Lifestyle

Dziękuję dyspozytorce pogotowia i ratownikom, uratowali moją mamę… i mnie. Dlaczego tak nie doceniamy medyków?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 grudnia 2021
Fot. iStock/vm
 

Jestem dziennikarką, w swoim życiu napisałam wiele tekstów o tym, jak źle dzieje się na polskich oddziałach ratunkowych, słuchałam o wielogodzinnym oczekiwaniu na lekarzy, szorstkości (łagodnie rzecz ujmując), traktowaniu pacjenta z nieuwagą. Kiedyś zadzwoniła do mnie koleżanka i opowiadała o tym, jak dyspozytorka w pogotowiu powiedziała jej, że nie wyśle karetki do niemowlęcia z temperaturą 40 stopni. Matka była sama, bez samochodu, chorowały dwa bliźniaki, z jednym było bardzo źle. Ciekawe, jak miała sama, w środku nocy poradzić sobie w takiej sytuacji? Ale w Wigilię tego roku zobaczyłam, że nie wszędzie tak jest. Są miejsca, gdzie dba się o człowieka.

Może nie chodzi o samo miasto (sytuacja miała miejsce w Trójmieście), ale o ludzi.  Coś, czego często tego nie zauważamy. Zresztą lekarze i ratownicy też nie zostawiają na nas suchej nitki, bo czasem na SOR przyjeżdżają ludzie, którzy mogliby pojechać do przychodni, kłócą się, wrzeszczą, często są pijani (dlatego dochodzi do niektórych wypadków). Tak więc kij ma dwa końce.

Rozumiem obie strony, choć bardziej pacjentów, bo wiem, jak człowiek czuje się bezradny, gdy coś się nagle dzieje i natychmiast potrzebujemy pomocy. I jak bardzo jest się w panice, gdy dzieje się coś komuś bliskiego.

W Wigilię w środku nocy moja mama zasłabła…

….wpadła na szklany stolik, a rozbite szkło ją poraniło. Jest starszą osobą, a jej najważniejszym celem życia jest nikogo nie martwić i nie robić mu kłopotu. Dopiero po chwili więc zaczęła mnie wołać.

Wpadłam do jej sypialni i oniemiałam. Wszędzie było mnóstwo krwi, z rany na podudziu krew tryskała, jak z fontanny. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mama słabła, a ja – przyznaję– zachowywałam się, jak osoba niespełna rozumu. Biegałam, jak głupia z pokoju do pokoju, szukałam plastrów (sick!), w końcu próbowałam zadzwonić do prywatnej placówki, ale wszędzie czytałam: „otwarte jutro od dziewiątej”.

– Musimy jechać na SOR, na SOR, boże, jak ja mamy się tam dostać – powtarzałam patrząc na ranę. Szeroką, rozległą, długą. Tak naprawdę to nigdy wcześniej nie widziałam ludzkiego mięsa….

Dodam, że byłam bez samochodu, a w życiu nie wsiadłybyśmy do taksówki, bo przecież mama cały czas bardzo mocno krwawiła.

– Może zadzwoń na pogotowie– powiedziała cicho moja rodzicielka. – Jakoś strasznie mi słabo.

Nie będę się rozpisywała na temat chorób mamy, ale jest ich dużo. Najważniejsze, ma tylko 20 proc widzenia i to tylko w jednym oku, do tego problemy z sercem i krążeniem. Byłam przerażona i choć nie wierzyłam, że jakiekolwiek pogotowie przyjedzie do 75– latki, która, jak kretynka, rozbiła szklaną szafkę (takich ocen się spodziewałam), zadzwoniłam.

Pani odebrała po chwili. Była cierpliwa, spokojna i miła…

Miała tak kojący głos, że w sekundę poczułam się bezpiecznie. Dokładnie o wszystko wypytała, uspokoiła mnie, powiedziała, co mam robić krok po kroku (zacisnąć ranę mocno – pewnie to głupie, ale w tej panice, nawet o tym nie pomyślałam). Zapytała, czy jesteśmy szczepione, czy mama ma objawy covidu.  Minutę później oznajmiła: „Proszę się nie martwić, karetka już jedzie”.

Zachowywałyśmy się z mamą, jak głupie – martwiłyśmy się, że ratownicy nas ochrzanią (bo co ich to obchodzi, że nie mam samochodu), że będą niemili, że to i tamto. Uświadomiłam sobie, że zachowujemy się, jak klasyczne ofiary, ale przecież nie dlatego, że nimi jesteśmy. Przemawiało przez nas doświadczenie nasze, naszych znajomych i przyjaciół.

Dosłownie 10 minut później podjechała karetka. Dwóch ratowników, którzy wykazali się ogromną empatią. Uspokoili i mnie, i mamę. Dokładnie ją obejrzeli, tłumaczyli cierpliwie, co mam robić (obmyć ranę, nałożyć skarpetki, spróbować włożyć buty, do kieszeni szlafroka wsadzić jej komórkę). We wszystkim pomagali. Stwierdzili, że muszą zabrać ją na SOR, instruowali mnie, co będzie i jak mam się zachowywać, bo było wiadomo, że nie mogę jechać.

20 min. później mama zadzwoniła, że jest w szpitalu na gdańskiej Zaspie i zaraz będą ją zszywać. Lekarz, choć zmęczony po ciężkiej operacji, był uważny i empatyczny. Zlecił bardzo dokładne badania, pielęgniarki też były kochane. W miejscu, gdzie przywieźli mamę leżał kompletnie pijany facet. Spał, budził się, przeklinał, znów zasypiał, a po chwili wyzywał pielęgniarkę. „Ja bym go zamordowała”, mówiła później mama.

I owszem,  dopiero następnego dnia o dziesiątej rano zadzwoniła, żebym po nią przyjechała. Noc spędziła na wózku, lekarz zniknął, ale tylko dlatego, że miał kolejną ciężką operację. Co chwila kogoś gdzieś przewozili. Mimo to pielęgniarka pytała o jej samopoczucie, przynosiła wodę, cierpliwie odpowiadała na każde pytanie – choć też była po iluś godzinach dyżuru.

Niby tak powinno być zawsze. Ale sami wiemy, że nie jest.

Jeszcze raz bardzo dziękuję w imieniu swoim i mojej mamy.

 


Lifestyle

Karolina Korwin Piotrowska: „Nie patrz w górę” to zimny prysznic na 2022 rok. Przestańmy bajać, że wróci rzeczywistość sprzed pandemii

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
30 grudnia 2021
Karolina Korwin Piotrowska/kadr z filmu "Nie patrz w górę"
 

Po świętach w zasadzie wszyscy mówią tylko o tym filmie – „Nie patrz w górę” (Netflix) – i to nie tylko z powodu wybitnej obsady aktorskiej z Leonardo diCaprio, Jennifer Lawrence i Meryl Streep na czele.  „Rozbito tym filmem bank! To jest wielka siła popkultury i mainstreamu, bo producent „włożył” do obsady wiele oscarowych gwiazd, by każde pokolenie odnalazło swojego idola. Nazwisko reżysera też intrygowało, bo Adam McKay zrobił „The big short”, „Vice” i większość „Sukcesji”, więc można było spodziewać się czegoś mocnego. Poza tym zastosowano genialny zabieg marketingowy – do końca utrzymywano temat w tajemnicy. Był zwiastun, ale on ujawniał tylko kilka scen, do tego jeszcze dwu lub trzyzdaniowy opis. Nikt więc nie spodziewał się, że to będzie tak genialny film na podsumowanie roku 2021! A nawet całej epoki”, mówi dziennikarka Karolina Korwin-Piotrowska.


Karolina, jak bardzo podobał ci się film „Nie patrz w górę”?

– Myślę, że to jeden z najważniejszych filmów ostatnich lat, jeśli nie najważniejszy! Scenarzyści sprzęgli w jeden film wszelkie nasze lęki, strachy i przywary. Zrobili to niesłychanie inteligentnie, przewrotnie, mocno. Ten film jest bez grama litości wobec ludzi. Nikogo nie oszczędza, nie daje taryfy ulgowej. Opowiada między innymi o tym, że dziś wszystko musi być w mediach podawane w sposób przyjemny, bo ludzie już „nie asymilują” niemiłych wiadomości, więc my, dziennikarze, musimy pokazywać białe ząbki i nie mówić o poważnych tematach, znam to, pracowałam w takich mediach, wiem, że tak jest. Jak przez szkło powiększające pokazana jest nasza rosnąca idiokracja! Wstrząsająca rzecz, naprawdę.

Moi znajomi po obejrzeniu „Nie patrz w górę” byli przerażeni. Mówili: „Ale przecież my żyjemy właśnie w momencie, o którym oni opowiadają. Tuż przed końcem świata!” Co o tym sądzisz?

– To jest film podsumowujący ostatnie dziesięciolecia i w ogóle XXI wiek. Opowiada o tym, że my ludzie kompletnie zgłupieliśmy. Poziom inteligencji obniża się i to nie jest żaden wymysł. Istnieją badania, które pokazują, że dziś wielu ludzi nie potrafi przeczytać rozkładu jazdy i nie rozumie prostej instrukcji obsługi blendera. Więc po co w ogóle rozmawiać o katastrofie klimatycznej, szczepionkach, zdrowiu, nauce? Ja dzisiaj zacytowałam na swoim Instagramie tekst autorstwa Wojciecha Czuchnowskiego, podpisałam autora i kilka osób napisało mi: „Gratuluję! Napisała to pani w punkt” albo odnosili się tylko do nagłówka. Dziś ludzie czytają bez uwagi, powierzchownie, a potem żywo na ten temat się wypowiadają. Powiem ci tak – ja już od dawna nie mam złudzeń co do ludzkości.

Ale po tym filmie myślę sobie: może przyda nam się takie spojrzenie, że jesteśmy po prostu bandą kretynów, rządzonych przez kretynów, których sami sobie wybraliśmy i wierzący instagramerom, półanalfabetom, jakiejś celebryckiej patologii w kwestii zdrowia, polityki i praw człowieka?

Dokładnie rok temu, wchodząc 2021 rok, mieliśmy jeszcze złudzenia, że pandemia za kilka miesięcy minie i wrócimy do starego świata. Teraz już takich złudzeń chyba nie mamy?

– Nie miałam tych złudzeń nawet w zeszłym roku. W styczniu 2021 wydałam książkę „Reset”. Rozmawiałam w niej z wieloma mądrymi osobami m.in. Sylwią Chutnik, Michałem Rusinkiem, Natalią do Barbaro, Tomaszem Sekielskim. Oni już w 2020 roku mówili mi, że wchodzimy w kompletnie nową epokę. To jest początek zmian na zawsze! Nie będziemy sobie mogły wrócić, jak w grze komputerowej do początku i zacząć znów żyć po staremu. Nie! My ze łzami wzruszenia w oczach już zawsze będziemy wspominać czas sprzed 2019 roku.

Moi rozmówcy krzyczeli: „Na miłość boską, przecież naukowcy ostrzegali nas od wielu lat, że nastąpi katastrofa klimatyczna, że wirusy będą mutować i nas wykańczać”.

A my zachowujemy się nadal jak kretyni i marzymy o tym, żeby mieć nowe torebki i piękne zagraniczne wyjazdy do kurortów. I paznokcie zielone, bo teraz akurat są takie modne. Przecież to idiotyzm.

Zadam ci najgłupsze z możliwych pytań. Co teraz?

– Trzeba przyzwyczaić się do nowej rzeczywistości. Nie mam już złudzeń. Żadnych. Nasza normalność będzie teraz łamana przez wirus i kryzys ekonomiczny i klimatyczny. I to jest początek, moim zdaniem, jakieś potwornej tragikomedii, jakiegoś zbiorowego samobójstwa, która dzieją się na naszych oczach. Ale my nadal niestety interesujemy się głównie tym, że jakaś celebrytka pokazała cycki, ktoś wziął rozwód albo co dalej z trenerem reprezentacji Polski w piłce nożnej. To są teraz newsy dnia. A to jest kompletnie nieważne.

fot.materiały prasowe

 

Horoskopy na szczęście mówią, że czeka nas lepszy rok. Może w tym należy lokować nadzieję?

– Moja przyjaciółka zadzwoniła do mnie przed świętami złożyć życzenia i powiedziała: „Wiesz, my Koziorożce ostatnie cztery lata miałyśmy ciężkie, ale w 2022 roku będzie dla nas super”. Roześmiałam się, bo moje ostatnie lata nie były takie złe, więc jeśli kolejne mają być lepsze, wchodzę w to. Planuję wydać dwie książki, coraz bardziej zawodowo wybijać się na niepodległość i patrzę optymistycznie, ale w swoim kontekście. Bo nie ukrywam, że jestem przerażona tym, co się dzieje dookoła. Zrzuciłam z siebie też chęć zmienienia świata, bo wiem, że tego nie zrobię. Mogę co najwyżej zmienić własne podwórko. Nie na wszystko mamy wpływ i nie wszystkim muszę się przejmować.

Jak ostatni rok zmienił twoje życie?

– Jestem człowiekiem na kryzysy i na wojny. Potrafię bez bólu ograniczyć swoje budżety, przestrzeń, potrzeby. Nie jestem maksymalistką pod tym względem materialnym. Moi rozmówcy z „Resetu” podkreślali, że najważniejsze jest teraz to, byśmy odnaleźli w sobie umiejętności, które pomogą nam w dostosowaniu się do nowej sytuacji, bo ona nie potrwa jeszcze tylko tydzień ani dwa lata. Świat właśnie zmienia się bezpowrotnie. COVID-19 tylko przyspieszył te wszystkie zmiany, które wisiały w powietrzu – społeczne, mentalne, ekonomiczne, technologiczne. Każde! Dziś jechałam z taksówkarzem i on mi powiedział:

„Niech pani patrzy, jaka pusta piękna Warszawa”. Jakby ktoś dwa lata temu napomknął, że będziemy pracować nie w biurach, ale we własnych domach i że tak się da, to byśmy wybuchli śmiechem.

A teraz praca on-line i nauczanie zdalne dały ludziom sposobność, żeby zapakować w samochody dzieci i uciec z miasta na długie tygodnie. Kiedyś nie do pomyślenia! I fajnie, że tak szybko się adaptujemy i uczymy funkcjonować w tej chorej rzeczywistości. A może już nie mówmy „chorej rzeczywistości?” Mówmy raczej w „nowej rzeczywistości”. Chodzi mi o to, że my musimy w tej nowej rzeczywistości nauczyć się żyć. Nie zamykać się w swoich bańkach, ale wychodzić do ludzi, przyjaźnić się i kochać. I przestańmy bajać z fałszywym optymizmem, że wróci rzeczywistość z 2019 roku. Nigdy nie wróci. Koniec.

fot. materiały prasowe

Jak chcesz teraz żyć?

– Chcę żyć na swoich warunkach. Wielu bohaterów mojej książki opowiadała o tym, że w pandemii zaczęli bardziej dbać o swój dobrostan: żyją wolniej i zajmują się sprawami dla nich istotnymi. Resztę zaczęli olewać. Powiem ci, że w 2021 roku liczba rzeczy, których nie zrobiłam, jest większa niż tych, które zrobiłam. Postanawiam się totalnie wyluzować. Przez dwa miesiące jednak musiałam wrócić do dawnego tempa i wtedy pomyślałam, że ja już tak nie chcę. Byłam na granicy paranoi, bo już odzwyczaiłam się, że jestem 20 godzin na dobę na nogach. Nie mam ochoty do tego wracać. Może to jest kwestia wieku i doświadczenia? Nie spotykam się też z pewnymi ludźmi, nie zmuszam się do kontynuowania toksycznych znajomości, bo mi kogoś na przykład żal, albo bo tak wypada, nie chodzę na imprezy, które mnie nie interesują, czyli niemal nie chodzę nigdzie. Pozbyłam się, sprzedałam wiele rzeczy, bo uznałam, ich nie potrzebuję. Nie interesują mnie dzisiejsze wyprzedaże w Zarze.

Wolałabym, żebyśmy wszyscy skupili się na bardziej dalekosiężnych sprawach, jak to cholerne ratowania planety, o którym mowa jest w filmie Adama McKay’a. Pytanie jest takie, czy Ziemia jest w ogóle jeszcze do uratowania? Czy mamy na to czas?

Czy z twojej książki bije jakaś nadzieja?

– Niewielka! Niestety COVID-19, jak każda sytuacja kryzysowa i jak każda wojna, obnażył, jacy jesteśmy naprawdę. Jaka jesteś ty, twoi przyjaciele, rodzina i świat wokół ciebie. A świat zidiociał.

Niedawno bym się z tobą bardzo na ten temat pokłóciła. Teraz z wielkim smutkiem chyba przyznam rację.

– Niestety dziś w znakomitej większości jesteśmy bardzo naiwni i nie potrafimy myśleć ani logicznie, ani perspektywicznie. A jednocześnie jesteśmy przerażeni. Ja też w zeszłym roku czułam rozpacz, myśląc o uchodźcach i naszym stosunku do nich, pomogłam, ile mogłam, mając świadomość, że to kropla w morzu potrzeb. Jako społeczeństwo kompletnie nie zdaliśmy egzaminu z człowieczeństwa. Ale jakoś to sobie próbuję racjonalizować. Po obejrzeniu ostatniego filmu Wojciecha Smarzowskiego myślę, że my po prostu tacy jesteśmy. W „Weselu” mieszkańcy jednego miasteczka w jednej stodole palą Żydów, a w drugiej ich ukrywają. Nic się do dziś nie zmieniło i powinniśmy się tego absolutnie wstydzić.

Czyli i my zostawiamy naszych czytelników bez słowa otuchy?

– Musimy! O tym jest też trochę film „Nie patrz w górę”. To jest zimny prysznic.

I o tym mówiła już dawno Greta Thumberg: „Chcę, żebyście wpadli w panikę”.

Zobacz także: Co takiego robimy, że nie możemy wyjść z samotności? 5 fatalnych strategii szkodzenia sobie


Lifestyle

„Czasem jeszcze zastanawiam się, kim naprawdę jest, czy wszystko, co pisał było kłamstwem”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 grudnia 2021
fot. praetorianphoto/iStock
Przygodę z Tinderem zaczęłam w maju. Kilka razy zakładałam i kasowałam aplikację. Moich historii mogłabym opowiedzieć kilka, ale przedstawię dwie najważniejsze. Jedną bardzo krótką i bezbolesną oraz drugą, która głęboko się we mnie wryła i chyba skutecznie zniechęciła mnie do dalszego randkowania na Tinderze

Historia 1

Po drugiej stronie osoba medialna, dziennikarz, mężczyzna lat 40. Na pytanie, co lubi robić w wolnym czasie, odpowiada: lenić się, imprezować, spotykać się z kumplami, opalać się.  To jednak był dopiero początek jakże interesujących odpowiedzi na moje pytania. W dalszej luźnej rozmowie rzuciłam, że zjadłam śniadanie, a mój rozmówca skomentował to, żebym nie jadła za dużo, żeby nie poszło mi w brzuch, który na zdjęciach i tak ukrywam! Dodam, że niczego nie ukrywałam i jestem bardzo szczupłą osobą. Zapytałam go, co jeszcze przeszkadza mu w kobietach. I teraz uwaga! Grube nogi, zwłaszcza łydki! Rozwaliło mnie to totalnie i napisałam mu, że to śmieszne. Na co on: nas to nie śmieszy. Dalsza rozmowa nie miała sensu.

Historia 2. Książę z bajki

Bo taki właśnie był, a przynajmniej na takiego się wykreował. Nathaniel, lat 29. Na zdjęciach profilowych w górach, w opisie ratownik górski, fotograf. Od razu mi się spodobał i z niecierpliwością czekałam, czy on również przesunie w prawo. Następnego dnia rano informacja: masz nową parę, a kilka minut później nietuzinkowa wiadomość (to jedno z jego ulubionych słów). Wtrącę, że mam 31 lat, mieszkam pod Warszawą, kocham Tatry i kulturę góralską, czego jednak nie było w moim opisie.
Już od samego początku rozmowa idealnie się kleiła, on szarmancki, z poczuciem humoru, żadnych podtekstów seksualnych. Z każdą kolejną wiadomością upewniałam się, że to przeznaczenie, że tyle lat byłam sama, bo czekałam właśnie na niego.
Mama góralka, tata Włoch, kardiolog, on ratownik górski i fotograf. Rodzice prowadzili pensjonat w okolicach Zakopanego, mieli stajnię, strzelnicę i wiele innych bajerów. On sam część roku spędzał w górach i pracował jako ratownik, a część roku w drugim mieszkaniu pod Warszawą, pracując jako fotograf. Był też smutny aspekt jego życia. Miał siostrę bliźniaczkę, która miesiąc wcześniej zginęła na misji wojskowej. I tu zapaliła mi się lampka, ale postanowiłam się nie zniechęcać, bo przecież różne rzeczy się zdarzają.
Zaczęliśmy pisać we wtorek. W czwartek zagadnęłam o spotkanie. Zapytał, kiedy mam czas. Kiedy napisałam, że mam wolny weekend, on napisał, że w piątek będzie na weselu jako fotograf, a w weekend ma wesele w górach, na którym jest świadkiem. Kolejna lampka – miesiąc po śmierci siostry będzie bawił się na weselu, ale nie czepiajmy się, każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Pisało nam się wspaniale, lubiliśmy to samo, mieliśmy te same wartości, pisaliśmy to samo w tym samym momencie. Z nikim nigdy tak świetnie się nie dogadywałam.
W piątek zapytał, czy może zechciałabym jechać z nim na wesele do Zakopanego!!!! Miałam kocioł myśli w głowie, przeprowadziłam sondę wśród znajomych. Z jednej strony, jak to jechać z obcym facetem w góry na kilka dni? A z drugiej strony myśl, że być może to moja życiowa szansa i kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Zgodziłam się! I w tym momencie on zaczął się powoli wycofywać. Zrobił to umiejętnie, wykorzystując moje wcześniejsze wątpliwości. Że z obcym facetem będę się czuła niekomfortowo, a on tego by nie chciał, bo dla niego najważniejsze jest moje samopoczucie i że za dwa tygodnie będzie miał kolejne wesele w górach, więc wcześniej wypijemy kilka herbat i wtedy pojedziemy. Poczułam niepokój, ale przecież nie czepiamy się:) On przeprosił za zbyt szybką propozycję i sielanka trwała.
Pisaliśmy non stop. Od momentu, gdy wstawałam do pracy, przez cały dzień pracy i do 2 w nocy. Spałam po 3-4 godziny bo rozmowy dosłownie płynęły, a ja mimo kolejnych czerwonych lampek unosiłam się nad ziemią. A tymi kolejnymi czerwonymi światłami było m.in. to że gdy on jechał do Zakopanego na Tinderze nie zmieniała się odległość. Nie pytałam, bo nie za bardzo ogarniałam tą aplikację a on sam w końcu napisał, że wyłączył lokalizację i na Tinderze nadal dzieli nas niewielka odległość.
Pisał ze mną non stop, a na pytanie czemu nie skupia się na prowadzeniu auta odpowiedział, że uwielbia funkcję pisania głosem. Zresztą zawsze na wszystko miał odpowiedź. Gdy przyszła godzina ślubu, czyli 17, nadal ze mną pisał, tłumacząc to tym, że ślub jest o 17.10, a pada więc czekają w samochodzie. Później w zasadzie przez całą noc zamiast uczestniczyć w weselu pisał ze mną. No ale skoro zmarła mu siostra, to pewnie nie miał ochoty na zabawę. W niedzielę napisał, że jest chory, pogorszyło mu się. O tym, że źle się czuje wspominał już w piątek, wysłał nawet zdjęcie termometru. W ogóle wysyłał mnóstwo zdjęć i nagrań głosowych, ale nigdy nie zadzwonił.
W końcu z Tindera przeszliśmy na WhatssApp. Wtedy się cieszyłam, oboje skasowaliśmy konta. Teraz myślę, że zrobił to, abym nie mogła sprawdzać odległości jaka nas dzieli. Wracając do niedzieli… rozchorował się bardzo, jego tata postanowił położyć go w szpitalu, bo z jego chorobą takie przeziębienie może być niebezpieczne. Miał chore serce! Ratownik górski… i tu już czerwone światło aż paliło w oczy. No ale wysłał zdjęcie zabandażowanej ręki, smutne minki, a mi miękło serce. Wtedy już mocno czułam, że coś jest nie tak, ale tak bardzo chciałam wierzyć w to, że jest tym, za kogo się podaje, że wmówiłam sobie, że na pewno da się to jakoś wyjaśnić i kiedy się spotkamy porozmawiamy o wszystkim. Wysyłaliśmy sobie zdjęcia. Z dzieciństwa, z późniejszych okresów. Mi co prawda zdjęcia z Tindera z kolejnymi nie do końca się zgadzały, ale przecież przez lata człowiek mógł się zmienić. W końcu wysłał mi zdjęcia, które robił na ślubach. Wtedy pisaliśmy już półtora tygodnia. On nadal leżał w szpitalu.
A mnie tknęło i wszystkie zdjęcia, które mi wysłał przepuściłam przez aplikację lokalizującą je w internecie. Bingo! Zdjęcia, które robił znalazły się na stronie fotografa… tylko zagranicznego. A zdjęcie – widok z jego pokoju, to zdjęcie z bookingu. Zawalił mi się świat… byłam zrozpaczona, wściekła, rozczarowana. On oczywiście napisał, że to są zdjęcia, które robił i do których sprzedał prawa autorskie. I na tym ta historia powinna się zakończyć. Niestety, mimo że już wiedziałam, że kłamie, miałam w sobie jeszcze resztki nadziei. Poprosiłam go o spotkanie! Powiedziałam, że mi zależy, że chcę się spotkać i chociaż raz porozmawiać.
Oczywiście dzwoniłam do niego, ale on nie odbierał. I to on udawał obrażonego, że go sprawdzam, że mu nie ufam, że szukam czegoś na niego. Ostatecznie zgodził się na spotkanie za tydzień, prosząc, żeby do tego czasu między nami nic się nie zmieniło. I dalej się w to wkręcałam. Chociaż byłam prawie pewna, że on w sobotę się nie zjawi. 40 minut przed spotkaniem napisał, że nie wie, czy nie stchórzy. Wtedy miałam pewność. 10 minut później napisał, że przeprasza, że to nie ma sensu, a on nie da rady. Napisałam mu, że ode mnie dostaje Oscara, że wiem, że kłamie od wielu dni, ale postanowiłam to pociągnąć.
Zapytałam dlaczego?! I dopisałam, że i tak na pewno nie powie prawdy. Na co on napisał, że ja jestem wspaniała, a on jest zwykłym śmieciem. Tym razem to już powinien być definitywny koniec tej historii, prawda? Ale przez mój upór, przez moją głupotę nie był. Zaczęłam naciskać, pytać, o co chodzi, dlaczego tak mówi, czy to wszystko było kłamstwem. Odpisał, że wszystko można udawać, ale nie uczucia. Więc pojawiła się nadzieja, że kłamał ale przecież musi być w nim coś dobrego. Zapytałam o kłamstwa. Przyznał, że zdjęcia na Tinderze nie były jego, tak jak rzekome zdjęcia jego autorstwa, ale wszystko inne to prawda. Nie uwierzyłam ale postanowiłam to pociągnąć. Naciskałam, że skoro jemu też zależy, żebyśmy się spotkali i dali sobie szansę. I to znowu on mnie odpychał, tłumaczył, że nie jest odpowiednim facetem dla mnie, że ma przeszłość, że powinnam trzymać się od niego z daleka. Naciskałam dalej, w końcu wyznał mi, że… w dzieciństwie był molestowany. Nie do końca uwierzyłam, ale moje serce zmiękło… Przez kilka dni prosiłam go o spotkanie, a on pisał, że musi to przemyśleć, że ma problemy z agresją, że nie chce, żebym tego wszystkiego doświadczyła. Ale zgodził się….umówiliśmy się na poniedziałek, w niedzielę miał robić zdjęcia na chrzcie.
Napisałam do niego w niedzielę, a on jak gdyby nigdy nic pisał ze mną. Zapytałam, czemu nie jest na chrzcie, na co on odparł, że sesje w domu już robił, a w kościele jest o 14. Hmm… odpisałam, że nie robi się sesji w domu kilka godzin wcześniej… oczywiście i na to miał odpowiedź. Poprosiłam o lokalizację, wkurzył się, ale za kilka minut ją udostępnił (zrobił to wcześniej kilka razy, żeby uwiarygodnić gdzie jest, bo tak bardzo chciał, żebym mu wierzyła) – faktycznie zmierzał do jakiejś parafii. Poprosiłam o zdjęcie aparatu, wkurzył się jeszcze bardziej. Lokalizacja zniknęła, ale za 10 minut wysłał zdjęcie aparatu. Tylko, że w tej parafii o tej godzinie nie było żadnej Mszy. Oczywiście na to też znalazło się wyjaśnienie, że był sam chrzest i znowu się obraził, że mu nie ufam.
Znowu przepraszanie, naciskanie, proszenie. Już coraz bardziej z ciekawości, kim jest, bo to, że kłamie było oczywiste. To, co opisałam to niewielka kropla jego kłamstw i niejasności. Jeżeli zadawałam niewygodne pytania, szybko zmieniał temat. Gdy zapytałam o stronę internetową napisał, że pokaże mi, jak się spotkamy. Gdy zaczynaliśmy pisać i zapytałam czy pracuje w TOPR czy w GOPR, napisał, że w TOPR, po czym kilka tygodni później opowiadał o akcji na Orlej Perci, którą przecież „obsługuje” GOPR. Ale przecież w TOPR też był, ja wszystko zapamiętywałam, analizowałam, zestawiałam. Nic mi się nie zgadzało, nic.
Dzień przed spotkaniem napisałam mu że to nie ma sensu, że mu nie ufam, że mu dziękuję, ale lepiej będzie, jak skończymy to teraz. Oponował, prosił, nalegał, ale w końcu się zgodził. Rzucił, że nigdy już nie będzie nikogo szukał, bo byłam jedyna i wyjątkowa. Że on teraz zajmie się sobą. Ulżyło mi, że to koniec. Jednocześnie ciężko było wrócić do codzienności. Telefon znowu milczał… Postanowiłam sobie, że już nigdy Tindera, bo przecież nie przeżyję, jeżeli znowu dam się oszukać, że nikomu już nie zaufam. Miesiąc później założyłam konto z ciekawości, czy on tam jest. Był: Dawid, lat 29, ratownik górski, alpinista. Zainteresowania: robienie zdjęć. Języki: polski, angielski, hiszpański. Czyli tym razem ma ojca Hiszpana…. Dalszy opis w jego stylu, zdjęcia jakiegoś mężczyzny w górach.
Moja znajomość z nim trwała miesiąc. To, co zrobił ze mną przez ten czas… Najpierw naprawdę uwierzyłam, że jest idealny, że w końcu i do mnie przyszło szczęście. Później była niepewność, analiza, zastanawianie się. Totalnie rozwalił mnie emocjonalnie. Był moment, że czułam, że się nie podniosę. Ale wbrew pozorom to całe przeciąganie sprawy mi pomogło. Z każdym dniem jego wizerunek padał w moich oczach i chyba leczyłam się z tego zauroczenia.
Największy żal mam do siebie, że zwierzyłam mu się z wielu osobistych doświadczeń, na szczęście nie podałam mu nazwiska, miejsca pracy i niczego po czym mógłby mnie zidentyfikować.
Czasem jeszcze zastanawiam się kim naprawdę jest, czy wszystko, co pisał było kłamstwem, myślę, że być może nigdy nawet nie był w górach. Być może to chłopak z małej wsi, który wykreował się na kogoś, kim chciałby być. A może jakiś stary facet o wybujałej fantazji. Albo po prostu ktoś z zaburzeniami, patologiczny kłamca. Kłamał oscarowo…. A ja – prawniczka! –  chciałam jechać z obcym facetem po trzech dniach pisania na drugi kraniec Polski. Nawet wyciągnęłam sukienki na wesele…

Zobacz także

Nie lubisz się męczyć, a chcesz zrzucić zbędne kilogramy? Poznaj 13 trików, dzięki którym schudniesz nawet 8 kg bez diety i ćwiczeń

Nie potrafisz odejść, nie potrafisz zostać i zrobić z tego związku coś lepszego, coś, o co wciąż warto walczyć

Gwiazdka z nieba pod choinkę, czyli odpoczynek z kokardą. Prezentownik Oh!me 2018