Lifestyle

Dlaczego wstydzimy się samotności?

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
29 lipca 2016
fot. iStock/max-kegfire
 

Samotność w życiu człowieka jest czymś zupełnie normalnym, a czasem nawet potrzebnym. Pomimo tego to ciągle temat tabu. No bo jak to możliwe, żeby kobieta w wieku 25 lat jeszcze nikogo nie miała, a w wieku 34 ciągle była sama? Przyczyn samotności mogą być tysiące, ale najważniejsze jest to, żeby przestać się jej wstydzić. Wtedy lepiej będzie się nam żyło.

1000 i jeden powód

Rozstania i przeprowadzki, to jedne z tych przyczyn samotności, które zaklinają nasze życie na kilka kolejnych lat. Ból po rozstaniu może być tak ogromny, że zablokuje naszą zdolność do miłości na długi czas, a przy okazji sprawi, że nie będziemy w stanie nikomu zaufać.

Każdy z nas przeżył to chociaż raz w swoim życiu, nie ma co się oszukiwać, że nie było to traumatyczne przeżycie. W końcu nikt z nas nie jest gotowy na rozstanie, nawet jeżeli widać, że związek się wali – przynajmniej ktoś zawsze jest obok. Najtrudniejszym do pojęcia elementem samotności jest fakt, że może dotknąć także ludzi, którzy prowadzą ożywione życie towarzyskie lub są w związku, nawet tym małżeńskim. Wszyscy znamy powiedzenie, że samotnym można się czuć nawet wśród tysiąca ludzi, wystarczy, że nie ma obok kogoś, kto nas zrozumie.

Niewidzialna bomba

Tym co najbardziej przeraża w samotności to przekonanie, że wszyscy przez nią od nas uciekali lub chcieli nas wykorzystać. Która z nas nie przestraszyła się choć raz, gdy czekając samotnie na przystanku próbował zagadać do niej jakiś facet? Mógł nawet i wyglądać całkiem porządnie, ale jednak w naszych głowach samotna kobieta to taka, którą trzeba skrzywdzić. Czujemy się trochę jak te samotne, porzucone plecaki w środku miasta do których trzeba wezwać pirotechników, bo na pewno jest w nich bomba! W samotnych kobietach czasem tyka bomba, która kiedyś na pewno wybuchnie, bo ładunek emocjonalny jest zbyt wielki. Problem w tym, że dokładnie tak samo jak w przypadku plecaka, nam też potrzeba pirotechnika, który rozbroi ładunek przed eksplozją dla naszego własnego dobra.

Pirotechnik potrzebny od zaraz!

Ok, doskonale rozumiem, jak trudno dopuścić o siebie kogokolwiek, gdy jesteśmy pogrążeni w otchłani samotności. Po śmierci mojego taty niby miałam wokół siebie przyjaciół, rodzinę, ale i tak brakowało tej jednej, jedynej osoby, która teraz właśnie miała być przy mnie.

Brałam na siebie więcej i więcej, sprawiając wrażenie ogarniętej dziewczyny, która świetnie radzi sobie z tak wielką stratą. Byłam tą tykającą bombą z plecaka porzuconego na mieście. Na szczęście dla mnie pojawił się ktoś, kto nie zważając na moje zapewnienia, że przecież wszystko jest ok, bo tak miało być, postanowił mnie unicestwić. Wystarczyło piętnaście minut, a ryczałam jak dziecko, które nie potrafi zasnąć. Bałam się przyznać do tego, że czuje się samotna, bo bałam się jeszcze większego współczucia i użalania się nade mną. Całe szczęście, pojawił się mój osobisty pirotechnik.

Prawdziwa sztuka

Trudno rozmawiać z ludźmi w stanie, kiedy czujesz że zostałaś zupełnie sama. Najgorsze są te rodzinne imprezy, kiedy babcie i ciocie wypytują gdzie twój kawaler, a kiedy ślub, a dzieci? Dzień dobry, właśnie czujesz się jak najgorszy człowiek na świecie! Bo przecież kobieta sama, bez faceta, nie może zrobić nic sensownego, o podbijaniu świata nie mówiąc. Samotność to najbardziej wstydliwe doznanie, bo przecież każda z nas powinna rządzić światem i mieć w zanadrzu kilka przyjaciółek, stałego faceta i świetny plan na przyszłość. Niespodzianka, życie wcale nie jest takie idealne, a samotność nie jest niczym złym, to normalny element ziemskiej egzystencji. Kilka dni temu usłyszałam, że trzeba nauczyć się liczyć tylko na siebie, bo w gruncie rzeczy, kiedy dzieje się coś złego i tak zostajemy z tym sami. Bolesne, ale prawdziwe.

Złe dobrego początki

Kiedy pierwszy raz zderzamy się ze swoją samotnością, zamykamy się przed światem w kokonie lub jak kto woli, tworzymy z siebie „ludzkie burito”. Reagujemy drażliwie na każdą interakcję w kawiarni, restauracji czy na ulicy, tak jak w przypadku faceta na przystanku.

Po pewnym czasie może się jednak okazać, że ta izolacja nie zrobi z nas pięknego motyla, a wręcz przeciwnie – poczwarkę, która nie będzie potrafiła się wykluć, a przez to tym bardziej nie wyjdzie do ludzi. Brzmi znajomo, co? Tak naprawdę to przeszywające uczucie samotności zawsze ma podłoże w naszym dzieciństwie. I ma w tym nic złego, bo przecież dziś jedyne co możesz zrobić to pogodzić się z przeszłością. Najważniejsze, żebyś pozwoliła sobie na szczęście, nawet to bez ukochanego u twego boku lub bliskiej ci osoby w życiu. Jak śpiewa Mela Koteluk „ty jesteś początkiem do każdego celu”. Ty, nikt inny. Dlatego też nie ma się co wstydzić swojej samotności, życie singielki może być cudowne!


Lifestyle

„Mam nadzieję, że i ty poukładałaś swoje życie”. List do kochanki mojego męża

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
29 lipca 2016
Fot. iStock/coloroftime
 

Gdybyś pewnego dnia dostała list od kochanki swojego męża, odpisałabyś?… Ona to zrobiła i najszczerzej jak potrafiła opowiedziała kobiecie, przez którą prawie rozstała się z mężem o swoich uczuciach. 

List otwarty Carlie Maree do kochanki jej męża

Przyjaciółka mojej córki nosi takie samo imię jak ty. Oznacza to tylko tyle, że słyszę je często. Kiedyś aż kuliłam się na jego dźwięk. To taka słodka, mała dziewczynka. Za każdym razem, gdy moja córka mówi o tym, jak świetnie razem się bawią, to muszę przyznać: cieszę się, że to nie o tobie mowa.

Rok temu wysłałaś mi e-mail, który przewrócił do góry nogami życie kilku osób. Moje, mojego męża, mojej córki, naszych rodziców, krewnych, przyjaciół.  Często zastanawiam się, co przyszło ci do głowy, w tamtym momencie. Ile było z tym wszystkim chęci zemsty na mężczyźnie, który złamał ci serce, a ile chęci bycia „w porządku” wobec jego żony. Jednak te wszystkie szczegóły, z którymi opisywałaś waszą relację, rozwiały moje wątpliwości: chciałaś zadać mi ból. Wiedziałaś c,o powinna usłyszeć żona, żeby postawić ją w sytuacji bez wyjścia, a jej małżeństwo na drodze bez powrotu.

Zastanawiam się, na ile mnie wtedy zdołałaś poznać, ile o mnie wiedziałaś. Na pewno śledziłaś mnie online, czytałaś mój blog, widziałaś moje zdjęcia. Myślę o tym, czy wiedziałaś, że tego dnia, kiedy odczytam twoją wiadomość zatytułowaną „twój mąż”, będę akurat w pracy.

Tak, był nim wtedy, i teoretycznie nadal jest moim mężem. Ciekawe czy teraz myślisz o nim jako o swoim byłym chłopaku. To takie dziwne uczucie, uświadomić sobie, że ten mężczyzna, którego tak dobrze znałam, miał w życiu inną bliską kobietę, o której istnieniu nie miałam pojęcia.

Szczerze to przyznaję, nie wiedziałam o tobie. Pewnie powinnam była się domyśleć. Na pewno spytałam go o to, ale w głębi serca naprawdę nie myślałam, że to w ogóle mogłoby się nam przytrafić. Ten związek był silny. Tak myślałam. Mieliśmy półroczne dziecko, on ciągle pracował. Oczywiście nie zawsze było pięknie i na pewno nie byliśmy ze sobą w tak ścisłym kontakcie jak dawniej, ale wierzyłam, że on to dla mnie przetrwa, przetrzyma. A potem wszystko zacznie się układać. I pewnie przetrwałby, przeczekał, gdybyś nie pojawiła się w tamtym, niedobrym momencie.

Nie mam ochoty nikogo obwiniać, nie jestem też osobą skłonną do nienawiści. Nie obchodzi mnie znajdowanie „winnych”. Szczerze wierzę, że to wszystko przytrafiło się nam z jakiegoś powodu i że wszyscy powinniśmy wyciągnąć z tego jakieś wnioski. Mogę sobie wyobrazić, ile on musiał dla ciebie znaczyć. Mieszkasz w małym mieście, pewnego wieczoru do twojego baru wchodzi on – przystojny, interesujący. Mój mąż potrafi być zabawny i uroczy. Mogę też sobie wyobrazić jak się w nim zakochujesz. Jak przychodzi co wieczór i opowiada ci jak to jest ciężko z małym dzieckiem w domu, jak nagle przestał być dla mnie ważny. Wystarczyło tylko go posłuchać – dać mu to czego pragnął, a czym ja wtedy dla niego już nie byłam – i już był twój. Wiesz, potrafię to zrozumieć, ja też zakochałam się w nim „po tamtej stronie baru”.

Czasem myślę o tym, czy on próbował w tobie wtedy odnaleźć wszystko to, co we mnie utracił. Byłam kiedyś słodką blondynką w krótkiej spódniczce i stałam za barem w jego ulubionym pubie. Minęło 10 lat i jestem mamą w dresach, z siwymi odrostami i cieniami pod oczami po nieprzespanej nocy z chorym dzieckiem. Cóż z tego, że on miał przecież kochać i tę wersję mnie. Pewnie kochał, ale brakowało mu tamtej dziewczyny, która cały swój czas poświęcała jemu i tej miłości. Ty właśnie to mu dałaś.

Właściwie to nawet się cieszę. Źle było mi z myślą, że te wszystkie noce, kiedy nie było go w domu, spędzał sam, w hotelu, z daleka od rodziny. Ale on nie był sam. Był z tobą. Swoje urodziny spędził z tobą. Pocieszałaś go nawet wtedy, kiedy straciliśmy psa. Kocham go wystarczająco mocno, by cieszyć się, że znalazł pocieszenie i miłość w tych trudnych chwilach, choć żałuję, że to nie była moja miłość i moje pocieszenie.

Jak to często bywa w takich przypadkach, wierzyłaś że zostawi mnie dla ciebie. Ale tego nie zrobił. Zostawił ciebie. Nasza córka podrosła, zaczęła przesypiać noce. On odnalazł we mnie kobietę, w której zakochał się wiele lat temu. Chciał żeby to nam znowu zaczęło się układać, chciał dobrze dla naszej rodziny. Założę się, że to cię musiało boleć. Miałaś wybór. Mogłaś odpuścić, pozwolić mu naprawić małżeństwo, albo spróbować mu je odebrać. Wybrałaś tę drugą opcję.

Bardzo się staraliśmy poskładać to nasze małżeństwo, rozbite na tyle małych kawałków, ale to się nie udawało. Było już inaczej, ja byłam inna – zmieniłam się. Przesądziły o tym szczegóły. Na przykład te twoje słowa i obrazy, który miałam w głowie. Myślę, że wiedziałaś, ze tak właśnie będzie.

Teraz już u nas w porządku, u mnie i u niego. Właściwie jesteśmy ze sobą bliżej niż kiedykolwiek. Nauczyliśmy się o sobie bardzo dużo. Mimo tych trudnych doświadczeń nadal mamy dla siebie wiele miłości i szacunki i to jest dobre dla naszej córeczki. Nikt tego nie zmieni.

Mam nadzieję, że i ty poukładałaś swoje życie. Że i dla ciebie cała ta historia była lekcją i że odnalazłaś w sobie taki sam spokój jak ja.

Carlie


 

Źródło: mamamia.com.au 


Lifestyle

Dlaczego nie odejdę? Opowiem ci o moim małżeństwie

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 lipca 2016
Fot. iStock/BraunS

Czytałam wczoraj o miłości, która towarzyszy staruszkom już kilkadziesiąt lat. A później czytałam o miłości aż po grób – którą przerwała śmierć zbyt szybko.

Czasami myślę sobie: „Po co mi on, może samej, może gdzie indziej byłoby mi lepiej?”. Kto da mi pewność, że on to ten jedyny, na zawsze. Kto mnie zapewni, że za rogiem nie czeka ktoś inny? Ktoś na kogo powinnam wiele lat wcześniej trafić, a może właśnie teraz, by dostrzec tę miłość”.

Nie wiem. A czasami tak bardzo chciałabym mieć pewność. Bez wątpliwości, bez pytań zasypiać i budzić się koło tego samego faceta.

Pewna kobieta, która rozwiodła się kilka lat temu powiedziała mi ostatnio: „A co, jeśli to on, mój były mąż, był miłością mojego życia?!?”. No właśnie. W miłości nie wiemy niczego na 100%. Niczego nie jesteśmy pewni, nawet tego odejścia, które po latach może okazać się pomyłką, a przecież wcale nie musi nią być.

I wkurzam się za brak uniesień, za skarpetki w pokoju, za niezakręconą tubkę po paście do zębów. Wkurzam się za brak telefonu i za brak uważności. Za zasypianie na kanapie i oglądanie durnych (moim zdaniem) programów.

Wkurzam się na wiele rzeczy. Za minę, za ton, za nastrój, za słowa wypowiedziane i te, które nigdy nie padły.

Ale kiedy daję sobie czas, żeby usiąść i przyjrzeć się nam – przez chwilę, ułamek sekundy łapię tę pewność, że tak, że my z jakiegoś nieuchwytnego zupełnie powodu jesteśmy razem.

I mogłaby rzucić się w wir szalonego zakochania, motyli w brzuchu, namiętności i pożądania znanych każdemu początkowi. Ale wybieram to, co znane, co opatrzone, co czasami nazywam nudą i rutyną.

Dlaczego? Bo moje małżeństwo uczy mnie wiele rzeczy, to w nim nieustannie się rozwijam, poznaję siebie, uczę się nas za każdym razem jednak na nowo.

Dlatego nie chcę szukać, nie chcę podsycać wątpliwości, nie chcę analizować tego wszystkiego, czego tu mi brakuje, a co może mogłabym dostać gdzie indziej.

Dlaczego? Bo moje małżeństwo to:

zrozumienie – zrozumienie na to, że dzisiaj nie chce mi się ugotować obiadu, a przedwczoraj zasnęłam zmęczona na kanapie, choć zapewniałam, że pójdziemy na spacer. To zrozumienie, że dla niego są rzeczy ważniejsze niż dla mnie, te do których ja zupełnie nie przykładam wagi, a które on stawia sobie wyżej w swojej hierarchii potrzeb, czy planów.

akceptacja – tego, że nie jesteśmy idealni, że nie jesteśmy tacy, jak sobie wymarzyliśmy. Ile lat oczekiwaliśmy od siebie nawzajem zbyt wiele. Ja chciałam zmienić jego – krzyczałam, porzucałam, odchodziłam, szantażowałam. I on, który nie chciał, bym taka była – z pretensjami, żalami, których nie umiał zrozumieć. Dzisiaj śmiejemy się z tego, ze swoich wad, słabości,

rozmowa – której się uczyliśmy bardzo długo, czasami myślę, że zdecydowanie za długo. Ale udało się… pamiętam, jak oboje płakaliśmy, jak ciężko było nam zacząć, wypowiedzieć te emocje, lęk, wątpliwości. Wtedy wiedziałam, że nam zależy, że chcemy, że nie poddamy się tak łatwo. Dowiedziałam się, że nie możemy zamykać się na siebie, liczyć, że ta druga strona się domyśli, że tak już nas zna, że słowa są zbyteczne. Jak bardzo się myliłam – i ja i on.

bezpieczeństwo – może nie takie, jakbym chciała, może nie w tych obszarach, na których mi zależy. Ale oswoiłam te braki, przestałam się ich bać, dowiedziałam się, że o niektóre rzeczy muszę zadbać sama, bo one dla mnie, nie dla niego są istotne. Ale to nie znaczy, że nie czuję się bezpiecznie. Bo dostaję o wiele więcej – bo mam pewność, że mogę na niego liczyć w każdej sytuacji, że z problemami, kłopotami mnie nie zostawi, że nawet jakbyśmy się rozstali, a ja zadzwonię po północy prosząc o pomoc – zawsze, ZAWSZE będę mogła na nią liczyć. Tak, mam tę pewność.

radość – rozśmiesza mnie do dzisiaj przypominając mi chłopaka, w którym się zakochałam. Uwielbiam, jak w lot łapie żart, jak bez słów, wystarczy spojrzenie – się rozumiemy i wybuchamy śmiechem. Jak śmiejemy się z siebie nawzajem, kiedy już żadne nie czuje się urażone, bo jest świadome swoich ułomności.

wolność – dzisiaj to wiem. Małżeństwo, jeśli jest ograniczeniem to narzucanym przez nas samych. Powtarzamy: „Nie zrobię tego, bo co on zrobi/pomyśli/poczuje” i frustrujemy się, że to związek nas ogranicza nie widząc, że ten związek jest jedynie doskonałą wymówką dla naszej stagnacji, tłumaczeniem zmian, których nie odważamy się podjąć. Moje małżeństwo dzisiaj to wolność, do której oboje musieliśmy dojrzeć. To wolność wyborów, decyzji, podejmowania wyzwań, realizowania celów, spełniania się w swoich pasjach, każdy w swoich, by móc się spotkać, by pozostawać dla siebie interesującym, by zatęsknić za sobą.

miłość – nie wiem, czy to ta jedyna, czy ta największa, czy pierwsza, a może ostatnia. Pewnie do odpowiedzi bliżej mi będzie, gdy pomyślę o moim życiu z perspektywy staruszki. Dzisiaj jestem tutaj. Jestem, bo mi szczęśliwie, choć czasami boleśnie, bo mi wygodnie, choć ta wygoda czasami wkurza, bo mi dobrze, choć czasami chciałabym pocierpieć, przeżyć coś tak mocno, aż do bólu, i żeby poczuć, że jeszcze czuję.

Ale ta moja miłość jdzisiaj est spokojna, mimo burz, które się zrywają od czasu do czasu. Przestałam już płakać, że taka jest. Nie mam już poczucia straty, że coś minęło bezpowrotnie, że nie doświadczam już z nim tak silnych emocji, jak kiedyś, jak może z kimś innym. Bo moja miłość cała jest emocją wypełniającą mnie po brzegi spokojem.

Tak, dlatego jestem tutaj i teraz, i nie chcę nigdzie odejść, nawet, gdy on nie wyśle SMS-a, nie zadzwoni przez cały dzień, zapomni przytulić. Jestem, bo wiem, że kocha i że ja kocham. Jaką miłością? Dzisiaj już jej nie chcę jej definiować, tylko czuć.


Zobacz także

Stacja Gówna. Z cyklu: Mamowe opowieści.

Jak cierpią mężczyźni. 7 sposobów, na jakie faceci radzą sobie z miłosnym zawodem

Kawa z mlekiem matki? To coś więcej niż prowokacja