrobić herbatę.

Tu nie ma chcenia, tu jest bycie z kimś, wsparcie, poczucie, że nie jest się samym – zwłaszcza superbohaterem, który wszystko ogarnie, ułoży i tylko czasu potrzeba!

Nie. Tu ktoś daje ci prawo do bycia słabym, zrozpaczonym, załamanym. Nie każe ci stawać na baczność na hasło: „będzie dobrze” nie dając ci żadnych wskazówek, jak to zrobić, zostawiając cię z tym pustym frazesem, samemu jedynie czując się lepiej.

„Rozmawiałaś ostatnio z Zośką?”. „Tak”. „I co?”. „No nic mówiłam jej, że będzie dobrze, czasu tylko potrzeba”. Przysięgam, uduszę, jak kiedyś to usłyszę! Wy też macie do tego prawo – naprawdę!

Uff. Dziękuję za uwagę.


Lifestyle

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach. Kocham

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
27 lutego 2017
Fot. iStock/ArminStautBerlin
 

Kocham lumpeksy. I pamiętam czasy, kiedy wstyd było się do tego przyznać. „Ja do lumpeksu? No co ty, nigdy w świecie!”. Lumpeksy były pochowane w podwórkach, w bramach, małe, ciasne i nie ma co ukrywać – często śmierdzące pomieszczenia.

Jestem z pokolenia, które doskonale pamięta czasy powstawania lumpeksów. Sklep z odzieżą używaną brzmiał podejrzanie. No bo jak z używaną, że mam iść i kupić ciuchy, które już ktoś nosił? Brr, a fuj, co to to nie. Przemykałyście po kryjomu do lumpeksów bojąc się, że spotkacie kogoś znajomego? Że ktoś zobaczy, jak wychodzicie z wielką reklamówą używanych ciuchów?

Nie wiem, kiedy lumpeksy zostały odczarowane z mitu, że to sklepy dla biednych, gdzie za niewielkie pieniądze ubrać można było 8-osobową rodzinę. I te przytyki pogardliwie wygłaszane: „A to pewnie masz z lumpeksu”, „Lumpeksiara”. Lumpeksy wyszły na pierwszy plan, mieszczą się przy głównych ulicach, a spotkać w nich można nawet mężczyzn.

Ja natomiast kochałam lumpeksy od początku ich istnienia. Pamiętam taki jeden, oczywiście na tyłach jakiegoś większego sklepu, gdzie się zakradałam po lekcjach, szukając wielkich i rozciągniętych swetrów, ciuchów, o których wiedziałam, że nikt nie będzie miał. Te wszystkie spodnie – sztruksy, podarte dżinsy, dzwony…

Lumpeksy dla mnie odczarowali moi rodzice, kiedy sami postanowili jeden z takich sklepów otworzyć. Która z was nie marzyła choć raz o tym, żeby móc dostać się do takiego sklepu, kiedy wszystkie worki są rozrywane, nowy towar wysypuje się na podłogę, nim trafi do wielkich skrzyń i na wieszaki? Mój tata jeździł starym fordem po te worki. A mama w szale otwierała już je w samochodzie, wyrzucając co chwilę jakąś bluzkę na tylne siedzenie: „O ta dla mnie, o ta też”.

Efekt był taki, że nasz dom stał się jednym wielkim zbieractwem. Po czasach, kiedy ciężko było o nowe pościele, za ręcznikami nawet trzeba było stać w kolejkach, bo nie było. A później jak były, to kasy brakowało, żeby kupić.

Złote czasy lumpeksów to okres, kiedy nagle wszyscy mogli mieć wszystko: nowe pościele, oryginalne zasłony, firany, pięć płaszczy, cztery kurtki. Rety, człowiek kupował wszystko, co wpadło mu w ręce i co mogło okazać się przydatne, choć nigdy takiego statusu nie nabrało. Za małe sukienki, kołdry, na które nie było poszewek, ciuszki dla małych dzieci, choć takich jeszcze w rodzinie nie było.

Minął w końcu szał kupowania wszystkiego jak leci – koszulki z plamą, bo na podwórko będzie, a w sumie ładna, sukienki, w którą może kiedyś się zmieszczę, no ale… ładna, kurtki na syna, którą założy za trzy lata. Wiadomo, cena też zrobiła swoje, co lepsze ciuchy zaczęto wyceniać czasami, za kosmiczne jak na second handy pieniądze.

Moja mama prowadziła lumpeks przez dobrych kilka lat. Kiedy później o tym opowiadałam, nie było osoby, która by mi nie zazdrościła. Oj tak, te magiczne worki, które nie wiadomo, co kryły, czasami serię zupełnie nowych dżinsów, a czasami stare, śmierdzące ciuchy po budowlańcach, spleśniałe od wilgoci kurtki. Naprawdę, można tam było znaleźć wszystko. A to podniecenie nowego towaru nigdy nie minęło.

Tamtego lumpeksu mojej mamy już nie ma, ale ja pozostałam wierną fanką. Żadna sukienka kupiona nawet za 300 zł nie cieszy mnie tak, jak ta wyszarpana za 5 złotych w ostatnim dniu wyprzedaży przed wymianą towaru na nowy. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności, jak bluzka, która kosztuje jakieś 10 złotych, a wygląda jak chodzący oryginał sprowadzony nie wiadomo skąd.

Jeśli ktoś myśli, że w Polsce skończyła się era kolejek ustawiających się przed otwarciem sklepu, to powinien poobserwować, co się dzieje pod drzwiami lumpeksów, kiedy na witrynie wielkimi literami widnieje „DZIŚ NOWY TOWAR”. Kiedyś mieszkałam tak, że okna z mojej kuchni wychodziły prosto na duży lumpeks w starym po PRL-owskim budynku. Towar był w poniedziałek, sklep otwierano o 9:00, ale już półtorej godziny wcześniej ustawiała się kolejka. Pewnego dnia naliczyłam w niej tuż przed otwarciem 67 osób… I uwierzcie cały dzień drzwi się tam nie zamykały. Takie kolejki obserwuję do dziś przejeżdżając koło lumpeksów z nowym towarem.

Ja akurat tym się różnię od ludzi kochających lumpeksy, że nie pcham się w dzień nowego towaru, nie walczę o ciuchy, nie wyrywam z rąk, nie podbieram z koszyków, nie kupuję na zapas, na wypróbowanie, na internetową sprzedaż lepszych marek. To nie dla mnie. Widziałam, jak kobiety potrafią walczyć o jedną sukienkę tylko dlatego, że jedna z nich wyglądała w niej dobrze, nieważne, która jak wyglądać będzie. Sama kiedyś wypróbowałam. Ściągnęłam z wieszaka bluzkę i krzyczę do mojej mamy przez cały sklep: „widziałaś co to za firma? Kurde, że za duża na mnie”. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Trzy inne podleciały i chciały złapać. Ostatecznie bluzka skończyła z oderwanym rękawem… A naprawdę była ładna.

Bo cała sztuka w lumpeksach polega na szukaniu. Na cierpliwości przerzucania wieszaków, na wyrobionym w sobie nawyku szukania. Każdy ma swój, inny. Ja chodzę do lumpeksów w piątym, szóstym dniu po nowym towarze, kiedy ciuchy są przebrane, mniej ich na wieszakach, a cena taka, że za trzy pary spodni dla moich dzieci, dwie koszulki, koszulę męską (dla mnie), kurtkę i sukienkę płacę niecałe 30 złotych. To wtedy bez przepychania się, przerzucam wieszak po wieszaku ubrania w kolorze, który mi odpowiada. Bo jak wiadomo – dobry lumpeks ma nie tylko ciuchy podzielone ze względu na rodzaj, ale też ułożone kolorami.

I nic nie zastąpi mi tego poczucia satysfakcji, kiedy czuję się, jak członek dzikiego plemienia, który wszystkich zrobił w konia podczas polowania. Bo zamiast rzucać się na pierwszą zwierzynę, która się nawinęła, odczekałam, i tę najtłustszą trafiłam najmniejszym wysiłkiem, bo zmęczona była po kilkudniowej gonitwie. Ze swoją zdobyczą w torbie wracam do domu z poczuciem dobrze wykonanego zadania, w ręce dzierżę zwycięstwo swojego sprytu i spostrzegawczości. Jestem jak ten, który zasługuje na oklaski i szacunek. I to mojej mamy: „Pokaż, co kupiłaś”. I ta duma, gdy wyciągasz i wyciągasz i na koniec mówisz cenę, za którą w sklepie normalnym nie kupiłabyś ani jednej z tych rzeczy. Eh… I jak nie kochać lumpeksów.

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach.


Lifestyle

Weekend ze „Sztuką kochania” w tle. O tym dlaczego warto wybrać się do kina i co oznacza rząd XIII

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
29 stycznia 2017
Fot. Screen z YouTubeLionsgate Movies

To miał być weekend „dla dorosłych”. W końcu karnawał, a że my towarzystwo dość rozrywkowe, to szukaliśmy okazji do zabawy. Okazja właściwie przyszła do nas sama, bo bal przebierańców. I gdy snując wizję przebrania się za pszczołę, na co mój mąż zareagował dość histerycznym śmiechem, bo że niby mi do postury pszczółki raczej bardzo, ale to bardzo daleko, bal odwołano. No cóż, nie wszystkie marzenia da się spełnić – to jedna refleksja. Druga – smutna, bo jednak  okazuje ludzi z dystansem do siebie i chętnych do wygłupów i wariacji na swój własny temat nadal chodzi o tym świecie bardzo mało. Ale za to my, jak już wpadliśmy w szał planowania weekendu, załatwiliśmy opiekę dla najmłodszych dzieci z towarzystwa, nie zrażając się przeszkodami wdrożyliśmy w życie szybko plan B – czyli wspólny ze znajomymi (nie bez znaczenia okaże się, że to sześć dorosłych i rosłych osób) – wypad do kina.

Bardzo chętnie przyklasnęłam, bo to przecież świetna okazja zobaczyć tuż po premierze „Sztukę kochania” i wam o niej napisać. Czy warto, czy śmiesznie i czy – o co dopytywały moje koleżanki – Piotr Adamczyk w końcu występuje nago w całej swojej okazałości.

Pierwsza wyrwałam się do rezerwacji biletów, bo i tak przy komputerze siedzę. Klik – sześć miejsc, wszystkie obok siebie, bo sala jeszcze właściwie pusta. „Ha, tak się ma, jak się prawie na tydzień wcześniej rezerwuje się bilety” – myślałam z zadowoleniem, zwłaszcza, że ja bardzo mało rzeczy w swoim życiu planuję nawet tydzień wcześniej. Rząd XIII – uśmiechnęłam się do tej trzynastki, bo w końcu jaka szczęśliwa – wypad zaprzyjaźnioną bandą. Oni sami się pewnie uśmiechną, jak zobaczą bilety. Pozostało czekać do soboty.

Reszta tygodnia toczyła się oczywiście normalnym trybem. Godzinę przed wyjazdem do kina, przyjaciółka pisze: „Który mamy rząd?”. Na co ja spokojnie, że trzynasty. Ale jakoś mnie tknęło, żeby zajrzeć na tę rezerwację, bo para znajomych chciała jeszcze do nas dołączyć.

„WTF?” – myślę patrząc, że sala, która mi się wyświetliła jest ZUPEŁNIE inna od tej, w której robiłam pewnym kliknięciem palca rezerwację. W panice, już mokra od stresu zaczęłam wszystko sprawdzać od nowa… Świetnie „Sztuka kochania”, XIII rząd, sześć miejsc, tyle tylko,  że nie w tym mieście… Kino 100 kilometrów dalej… Taki mały szczegół…

Przypuszczam, że moja mina była bezcenna. Bo gdyby sprawa dotyczyła mnie i mojego męża, to bym się roześmiała, machnęła ręką i tyle, ale zawalenie planu B dla jeszcze innych czterech osób, które czekają w blokach startowych na to wyjście… To już sporo, jak na moje nerwy. Zwłaszcza, że na każdy inny film w ten wieczór sale były pełne!!!

Ale jak się ma dosonałych przyjaciół, to okazuje się, że po planie B, zawsze jest jakiś plan C. Powstał z potrzeby chwili pod hasłem „Ahoj przygodo”. Cóż, plan C był dość elastyczny, na zasadzie, zobaczymy co się wydarzy, czyli jedziemy w ciemno i próbujemy dostać się na to, na co się uda. 20:15 wpadamy do kina, kiedy zaczyna się wcale nie „Sztuka kochania”, ale „La la land”.

– Co to za film – pytają męska część grupy.

– No nie wiecie? Dostał teraz Złote Globy, 14 nominacji do Oscara i gra piękna Emma Stone – szybko zamykam wszystkim usta nie pozwalając kobiecej części wypadu użyć sformułowania „to musical o miłości”. Bo to strzał w łeb, a my na horror – jedyny z wolnymi miejscami ochoty kompletnie nie miałyśmy.

Przemiły pan – ostatni po lewej stronie przy kasie – obiecałam mu, że o nim wspomnę, z nieodebranych rezerwacji utkał dla nas trzy kanapy obok siebie, więc wszystko szło w doskonałym kierunku, nawet fakt, że nie musieliśmy kupować sześciu osobnych popcornów, jakby nas rozstrzelili po całej sali. „Mamy rezerwacje w kinie w innym mieście” – odpowiedzili wszyscy zgodnie, gdy znajoma spotkana  w kinie spytała, dlaczego nie na „Sztukę kochania” – też mi wielkie rzeczy…

„Nudny, przewidywalny, z kiepską grą aktorską” – to czytałam o „La la land” – zastanawiałam się, ile moja miłość do Ryana Goslinga może mu wybaczyć.

Zobaczyliśmy film, który dla mnie wyłamał się z konwencji wszystkiego, co szybkie, wypełnione po brzegi akcją, dialogiem, żartem i dramatem. „Przepiękny” – padło, kiedy pod koniec napisów zaczęliśmy dźwigać się z kanap. Bo to film daleki od tego kina, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni z ostrym rysem psychologicznym bohaterów, dosadny, wyrywający serce i wyciskający łzy prowadzące do szlochu w ostatnim kadrze. Mi „La la land” skradł serce powoli, pomalutku. Zaczął się od irytacji, by jakoś zupełnie poza moją świadomością mnie wciągnąć.  Ale nie w taki sposób, że siedzisz i świata poza kinem nie widzisz. Nie, to tak nie działa… Delikatny – to słowo pierwsze przychodzi mi na myśl, gdy o nim myślę.

Nie będe opowiadać fabuły, bo jaki to ma sens – kto chce, zobaczy sam, choć okazuje się, że nawet banalną historię można wyposażyć w elementy zaskoczenia…

„I czy warto realizować swoje marzenia?” – spytała przyjaciółka powoli ubierając płaszcz, by wyjść z kina… Ile jesteśmy w stanie poświęcić dla marzeń? To we mnie uderzyło. I jeśli budzę się rano i wracam myślami do filmu obejrzanego dzień wcześniej, to dla mnie jest wyznacznik, że warto go zobaczyć. Ryana kocham nadal bez jakiegokolwiek zarzutu, a do tańca dałabym się mu porwać bez mrugnięcia okiem. Nawet bym stepować się nauczyła. A co!

Czy są marzenia, dla których warto porzucić wszystko to, co w danym momencie wydaje się nam mniej ważne, a może wieczne i nie do stracenia? „La la land” to film, gdzie nic nas nie goni, nie zmusza do wysiłku naszej głowy. To film, który płynie w rytmie „City in the stars” wdzierając się bynajmniej w moje emocje.

Ale żeby nie było tak słodko: „To przedostatni musical, na którym byliśmy” – orzekła męska część grupy, gdy wyszłyśmy jeszcze ze szklącymi się oczami. Oni stwierdzili, że nawet horror byłby lepszy. Także, jeśli zamierzacie się wybrać  – zróbcie sobie lepiej babski wypad.

My na koniec płakaliśmy ze śmiechu, bo po filmie próbowaliśmy się wszyscy wcisnąć do budki fotograficznej, wokół której krążył zaniepokojony pan ochroniarz. Bo jak to sześć dorosłych osób, którzy łącznie mają jakieś 10 metrów wysokości wpycha się do tak małego pomieszczenia? Zdjęcia bezcenne. Wspomnienia również.

Weekend ze „Sztuką kochania” tym razem zdecydowanie w tle, uważam za doskonały! Czasami warto mieć plan C. 😉 I takich przyjaciół pod ręką, którzy na mój telefon, że pomyliłam miasta orzekli: „Czym tym się przejmujesz, gdybyśmy w życiu mieli tylko takie problemy”.

Nie wiem tylko, co będzie, gdy zaproponuję kolejną rezerwację wspólnego wypadu tylko dla dorosłych…