Lifestyle

Depresja to potwór. jest jak wirus, jak zaraza, przed którą nie ma ratunku. Źle zrobiłam uciekając, bo przed nią się po prostu nie da uciec

Anika Zadylak
Anika Zadylak
23 lutego 2022
Fot. iStock/lolostock
 
Mam dziś 29 lat, a czuję się czasami jak staruszka stojąca nad przepaścią  i czekająca na to, że ktoś ją w końcu zepchnie w dół. Jestem zła, wściekła i  zazdrosna o to, że inni mają normalne życie, że potrafią się uśmiechać, czerpać garściami z każdego dnia, że są szczęśliwi.

Mam żal do losu i do rodziców, że nie potrafili mnie ochronić, że pomagali tylko mojemu choremu bratu, że wszystko kręciło się wokół niego. Tak jakby ta cholerna choroba dotyczyła tylko jednej osoby, a przecież cały nasz dom gnił od jego złych emocji, od ciągłego cierpienia i smutku. Matka uciekała w pracę, ojciec popijał po kątach i większość czasu spędzał na działce. Nawet zimą.
Wiesz jak to jest, gdy masz 12 lat i  z radością gnasz  na obiad pochwalić się rodzicom kolejną dobrą oceną? Ja nie wiem, bo zawsze wracałam najdłuższą drogą. Przesiadywałam na ławce w parku, żeby tylko oddalić ten moment, gdy przekraczam próg naszego mieszkania, w którym depresja mojego  brata pogasiła wszystkie światła, zasłoniła rolety i kazała nam milczeć. I patrzeć, jak bierze sznur i zakłada pętle, na jego szyję.

Kuba był starszy o 4 lata i zawsze taki skryty i cichy. Takie spokojne, kochane dziecko –  mawiała nasza babcia –  zupełne przeciwieństwo Lenki. Ja uwielbiałam głośno się śmiać, wygłupiać, śpiewać i broić ile wlezie. Brat nie był lubiany na podwórku, bo nie chciał ganiać z innymi chłopakami za piłką, stronił od hałasu i zabawy, wolał książki i siedzenie w swoim pokoju. Najlepiej sam, żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Nauczyciele zwracali uwagę rodzicom, że ich syn unika rówieśników, że jest bardzo zamknięty w sobie. Pamiętam, że ojciec nieraz truł mamie, że Kuba jest jakiś dziwny, że może pójść z nim do lekarza, poradzić się kogoś. Że to nie jest normalne, żeby chłopak w tym wieku, nie miał żadnych zainteresowań i kumpli. Mama tylko głaskała go po głowie i  warczała do taty, żeby tak przy nim nie mówił, że sprawia mu przykrość, że widocznie taki już ma charakter. Ja się go trochę bałam,  bo miał taki nieobecny wzrok. Czasami, nagle, przytulał mnie mocno i się trząsł, jakby się bardzo czegoś bał, a zaraz potem uśmiechał się  i czytał mi bajki. Wtedy tego nie rozumiałam, nawet się go wstydziłam, bo na naszym osiedlu ciągle się z niego śmiali. Mówili, że pewnie jest pedałem, dlatego taki grzeczny i cichutki. Tydzień, po jego 16-tych urodzinach, ojciec zabrał mnie ze szkoły w trakcie lekcji. Był zmartwiony, szeptał coś z moją wychowawczynią. W samochodzie, powiedział mi, że jedziemy do szpitala, bo mój brat się bardzo rozchorował, że teraz będziemy musieli wszyscy bardziej na niego uważać. Byłam dzieciakiem, ale już wtedy czułam taką niesprawiedliwość, bo przecież ciągle wszyscy, martwili się tylko o niego. Leżał w szpitalnym łóżku, miał zabandażowane nadgarstki. Mama siedziała przy nim zgarbiona, a ojciec mocno mnie do siebie tulił i powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Kłamał, bo było coraz gorzej.

 Psychiatra, psycholog, leki uspokajające, antydepresanty i terapia – to zbiór słów, których szczerze nienawidzę. Nie miałam dzieciństwa, depresja Kuby przysłoniła wszystko, bo każdy przejaw radości gasił jego przejmujący smutek. Albo dziwne wybuchy euforii, takiej krótkiej, nienaturalnej, jakby on sam jej nie rozumiał, jakby się tych stanów obawiał. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale to tak, jakby przerażał go uśmiech, jakby bał się zwykłej codzienności.
Patrzyłam na ojca, który miotał się pomiędzy, skrzętnie ukrywaną flaszką wódki, a byle pretekstem, żeby tylko wyjść z domu. I na mamę skrajnie zmęczoną, pracą i ciągłą walką o mojego brata. Biegającą od gabinetu do gabinetu, z terapii indywidualnych na rodzinne, których nie znosiłam. Bo miały pomagać, a gówno dawały. Rodzice przerzucali na siebie winę, Jakub płakał i powtarzał, że to bez sensu bo i tak nikt  go  nie zrozumie. Ja milczałam, zastanawiając się, czy w ogóle jeszcze ktoś pamięta, że  tu jestem. Że czuję, że tęsknię za dotykiem rąk mojej mamy, za przejażdżką rowerem z moim tatą. Ciągle słyszałam tylko o nowych metodach leczenia, nowocześniejszych ośrodkach, nawet o znachorach. Zupełnie, jakby moi rodzice byli ślepi, że nie tylko Kuba cierpi. Jakby nie dostrzegali, że my wszyscy potrzebujemy pomocy, bo się rozpadamy i oddalamy od siebie.
Wybłagałam szkołę z internatem, bo czułam coraz większą niechęć, do swojego brata. Obwiniałam go, że zabrał mi normalny dom, że wyniszczył psychicznie rodziców. Gdy tylko, dzwonił ktoś z domu, bałam się, że znowu o niego chodzi, że znowu się pociął albo nałykał prochów. Myślałam, że on to robi specjalnie, bo to  przecież niemożliwe, żeby pomimo takiej pomocy i leczenia, nadal w tym tkwić, że to pewnie jego wina, bo było mu tak wygodnie. Lubił te swoje ciemności, tę rozpacz, którą skrzętnie się okrywał, ten stan beznadziei, którą się otaczał i  w której tkwił. Jeździłam do domu coraz rzadziej, nie chciałam już w tym uczestniczyć, odbierałam co piąty telefon od mamy, bo i tak wiedziałam, o kim będziemy rozmawiać.
Ale z drugiej strony ściskały mnie wyrzuty sumienia. Może przez to, że nie wierzyłam w jego zmianę, że zbyt długo patrzyłam na tylko chwilowe zrywy, po których znowu choroba rządziła nim i nami wszystkimi. Do dziś gorzko się śmieję, gdy słyszę, że z depresją można żyć normalnie, że można z niej wyjść.
Trzy lata temu, w Wigilię, gdy wszyscy łamali się opłatkiem i śpiewali kolędy, ja trzymałam Kubę a tata, usiłował go odciąć. Mama krzyczała do słuchawki, żeby się pospieszyli z karetką. A  ja,  przełykałam łzy i błagałam cicho w sobie, żeby jeszcze tym razem zdążyli, żeby choć na chwilę odzyskał świadomość, żebym mogła mu powiedzieć to, co powtarzam za każdym razem, gdy jestem u niego na cmentarzu. Chciałam ci powiedzieć, braciszku, że dziś już wiem, że to nie twoja wina. Że depresja to potwór, jest jak wirus, jak zaraza, przed którą nie ma ratunku. Że źle zrobiłam uciekając, bo przed nią się po prostu nie da. Dziś staram się myśleć, że już jest ci dobrze, gdziekolwiek jesteś, że już nie dręczy cię ciemność, nie dusi ciągły strach, a smutek przestał zabierać twój spokój. Czasem tylko, gdy jestem sama, zasłaniam szczelnie zasłony i gaszę światła. Chowam się w ciemnym kącie, żeby zrozumieć, jak to jest. Wiedzieć, że za oknem świeci słońce, ale go nie widzieć i nie czuć. I już wiem, że  nie ma gorszego piekła.

Wysłuchała Anika Zadylak

Lifestyle

„Czterdziestoparoletni kawaler. Hobby: kumple i obiadki u mamusi. Jedno wiem: miłość umiera w milczeniu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
23 lutego 2022
fot. filadendron/istock
 

Zastanawiam się, jak można tak sobie w jeden dzień zamknąć te dwa lata i odejść. Jak mógł mi to zrobić, tak oszukać. Nienawiść, złość przeplata się z uczuciem. Już nic nie jest takie proste. Próbuję rozmawiać, żyć z nim jak wcześniej, ale nie potrafię. Kolejny raz oszukał, kolejny raz nadwyrężył moje zaufanie. Jest cisza, obojętność, coraz mniej wyczekuję jego telefonu, wiadomości, czasem jeszcze popłaczę. Nie powiedzieliśmy sobie „do widzenia, żegnaj”, ale jedno wiem, „miłość umiera w milczeniu”. Dwa lata związku się kończą, pomimo moich starań.

On: Czterdziestoparoletni kawaler, pracujący. Wolne wieczory spędza na graniu online z kumplami. Co drugi dzień… jest u mamusi, na pogaduchach, bo przecież trzeba zdać relacje co u synusia słychać. Czasem dostanie słoik zupy, ciasto. Przed każdą popołudniową zmianą jedzie do mamusi po kanapki do pracy. No przecież.. nie będzie mamusi odmawiać tej przyjemności, przecież ona tak lubi dbać o syneczka. Synek nie narzeka. Lubi swoje wygodne życie, swoje mieszkanie. Nikt mu nie zagląda przez ramię i nie kontroluje co robi, ile czasu gra, z kim pisze.

Przeszłam z nim niejedne wyboje. Będąc na początku z nim, nie wiedziałam, że żyję w emocjonalnym trójkącie. Jego zażyła znajomość z koleżanką psuła moje relacje z nim. Raz nawet się z nim rozeszłam, bo nie rozumiał, dlaczego nie podoba mi jego przyjaźń z nią. Wszędzie była ona, na „dzień dobry” i na „dobranoc, słodkich snów”. Nie widział nic złego w tym, że jeździ do niej do domu na kawę (do samotnej kobiety), czy jedzie z nią na pokaz kulturystów, bo przecież mnie to nie interesuje… Jeśli nie widział problemu, to dlaczego mi o niej nie mówił?

Oj tak, przeszliśmy wiele, ale mówi się, że niektóre sytuacje wzmacniają związek i potem jest tylko lepiej. Było chwilę lepiej, koleżanki nie ma. Na początku znajomości… jest fajnie, rozwijamy się. Gdzieś tam wpasowuje w jego wygodne życie. Widujemy się, rozmawiamy, spędzamy razem czas, jeździmy na wakacje. A wieczorem każde idzie do siebie spać. Przecież nie mieszkamy razem. Ot tak.. taki słodki obrazek, gdy nas widzą, jak my się kochamy.

Zawsze służy pomocą, nigdy nie odmawia jak go potrzebuje, czy to meble skręcić, czy gniazdko naprawić. Panuje taka iluzja „ale mu zależy, stara się, dba”. Sielanka trwa. Mijają 2 lata, przecież to czas, by rozmawiać o przyszłości. Nic nie stoi nam na przeszkodzie, jest miłość, mamy dobre prace, on ma mieszkanie. No właśnie… tylko on nie mógł zrozumieć, dlaczego chcę idealny obrazek psuć, przecież jest tak fajnie. Zobowiązania? A co to takiego? Dziecko? Żeby się starać o dziecko trzeba najpierw ze sobą zamieszkać.

Oczywiście synuś mamusi musiał najpierw zapytać się jej o zdanie, co sądzi na temat dziecka oraz o wspólnej przyszłości. Gdy kategorycznie zabroniłam mu się pytać, stwierdził, że muszę pogodzić się z tym, że ma taki kontakt z rodziną. Koniec końców… nie zapytał się, tak twierdzi. Chociaż mu nie wierzę.

Zaczęliśmy urządzać pod NAS jego mieszkanie, ale zanim to nastąpiło, oczywiście musieliśmy stoczyć BÓJ. No ale udało się, przeniosłam część rzeczy do niego i gdy zaczęło się robić poważniej, nastały ciche dni. Nawet rozmawiałam o rozstaniu. Nie wiedziałam i nie rozumiałam, co się dzieje. W końcu przyznał się do swojego nałogu. Popala trawkę. Bał się o tym powiedzieć. A ja… poczułam się oszukana, ponieważ nie związałabym się z facetem, który pali trawkę. Musiałam to przetrawić i nadal to trawię.

Zastanawiam się, jak można te 2 lata tak sobie w jeden dzień zamknąć i odejść. Jak mógł mi to zrobić, tak oszukać. Nienawiść, złość przeplata się z uczuciem. Już nic nie jest takie proste. Próbuje rozmawiać , żyć z nim jak wcześniej, ale nie potrafię. Kolejny raz oszukał, kolejny raz nadwyrężył moje zaufanie. Jest cisza, obojętność, coraz mniej wyczekuje jego telefonu, wiadomości, czasem jeszcze popłaczę. Nie powiedzieliśmy sobie „do widzenia, żegnaj”, ale jedno wiem, „miłość umiera w milczeniu”.


Lifestyle

Płakałyśmy przy jej piosence i nad jej losem. Wspaniała Jane nie żyje

Redakcja
Redakcja
22 lutego 2022

Jane Marczewski nie żyje. Artystka, która sławę zdobyła dzięki programowi „Mam talent”, odeszła w sobotę 19 lutego. Jej fani do końca mieli nadzieję, że pokona śmiertelną chorobę…

Jane spodobała się tak bardzo, że otrzymała od Simona Cowella tzw. złoty przycisk, przenoszący ją automatycznie do finału programu.  Po jakimś czasie poinformowała, że musi zrezygnować z udziału w programie. Jej stan zdrowia znacznie się pogorszył.

„Dzielenie się sercem ze światem było zaszczytem i spełnieniem marzeń” – napisała pod zdjęciem, na którym siedzi na łóżku. „Mój punkt widzenia tego lata był zdumiewający. Co za cud, że ból, przez który przeszłam, może zostać przerobiony na piękno, które sprawia, że ​​ludzie na całym świecie szerzej otwierają oczy”.

Jane Marczewski odeszła kilka dni temu. Tuż przed śmiercią napisała:

„Spędzam dużo czasu z zaciśniętymi oczyma. Próbuję sobie przypomnieć, w co wierzę. Liczę oddechy uciekające w chmurze żalu. Chowam twarz w koszuli Pana Boga. (…) Wściekam się, płaczę i wciąż mam nadzieję; towarzyszę w tym każdemu, kto potrzebuje wściekać się, płakać i mieć nadzieję dziś wieczorem”.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Nightbirde ⚡️ (@_nightbirde)

It’s OK” to tytuł piosenki, z którą do amerykańskiej edycji „Mam talent!” przyszła 30-letnia Jane. Przed występem tradycyjnie jurorzy zadawali mnóstwo pytań – skąd jest, czym się zajmuje, o czym będzie piosenka. Z minuty na minutę dowiadywaliśmy się o Jane coraz więcej. Okazuje się, że od kilku lat nie pracowała zawodowo, ponieważ… walczyła z rakiem. Jurorzy z każdym jej zdaniem wpadali w coraz większe osłupienie – słowa, zachowanie i wygląd Jane kontrastowały z tym, o czym opowiadała.  „Masz piękny uśmiech, blask – nikt by nie podejrzewał…”

„Ostatnie badania wykazały obecność nowotworu w kręgosłupie, wątrobie i płucach – mówiła Jane i dodała: – To ważne, żeby wszyscy wiedzieli, że definiuje mnie więcej niż tylko złe rzeczy, które mi się przytrafiły”

Posłuchajcie jej piosenki:

 


Zobacz także

Uwaga! Tata wraca!!! Idealny sposób, by odpocząć w weekend. Obejrzyj

Zabawki do zadań specjalnych i UWAGA konkurs

„Nie byłam idealną córką, nie jestem idealną matką. Ale miałam idealną mamę”