Związek

Kobiety nie mają z kim budować trwałego związku i decydować się na dziecko. Potrzeba nam ugruntowania cnót męskich!

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
28 lipca 2021
fot. kieferpix/iStock
 

Kobiety nie mają z kim budować trwałego związku i decydować się na dziecko. Jesteśmy świadkami kryzysu relacji – powiedział dr Marcin Kędzierski w wywiadzie dla Gazety Prawnej. Zdaniem tego politologa i ekonomisty, to brak bezpieczeństwa relacyjnego jest mentalnym powodem, dla którego Polki więcej dzieci nie będą mieć. Czy można zapewnić kobietom to bezpieczeństwo? Co dzieje się z mężczyznami?

Tekst: Beata Pawłowicz

Powiedział pan w jednym z wywiadów, że młodzi mężczyźni nie mają motywacji by budować trwałe relacje. Kobiety obawiają się więc mieć dzieci, bo, jak uczy praktyka, macierzyństwo to w końcu zawsze samotne macierzyństwo?! Nawiązując więc do słów pewnego doradcy ministra oświaty, szkoły powinny ugruntowywać cnoty „męskie”, a jak proponował: „niewieście”?

dr Marcin Kędzierski: Chciałbym uniknąć mówienia, że ta nasza niska dzietność i wzrost liczby rozwodów to wina mężczyzn albo kobiet. Wolę za to powiedzieć, że np. dzisiejsi 20-, 30-letni mężczyźni zachowują się w taki, a nie inny sposób, bo wzrastali w określonym kontekście społeczno–kulturowym i w określonych środowiskach rodzinach. O tym drugim często się zapomina, a m.in. za sprawą transformacji ustrojowej rodziny doświadczyły sporych turbulencji. W polskich domach na przełomie lat 80. i 90. XX wieku zabrakło mężczyzn. Wyjechali do pracy za granicą albo rzucili się w wir wolnego rynku, często żeby materialnie jakoś związać koniec z końcem. Efekt był jednak taki, że ich synowie byli wychowywani przez „samotne matki”, a nierzadko też babcie.

Zanim jednak powiem, jakie to niosło ze sobą skutki, dodam, że chłopcy byli inaczej wychowywani niż młode kobiety. Dziewczynkom przekazywano, aby nie powieliły losu swoich matek, a więc aby były wyemancypowane, asertywne, odważne, żeby nie decydowały się zbyt szybko na dziecko, bo to tylko utrudni im zdobywanie wykształcenia i pracy, a także partnera, zwłaszcza, że ojciec ich dziecka pewnie odejdzie, a wtedy jako samotnym mamom trudno im będzie znaleźć nowego partnera na życie.

Przekaz do dziewczynek był wiec mocno emancypacyjny?!

Tak, młode kobiety miały być przede wszystkim samodzielne. Chłopcy z kolei byli „oczkami w głowie” swoich matek i babć. Te kobiety przelewały na nich miłość do partnerów, których u ich boku nie było. A to sprawiało, że ci młodzi mężczyźni nie musieli często brać odpowiedzialności w codziennym życiu – upraszczając, choćby nauczyć się prać skarpetek czy myć naczyń. Nie musieli właściwie niczego. No a skoro byli w ten sposób wychowywani, to trudno się spodziewać, aby w wieku 20-30 lat niespodziewani się zmienili i stali się gotowymi do wzięcia odpowiedzialności za rodzinę. Są wciąż dużymi chłopcami, choć oczywiście także wzorce kulturowe wzmacniają taką postawę.

Wojciech Eichelberger w wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” powiedział, że polscy mężczyźni zapytani o ideał kobiety, przestawiają ideał matki, a nie partnerki!

Ten wywiad był dość kontrowersyjny (śmiech) i bardzo mocno komentowany w mediach społecznościowych. Nie jestem psychologiem i nie chciałbym wchodzić w ten obszar, ale z perspektywy badacza nauk społecznych mogę powiedzieć, że zmieniły się oczekiwania, jakie mamy wobec mężczyzn. Kiedyś mężczyzna miał dźwigać na sobie odpowiedzialność za utrzymanie rodziny. Dziś do tej odpowiedzialności dochodzi także oczekiwanie, aby miał partnerskie relacje ze swoją żoną, która się wyemancypowała, i aby zaangażował się w wychowanie dzieci. Współczesny młody mężczyzna ma więc wejść od razu wejść w trzy role, a więc: „dostawcy” pieniędzy; tego, który buduje związek i tego, który wychowuje dzieci. Role, do których nie jest przygotowany.

Trzy role grają też kobiety, tyle, że z racji macierzyństwa nie mają wyboru: dźwigać czy odejść!?

Tak, ale sytuacja z tak szerokim pakietem oczekiwań jest jednak dla młodych mężczyzn kompletnie nowa. Muszą się jej nauczyć, i to na dodatek szybko. Pytanie tylko, od kogo? Nie nauczą się, jak być dziś mężczyzną ani od ojców, ani od dziadków, bo ci nie musieli funkcjonować w takim modelu. Młodym mężczyznom pozostaje więc podpatrywanie rówieśników, którzy borykają się z podobnym problemem. Patrzą też na media, i tam zdarza im się zobaczyć mężczyzn, którzy potrafią zarobić dużo pieniędzy, być asertywni, zbudować super związek i opiekować się dziećmi, a jednocześnie mieć „ekstremalne” pasje, być wysportowanym, etc. Tyle, że taki model dla większości jest nieosiągalny. Trochę przypomina to sytuację młodych kobiet, które obserwują choćby Annę Lewandowską. Jej przykład może inspirować, ale może też frustrować.

W efekcie mężczyźni mogą się wycofywać z budowania trwałych relacji w obawie o to, że nie sprostają oczekiwaniom. Z drugiej strony nie można zapominać o zmieniającej się strukturze demograficznej: w dużych miastach mamy nadreprezentację kobiet. To zaś oznacza, że dużo atrakcyjnych, wyemancypowanych kobiet stara się o relatywnie mniejszą liczbę mężczyzn, co sprawia, że ci ostatni będą mogli sobie pozwoli na rotację i tworzenie mniej trwałych związków. Jakby na to nie spojrzeć, będzie coraz trudniej o trwałe relacje, co pewnie negatywnie przełoży się na współczynnik dzietności. Tym bardziej, że jak wspomniałem, młodzi mężczyźni będą raczej uciekać od odpowiedzialności i zobowiązań.

A więc to wina mam i bać, ze ich „oczkom w głowie”, czyli 20. 30 latkom szczególnie trudno stworzyć relacje i dźwignąć jej ciężar?

Jestem przeciwny obwinianiu kogokolwiek i dokonywaniu prostych uogólnień. Chodzi mi raczej o to, aby spróbować zrozumieć rzeczywistość, źródła ludzkich decyzji i zachowań oraz ich społeczne konsekwencje. Są oczywiście w tym pokoleniu młodzi, niedojrzali mężczyźni, dodatkowo uzależnieni od swoich matek. Pewnie są i tacy, którzy podchodzą do życia rozrywkowo i nie są chętni, by wziąć na siebie jakiekolwiek zobowiązania. Są jednak i tacy, którzy chcą mieć rodzinę i pełnić w niej rolę męża i ojca. Nie prowadziłem w tym temacie badań, ale zaryzykowałbym tezę, że tych ostatnich może być nawet więcej niż kobiet myślących w ten sposób o swojej roli życiowej. Choć to tylko jednostkowa obserwacja, kiedy patrzę na swoich studentów, widzę, że znacznie szybciej zmienia się podejście do życia młodych kobiet niż młodych mężczyzn. Poszukiwanie rozrywki w życiu, a nie zobowiązań, to narastający trend.

Jeszcze dziesięć lat temu moje studentki znacznie częściej reprezentowały stanowisko, że co prawda przyjemność z życia jest ważna i mają do niej prawo, ale w życiu liczą się też zobowiązania: kariera zawodowa i życie rodzinne. Dziś chyba ważniejsza jest dla nich dobra zabawa i realizacja siebie, zarówno w życiu zawodowym, jak i prywatnym, i to często poza kontekstem „rodzinno-macierzyńskim”. Znów, nie oceniam tego, staram się jedynie zrozumieć.

Tak, jak już mówiłem, oczekiwania wobec nich są tak wygórowane, że często nie są wstanie ich spełnić. A z drugiej strony społecznie chyba akceptowane jest to, że młodzi mężczyźni niewiele muszą. Dotyczy to zwłaszcza edukacji. Dowody? Powtarzanie klasy częściej dotyczy chłopców. Jeśli spojrzymy na umiejętność czytania ze zrozumieniem, to choć we wszystkich państwach rozwiniętych dziewczynki mają lepsze wyniki, w Polsce ta nierównowaga na niekorzyść chłopców jest wyraźnie wyższa. Wreszcie, mamy aż 70 proc. więcej absolwentek niż absolwentów uczelni. Młode Polki są w rezultacie o wiele lepiej wykształcone niż ich koledzy.

Dlaczego tak się dzieje?

Jest duża społeczna presja na dziewczyny, żeby się kształciły. Wykształcenie jest dla kobiet warunkiem koniecznym awansu społecznego, zwłaszcza w przypadku dziewczyn z mniejszych ośrodków. Takiej presji nie ma wypadku chłopców i młodych mężczyzn. „Chłop sobie zawsze jakoś poradzi” – to wciąż nierzadkie myślenie. Ale to nieprawda. Zmieniła się struktura gospodarcza i młodzi mężczyźni mogą sobie już nie poradzić bez kompetencji, które kiedyś nie były im potrzebne, jak IT czy języki obce. Podsumowując, nie ma ani presji na usamodzielnianie, ani na edukację mężczyzn….Wciąż słyszeliśmy opowieść o tym, że musimy wspierać emancypację kobiet i słusznie, ale w tej narracji mężczyźni zostali całkowicie zagubieni.

W ugruntowywaniu męskich cnót mamy duże braki! I skąd z błędów wychowawczych domu i szkoły wynika ten tzw. kryzys męskości?!

Uważam, że to, co także na nowo musimy sobie przemyśleć to kwestia partnerstwa. Dziś mamy z jednej strony tradycyjny model rodziny, gdzie kobieta nadal bierze na siebie ciężar opieki nad domem i dziećmi. Z drugiej strony pojawia się model emancypacyjny, w którym kobieta wchodzi w buty mężczyzny. Bierze się to w jakimś stopniu z przekonania, że emancypacja musi dokonać się poprzez konflikt płci, co prowadzi do tego, że zamiast prawdziwego partnerstwa, mamy dominację, tyle że a rebours. Dlatego moim zdaniem zamiast mówić o konflikcie, lepiej mówić o współpracy. Mówmy o partnerstwie w duchu relacji, a nie rywalizacji. W takim partnerskim modelu kobieta mówi wprost o swoich potrzebach, ale o swoich potrzebach mówi też mężczyzna. Rozwiązanie nie polega na tym, kto kogo pokona, kto kogo wykoleguje czy kto się bardziej wyzwoli, ale bardziej na dobrowolnej umowie, korzystnej dla obu stron.

No ale Radio Maryja głosi, że żona nie może uważać męża za potencjalnego agresora czy gwałciciela, on może się domagać… Czy to przyzwolenie na przemoc seksualną wobec kobiet w małżeństwie?! Czy to patriarchalna droga do podniesienia dzietności?!

Rodzina, jako związek, w którym pojawiają się dzieci, wymaga mentalnego przepracowania, także w Kościele. Nie da się moim zdaniem wrócić do modelu powiedzmy z lat 50. XX wieku, czyli do niepracującej, zdanej na łaskę męża kobiety. Tego typu wezwania do powrotu to nic innego jak potwierdzenie lewicowego poglądu, że rodzina jest instytucją przemocową. Bo takie konserwatywne podejście często jest przemocowe. Chciałbym jednak podkreślić, że takie przemocowe podejście nie jest obecne tylko w konserwatywnych środowiskach.

Jestem przekonany, że także wśród osób o liberalnych poglądach w wieku 40-50+ przemoc jest istotną formą komunikacji w rodzinie. Ale już 30-latki, nawet te reprezentujące konserwatywną wrażliwość, chcą żyć w innym świecie. Utrzymanie patriarchalnej struktury w rodzinie jest moim zdaniem niemożliwe. Zresztą nawet w Kościele jest dziś wiele środowisk, które dążą do wzmocnienia pozycji kobiet w rodzinie i społeczeństwie.

No więc pod względem emancypacji kobiet będzie lepiej, ale co zrobić by zwiększyć bezpieczeństwo relacyjne, czyli jak wspomóc mężczyzn w… męskości?

Tu nie ma prostych recept. Jednym z możliwych rozwiązań jest szkoła. Nie szkoła dla dzieci, ale dla dorosłych, dla młodych rodziców. Mam na myśli formowanie partnerskich postaw zarówno względem siebie nawzajem, jak i w jakimś stopniu wobec dzieci. W badaniach widać, że młodzi rodzice tego potrzebują, bo mówią wprost o swoich brakach wiedzy w tych dziedzinach i potrzebie jej zdobycia. Stąd bierze się m.in. ogromna popularność internetowych forów dla młodych rodziców. Nie ma w tym nic dziwnego, bo stare schematy bycia w związku, bycia mężczyzną i kobietą, podobnie jak i wychowywania dzieci, już nie przystają do rzeczywistości, a nowych nie ma, a będąc bardziej precyzyjnym – nie są one powszechnie znane.

Moim zdaniem edukacja dorosłych jest drogą do zwiększenia bezpieczeństwa relacyjnego, a tym samym wzmocnienia rodziny. No i szkoły dla dorosłych to właśnie przestrzeń dla polityki państwa, pewnie o wiele bardziej niż formowanie cnót niewieścich wśród uczennic… Powinniśmy dać ludziom wiedzę z zakresu psychologii i pedagogiki.

Dr Paweł Skrzydlewski (od cnót niewieścich) jest pedagogiem!

(cisza) Cóż. Na marginesie tego sporu chciałbym podkreślić co innego. Jestem przeciwny mówieniu o cnotach męskich i niewieścich. Nie dzieliłbym cnót według płci, bo to skupia uwagę na rolach społecznych i utrudnia budowanie partnerstwa. Mówmy raczej o wartościach ogólnoludzkich. Są przecież kobiety, które mają wiele cech przypisywanych zwyczajowo mężczyznom, i odwrotnie – są mężczyźni mający wiele cech kobiecych. Mogą być zatem małżeństwa, w których te role są inaczej podzielone i to jest w porządku, jeśli zostało zaakceptowane przez oboje małżonków.

Jakie więc cnoty ludzkie musimy w sobie rozwijać aby wzmocnić nasze „bezpieczeństwo relacyjne”?

Zacznę od tego, że jest problem ze słowem „cnota”. To bardzo ważne pojęcie, ale jednocześnie dość archaiczne i chyba już nie do odzyskania w swoim dawnym, greckim rozumieniu jako: „stała dyspozycja do czynienia dobra”. Dziś „cnota” została zawężona do wymiaru seksualnego. Gdybym jednak miał podać wartości i postawy, które są nam potrzebne do zapewnienia „bezpieczeństwa relacyjnego”, to by były: odpowiedzialność, otwartość, partnerstwo i wreszcie służba oraz ofiara, czyli gotowość do poświęcenia czegoś swojego dla drugiego człowieka.

Świadomie użyłem tych niepopularnych dziś słów, ale bez gotowości do służby i ofiary nie da się zbudować ani dobrego związku, ani dobrego społeczeństwa. Człowiek jest istotą społeczną i nie istnieje tylko dla siebie, ale także po to, aby służyć innym. W myśl złotej zasady: czyń innym to, co chciałbyś, żeby inni czynili tobie.

Proszę, żeby pan rozwinął: co to jest odpowiedzialność?

Gotowość do ponoszenia konsekwencji swoich decyzji. Jeśli podejmuję jakąś decyzje, to do czasu, kiedy jest ona wiążąca dla mnie i dla innych, mierzę się z jej konsekwencjami, a nie uciekam przed nimi. Dajmy banalny przykład: jestem ojcem, pracuję, jestem zmęczony, ale dzieci czegoś ode mnie chcą i jestem zobligowany na te potrzeby odpowiedzieć, choć nie oszukujmy się, to często nie jest to proste.

Moja przyjaciółka, kobieta sukcesu, urodziła przed „40” swoje jedyne dziecko. No i pewnego dnia płacząc powiedziała: „mam dość! Franio chce cały czas być ze mną?!”.

Mam pięcioro dzieci, a więc wiem, jak to bywa (śmiech). Jestem ojcem całą dobę. Nie odliczam czasu do 21.00, kiedy dzieci pójdą spać, żebym wreszcie zaczął życie i miał czas dla siebie. Cały dzień staram się szukać małych radości i przyjemności. Staram się też dostrzegać je w tym, do czego dzieci mnie „zmuszają”. Kiedy potrzebny okazał się przydomowy plac zabaw, to choć nie mam zdolności do majsterkowania, zbudowałem go. Dla człowieka, który zwykle nie widzi materialnego owocu swojej pracy, to ogromna satysfakcja.

Ale pewnie gdyby nie konieczność (i motywacja żony) to bym tego nie zrobił. Dzieci zamykają nas na pewne rzeczy, ale jednocześnie otwierają nas zupełnie nowe, niespodziewane i często bardzo rozwijające. To, jak to odbieramy, zależy często od naszego wewnętrznego nastawienia.

To teraz powiedzmy o „gotowości do poświęcenia siebie”?

Właśnie, to codzienność rodzica, czasem wyrażająca się znów w bardzo banalnych rzeczach. Nie obejrzę relacji telewizyjnych z igrzysk olimpijskich, mimo że jestem fanem sportu, bo moje dzieciaki mi na to nie pozwolą. Dziś bardzo mocne jest pojęcie samorozwoju, ale prawda jest taka, że człowiek najlepiej rozwija się, kiedy robi coś dla innych. Rezygnacja z jakichś swoich potrzeb (oczywiście nie ze wszystkich i nie zawsze, ale jednak z części, tak!) pozwala nam otworzyć się na perspektywę drugiego człowieka. Więcej zrozumieć, więcej odczuć. I powiem pani, że wychowywanie dzieci może nas nauczyć samoograniczania się i rezygnacji z części własnych potrzeb, a to może okazać się cenne nie tylko w wymiarze jednostkowym, ale i społecznym w świecie tzw. postwzrostu.

Powiedzmy jeszcze, czym jest otwartość?

Gotowością na poznanie nowej perspektywy. To jest podstawa partnerstwa także w relacji z dziećmi. Korczak mówił, że dziecko jest człowiekiem, i choć wydaje się to oczywiste, wciąż wiele osób ma problem z przyjęciem tego do wiadomości. Otwartość wymaga pokory, uznania, że drugi człowiek, także dziecko, jest takim samym człowiekiem jak ja, ma więc takie same prawa, w tym prawo do słabości, gorszego nastroju, etc. Otwieram się więc na jego perspektywę, tak jak on na moją. Każda inna postawa jest formą przemocy. Niezależnie od tego, czy drugi człowieka ma lat 50., 25., czy 4., mogę być sobą i dawać to prawo innym. Nie znaczy to, że muszę mu ulec czy się z nimi zgadzać, ale mam szanować odmienność.

Dla mnie otwartość, to też gotowość do przyznania się do błędu. Codziennie wieczorem robimy w rodzinie podsumowanie dnia. Wtedy nawzajem się przepraszamy i dziękujemy. To także dotyczy dzieci, jeśli zdarzy mi się czasem krzyknąć (choćby z bezradności) na któreś z nich, to przepraszam. Wtedy też mam prawo dziecku powiedzieć, że coś mi się w jego zachowaniu nie podobało.

Zostało nam jeszcze „partnerstwo”, czyli: co?

Uznanie, że dobro drugiego człowieka jest też dobre dla mnie. Partnerstwo umożliwia więc budowanie relacji, która jest optymalna dla obu stron. Jeśli w związku nie ma partnerstwa, jedna strona jest uprzywilejowana, stosuje jakąś formę przemocy, to tylko ona ma ze związku korzyści. Ale tylko pozornie! Nie doświadcza pełni możliwości i radości, jakie daje bycie z drugim człowiekiem. Zawsze też taka relacja będzie podszyta niepewnością, obawą, ukrytą złością.

Na dłuższą metę partnerstwo, które wymaga rezygnacji z części siebie, daje nam jednak więcej niż przemocowy związek, choć wydaje się, że możemy w nim sięgać po to, co chcemy i stawiać na swoim. Otwartość – czyli gotowość do spotkania z kimś, kto nie jest taki jak ja, to warunek budowania relacji domowych, ale też społecznych. Rodzina jest więc fundamentem społeczeństwa, ale tylko „zdrowa” rodzina, czyli taka, która jest zdolna do tego, by przygotować dzieci do otwartości na drugiego człowieka. W świecie, w którym będą dominowały maszyny, cechy prawdziwie ludzkie to warunek przetrwania.

Mówi pan także o „uwięzieniu kobiety przy dziecku”, które zniechęca nas do bycia mamą? Co możemy na to poradzić?

Podoba mi się postawa Francuzek, które rodzą więcej dzieci niż Polki, ale też pokazują, że chcą od życia dobrej zabawy! Nie ma tam syndromu „Matki Francuzki”. Te kobiety nie widzą w byciu mamą i byciu radosną kobietą, która bawi się zżyciem, żadnej sprzeczności! Może najwyższy czas, abyśmy przestali multiplikować syndrom Matki Polki i mówić młodym kobietom: „jak ty urodzisz dziecko, to twoje życie się skończy, już tylko pieluchy i nieprzespane noce”. Ważne też, aby otoczenie kobiety, jej bliscy i oczywiście partner, akceptowało to, że ma ona inne poza macierzyńskimi potrzeby i że może je realizować. Symbolem macierzyństwa, które nie krępuje matki jest chusta. Wózek zawsze stanowi problem, nie można wejść z nim wszędzie, nie można też bezpiecznie zostawić. Co więc z nim zrobić kiedy mama chce wejść do kawiarni czy na przykład do muzeum albo galerii? Dziecko w chuście daje kobiecie wolność poruszania się i życia swoimi pasjami. Ale to tylko jeden z przykładów. Niewątpliwie kluczową rolę w tym swoistym „uwolnieniu” odgrywają mężczyźni. Swoistym, bo nie chodzi przecież o to, aby tego dziecka się pozbyć, tylko nauczyć się doświadczać świata razem z nim, tyle że w zupełnie nowy sposób.

A jak u pana w domu wygląda partnerstwo? Pięcioro dzieci zdaje się skazywać ich mamę na zajęcie wyłącznie sprawami domu?

To prawda, choć oboje mamy komfort pracy w wolnym zawodzie. Jestem nauczycielem akademickim a więc poza zajęciami na uczelni nie mam normowanego czasu pracy. Mogę pracować wczesnym rankiem, albo wieczorami i nocami. A więc elastyczność mojej pracy umożliwia mi angażowanie się w wychowanie dzieci. Zdaje sobie jednak sprawę, że dla wielu rodzin pracujących na zwykłym etacie to niemożliwe, dlatego właśnie powinniśmy zastanowić się, jak jako społeczeństwo dać więcej czasu młodym rodzicom – zarówno matkom, jak i ojcom. W ten sposób zwiększymy też szanse na budową trwalszych, bardziej szczęśliwych związków i rodzin.

A może zakaz rozwodów?

Gdyby to tylko mogło wzmocnić rodziny, ale wiemy, że to tak nie działa. Nie da się nawet twardym prawem zmienić pewnych społecznych trendów. Potrzeba czasu, potrzeba też edukacji. Nikt z nas nie umie na starcie budować dobrego związku czy wychowywać dzieci. Wszyscy się tego uczymy – część z nas w domu rodzinnym, ale niestety wielu takiej okazji nie ma. Zresztą świat się zmienia, tak jak i nasza wiedza o nim oraz o człowieku się rozwija. Widzę choćby, ile książek o wychowaniu dzieci pochłania moja żona. Chciałbym, aby takie „kompetencje” były dostępne dla wszystkich.

***

Marcin Kędzierski (1984) – doktor ekonomii, adiunkt w Kolegium Gospodarki i Administracji Publicznej w Krakowie, główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego; jego zainteresowania badawcze obejmują nauki o polityce publicznej; prywatnie mąż i ojciec piątki dzieci, radny sołecki.

 


Związek

„Mamy do siebie pretensje. Ja – że on w seksie nie okazuje mi miłości, On – że ja nie realizuję jego fantazji”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
28 lipca 2021
fot. Artem Peretiatko/iStock
 

Wiele par martwi się, że tak zwana „niezgodność seksualna” oznacza koniec ich związku. Ale niedopasowanie seksualne nie różni się tak bardzo wbrew pozorom od innych różnic w relacjach, takich jak nieporozumienia dotyczące finansów lub obowiązków domowych.

Obalmy mit o idealnym dopasowaniu seksualnym

Zdecydowanie bliżej rzeczywistości jest stwierdzenie, że z naszymi indywidualnymi temperamentami, fantazjami erotycznymi, doświadczeniami i przekonaniami nt. seksualności jesteśmy wszyscy niedopasowani seksualnie, a zgranie się w łóżku wymaga czasu i negocjacji. Co więcej niezgodność seksualna nie musi być problemem permanentnym. Nasze potrzeby w łóżku i poziom pożądania zmieniają się z czasem i uwarunkowane są m.in stanem zdrowia czy sytuacją życiową tj. ciąża czy opieka nad chorym rodzicem.

Większość par w pierwszym okresie zakochiwania się w sobie, kiedy poziom serotoniny spada, uprawia częsty i namiętny seks, co sprzyja cementowaniu więzi. Potem często ujawniają się różnice między partnerami, ktoś potrzebuje uprawiać seks kilka razy w tygodniu, a partner raz na miesiąc. W innym układzie problemem jest podejście do eksperymentów – jedna strona marzy o seksie w plenerze, a druga nie wyobraża sobie wyjść poza sypialnię.

Czy przy takim rozdźwięku jest szansa na porozumienie? Psychoterapeuta David Schnarch proponuje spojrzeć na problem niedopasowania seksualnego jako punkt wyjścia do pracy nad zróżnicowaniem się partnerów i stworzeniem wzorców, które paradoksalnie pozwolą parze na większą bliskość. Klinicysta uważa, że problemy z poziomem pożądania mogą albo być przyczyną emocjonalnego klinczu, którego doświadcza większość par w długoletnich związkach, tak ja ta opisywana na forum:

„Mam problem ze sobą i z mężem (razem prawie 10 lat). Nie układa nam się w łóżku, można powiedzieć od zawsze. Dziś jesteśmy na etapie pretensji do siebie. Ja, że On przez seks nie wyraża żadnych uczuć, nie pokazuje mi, że mnie kocha, tylko traktuje przedmiotowo. Chodzi zazwyczaj o zwykle, mechaniczne bzykanie. On, że nie realizuję jego fantazji, jestem sztywna, nie lubię nowości (np. przebieranek). Dla mnie jedno wyklucza drugie. Żadna rozmowa nie przynosi rozwiązania, tak jakby jedno drugiego nie rozumiało”.

Zjawisko to zachodzi również, gdy jeden z partnerów naciska drugą stronę na częstszą aktywność seksualną. Wymuszanie presji jednak nie powoduje, że pomiędzy kochankami jest więcej namiętności, wręcz przeciwnie – strona, która ma „mniejsze potrzeby” nie ma motywacji do zmian. Obie strony są nieszczęśliwe. Często kończy się to zdradą albo wzajemną urazą, która niszczy związek również na innych polach.

Tym, co proponuje Schnarch, to rozpoczęcie pracy budowaniem odrębności każdej ze stron, tak aby za wszelką cenę uniknąć zlania się ze sobą partnerów. To częsty przypadek par, które tak bardzo chcą dzielić wspólnie swoje pasje, wolny czas, spotkania ze znajomymi, że zaczynają przypominać rodzeństwo albo kumpli, którzy siedzą w dresach z piwem przed telewizorem. Przez otoczenie takie pary postrzegane są jako zgrane i bardzo zżyte ze sobą. Jednak w takim przypadku trudno wykrzesać namiętność, która potrzebuje przecież tęsknoty i tajemnicy.

Czyli, aby wyjść z emocjonalnego klinczu w związku, trzeba się odkleić od swojego partnera oraz przyjąć, że relacja (seksualna) wymaga ciągłej negocjacji i wyobraźni, aby szukać różnych form zaspokojenia w parze. Jeśli jednak to niedopasowanie uwiera, to przed podjęciem decyzji warto przyjrzeć się swojej hierarchii potrzeb. Czy osobowość, zachowanie, wspólne życie z partnerem rekompensuje mniejszą satysfakcję z życia seksualnego, czy jednak nie jestem w stanie zgodzić się na kontynuowanie związku, pamiętając jednak, że „idealny kochanek” to raczej kwestia wspólnej pracy niż szczęścia.

Niedopasowanie seksualne może również dotyczyć kwestii anatomicznej, np. kiedy penis jest zbyt duży, długi albo zbyt cienki. Samantha, bohaterka „Seksu w Wielkim Mieście”, kiedy penis jej partnera był zbyt gruby, próbowała bezskutecznie rozwiązać problem, paląc marihuanę. W rzeczywistości zdarza się to rzadko, ponieważ pochwa jest rozciągliwa i elastyczna. Niemniej, jeśli rozmiar członka uniemożliwia satysfakcjonujące współżycie, warto zwrócić się do seksuologa, który zaproponuje pozycje zwiększające obustronną satysfakcję.

***
Klaudia Latosik i Olga Żukowicz – absolwentki seksuologii klinicznej na UAM w Poznaniu, edukatorki seksualne osób dorosłych. Klaudia i Olga prowadzą Srebrny Warkocz, gdzie wspieramy, pomagamy i edukujemy osoby dorosłe w rozwoju pozytywnej seksualności. Zapraszamy na naszego bloga: https://srebrnywarkocz.pl/seks-w-parze/


Związek

8 rzeczy, które facet musi wiedzieć o niezależnej kobiecie. Inaczej skończy marnie.

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
28 lipca 2021
fot. linephoto/iStock

Silne i niezależne kobiety nie potrzebują partnerów za wszelką cenę. Świetnie radzą sobie bez nich. To już wiadomo. Jednak one również się zakochują, ale kiedy zdecydują się zbudować związek, angażują się w niego na swój własny i indywidualny sposób. Oto 8 rzeczy, które faceci powinni wiedzieć o niezależnych kobietach.

„Po co być z taką kobietą?” myślisz. Ale tak naprawdę to właśnie ona może dać Ci najwięcej. Poczucie bezpieczeństwa, spokój, pewność. Stabilność, wsparcie. Nie musi wisieć na tobie, bo jest silna. Nie zdradzi cię, bo nie musi sobie nic udowadniać. Nie potrzebuje opiekuna, sponsora, mechanika. Może być po prostu partnerem. Czy to nie właśnie o tym marzy większość z Was?

Są uczciwe i oczekują uczciwości

Niezależne kobiety zawsze szczerze mówią jakie są ich oczekiwania. Nie owijają w bawełnę. Nie są nieśmiałe, zawstydzone i wycofane. W ich zachowaniu nie ma ukrytego znaczenia, domysłów i niedopowiedzeń. Wymagają szczerości i same również są szczere. Kobiety niezależnie nie marnują czasu, nie grają, a od razu przechodzą do sedna. Jeśli nie jesteś na to gotowy, nie będą się użalać, czy cierpieć, a już na pewno się o tym nie dowiesz.

Nie przepadają za kompromisami

Choć każdy związek powinien opierać się na kompromisie, to w przypadku kobiety niezależnej sytuacja nie zawsze jest prosta i kolorowa. To panowie będą zmuszeni częściej ustępować i w większości zgadzać się z jej zdaniem. Jednocześnie nie można dać sobą pomiatać, bo tego też nie lubią. Kobieta nie stała się silna i niezależnie ot tak, najczęściej jej charakter to efekt życiowych doświadczeń, ciosów, które dostawała od życia. Dlatego na początku może być z nią trudno, trzeba cały czas powtarzać jej: „ważny jest kompromis, musimy go znaleźć”. Będzie prychać, złościć się, uważać, że to narusza jej wolność. Ale jeśli mężczyzna to zniesie, zobaczy w niej wartościową osobę, ona w końcu przestanie atakować, poczuje się bezpieczniej. I zacznie rozumieć, że kompromis to nie jest poddawanie się, ale gotowość, by choć trochę ustąpić, żeby było łatwiej i lepiej.

Poszukują niezależnego mężczyzny

Niezależne kobiety poszukują niezależnych mężczyzn. Kręcą je faceci, którzy mają własne życie i zainteresowania. Te kobiety nie oczekują, wręcz nie chcą, by całe życie kręciło się tylko wokół nich. Potrzebują wolności. Cieszą się swobodą i brakiem ograniczeń. Doceniają wspólne zainteresowania, ale też potrzebują prywatności. Są otwarte na rozwijanie nowych zainteresowań, hobby i oczekują, by facet miał takie samo podejście do życia. Jeśli więc chcesz ją opleść, jak bluszcz, nie spodziewaj się niczego dobrego, zacznie się dusić, a w końcu ucieknie

Cenią pewność siebie

Kobiety niezależne nie dostrzegają facetów z niskim poczuciem własnej wartości. Ciepłe kluchy nie są dla nich. Tylko panowie pewni siebie, odważni i przebojowi mogą zdobyć na dłużej serce tej kobiety. Ale uwaga, pewność siebie to nie jest krzyczenie o tym, popisywanie się. To stabilne „ja”, umiejętność stawiania granic, doceniania siebie, ale też innych

Nie znoszą zazdrości

Silne i przebojowe kobiety nie uznają zazdrości, ograniczeń i zamykania w klatce. Panowie, jeśli chcecie stworzyć trwały związek to nie kontrolujcie i nie sprawdzajcie swojej wybranki. Choć często ma szalone pomysły, jest konkretna, stanowcza i można jej zaufać.

Czasem zapominają o szacunku

To największa wada niezależnych kobiet, dla których właśnie ta niezależność często jest wymówką, by źle traktować partnera. To, że jest silna nie oznacza, że na innych może patrzeć z góry, co niestety zdarza się dość często. Bądźcie cierpliwi i za każdym razem mówcie jej: „Stop, tak ze mną nie rozmawiaj”. Nie atakujcie, nie myślcie jak Kuba bogu, tak pan bóg Kubie. Tylko mocne granice zatrzymają silną kobietę.

Chcą wiedzieć, że są kochane

Tak, nie dajcie się zwieść, to, że ona bywa obcesowa, nie oznacza, że nie potrzebuje czułości, bliskości i uczucia. Potrzebuje! Chce być kochana taka jaka jest – ze wszystkimi wadami i zaletami. Kobieta niezależna chce czuć, że mężczyzna będzie przy niej niezależnie od wszystkiego. Takie love story – na dobre i złe.

Nie dają sobie podciąć skrzydeł

Chyba najgorszą rzeczą, jaką może zrobić facet, z którymi się spotykają jest podcinanie im skrzydeł. Kobiety niezależnie nie znoszą, jak ktoś powstrzymuje je przed zmianami, rozwojem, zdobywaniem nowych doświadczeń. Nawet jeśli za nią na początku nie nadążasz, nie okazuj tego. Nie pouczaj. Raczej wykorzystaj bycie z nią, jako szansę na swój rozwój.

 


Zobacz także

Jak ogień i lód. Czy romans introwertyka z ekstrawertykiem ma szansę przetrwać?

Kiedy przyjaźń damsko-męska zmienia się w zdradę emocjonalną? Zobacz czy właśnie nie wpadłaś w jej sidła

W związku musisz pozostać sobą. Tych 5 rzeczy pod żadnym pozorem nie wolno ci zmieniać