Związek

Miłość przychodzi po cichu, jak stary przyjaciel. Musisz tylko zacząć w nią wierzyć i się… postarać

Redakcja
Redakcja
13 maja 2019
5 języków miłości
Fot. iStock / AleksandarNakic
 

Szybciej, mocniej, więcej. To niezrozumiałe szaleństwo definiuje już chyba każdą dziedzinę naszego życia. Chcemy wyjechać na egzotyczne wakacje i zobaczyć „wszystko”, ale zapominamy o tym, by odpocząć. Chcemy, żeby nasze dzieci mówiły biegle po angielsku, niemiecku i francusku, ale nie zwracamy uwagi na to, że nie potrafią mówić poprawnie w języku ojczystym. Chcemy dać bliskim jak najwięcej tego, co wymierne, ale nie dajemy im swojej uwagi, czasu, uczucia. Nasze związki też dopadła ta przeklęta choroba. Krótkowzroczność. Chęć bycia z kimś emocjonalnie „bezwysiłkowo”, przy jednoczesnej pewności, że ta osoba do nas należy. Bo przecież na to zasługujemy.

Kiedy wchodzisz w nowy związek, nie myślisz zazwyczaj, że ta relacja prędzej czy później się rozpadnie. Rozpiera cię duma, szczęście, poczucie, że w końcu znalazłaś „tę właściwą osobę”. Chcesz właśnie w ten sposób odczytywać wszystkie znaki. Przecież lubicie tę samą muzykę, tak samo przygotowaną kawę, wstajecie o tej samej godzinie… To nie może być przypadek. Ale potem przychodzi codzienność i okazuje się, że jednak więcej was różni niż dzieli. Że on woli czasem pobyć sam, a ty czujesz się wtedy samotna. I zamiast starać się uzupełniać, zrozumieć, pokochać, oddalacie się od siebie twierdząc, że to jednak nie było to. Szukasz dalej i historia się powtarza, w nieskończoność. Łatwo idzie ci rezygnowanie. Łatwo nie wierzyć, że mogło się udać, gdybyście tylko się bardziej postarali.

W miłości, jak w życiu szukamy łatwych, szybkich rozwiązań i pięknej oprawy, coraz mniej liczy się to, co naprawdę… Zachwyca nas para staruszków spacerująca w parku za rękę, a jednocześnie zastanawiamy się z przerażeniem nad tym, jak to jest przeżyć całe życie z jedną osobą, wziąć odpowiedzialność za siebie, za partnera, za związek „na zawsze”. Im większą świadomość mamy tego, jak bardzo się zmieniamy, tym bardziej się boimy. Bo przecież chcemy pięknej, bezproblemowej miłości, a nie kłótni, zdrad i łez. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że taką piękną miłość musimy wypracować sobie sami.

Skąd się bierze ten nasz pęd ku czemuś, co istnieje tak naprawdę jedynie na kartach książki lub filmowego scenariusza? „Łatwa”, piękna, „estetyczna” miłość uwodzi, miłość „twarda”, przyziemna, codzienna i życiowa jest wysiłkiem podejmowanym z pełną świadomością, że się kogoś wybrało na partnera, że chce się z nim być. Bo miłość to wybory, codzienne. Te prostsze i przyjemne, jak kierunek, w który udamy się na wspólny urlop i te skomplikowane – w jakim kraju zamieszkamy, jeśli dzielą nas tysiące kilometrów i kiedy poznać ukochanego z twoimi dziećmi z poprzedniego związku. Miłość to olbrzymia logistyka, organizacja i wzajemne uzupełnianie się. Może na początku jedynie jest błyskiem szaleństwa, zapomnienia. Jeśli przerodzi się w głębokie uczucie, zależy bardziej od naszego rozsądku niż serca. Ale to wcale nie odbiera jej piękna, wręcz przeciwnie.

Wszystkim tym, którzy pragną miłości jak z książkowego romansu lub pięknego filmu w kinie, chciałabym odpowiedzieć cytatem z powieści mojej ulubionej autorki, Lucy Maud Montgomery: „Być może wielkie uczucie nie wkracza w nasze życie w blasku i glorii jak rycerz na koniu; być może wkrada się cichutko, jak stary przyjaciel; być może rozwija się w pozornej monotonii, by nagły błysk olśnienia ujawnił rytm i ukrytą muzykę. Być może miłość rozwija się naturalnie z pięknej przyjaźni, jak herbaciana róża z zielonego pąka.”


Związek

A czy ty wiesz, gdzie i w czym kryje się twoje szczęście?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
13 maja 2019
Arch. prywatne
 

Zastanawialiście się kiedyś, czym jest dla was szczęście? Wiem, pytanie z kosmosu, ale tak naprawdę, czy kiedykolwiek o tym myśleliście? Odpowiedzieliście sobie jednoznacznie na to pytanie? Tak, zdaje sobie sprawę, że ile ludzi, tyle odpowiedzi. Dla jednych szczęściem są zdrowe dzieci, dla innych świetna praca, udany związek, super samochód. Ale czy na co dzień doświadczacie szczęścia? Jest ono obecne w waszym życiu?

Skąd moje pytanie? Poszłam z moimi chłopakami (trzema) w góry. Od schroniska do schroniska. Bo tak lubimy, bo kochamy góry, bo wędrówka po nich daje nam coś niewypowiedzianego i czego opisać do końca się nie da. Wyprawa zaplanowana. Plecaki spakowane. Odrzucone rzeczy do niesienia, żeby ciężaru na plecach nie zwiększać. Każdy niósł swój dobytek. Masz przy sobie tylko minimalnie potrzebną liczbę rzeczy na przebranie, śpiwór, jeden szampon dla wszystkich (żeby nie było za ciężko), klapki (w które cudownie było włożyć nogi wieczorem), trochę jedzenia, nie za dużo, żeby się nie przeciążyć.

Ruszamy w ulewie, która nie psuje nam humorów. Po prawie sześciu godzinach docieramy do schroniska, które staje się na jedną noc naszą ukochaną przystanią, z pomieszczeniem na suszenie wszystkich rzeczy, a nawet plecaków, bo deszcze wkradł się wszędzie. Rano ruszamy dalej. I tak idziemy przez kolejne trzy dni. Do kolejnych schronisk. W słońcu, w potwornym wietrze, w śniegu. Nie będę się wdawać w szczegóły, bo te pewnie większość z was by zanudziły na śmierć, ale chciałam napisać o wnioskach, które układają ci się w głowie po zejściu do cywilizacji.

I co się okazuje? Że do szczęścia tak naprawdę niewiele potrzebujesz. Wystarczą klapki i ciepła bluza w jednym miejscu. W drugim ogromną radość sprawia ci poduszka na wyposażeniu pokoju, bo od dwóch dni śpisz z bluzą pod głową, która zawsze gdzieś ucieka. Nie zdawałaś sobie sprawy, jak ucieszyć może kostka masła i keczup wniesiony przez bliskie ci osoby na górę. Ciepła woda pod prysznicem, a w jednym schronisku nawet gorąca – taka jak lubisz. Widok, który koi zmęczenie, a roztacza się przed twoimi oczami, kiedy myślisz, że już nic oprócz chmur, które cię otaczają, nie zobaczysz. A tu wychodzi słońce. I aż zatrzymujesz się z wrażenia. I choć przynajmniej raz podczas kilkudniowej wędrówki pomyślisz: „Mam dość, już nie chcę”, to jednak bezmiar wdzięczności za to doświadczenie rehabilituje bolące nogi, siniaki na ramionach (bo plecak i tak był ciężki) i brak pasty do zębów, którą twoje dzieci posiały nie wiadomo gdzie.

Kiedy usiadłam w domu, na kanapie, pomyślałam, że tak właśnie wygląda szczęście. W być, a nie mieć, w doświadczać pojedynczo, a nie w nadmiarze. Pomyślałam też, że każdy z nas ma w sobie tę najmniejszą cząstkę szczęścia, która potęguje wszystkie inne pozytywne emocje i ogranicza te negatywne. Trzeba tylko umieć ją znaleźć. Podążyć za swoją intuicją, która w tych kiepskich momentach mówi ci, co zrobić, żeby zobaczyć lepsze.

Odnalezienie swojego szczęścia, nazwanie go, świadomość gdzie i w czym się kryje, jest doświadczeniem pełnym, bo pokazuje, jak niewiele potrzebujesz. Jak ograniczasz siebie w swojej pogoni za szczęściem, które nie wiesz, czym jest. Jestem beznadziejna, jestem samotna, smutna, głupia, gruba, brzydka. Jestem nieszczęśliwa. Serio? A gdzie mieszka twoje szczęście? W czym się ukrywa? Może zamiast skupiać się na tym, gdzie go nie ma, lepiej zrobić krok w bok i je odnaleźć. Ale na to potrzeba dłuższej chwili, zatrzymania się, zmierzenia się ze sobą i doznania wdzięczności za to co tu i teraz. Tego stanu nie da się na stałe w sobie nosić, ale można do niego wracać, można sobie przypominać ten moment całkowitego spokoju, bez nerwowego rozglądania się, zwracania uwagi na dzieci, na innych, na zegarek, telefon. Trzeba usiąść i rozejrzeć się wokół. Posiedzieć tak pięć minut, może piętnaście, a może pięć godzin. Odnaleźć w sobie ciszę, pozostać ze sobą. Mało mieć, żeby widzieć, co zyskujesz.

Takiego doświadczania szczęścia wam życzę.


Związek

Jak się nie wpakować w życiowe bagno, czyli krótki poradnik dla tych, co tracą nadzieję

Redakcja
Redakcja
13 maja 2019
Fot.iStock/cyano66

Czasami znajdujemy się w naszym życiu w miejscu, do którego nigdy nie chcielibyśmy dotrzeć. Przeklinamy wtedy zły los, zastanawiamy się jaka siła sprawiła, że utknęliśmy w martwym punkcie i grzęźniemy w kłopotach po uszy. Otóż brutalna prawda jest taka, że zazwyczaj jest to po prostu wypadkowa złych decyzji, naszego zachowania i kroków, które powzięliśmy świadomie. Co zrobić, by takich sytuacji było jak najmniej? Zastosować kilka, banalnie prostych zasad.

Jak się nie wpakować w życiowe bagno

1.Pilnuj swoich spraw

Dosłownie. Nie pozwól innym, by decydowali za ciebie. Sprawdzaj umowy, które podpisujesz i inne dokumenty, od których wiele zależy. Ufaj bliskim, nie popadaj w paranoję, ale nie bądź lekkomyślny. Pomyłki, wpadki, dziwne sytuacje zdarzają się również osobom, które mają najlepsze intencje.

2. Nie pomagaj innym na siłę

Bo stracisz przyjaciół i własną energię. Oraz bardzo się rozczarujesz. Nie dawaj dobrych rad tam, gdzie ich nie chcą, bo i tak nikt ich nie posłucha. Co innego, gdy ktoś zwróci się do ciebie o pomoc lub wskazówkę. Pamiętaj jedynie, by nie wykraczać poza swoje możliwości, zasoby i kompetencje.

3. Nie kłam

Bo to zazwyczaj prowadzi do zapętlenia, z którego trudno wyjść. Stracisz zaufanie bliskich, stracisz w oczach tych, na których ci zależy, z czasem sam nie będziesz mógł spojrzeć w lustro.

4. Nie składaj obietnic bez pokrycia

Zwłaszcza, jeśli robisz to tylko po to, by zyskać czyjąś akceptację lub przychylność. Składając deklaracje, których nie możesz wypełnić stajesz się podwójnym zakładnikiem – swojego sumienia oraz osoby, której coś obiecałeś. Ona liczy na twoją słowność, ty na cud, który sprawi, że się wywiążesz z danego słowa. A cuda się raczej nie zdarzają.

5. Nie pożyczaj pieniędzy

Oczywiście, bywają sytuacje kryzysowe, kiedy taka pożyczka od znajomej osoby dosłownie „ratuje ci życie”. Jeśli jednak potrzebujesz jakiejś kwoty na coś, bez czego zdecydowanie przeżyjesz, a na co cię nie stać, nie sięgaj po cudze. Takie pójście na łatwiznę sprawi, że przestajesz szukać rozwiązań i tracisz zdolność rozsądnego myślenia o swoich zasobach finansowych. Nie stać cię? Nie bierz.

A poza tym, uszy do góry. Nie ma takiej rury na świecie, której nie można odetkać – mawiał klasyk.


Zobacz także

Czujesz, że zaniedbaliście wasz związek? Trzy ćwiczenia, które pomogą odbudować między wami bliskość

Spędziliśmy razem 10 lat, ale mimo to nasze małżeństwo zakończyło się rozwodem. Jak mogło do tego dojść?

Jak znaleźć wystarczająco dobrego mężczyznę? Krótki poradnik mężatki