Lifestyle

Człowieku, przełam ten opór! Nagroda na końcu, ma moc tworzenia nowych światów

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
28 stycznia 2017
Człowieku, przełam ten opór! Nagroda na końcu, ma moc tworzenia nowych światów
Fot. iStock / den-belitsky
 

W człowieku siedzi opór. Przyczajony, niezbyt krzykliwy czy rzucający się w oczy, ale za to solidny opór. Siedzi tam i wszystkie górnolotne nasze plany spycha na boczny tor. Bardzo przy tym wszystkim jest podstępny, prawie niewykrywalny, najczęściej ze swoistą gracją robi z człowieka idiotę. Takiego zblazowanego, nieskutecznego i skazanego na porażkę nieszczęśnika z wyleżanej nadmiernie kanapy. Aż żal patrzeć na byt ludzki tak niepotrzebnie zmarnowany.

Każdy przecież bowiem rodzi się po jakieś coś. Każdy ma ten swój mały talent, ten cel, do którego dążyć powinien i na realizacji którego powinien się skupić. Cel, na samą myśl, o którym robi się nam raźniej i jakoś tak na duszy cieplej. To cel, który sprawia, że dostajemy skrzydeł, rozkwitamy jak pierwiosnki, zatracamy się w czasie. Taki cel daje nam poczucie sensu istnienia, daje odczuć spełnienie. Nie ma nic lepszego niż życie, które dookoła takiego celu zostało zaplanowane, zakręcone, które celem istnienia zostało omotane. I choć takie życie nie ma sobie równych, większość z nas żyje doraźnie, chciałoby się nawet rzec że przypadkowo, bez wyraźniejszego sensu czy kierunku, poza tym jednym, który nastawiony jest na natychmiastowe zaspokojenie.

Instant gratification -tak nazywa się ten stan po angielsku, stan, w którym dostarczamy sobie chwilowego poczucia zadowolenia, kiedy to wychylamy kolejnego kielicha, oglądamy kolejny serial w telewizji, zamawiamy trzecią w tym tygodniu pizzę, po której dopychamy się chipsami, po czym spędzamy pół wieczoru pisząc i wymądrzając się w najlepsze na fejsbukowej ścianie. No i pewnie, że mamy fun. Bawimy się doskonale, na tym wszak polega efekt natychmiastowej gratyfikacji. Wyciągamy po coś łapę i jak na różdżki skinienie czujemy pełne zadowolenie. To że następnego dnia zadręczy nas kac czy maszyna na siłowni, względnie poczucie winy za zmarnowany czas, to już zupełnie inna jest sprawa. W tamtym momencie, w tej krótkiej wieczorowej upojnej chwili, byliśmy królami życia.

Czy aby jednak na pewno? Zważywszy, że proceder ten najczęściej jest cykliczny, co by nie rzec rutynowy i jakoś tak poza chwilowym uniesieniem, nic ale to nic, z niego nie wynika. Tyle czasu oddanego, poświęconego, tyle energii włożonej, ale jednego kroku naprzód człowiek nie postąpił. Z punktu widzenia rozwoju, z punktu widzenia postępu, taki niby radosny czas nie wnosi w ludzkie życie niczego. Kompletnie niczego. Poza oczywiście ową krótką chwilą zadowolenia.

Powie mi pewnie za chwilę ktoś, że życie jest, jakie jest, więc nawet i krótka chwila to  zawsze jest coś. Fair enough. Zawsze to jakaś tam racja.  Lecz ja na taki głos, który na mój gust to głosem jest oporu, odpowiem tylko tyle, że życie ma potencjał znacznie większy niż chwilowy „haj”.

Człowieku, przełam ten opór! Nagroda na końcu, ma moc tworzenia nowych światów

Fot. iStock

Cóż, kiedy tutaj właśnie wszelkie szyki psuje nam wspomniany opór. Ta wewnętrzna siła, która perfekcyjnie nas obezwładnia za każdym razem jak myśl nam zaświta, że oto nadszedł czas i wypadałoby poniekąd zabrać się za coś co wreszcie ma wymierny i uskrzydlający sens. Rzeczy czy sprawy bez sensu załatwiamy bowiem od ręki, na sprawy z sensem, siły nam brak. Pozornie. Bo nie o brak siły tak po prawdzie tu chodzi, lecz raczej o samo-sabotaż. O to obrzydliwe ociąganie się i wzbranianie przed zabraniem się za coś po co na świat matka nas wydała. Gdzie tu sens? Jak to możliwe, że z taką łatwością rezygnujemy z czegoś, co gwarantuje spełnienie, szczęście, chęć do życia. I jaki sens ma życie bez sensu, na chwilowym pseudo-dopalaczu? Czy rzeczywiście tak trudno się zabrać za to co w duszy nam gra?

Załóżmy zatem, że pokonamy wewnętrzny opór. Ilu z nas  zna ten stan, w którym traci się poczucie upływającego czasu, w którym każdy ruch, czyn, działanie przyprawiają nas o ekscytujący dreszcz? W którym sprawy nabierają znaczenia, stają się wielkie, piękne i ważne. Z pewnością każdy z nas kiedyś moment taki miał, kiedy nie tyle czuł się życia królem co nim prawdziwie był. Dojść tam jest wbrew pozorom niezwykle prosto. Wystarczy jedynie przełamać opór i stanąć twarzą w twarz z tym, co w nas gra. Reszta zadzieje się sama. Bo zawsze się dzieje. Tak bardzo istota nas samych pragnie puszczona być w ruch, że na byle skinienie rzuci się w wir spełnienia. To dlatego czujemy się tak cudownie, gdy realizujemy się w działaniu. Wtedy bowiem sami sobie sprzyjamy, nie ma w nas konfliktu, poczucia nieporozumienia. Jest za to jedność, jest spójność, wszystko ma sens, a puzzle naszej duszy tworzą pełny obraz.

Trzeba jednak opór przełamać i zrobić pierwszy krok. I trzeba przyjąć do wiadomości, że sięganie po marzenia, jednak wymaga czegoś więcej niż naciśnięcie pilota czy nalanie wina do szkła. Że uczucie zadowolenia wypływające z faktu osiągnięcia celu nie pojawi się od razu. Ten cel bowiem nie siedzi w paczce chipsów o smaku paprykowym, nie jest więc szybko i łatwo osiągalny. Ma jednak jedną cudowną właściwość… droga do niego, choć nie raz zlana potem, jest jednak pasmem pełnym ekscytującego napięcia, oczekiwania i radości. Nic nas bowiem  tak nie uskrzydla jak dochodzenie do życiowego celu, jak jego powolna, acz konsekwentna realizacja.

Nagroda na końcu jest jak wybuch supernowej. Ma moc tworzenia nowych światów.


Lifestyle

Trwanie w destrukcyjnej sytuacji prowadzi do choroby. Co powstrzymuje nas przed zmianą?

Karolina Krause
Karolina Krause
28 stycznia 2017
Trwanie w destrukcyjnej sytuacji
Fot. iStock / lolostock
 

W życiu każdej z nas przychodzi w końcu taki moment, w którym jedyne co jesteśmy w stanie powiedzieć to: „No nie. No po prostu k*rwa no nie. Dłużej tego nie zniosę!”. Kiedy chciałybyśmy rzucić wszystko w cholerę i wreszcie zmienić coś w swoim życiu. Ale, gdy tylko zamierzamy zrobić pierwszy krok, napotykamy na niewidzialny opór. Na szklaną ścianę, która nie pozwala nam iść dalej. Dlaczego więc, widząc jak inni z powodzeniem biorą życie za rogi, nam samym tak ciężko jest dokonać zmiany? Co sprawia, że choć tak bardzo mamy tego wszystkiego dosyć wolimy trwać w sytuacji, która nas unieszczęśliwia?

Problem polega na tym, że „rzucanie czegoś”, jak gdybyśmy mieli trzasnąć drzwiami i odciąć się od niewygodnej prawdy w naszym życiu, sprawdza się tylko w filmach. Zdaniem Alana Bernsteina – amerykańskiego psychoterapeuty i współautora książki „Daruj sobie. Przewodnik dla tych, którzy nie potrafią przestać” – „sztuka świadomego wychodzenia z sytuacji jest czymś, czego trzeba się nauczyć”. Zmiana wymaga od nas wysiłku i czasu, przezwyciężenia wewnętrznych blokad. A ludziom paradoksalnie łatwiej jest męczyć się w czymś, co dobrze znają, niż ruszyć w nieznane i wsiąść na uczuciowy rollercoaster. Emocjonalnie jesteśmy bowiem zaprogramowani na wytrwałość. Dlatego nawet gdy upadamy, czujemy wewnętrzny przymus, żeby się podnieść i iść dalej. Nie poddawać się.

Nie jest to też tylko kwestia naszej woli, ponieważ nasz umysł posługuje się niezliczoną ilością sztuczek, by zachować status quo. Warto je sobie uświadomić, bo tylko wtedy będziemy w stanie się od nich uwolnić. Oto kilka z nich:

Pułapka utopionych kosztów

Sprawa rozchodzi się o to, że za żadne skarby nie możemy przegrać. Ludzie nienawidzą przegrywać i dlatego bez końca inwestujemy nasze zasoby w coś, co już dawno przestało przynosić korzyści.

Prosty przykład: Załóżmy, że kilka lat temu kupiłaś sobie wymarzony samochód. Auto ma już co prawda swoje lata, ale za to jaką duszę! I w dodatku nadal świetnie się je prowadzi. Z czasem samochód coraz częściej zaczyna się psuć. Niby zadajesz sobie sprawę, że kolejne naprawy na niewiele się tu zdadzą, ale mimo to kolejny raz skręcasz w stronę mechanika, zamiast sprzedać samochód, póki jeszcze masz na to jakąś szansę. Włożyłaś już bowiem w to auto tyle serca, wysiłku i pieniędzy, że ciężko ci pogodzić się z faktem, że to wszystko na nic.

Ten sam mechanizm jest odpowiedzialny za to, że mimo iż jesteśmy nieszczęśliwe, uparcie tkwimy w długoletnim związku albo latami chodzimy do pracy, której nigdy się nam nie podobała.

Eskalacja zaangażowania

A skoro już o pracy mowa, to prawdopodobnie każda z nas ma choć jedną taką znajomą, której szef okropnie ją traktował. Skupiał się wyłącznie na jej błędach, źle się do niej odnosił i miał do niej negatywne nastawienie. Dziewczyna przez cały ten czas dzielnie się trzymała i nie odchodziła z pracy nawet, gdy robiło się coraz gorzej. Wierzyła, że w prędzej czy później doceni jej starania i choć raz spojrzy na nią łaskawie. Im bardziej opryskliwy stawał się jej szef, tym bardziej ona się starała. Nasz umysł ma bowiem tendencję do eskalacji zaangażowania, w sytuacji która zdaje się być zupełnie beznadziejna.

Wzmacnianie sporadyczne

Nic jednak nie karmi naszej wytrwałości tak jak „wzmacnianie sporadyczne”. Jeśli teraz szef, o którym przed chwilą była mowa, choć raz potraktowałby tę dziewczynę z życzliwością lub zaoferował jej podwyżkę, dziewczyna prawdopodobnie, nigdy nie odeszłaby z pracy. Wciąż dawała by z siebie 100% nawinie wierząc, że los jeszcze kiedyś się do niej uśmiechnie.
Ta sama zasada sprawdza się w naszych związkach. Wystarczy, że partner, który miesiącami źle nas traktował, choć raz zrobi dla nas coś dobrego, a zaraz damy mu kolejną szansę. A następną. I następną…Związując nas tym samym, ze sobą na długie lata. Nawiasem mówiąc zbyt długie.

Zjawisko „prawie wygranej”

Ten mechanizm najlepiej uwidacznia się w środowisku hazardzistów i tam też postanowiono go zbadać. Okazuje się bowiem, że grającym w „jednorękiego bandytę”, zdarza się odczuwać niemal takie samo szczęście w przypadku wylosowania 3. wisienek, co 4. – oznaczających wygraną. 3. oznacza więc „prawie wygraną” i w zupełności wystarcza do tego, by hazardziści zechcieli grać dalej i tracić kolejne pieniądze. Uwierzyli, że wygrana czeka na nich tuż za rogiem.

Zjawisko to nie ogranicza się jednak. tylko do gier pieniężnych. My także na co dzień zadowalamy się prawię wygraną. Wierzymy, że drobna zmiana czyjegoś zachowania, przybliża nas do upragnionego celu. W rzeczywistości, jednak „prawie wygrana” jest wyłącznie „prawie wygraną” i nie musi oznaczać niczego innego.

A zarówno w życiu, jak i w grze powinniśmy wiedzieć kiedy przestać. Trwanie w sytuacji, która nas unieszczęśliwia może bowiem prowadzić do choroby, a nawet do śmierci. Moment, w którym ludzie zaczynają chorować, bo tkwią w czymś, co ich zżera, to prawdopodobnie ostatni dzwonek, aby coś zmienić.

Pamiętaj, że masz tylko jedno życie i dlatego powinnaś przeżyć je najpiękniej, jak tylko możesz.


Źródło: wysokieobcasy.pl


Lifestyle

Tętniak mózgu, czyli żyję na tykającej bombie. ‘Choroba otworzyła mi oczy, pozwoliła mi się przewartościować. Cieszmy się z małych rzeczy, bo wielkie mogą nie nadejść’

Magdalena Lis
Magdalena Lis
28 stycznia 2017
Tętniak mózgu, czyli żyję na tykającej bombie
Fot. iStock / sankai

Jest rok 2014. Paulina spełnia swoje największe marzenie. Wraz z narzeczonym rozpoczynają budowę domu. Wieś, fajna okolica. Wszystko układa się wówczas doskonale. Jedna rzecz zaczyna jednak niepokoić dziewczynę. Od pewnego czasu bardzo często boli ją głowa. W jej rodzinie było wiele przypadków nowotworowych, więc po namowie bliskich Paulina udaje się do neurologa. Od lekarza dostaje skierowanie na badanie rezonansem magnetycznym. Słyszy, że to tak czysto profilaktycznie, bo może mieć początki migreny. Badanie ma umówione na połowę lipca przyszłego roku.

– Czekałam spokojnie – mówi Paulina. Przecież nic się nie działo. W całości pochłaniała mnie praca i budowa domu. Nasza miłość mimo małych zgrzytów rozkwitała. Miałam kochającą rodzinę, przyjaciół, narzeczonego, wiedziałam, że wkrótce razem zamieszkamy. Wszystko było w jak najlepszym porządku. Głowa wciąż mnie czasem pobolewała, ratowałam się jednak ogólnodostępnymi proszkami. Ten rok bardzo szybko mi minął. O tym, że coś może być nie tak zupełnie nie myślałam.

W umówionym terminie Paulina jedzie na zalecone badanie. Trochę się stresuje, głównie dlatego, że ma klaustrofobię, a wie, że wsuną ją w dużą, ciasną tubę. Tuż po badaniu z poczuciem ulgi jedzie na obiad z narzeczonym. Niedługo później z przyjaciółmi spędzają tydzień w Jarosławcu nad morzem. Po wyniki ma się stawić tuż po powrocie.

– Pojechałam sama. Nie miałam żadnych obaw. Przecież to badanie miało być czysto profilaktyczne, bo jak to mówią, lepiej zapobiegać niż leczyć. W rejestracji podałam swoje nazwisko i czekałam na kopertę z wynikiem. Pielęgniarka gdzieś zadzwoniła, a później poprosiła, żebym chwilę poczekała. Miała dziwną minę, zaczynałam się denerwować. Wynik odczytałam będąc jeszcze na szpitalnym korytarzu. Oblał mnie zimny pot, zrobiło się słabo. Diagnoza zwaliła mnie z nóg. Tętniak w prawej środkowej półkuli mózgu. Pomyślałam, że to musi być jakaś pomyłka. Przecież to było zupełnie niemożliwe.

Przez głowę Pauliny przebiega najczarniejszy scenariusz. Przypomina sobie kolegę, który zmarł mając zaledwie osiemnaście lat. On też miał tętniaka, pękł mu, kiedy spał. Wie, że tętniak to niejako wyrok. Że to cichy zabójca. Do auta dociera na miękkich nogach, zaczyna rozpaczliwie płakać. Myśli, że życie jej się właśnie rozpada. Nie wie, jak ma wrócić do domu. Jak powiedzieć o tym rodzicom, narzeczonemu, przyjaciołom.

– Do domu miałam trzydzieści kilometrów, nie mogłam trafić, błądziłam, nie wiedziałam którędy jechać. Po drodze zadzwoniłam do narzeczonego, zaczęłam krzyczeć, że mam tętniaka mózgu, żeby włączył Google, żeby zaczął sprawdzać. Chciałam jakiegoś pocieszenia, jakiejś uzdrawiającej diagnozy, jakiegoś potwierdzenia, że to nic takiego ten cały tętniak mózgu, że może czasem po prostu mają go całkowicie zdrowe osoby.

– Mama płakała. Tata powiedział, że znajdzie mi najlepszego lekarza, bez względu na to, ile to będzie kosztowało. A później zabrał mnie na lody. Czułam się jak mała dziewczynka – Paulina jest wyraźnie wzruszona.

Paulina rozpoczyna walkę o zdrowie. Wizyty u lekarzy stają się jej codziennością. Jedni chcą przeprowadzać z dnia na dzień trepanację czaszki bez dodatkowych badań, inni karzą czekać, kolejni rozkładają ręce mówiąc, że czas pokaże. Jeden z nich zaprasza Paulinę pod swoje skrzydła do Krakowa. To jemu właśnie dziewczyna zaufała. Ma się u niego stawić w listopadzie.

– Przy rodzicach i siostrze nie płakałam w ogóle. Nie pokazywałam im tego, jak bardzo się boję. To był najgorszy czas w moim życiu i w życiu moich bliskich. Nic mnie nie cieszyło. Na budowę nie jeździłam, nie chciałam widzieć jak buduje się dom w którym mogę nie zamieszkać. Bolało mnie to. Cały czas czepiałam się narzeczonego, kłóciłam się z nim, chciałam go do siebie zrazić. Chciałam żeby ode mnie odszedł. Ale on był uparty. Mówił że mnie kocha, że przejdziemy przez to razem.

W kolejnym umówionym terminie Paulina stawia się w szpitalu. Na sali ląduje z osobami po trepanacjach czaszek. Patrzy na poszyte głowy kobiet, totalny brak włosów, jest przerażona. Nie wytrzymuje tego widoku, wychodzi na pusty korytarz i zaczyna płakać. Mija ją pełniąca nocny dyżur salowa, ale udaje, że jej nie widzi. Pozwala jej zostać samej ze sobą, przeżyć to po swojemu.

– Musiałam zebrać siły. Nie mogłam przecież umierać. Musiałam przetrwać tę pierwszą noc, poczekać na kolejny dzień, na badanie, które miało zadecydować, czy trafię na stół operacyjny, czy wrócę do domu. Nie mogłam zasnąć, czuwałam jak zając. Bliskim wysłałam SMS-y. Kocham cię mamo, kocham cię tato, kocham cię Bartek. Chciałam, żeby wiedzieli. Tak na zapas, gdyby nie było mi dane tego im już tego powiedzieć.

Nad ranem Paulina zostaje przewieziona do innego szpitala. Przed badaniem mdleje cztery razy. Pielęgniarki boją się podać jej kontrast, jest bardzo słaba. Udaje się, badanie się rozpoczyna. Paulina zaczyna się modlić, odmawia ‘pod twoją obronę’. Po badaniu po raz kolejny mdleje, to już szósty raz odkąd tam pojechała. Wyniki mają być nazajutrz.

– Mama i Bartek byli ze mną przez cały pobyt w szpitalu. Tata czekał na telefon. Gdybym miała mieć trepanację, niezwłocznie przyjechał by do Krakowa. Nigdy nie zapomnę słów mojego prowadzącego lekarza. ‘Dziewczyno jedziesz do domu, widzimy się za dwa lata.

Paulina mówi, że dobrze, że wtedy leżała, bo nogi zrobiły jej się jak z waty. Przypomniał jej się lekarz z rodzinnego miasta, który chciał ją kroić bez zastanowienia. Bała się nawet myśleć, że taka operacja mogłaby z niej zrobić kalekę. Albo nawet ją zabić.

– Po powrocie tata powiedział że to jego najszczęśliwszy dzień w życiu. Tak bardzo się cieszył, że zmiana owszem jest, ale że nie będę operowana. Za rok jadę na badanie kontrolne. Tętniak może się potwierdzić bądź też nie. Wiesz, to jest taka franca która może się obudzić w każdej chwili. Nadal bardzo się boję. Mam problemy z zajściem w ciąże, może to tak podświadomie? Może moja głowa daje mi tę blokadę. Może gdzieś podświadomie boję się, że nie będzie mi dane ich wychować. Mój tata umarł, od jego śmierci minęło nieco ponad pół roku. Czasami myślę, że zabrał ze mnie chorobę a sam zachorował, choć wiem, że to może wydawać się głupie czy absurdalne.

Na koniec życzę Paulinie kołyski i rosnącego brzuszka, wiem, że to by było kolejne spełnienie jej marzeń.

– Życz mi zdrowia – mówi Paulina. Jak los da, to dziecko mogę zaadoptować, a zdrowia nie. Wiesz, ja tak trochę żyję na tykającej bombie. Choroba otworzyła mi oczy, pozwoliła się przewartościować. Cieszmy się z małych rzeczy- tyle ci powiem. Cieszmy się, bo wielkie mogą nie nadejść.


Zobacz także

Higiena jamy ustnej u malucha – pytania i odpowiedzi z Oral-B[FAQ]

Wspólne życie, wspólna kasa. 5 powodów, dlaczego warto mieć wspólne konto

Praca. Motywacja. Pasja. Róbmy to, co kochamy, bo życie mamy jedno