Psychologia Związek

Żeby z nim zostać, musiałaby być jego matką. Wiecznie uśmiechniętą wbrew swoim emocjom, wiecznie tłumaczącą jego zachowanie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 lutego 2018
1 z 1

Strona 2

iStock/ JayKay57

Ale „kolejne razy” pojawiały się coraz częściej, mówiła więc o nich otwarcie matce Marcina i swoim rodzicom, przez telefon. Rodzice Kasi stanęli po jej stronie, teściowa wynajdowała tysiące usprawiedliwień dla zachowania syna. A to był na pewno „zmęczony bałaganem w domu”, dlatego wyrzucił jej wszystkie ubrania na podłogę i rzucił w nią książką. Na pewno „czymś go sprowokowała”, gdy szarpnął ją za rękę prawie uszkadzając obojczyk, bo zbyt wolno zmywała podłogę w kuchni.

Pewnego dnia wyjął z ich konta kilka tysięcy, nie mówiąc o tym żonie, bo miał ochotę kupić sobie jakiś bardzo drogi gadżet. Kiedy się zorientowała i poprosiła o wyjaśnienia stwierdził tylko, że ciężko na to pracuje, że go stać, że może robić co chce.

Potem zniknęły kolejne pieniądze, te, które Kasia odłożyła na kolejną ratę kredytu. Marcin nie wiedział problemu. „Pożycz od mamy” – rzucił tylko. Nie miała wyjścia, bo zostawił ją z tym samą. Zadzwoniła do teściowej, wyjaśniła co się stało. Ta, bez mrugnięcia okiem przelała na ich rachunek potrzebą kwotę. „Wiesz – powiedziała Kasi – to tylko pieniądze, a on się tak cieszy z tego motoru”. W ten sposób Kasia dowiedziała się, że Marcin kupił sobie bez jej zgody wymarzony motor. I że wie o tym ostatnia.

Po pięciu latach Kasia odeszła, bo pomyślała, że żeby z nim zostać musiałaby być jego matką. Wiecznie uśmiechniętą wbrew swoim emocjom, wiecznie szukającą wytłumaczenia, próbującą usprawiedliwić przed samą sobą, kolejne razy, kiedy pokazywał jej, jak niewiele jest warta. Na rozprawie rozwodowej mama tłumaczyła syna. „On potrzebuje dużo ciepła, dużo cierpliwości. Ja tego mu w dzieciństwie nie dałam. Może znajdzie kiedyś kogoś, kto będzie potrafił go zrozumieć tak, jak ja”.

PoprzedniNastępny
Psychologia Związek

„Nie mogę spać, nie mogę jeść, myślę o tym, że mógłby teraz być z kimś innym”. Wykańcza ją obsesyjna zazdrość

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
9 lutego 2018
1 z 1

Strona 2

Problem nie leży w nim, w jego zachowaniu. Problem jest w niej. Ona nie wierzy w tę jego miłość, bo uważa, że nie jest jej godna. Bo sama siebie widzi, jako kogoś nieciekawego, brzydkiego, nudnego. Każda mogłaby zająć jej miejsce. Każda. Marta jest tak niepewna siebie, że wciąż musi udawać kogoś kim nie jest, kiedy wychodzą razem i poznają jego znajomych. Uśmiecha się, czaruje, ale kątem oka wciąż obserwuje. Spojrzała na tamtą, z tamą porozmawiał, śmiali się razem. Aha. Kiedy wsiądą do samochodu zamilknie trawiąc wciąż w środku i analizując to, co zobaczyła.

W zeszłym tygodniu K. wrócił do domu z informacją, że musi pojechać na firmową integrację. Od tego czasu Marta źle śpi. Przewraca się z boku na bok do późna, a kiedy już uda jej się zasnąć, budzi się z przyspieszonym biciem serca, z nieprzyjemnym napięciem.

Tam będą jego koleżanki, K. będzie z nimi rozmawiał, spędzał czas, wieczorem pewnie wypiją razem piwo albo kieliszek wina… Wyobraźnia podpowiada jej miliony scenariuszy.  W każdym K. oznajmia jej, że poznał kogoś (fajniejszego) i że to koniec.

K. zaczął coś zauważać, widzi, że jest inna – nieobecna, zamyślona. Więc Marta mówi mu, że ostatnio ma dużo pracy, że jest przemęczona, że dobrze by jej zrobiło kilka dni nad morzem. Rozpaczliwie wierzy, że on powinien rzucić wszystko i zamiast na integrację pojechać z nią na weekend.

Próbowała nawet go sprawdzić, zobaczyć, że on też jest zazdrosny. Niech poczuje to, co ona. Spotkała się z kolegą z pracy, kilka razy specjalnie do niego wydzwaniała przy K, pisała do siebie samej zmyślone SMS-y. Niby nic takiego, ale gdyby to K. je dostał, umierałaby z zazdrości. Eksperyment się z bardzo nie udał, bo on jej ufa, no i zależy mu, żeby miała wielu dobrych przyjaciół. Więc stwierdziła już na pewno, że jej nie kocha.

I rozważa skorzystanie z pomocy specjalisty, bo jest jej coraz gorzej, bo coraz bardziej boi się samej siebie. Bo nie umie już sobie z tą zazdrością, z tym lękiem poradzić. Może w ogóle powinna być sama?

PoprzedniNastępny
Psychologia Związek

Praca do 22-giej, bezsenność i i przemęczenie. To nie kariera w korpo, to rzeczywistość naszych dzieci

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 stycznia 2018
Fot. iStock/Chalabala

Budzik dzwoni o 6 tej. Wstaję, szybko piję kawę, choćby jedynie bezkofeinową. Muszę być w formie. Zaczynam przygotowywać śniadanie, bez śniadania nie wyjdziemy z domu. Czas płynie jakoś dziwnie szybko i kiedy wybija 6:30 idę budzić dzieci. Najpierw pójdziemy do szkoły, potem do przedszkola, ten system sprawdza się najlepiej. Syn podrywa się uśmiechnięty, myśli o kolejnym dniu spędzonym z koleżankami i kolegami. Ale moja córka nie chce wstać. Jest rozdrażniona, zmęczona, blada. Nie wysypia się od początku roku szkolnego. Jest przemęczona, ma w szkole tyle pracy, ile niejeden dorosły w biurze. I już naprawdę nie wiem, jak jej pomóc. Przecież ma dopiero dziewięć lat, co będzie dalej?

Wczoraj pożyła się spać po 22-giej. Ale długo nie mogła zasnąć. Problemy ze snem zdarzają jej się coraz częściej. Zdanie lekarza, jest przemęczona. Próbuje odsypiać w weekend, ale to ciągle mało. Nie, nie mamy zajęć dodatkowych, nie byłoby na to nawet czasu. Po prostu odrabia na bieżąco wszystkie lekcje, powtarza wiadomości do sprawdzianów. A sprawdzianów czy kartkówek w każdym tygodniu jest kilka. Na przyrodzie pani „pyta” zawsze z kilku ostatnich lekcji. Na historii sprawdza krótkim testem czy na pewno zapamiętali wszystkie daty. Na polskim co chwila powtórzenie wiadomości, a na WF-ie trzeba przebiec jak najszybciej pewną odległość, żeby dostać „piątkę”. No i oczywiście słówka z niemieckiego, te trzeba powtórzyć zawsze, bo pani pyta „na wywrywki”.

Jak wygląda nasze popołudnie? Lekcje zaczynają się codziennie o 8ej, kończą przed 14, czasem o 14:30. Zaraz po szkole idziemy do przedszkola, po mojego syna. Do domu docieramy ok 15:30. Jemy obiad, potem następuje chwila odpoczynku. Wszyscy go potrzebujemy, każde z nas wykonało dziś „kawał roboty”. A przecież to jeszcze nie koniec.

O 17-tej córka siada do zadanych prac domowych. Jak zwykle, jest ich dużo. Trzy strony zadań z podręcznika do matematyki. Obliczenia mają być wykonane starannie, ze sprawdzeniem, odpowiedź do zadań napisana całym zdaniem. To zajmie około półtorej godziny, może dwie. Chwila odpoczynku i zabieramy się za list z polskiego. Najpierw na brudno, na kartce. Zmęczenie już daje o sobie znać, coraz trudniej się skupić, mieć dobre pomysły, coraz trudniej pisać starannie. A pani bardzo zwraca na to uwagę.

Zbliża się pora kolacji, więc robimy przerwę. Potem trzeba będzie jeszcze powtórzyć lekcję z przyrody i uzupełnić zadane ćwiczenia. Że też akurat przyroda wypada dzień po dniu. Kiedy kończymy, na daty z historii nie ma już siły. Na zapakowanie plecaka również. Są za to łzy i ogromne zmęczenie. Fizyczne i psychiczne.

Mój mąż miał w zwyczaju mówić do naszych dzieci: „Teraz, to wy odpoczywacie. Nie jesteście ani w połowie tak zmęczone jak dorośli. Teraz to jedynie zabawa. Nie macie prawa narzekać, nie macie pojęcia co to jest zmęczenie”.

Zawsze denerwowała mnie bezduszność i niesprawiedliwość tych słów, nigdy się z tym nie zgadzałam. Teraz jeszcze bardziej widać, jak bardzo są nieprawdziwe. Praca do 22- giej, bezsenność, lęk i przemęczenie. To nie kariera w korpo, to rzeczywistość naszych dzieci.

Kiedy moja córka choruje, a choruje dość często, opanowuje ją jeszcze większy stres. No, bo jak tu nie iść do szkoły, znowu trzeba będzie „nadrabiać” zaległości!

Co z tego, że temperatura rośnie? Pani przecież powiedziała, że taka temperatura to nic strasznego, a katar zaraz przejdzie, że nie można się pieścić, tylko zacisnąć zęby.

Jak wytłumaczyć dziecku, że przy jego obniżonej odporności katar nie przejdzie, ale przy takiej niepewnej pogodzie przeziębienie szybko zamieni się w poważniejszą infekcję, która zatrzyma ją w domu na dłużej niż jeden czy dwa dni…?

Zastanawiam się, jak się muszą czuć pozostałe dzieci w klasie mojej córki. Większość z nich ma dodatkowe zajęcia po lekcjach. Angielski to dziś podstawa. Co tam angielski, przecież są jeszcze lekcje gry na skrzypcach, rysunek, judo, łyżwy…

Nigdy nie mówiłam mojej córce, że musi mieć świetne oceny, że powinna się starać „być dobra” ze wszystkiego. Mówię tylko, żeby była „w porządku”, nie zapominała o pracach domowych, uczyła się do sprawdzianów. Staram się dopingować ją do rozwijania swojej pasji – rysowania. Ale i na to czasu coraz mniej. Tak jak na zwykłą zabawę, na bycie dzieckiem, na spacer po wyjściu ze szkoły, żeby się trochę dotlenić.

Coś się stało niedobrego. Hodujemy roboty, nasze dzieci jak maszyny wykonują codzienne czynności, zaplanowane z precyzyjną dokładnością, co do godziny. Już na samym początku wpadają w te trybiki i jak małe zombie stają się sprostać wszystkim wymaganiom. A kiedy się nie udaje, bo zwyczajnie organizm odmawia posłuszeństwa, popadają we frustrację. To przerażające. Pora, by rodzice wzięli sprawy w swoje ręce.