Kariera

Pieniądze i władza to duet, który potrafi zakręcić w głowie i chociaż raz daje poczucie bycia Bogiem

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
14 lipca 2021
 

Czy mieliście już takie sytuacje, że wasz szef robi sobie osobiste wycieczki na wasz temat? Co o was myśli? Co wam doradza? Albo pozwala sobie na różne dowcipy i dosrywajki na forum pracowniczym, że niby jest taki zabawny?

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Szefowanie daje poczucie władzy i nieomylności. Stawiania siebie ponad innymi. Poczucia bycia lepszym. Pieniądze i władza to duet, który potrafi zakręcić w głowie i chociaż raz daje poczucie bycia Bogiem. Choć, pamiętajmy, każdy szef ma też swojego szefa i tutaj jest zawsze jakieś podporządkowanie i hierarchia.

Szczęście, jeśli szef jest naprawdę szefem. Czyli mądrym mentorem, który umie nauczyć i poprowadzić, motywować i wesprzeć, kiedy tego potrzebujemy. Gorzej, jeśli trafiamy na osobę, która odbija sobie na nas swoje niedostatki.

Na szczęście większość moich przełożonych, to byli ludzie tacy, jak jasne światła na mojej ścieżce kariery. Jak prawdziwe skarby.

Takim skarbem i krynicą mądrości był Toni. Brytyjczyk polskiego pochodzenia. Człowiek, który co innego studiował, a jakimś palcem przeznaczenia trafił do branży naftowej. Poznaliśmy się lata temu. Na pierwszy rzut oka niedostępy i zarozumiały. Wyniosły, doskonale ubrany, wyrafinowany, mówiący biegle ośmioma językami. Jednak kiedy się otworzył, był jak najlepszy przyjaciel i opiekun.

Kiedyś jedna z uczelni zorganizowała wykład z jego udziałem, aby opowiedział studentom o swojej ścieżce kariery. Od stanowiska zwykłego pracownika do wiceprezesa największego międzynarodowego koncernu. Na sali byli studenci z całego świata, a Toni opowiadał o swoim życiu w języku każdego z krajów, w którym pracował. O ludziach, o tym, czego go nauczyli, kulturach, o doświadczeniach. A przede wszystkim o szacunku do drugiego człowieka. Zrobił wrażenie i otrzymał owacje na stojąco.

Na koniec wstała Hinduska i zapytała Toniego, czego najbardziej żałuje w życiu? Odpowiedział, że najbardziej żałuje czasu, którego nie mógł poświęcić dzieciom, a szczególnie swojej najmłodszej córce. Po czym łzy popłynęły mu po twarzy. Był bardzo autentyczny. Zwierzył mi się potem, że nikt go tak „nie załatwił”😊. Człowiek, który miał wszystko, co materialne, nie miał czasu na swoje życie prywatne, w tym także dla siebie.

Był tak wspaniałym przewodnikiem i nauczycielem, że ludzie z całego świata chcieli być w jego zespole, pracować i uczyć się przy nim. Toni „wychował” nas dziesiątki. Czuliśmy się jak wybrańcy. Najwięcej dobrego o pracy i to w zespole multikulturowym, poznania własnej wartości, ale i sprytnej oraz efektywnej pracy nauczyłam się właśnie od niego. Ci z nas, którzy byli w jego teamie, byli od razu rozchwytywani przez inne firmy. Opinia Toniego była najlepszą rekomendacją i gwarancją naszych umiejętności.

Gdy umierał, aby go ratować, firma postawiła dosłownie na nagi najsłynniejszą klinikę onkologiczną w USA. Tam nie było słowa, że za drogo, czy też nie jest to w interesie firmy. Miał żyć. Jego ostatnim życzeniem było zobaczyć jego ukochane kraje i miejsca. Firma wynajęła samolot z lekarzem na pokładzie i zaprosiła jego rodzinę. Lot nad Alaską gdzie łowił łososie, Kanada, Islandia ukochana, no i oczywiście Jego Ojczyzna – Polska. Gdy doleciał do Londynu … odszedł.

To był mój najlepszy szef, który zawsze we mnie wierzył i bezgranicznie ufał swoim ludziom. Z którym można było robić rzeczy, przekraczające słowo „nie da się”. Człowiek pełen pasji, zrozumienia, miłości do ludzi i świata.

Gdy odkupiła mnie inna firma, przyjechał zobaczyć nową szefową. Umówił się z nią na spotkanie. Chciał wiedzieć, kto będzie teraz moim przełożonym. Po jego wyjściu długo siedziała zamknięta sama w pokoju i nie mogła dojść do siebie. Jak powiedziała, nie wiedziała, że tacy ludzie istnieją. Z kolei do mnie Toni powiedział „Długo tu nie będziesz. Nie zrozumiecie się”. Choć początkowo nie wierzyłam w to co powiedział, to jego słowa były prorocze.

Młoda, energiczna szefowa z wizją firmy, otwarta, z dowcipem. Początki w firmie są zawsze jak „szklany klosz” aby się zaaklimatyzować. Jest miło, czas na wprowadzenie. Potem zaczyna się rzeźnia. Jeśli są sukcesy i wyniki stajemy się pupilkami szefów. Okraszani jesteśmy uśmiechami, komplementami, premiami, poklepywaniem po ramieniu. Nawet z czasem zapraszani do domu, stajemy się powiernikami prywatnych historii, baaa nawet doradcami. Lecz czasem wystarczy, że gdzieś noga nam się podwinie i nagle widzimy i słyszymy, jak pryncypał, staje się właśnie „pałą” drąc się na nas, używając epitetów i robiąc osobiste wycieczki, co na nasz temat myśli. W imię sukcesów i wyników, każe nam przekraczać swoje granice moralne. Bo ma być sukces!

Nie ma pytania i miejsca na to, co się stało i jak mogą nas wesprzeć w gorszym czasie. Sami żyją w strachu, że coś może być niezgodnie z planem, który raportowali do góry. Z drugiej strony nie przyznają się, że mają problem ze swoimi emocjami. Często to, co się u nas zadzieje jest zapalnikiem do uwolnienia ich nagromadzonych emocji, z którymi nie dają sobie rady.

U mnie i szefowej właśnie pojawił się jeden wątek, który stał początkiem kolejnego wątku, czyli zwolnienia mnie. Gdy jeden „deal” nie wyszedł, stał się zapalnikiem do pogorszenia się naszych relacji. Myślałam, że tylko o te wyniki chodzi, ale prawda była inna. Zatrudniła do mojego zespołu przystojnego chłopaka, który miał także wysokie ambicje, a jeszcze szersze „plecy”, które mu patronowały w karierze. Tak więc moje potknięcie było świetnym pretekstem do zrobienia zmiany i realizacji oczekiwań patrona.

Czy żałuję? Nie. Gdy odeszłam naprawdę odetchnęłam od toksycznej atmosfery. Dopiero potem ludzie zaczęli mówić, że ze stresu w relacji z SZEFOWĄ kobiety miały zanik miesiączek lub niekończące się problemy gastryczne. Opowiadali, jak kombinowali i oszukiwali, byle tylko nie znaleźć się na jej celowniku. Jeden kolega nawet się przyznał, że jego żona przyjaźni się z SZEFOWĄ, więc nic mu nie grozi. Z czasem dowiedziałam się, że Centrala planowała mnie na jej miejsce, no więc… Ratowała samą siebie😊

Jest czasem też i tak, że nie chce się już prowadzić danych zadań i potrzebuje się zmiany otoczenia i pracy. Trafiłam i na taki moment. Po długiej rozmowie szef zgodził się, żebym odeszła, ale warunkiem było znalezienie odpowiedniej osoby na moje miejsce. Takiej, która wszystko „ogarnie”. Długo się zastanawiałam. Chciałam, aby był to ktoś, kto będzie kontynuował już obrany kierunek, zaakceptuje i uszanuje wcześniejszą pracę, a przede wszystkim będzie dobrym i wspierającym szefem dla zespołu.

Już od jakiegoś czasu kręcił się obok jeden chłopak, który chętnie, czy to pytany czy nie, udzielał różnych rad. Najczęściej mojemu głównemu szefowi, na temat tego, jak widziałby pracę mojego działu i co trzeba robić. Taki samozwańczy doradca z dużym parciem na sukces i szkło. Nie był też kimś przypadkowym. Miał swojego patrona, który blisko kolegował się z moim szefem. Informacja dla mnie była jasna – tak czy owak zrobi wszystko, aby zająć moje miejsce. Traktowałam to dosyć lekko i starałam się nie rozkręcać piekielnych wizji przejęcia działu. Moich pracowników, z którymi byłam także blisko mentalnie, przygotowywałam na tę zmianę długo. Widziałam, że tego nie chcą, ale z drugiej strony szanowali mój wybór. Wybór wolności.

W dniu mojej wyprowadzki z biura, następca pojawił się u mnie. Rozglądał się po gabinecie, zagadywał i w końcu zapytał o coś, co początkowo mnie rozbawiło, a z czasem dało mi wiele do myślenia. Że też wtedy nie zapaliły mi się czerwone lampki?!!! Otrzymałam kiedyś w prezencie z Watykanu obraz z błogosławieństwem imiennym od Papieża Franciszka. To było podziękowanie za pomoc bezdomnym. Nigdy się tym specjalnie nie szczyciłam i też nie wiedziałam, co zrobić z takim dowodem uznania. Więc postawiłam obraz gdzieś w rogu biura. Okazało się, że mój następca był bardzo tą pamiątką zainteresowany. – „Słuchaj czy ten OBRAZ też zabierasz?” – „Tak, a o co chodzi?” – „Chciałbym żebyś mi go zostawiła”, – No ale tam jest moje nazwisko” – Nic nie szkodzi. Ja sobie je wymażę i wpiszę swoje”.

Dzisiaj już wiem, że mój Zespół, z którego już dzisiaj nikt prawie już tam nie pracuje, będzie tę zmianę długo pamiętał. Ci, którzy postanowili zostać pod sterami nowego menadżera, skończyli na psychotropach lub zerwali ze mną kontakty, ponieważ jakikolwiek kontakt ze mną, nawet słowo „dzień dobry” skutkowało utratą zaufania i mobbingiem.

W sprawie zachowania nowego SZEFA interweniowały organizacje związkowe i komisja etyki. I nic. Nie pomogły prośby o zmianę. Ludzie czuli się zaszczuci i zmanipulowani prowadzonymi wiecznie nagonkami. Bali się rozmawiać ze sobą, a już najbardziej ze mną. Wszystko co zrobiłam, bez względu jak było cenione i ile nagród zdobyło, zostało zniszczone i zaorane. A cokolwiek złego się zadziało, to była to moja wina. Stałam się w głowie mojego następcy złem wcielonym😊. Spotkaliśmy się kiedyś i widziałam, jak strach i fobie rządzą tym człowiekiem, kompleksy, niskie poczucie własnej wartości. Wszystko to przekładał na pracowników. Wyżywał się na nich.

***

Uważam, że bycie szefem, to nie tylko ścieżka kariery. To nie tylko cel, do którego dążymy. Bardziej misja w życiu zawodowym. Podzielenie się tym, co mamy najlepszego w sobie, czego chcemy nauczyć i dać z siebie innym. Mentoring i leadreship, to modne dzisiaj słowa i chciałabym, żeby były nie tematem do chwalenia się przynależnością do stowarzyszeń i dyplomem na ścianie, ale życiowym darem i najlepszą intencją wobec ludzi. Niestety z mojego doświadczenia wynika, że aby kwalifikować się na czyjegoś przełożonego, należałoby skończyć szkolenie i mieć zdane testy psychologiczne, które będą kwalifikowały do relacji interpersonalnych. Do wzięcia odpowiedzialności za ludzi i cele. A wszystko po to, aby nie wskakiwać od razu na piedestał Boga i rządzić, dzielić, karać i nagradzać, ale być Człowiekiem dla drugiego Człowieka. Być równym, a nie pod- lub nad-Bogiem.

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpage’u Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.


Kariera

Dlaczego słoń boi się myszy? Biurowi donosiciele, czyli „dajcie człowieka, a coś się na niego znajdzie”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
19 lipca 2021
fot. skynesher/iStock
 

Czy zdarzyło Wam się, że w pracy ktoś nagle zaczyna was spychać ze stanowiska lub wręcz wyrzucać z pracy? Kiedy nagle wokół Was robi się burza, jeśli nie tornado, a Wy nie wiecie o co chodzi? Jesteście zalewani falą pomówień, jakiś „krzywych” argumentów, zaczepek? Pojawia się skierowane na Was jakieś skumulowane oko Saurona, że aż brakuje tchu?


To „parcie” to kontrola tego, co robicie, jakie macie wyniki, sukcesy, z kim współpracujecie i po co tutaj jesteście? Taka szybka weryfikacja, która czasem może się okazać podstawą do rozwoju i awansu, a czasem do zwolnienia. Jeśli pierwszy wariant, to wspaniale i gratulacje, trzeba wierzyć w dobrą stronę medalu i sobie, że to będzie właśnie to. Jeśli jednak jest to drugi wariant, to nagle czujemy, że ktoś chce nas wpuścić w maliny. Zaczyna się oskarżanie, szukanie haków, zaczepek, pretekstów – od nieumytego widelca we wspólnej kuchni lub zapomnianego, spleśniałego jedzenia w lodówce, po tłumaczenie się z anonimowych donosów.

To dzisiaj właśnie o tym.

Skąd się bierze tak głęboka wiedza przełożonego o nas, kto za nami chodzi i czemu to służy? Czyli o kontroli, zawiści w pracy, zazdrości i mechanizmach eliminowania pracownika. Często bardzo dobrego. Generalnie i na zdrowy rozum ludzi, którzy „ciągną” firmę, są jej frontmenami, przynoszą sukcesy, należy chronić, dbać i chuchać, dmuchać, aby nie odeszli. Jednak są takie firmy, a może nie od firmy to zależy, co od ludzi którzy nią kierują, że zarządzanie odbywa się przez zastraszanie, plotkę, donosy i haki. Każdy ma coś na kogoś. „Dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”.

Na świecie ceni się talenty i w nie inwestuje. Pozwala się wzrastać i rozwijać. Dobry pracownik, zdolny i kreatywny to chluba firmy. Niestety są i takie firmy, gdzie menadżerami, czy to wyższego czy niższego szczebla, są ludzie, którzy dostali się na te stanowiska dzięki znajomościom i nieuczciwym gierkom. Ich styl życia i pracy w firmie zaczyna się wtedy przekładać na pracowników. Brak zaufania do siebie przechodzi na pracowników i otoczenie. Poczucie życia w zagrożeniu sprawia, że to samo serwuje się innym. Nikt przy nich nie może czuć się pewnie.

Opowiem o pewnym prezesie, pracowałam dla niego. Typ macho, co to kobiety drżą przed jego męskością – przynajmniej tak mówił – niezwykle szarmancki, bardzo mądry i nie liczący się z nikim. Nie było dla niego świętości, nie było autorytetów. Był ON. Bardzo go początkowo podziwiałam, jego odwagę. Zawsze mówił, że nikogo i niczego się nie boi. Ale zastanawiający byli jego ludzie, ci, którymi się otaczał. Donosiciele. Siedzieli w sekretariacie godzinami i czekali na audiencję. Czy w sprawach ważnych? Może. Interesy i interesiki. Jedno było pewne. Po tych wizytach karuzela plotek i pomówień w firmie huczała. Prezes osobiście wzywał do siebie i przepytywał, a jeśli komuś było to nie w smak, do zarządu trafiał donos, najczęściej od strony związkowej lub innego „życzliwie donoszącego”. Nie było to przyjemne. Czy ludzie byli zwalniani? Nie. To był taki straszak, aby trzymać wszystkich w garści, a pan PREZES z politowaniem, wyrozumiałością tłumaczył, że tak postępować się nie powinno i … wybaczał. Firma pracowała i działała dalej, a delikwent raczej już nie był taki pewny siebie i co chwilę spoglądał za siebie, czy kogoś nie ma za plecami. Następca PREZESA próbował robić to samo, natomiast mniej subtelnie. Imponowały mu podsłuchy i monitoring wizyjny. Gdyby mógł, to w pokoju każdego pracownika coś by zamontował.

Inną metodą jest przekupstwo. Czyli oferowanie stanowisk, premii za usłużne donoszenie na temat danego delikwenta. Ma to być dowód na okazanie lojalności i złożenie hołdów lennych. O co chodzi? A na przykład szefa interesują jakieś smaczki z czyjegoś życia prywatnego, albo czy jest powiązany w jakikolwiek sposób z byłymi zarządzającymi, z czego żyje, z kim jeździ na wakacje, czy ma jakieś zobowiązania? Jesteście zdziwieni? Nie. To powszechna praktyka.

Niektórzy odmówią takim usługom, ale inni wykorzystają to jako trampolinę do odbicia się wyżej, a już na pewno w bliższą relację z przełożonym. Zasłużą się. Tyle, że obietnice „złotych gór”, składane przez przełożonego nie zawsze zostaną spełnione. Lub, jeśli już się tak stanie, to w perspektywie czasowej i tak można TO stracić, bo „pryncypał” będzie chciał się pozbyć swojego „życzliwego” bo za dużo wie. No cóż. Ciężki jest los posłańców „dobrych wiadomości”😉. Donosić doniesie, ale zostaje niesmak w ustach i brak moralnego kręgosłupa, a na dodatek może nic z tego nie mieć. Pytanie, komu taki człowiek służy – sobie czy innym?

Dlaczego nasi przełożeni to robią? Po co im te informacje? Najczęściej takie praktyki wynikają ze strachu. Strachu o swoją posadę, że ktoś może być lepszy, sprawniejszy, bardziej lubiany. Z lęku, że ktoś może im w czymś zagrozić, a nie że my coś robimy źle. Takie manipulacje przełożonych wzbudzają w nas strach i niepewność, i to jest dla nich najlepsza pożywka, że jesteśmy od nich uzależnieni i zrobimy wszystko czego od nas chcą. Wpuszczanie w poczucie winy jest świetną rozrywką i biczykiem na pracowników.

Ze strachu i niepewności o swoje jutro, posadę i byt ludzie są w stanie posunąć się do wszystkiego i zgodzić się na najbardziej upokarzające warunki. Są w stanie utopić innych, aby tylko utrzymać się na powierzchni. Raz służą jednym i nie odstępują ich na krok, mówią im same ciepłe, miłe słówka, aby być nadal w kręgu najbliższych współpracowników. Jeśli jednak patron się zmienia, to potrafią sobie odrąbać przysłowiową rękę i zmienić chorągiew. W imię pozostania na stanowisku wyrzekną się wszystkiego i wszystkich. Zaprzeczą słowom, które powiedzieli, złamią moralny kręgosłup, aby tylko zdobyć przychylność nowego patrona. Ma to coś wspólnego z syndromem niewolnika i usługiwania na wszelkich warunkach. Jedni nie zgodzą się na takie postępowanie i odejdą, inni będą uważać, że tak trzeba i wykorzystają wszystkie znane im narzędzia i ścieżki aby utrzymać się na powierzchni. Zaprzedadzą samych siebie i pogrążą innych.  Nie ma ceny, której nie zapłacą za wejście w orbitę przełożonych.

Menadżerowie, którzy znają te mechanizmy i wiedzą, jak grać na ludzkich emocjach, chętnie to wykorzystują. Doskonale wiedzą, że na ich „dworze” są donosiciele, którzy dopuszczą się każdego świństwa. Czy ich cenią? Nie. Takie osoby są zawsze na „czarnej liście”. W korpo grupa „swoich ludzi” jest bardzo istotna. Jednak to osoby, które od lat są w zaufanym teamie. To fachowcy i doradcy. To oni dostarczają sukcesy, pocieszają w chwilach zwątpienia, są jak satelity przynoszące informacje z zewnątrz.

„Plankton” plotkowy jest na chwilę, po to, aby poznać pewne mechanizmy, których na początku się nie zna, lub chce się mieć „oko” na szczególnie wrażliwy obszar. Jeśli intencje są dobre i służy to współpracy i rozwojowi ludzi i organizacji, to dobrze. Gorzej, jeśli jest to wykorzystywane przeciwko pracownikom, w celu grożenia im, zastraszania i trzymania w szachu.

Znam takich menadżerów, którzy specjalnie poszli na studia psychologiczne lub kursy, które pomogą im w „zarzadzaniu duszami”. Szukali wiedzy i inspiracji, do tego, aby być ponad innymi, móc manipulować i nadal trzymać władzę. Jeśli jesteśmy nieświadomi takich mechanizmów i intencji, możemy sobie zrobić sporo krzywdy. Jeśli się temu poddamy, to jesteśmy doskonałym pokarmem, który i tak kiedyś się znudzi zostanie z czasem „wyrzygany”. Praca i lojalność dla innych, zamiast sobie, nigdy się dobrze nie kończy.


Kariera

Po roku już nie było naszego związku. Argument w pozwie? „Oddała się cała firmie. Nie miała czasu dla rodziny. Zmieniła się”

Pracujaca Dziewczyna
Pracujaca Dziewczyna
6 lipca 2021
fot. Asia-Pacific Images Studio/iStock

Dzwoni twój szef lub woła do siebie, do gabinetu. Najczęściej już mamy stres, bo nie wiemy, o co chodzi. Właśnie dowiadujesz się, że dostajesz zadanie do zrobienia na już, albo na wczoraj. Jakby nagle spadło z nieba. Nie ma wymówek, że masz inne priorytety. Wcześniej obiecałaś coś dziecku, mężowi, przyjaciołom. Trudno. Trzeba odwołać. Pracujesz w korpo, a tu szef jest tylko jeden. Znasz to? 

Zapraszamy na kolejny odcinek cyklu #PracującaDziewczyna!

Pal sześć, gdy siedzimy po nocach i robimy tak, aby na następny dzień okazało się to potrzebne. Bo naprawdę było ważne. A co, kiedy trafia do szuflady? A szef mówi „dobrze, ale priorytety nam się zmieniły”. Wrrrr…

Nie raz zastanawiałam się, dlaczego w korporacji ciągle brakuje czasu i najważniejsze rzeczy są robione na ostatnią chwilę lub wszystko na raz. Tak, jakby był to instrument władzy nad nami, zasługiwania, pokazania, czy się nadajemy i czy sprostamy? Kolejny egzamin do zdania. Przecież to nie jest tak, że nagle jest pomysł i dawaj, zrób to! No chyba, że ktoś nie potrafi zarządzać i ma chaos wokół siebie. Wszystko w korpo ma swoje planowanie, ma kalendarz, czas. Mam wrażenie, że przetrzymywanie projektu do ostatniej chwili, to taki bacik, którym się sprawdza czyjąś lojalność, oddanie i pracowitość. Nie zapominajmy, że korpo to wielka szkoła manipulacji. Każdy, kto ma kontakt z korpo powinien mieć obkutego „Księcia” Machiavellego. Jeszcze dobrze, gdy pod naszą pracą, dobrze wykonanym zadaniem, możemy się podpisać. Zdarza się, że kto inny przypisuje sobie nasz genialny pomysł i rozwiązanie lub uzurpuje sobie do tego prawo.

No więc dostajemy to zadanie z terminem na wczoraj. A co na to my? Oczywiście godzimy się na ten „chory pomysł czasowy”. Godzimy się, bo zależy nam na pracy, stanowisku, uznaniu, pieniądzach. Przecież gramy w jednej drużynie i szefowi trzeba pomóc. Jesteśmy częścią zespołu. Ile z was powie przełożonemu NIE? No nie widzę lasu rąk😊. Tak więc, pokornie bierzemy robótkę do domu i siedzimy przez weekend, noce, aby sprostać wymaganiom zadania. Ten obowiązek nie dotyczy tylko pracowników niższych szczebli, ale każdego, kto pracuje w korpo. Prezesi też mają takie zadania od innych… swoich patronów. O patronach prezesów będzie w innym odcinku.

Jesteśmy w stresie. Dom postawiony na nogi, bo nie można żonie, mamie przeszkadzać. Nie mamy głowy do obiadu. No dobra, niektóre z nas są multizadaniowe to i jeszcze ogarniemy obiad, lekcje dziecka, męża, zakupy. Ale generalnie nasza równowaga i spokój psychiczny jest zakłócony, a czas który planowałyśmy dla siebie i rodziny, uleciał niby powietrze z balonika. Potrzebujemy ciszy i zrozumienia, a czasem rodzina tego nie rozumie. Bo coś innego obiecałaś… Przestajesz być wtedy też miła i wyrozumiała dla wszystkich, bo twój organizm ma już strażników korporacyjnych – strach i stres – dla których musisz wykonać zadanie. Jeszcze myśli w twojej głowie, czy na pewno podołasz i z kim by to z kolegów/koleżanek z firmy skonsultować, czy jest dobrze napisane? Przecież zawsze potrzebujemy czyjegoś potwierdzenia.

Takie zadanie w ostatniej chwili, to niezły sprawdzian dla nas i naszej wytrzymałości na stres i pracę pod presją. Szef jeszcze lubi w czasie weekendu zadzwonić parę razy, aby skontrolować i upewnić się, czy na pewno pamiętasz i czy robisz? No i moje ulubione… Czyli w chwili, gdy wszystko gotowe, dzwoni, że mu się koncepcja zmieniła i ta będzie lepsza. Pod twoim nosem tylko płyną nieme przekleństwa i pomstowania. Obiecujesz sobie, że to ostatni raz… Obiecujesz sobie i rodzinie, że jakoś im to wynagrodzisz.

A co, gdy takie sytuacje zdarzają się permanentne? Zaczynają się zgrzyty z partnerem, że praca jest ważniejsza, że jesteś jednym z tych korpoludków, że nie szanujesz rodziny i nic dla Ciebie nie znaczą? Znaczą. Ale Ty też chciałaś tej kariery, a pieniądze dają tę ulubioną przez wszystkich niezależność, no i zawsze lżej z domowym budżetem. Pieniądze zawsze się miło wydaje, ale w korpo jest coś za coś. Twój czas, oddanie, czasem i poświęcenie rodziny za pracę, awanse i kasę.

Pamiętam, jak dostałam list intencyjny od jednej z wielkich firm. W liście było stanowisko i wysokość wynagrodzenia oraz premie. Pokazałam wtedy mojemu partnerowi. Zapytałam się „czy jesteś tego pewien, że tego chcemy?”, „czy wytrzymasz w domu z menadżerką z taką odpowiedzialnością za firmę, prawie w ogóle mnie nie będzie, a głowę i myśli będę miała 24h na dobę w korpo?”. Odpowiedź była natychmiastowa „Bierz. Tyle kasy i na pewno się sprawdzisz”. Fajnie, że partner wierzy w Ciebie. Pieniądze i stanowisko dają poczucie władzy i wręcz nieomylności. Natomiast jest to pakt za Twój czas i wyłączność. Jesteś dla korpo, nie dla innych. Jesteś już niewolnikiem. Oddajesz siebie i część życia, zdrowia, jesteś dyspozycyjna. Wszystko, czego chcą, MUSISZ, a nie CHCESZ wykonać. Zadania na wczoraj i na przedwczoraj. Jesteś jak żołnierz, który ma wykonać rozkazy, a Twoje uczucia i emocje nie są istotne. Po roku już nie było naszego związku. Argument w pozwie? „Oddała się cała firmie. Nie miała czasu dla rodziny. Zmieniła się.”

Oooo tak. Korpo zmienia ludzi. O tym innym razem. Najbardziej krucho jest właśnie z czasem. Spóźnienia na spotkania lub trzy spotkania na jedną godzinę, bo wszyscy są ważni. Oczywiście, to kwestia poukładania priorytetów, jednak czasem w życiu jest wszystko ważne. I nie raz się żałuje, że się nie ma czarodziejskiego pierścienia Arabelli, który pomagał się przenieść momentalnie w inne miejsce, lub peleryny Rumburaka. Kiedyś kolega siedzący pod moim gabinetem przez dwie godziny, a przyjechał punktualnie, tylko ja się nie wyrabiałam, powiedział „masz helikopter w ogniu.”

Czas jest tym czego najbardziej brakuje. I czasu się nie da cofnąć, zmienić. Przemija, a z nim chwile, których naprawdę chcielibyśmy doświadczyć jak uśmiech dziecka, radość i miłość partnera. Chociaż są tacy, którzy twierdzą, że czas nie istnieje. Ja „znalazłam” czas gdy zaczęłam medytować, układać inaczej swoje priorytety i nie czuć się niezastąpioną. Kiedy zaczęłam kochać siebie i szanować. Zaczęłam dzielić się tym co mam do zrobienia i odmawiać pomysłów z sufitu. Na początku obawiałam się reakcji. Okazało się, że im bardziej ktoś się ceni i kocha siebie, to staje się mniejszym śmietnikiem na potrzeby i chciejstwa innych. Nagle zaczęłam znajdować czas dla siebie i na swoje potrzeby, a życie przestało rzucać we mnie talerzami, gdzie wszystkie chciałam połapać w powietrzu. Dużo od nas zależy i jak siebie traktujemy. Czy żyjemy w strachu przed szefem, czy przyjmujemy na siebie karmę niewolnika i rolę ofiary? Ludzie to czują i wrzucają nam jeszcze więcej, bo wiedzą, że nie odmówimy. A gdzie nasze granice i asertywność? Czy życie jest warte tych pieniędzy i braku czasu dla siebie i najbliższych?

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła