Związek

„Bo to wszystko przez niego!”. Naprawdę, drogie panie, uderzcie się czasami w pierś, idealne nie jesteśmy

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
31 stycznia 2021
Fot. iStock/Marco_Piunti
 

Tak sobie siedzę, czytam i słucham tych wszystkich żalów, że faceci to świnie, że są beznadziejni, że toksyczni, manipulatorzy, narcyzi… I wiecie co, zgadzam się z tym oczywiście nie generalizując, ale też myślę, że my – kobiety powinniśmy uderzyć się w pierś, że idealne nie jesteśmy.

Psycholożka Kasia Miller mówi, że kobiety wiążą się z mężczyznami, żeby ktoś mógł być zawsze winny. I szczerze, można się obruszać, wkurzać, zaprzeczać, ale to tylko świadczy o ograniczonej percepcji postrzegania relacji. Bo czyż tak właśnie nie jest?

Przyjrzymy się temu. Ja często słyszę: bo to wszystko przez niego. Przez niego jestem, gdzie jestem. Przez niego nie mogę zmienić pracy, bo on jest nieodpowiedzialny, bo nie mogę na niego liczyć. Przez niego nie pojadę na wymarzone wakacje, bo on się boi latać samolotem. Przez niego mam bałagan w domu, przez niego jestem wiecznie zmęczona, bo on mi w niczym nie pomaga. Przez niego nie mam ochoty na seks, bo jemu się wydaje, że po ciężkim dniu ochoczo rozłożę przed nim nogi.

Tego “przez niego” jest całe mnóstwo. Dzieci są przez niego niegrzeczne, bo on nie potrafi się nimi zająć i nie pojmuje podstawowych kwestii wychowania. Przez niego straciłam poczucie pewności, bo on zawsze mnie krytykuje i wyśmiewa moje pomysły. Przez niego nie patrzę na siebie jak na atrakcyjną kobietę, bo on mi nie mówi, że jestem piękna, że zgrabna, że super mi w tej nowej sukience.

Przez niego nie mam przyjaciół, nie wychodzę na imprezy, a przecież tak lubię tańczyć. Przez niego mam złe relacje z moimi rodzicami.

Właściwie ten tekst mógłby się składać tylko i wyłącznie z tego, że w życiu mi źle przez niego. Wymieniam to wszystko, bo chciałabym, żebyście zauważyły, do jakich absurdów potrafimy dojść w naszych relacjach. Naprawdę, weźcie głębokich oddech, zróbcie krok do tyłu, żeby wyostrzyć swoje spojrzenie na związek i uczciwie odpowiedzcie sobie na pytanie, o co obwiniacie swojego partnera, jakie macie do niego pretensje.

Nikt was nie będzie z tego przepytywał, nikomu nawet nie musicie się do tego przyznawać. Chodzi mi o to, żeby zobaczyć, na czym oparty jest wasz związek, jakie negatywne emocje w was wywołuje.

Macie to? Widzicie, w których momentach narasta w was frustracja, co wywołuje waszą złość, albo rozczarowanie, nierzadko pewnie też żal, prawda?

To teraz zastanówcie się, na które z tych rzeczy, które was unieszczęśliwiają “przez niego”, wy macie realny wpływ.

Nie czujecie się atrakcyjne, do cholery, zacznijcie pracować nad poczuciem własnej wartości, bo nigdy atrakcyjne sie nie poczujecie, nawet, jakby on wam codziennie prawił po setki komplementów.

Nie możecie zmienić pracy, zmienić w ogóle czegoś w swoim zawodowym życiu? A dlaczego nie? Czy zrzucanie na niego winy za swoje wybory nie jest po prostu wygodne? Lepiej powiedzieć, że ktoś jest winny, niż samemu zakasać rękawy i zacząć coś robić? Wziąć odpowiedzialność za własne życie?

Jesteś zmęczona? A może za dużo na siebie bierzesz, może potrzeba kontroli nie pozwala ci oddać części swoich obowiązków, a może lubisz wchodzić w rolę umordowanej kobiety, bo wtedy od innych słyszysz, jaka jesteś świetna i ten głos podziwu, że jak dajesz radę z tym wszystkim. Zrobiłaś coś, by to zmienić, ale tak realnie? Usiąść, porozmawiać, na kartce rozpisać, kto za co jest odpowiedzialny danego dnia z założeniem, że ty się będziesz tego trzymać. On nie zrobił zakupów? Trudno, ty po nie nie będziesz lecieć, nie wstawił prania? Cóż, w końcu zabraknie mu czystych gaci. Stawiaj granice i nie daj się z nich zepchnąć.

Jesteś nieszczęśliwa? A potrafisz nazwać swoje potrzeby, oczekiwania, wiesz, czego chcesz, czego ci w związku brakuje, umiesz to komunikować? Czy strzelasz fochy, milczysz wymownie, uparcie licząc, że on się domyśli? Serio?

A może twierdzisz, że nie ma co się starać, rozmawiać, bo on i tak się nie zmieni. Halo, więc sama siebie skazujesz na życie obok z facetem, z którym nie jest ci dobrze. Ale przynajmniej nie musisz brać odpowiedzialność za budowanie własnego szczęścia, no przecież to przez niego jesteś nieszczęśliwa, znasz to, wygodnie ci chyba w tym, skoro niczego nie chcesz zrobić.

Naprawdę drogie panie, nie jesteśmy święte, nie jesteśmy najmądrzejsze, jeśli chodzi o związek, więź, emocje. Bywa, że tak się zapętlamy, że tracimy odpowiedni dystans nie tylko do partnera, ale też do samych siebie. Zanim zaczniecie swoją litanię: bo to wszystko przez niego, zastanówcie się, co mówicie i błagam, bądźcie chociaż uczciwe wobec samych siebie.


Związek

Mam wku*wa. Moja mała puszka Pandory się otworzyła. Może dobrze, że jesteśmy jednak małej wiary i niewiary

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
17 października 2020
Fot. Casarsa/Casarsa

Kiedy wybuchła pandemia obiecałam sobie, że pod żadnym pretekstem nie dam się nakręcić. Przyjmuję na klatę to, co się dzieje, obserwuję, racjonalizuję, nie ulegam nadmiernym emocjom, bo jak wiadomo, one w takich sytuacjach są fatalnym doradcą.

 

Ale jak długo można udawać, że nic cię nie wku*wia? Że jesteś zen, pieprzoną taflą spokojnego jeziora, którego wody nie zmąci nawet największa burza? No dobra, nie udawać, trzymać w ryzach swoją złość, niezgodę, frustrację i niepokój? 

 

W tym tygodniu coś we mnie pękło. Pierwszy raz głośno powiedziałam: mam dość, mam dość tej całej epidemii, tego małego wścibskiego wirusa, który niczym upiorny stworek nie pozwala nam żyć normalnie. Kiedy już myślimy, że najgorsze za nami, on zaciera rączki mrucząc pod nosem: to ja wam jeszcze pokażę. 

 

No więc mam wku*wa. Mam i muszę go wyrzucić z siebie, bo inaczej się uduszę. 

 

Po pierwsze wku*wia mnie rząd. O przypływ zwierzęcej wściekłości doprowadzają mnie te konferencje pana bez puenty, który okrągłymi słówkami próbuje wmówić nam – społeczeństwu, że to nasza wina, ta cała epidemia. Bo się spotykamy, bo tańczymy, bo chodzimy na zakupy, pracujemy. Obłuda do czerwoności rozpala zakończenia moich synaps nerwowych. Bo przecież jeszcze kilka miesięcy temu słyszeliśmy, że problemu nie ma, że idźcie do urn, że wszystko mamy pod kontrolą. Wierzyliśmy, bo tak nam było najłatwiej. Lepiej na kogoś zrzucić odpowiedzialność, niż brać ją na własne barki. Tyle, że dzisiaj odbija się nam to czkawką, bo własnego rozumy nie uruchomiliśmy. 

 

Punktem kulminacyjnym dla mojej szewskiej pasji stały się jabłka, które uwielbiam, ale nie wiedziałam, że recepta na pandemię jest taka prosta. Jedzmy dwa jabłka dziennie – mówi jeden z polityków, a nie będziemy musieli chodzić do lekarzy. Serio? Mnie nie śmieszy. Jasne, można mówić, że ups wymsknęło mu się, że chciał rozładować napięcie, że zdrowa dieta bogata w owoce i warzywa wzmocni naszą odporność. Farmazony. Jak tak poważną sytuację w kraju można sprowadzić do jedzenia jabłek? Rozumiem, gdyby pani na straganie zachęcała do ich kupna, ale członek rządu, który dziś walczy z potwornym kryzysem? 

 

A propos pani na straganie. Też ma wku*wa. Bo jedna z klientek wybierając kapustę pekińską zapytała: “a jaką ja mam pewność, że tej kapusty nie dotykał ktoś zakażony?”. 

“Uwierzy pani? Mówi się o lekarzach, nauczycielach, a co z nami, my dzisiaj jesteśmy na pierwszej linii frontu frustracji społeczeństwa. Zakupy można odłożyć na kwarantannę, warzywa i owoce się myje. Czy ludziom naprawdę skończył się rozum?” – pyta mnie pani ze straganu. Obie przewracamy oczami mówiąc, że tylko spokój nas uratuje. Tylko do kiedy nam go starczy?

 

Bo mi już nie starcza na te wszystkie bzdury, że pandemii nie ma, że koronawirus to wymysł koncernów farmaceutycznych, że nosić maseczki nie będę, bo na złość mamie nasram sobie w gacie. Jasne, każdy ma prawo do swoich poglądów. Szanuję, ale nie rozumiem, dlaczego na ich podstawie, bez popartych naukową i rzetelną wiedzą argumentów, naraża życie innych. Serio, weźmie odpowiedzialność za czyjąś śmierć, albo poważną utratę zdrowia? 

 

Czy wiecie, że dyrektorzy szkół, którzy mają cholerne problemy z uzyskaniem szybkiej decyzji sanepidu dotyczącej zamknięcia placówki z powodu zakażenia, boją się sami podjąć decyzję o zawieszeniu zajęć, bo są rodzice, którzy mają za nic, to co się dzieje? To zwykła grypa – mówią i żądają, by ich dziecko nadal mogło chodzić do szkoły i straszą konsekwencjami. To nic, że dziś chociażby w Małopolsce brakuje łóżek na intensywnej terapii, bo tysiąc zakażeń dziennie, to 50 pacjentów w ciągu doby lądujących pod respiratorami. Nie na 24 godziny, na dwa, trzy tygodnie, codziennie, 50. 

 

Rozmawiam czasami ze sceptykami, od których coraz częściej słyszę, nie wierzę, ale nie latam po sklepach, na wesele nie poszedłem, na imieniny do cioci też nie. Może dobrze, że jesteśmy jednak małej wiary i niewiary. 

 

Ostatnio znajomy psycholog powiedział mi truizm, który jednak czasami warto zwerbalizować: dajmy sobie prawo do wszystkich emocji. Więc otworzyło to moją malutką puszkę Pandory i wylał się cały żal na ograniczenia, na zamknięcia, na nakazy i zakazy, na obłudę i bezsilność, na smutek i przerażenie. Na współczucie dla medyków, bo co z tego, że do jednego trzeba walić kijem w parapet, tylko, gdy przyjmuje państwowo, bo prywatnie już go koronawirus nie dotyka. Na tego jednego jest 50 innych, którzy jak mrówki w pocie czoła dwoją się i troją, by sprostać wyzwaniu, na które nikt nie był przygotowany, którego żadna służba zdrowia nie jest w stanie udźwignąć. 

 

Nigdy nie byłam fanką planowania. Kiedy ktoś się mnie we wrześniu pytał, jak spędzę Sylwestra, nigdy nie miałam pojęcia, podobnie, jak w styczniu nie myślałam o wakacjach. Wielu rzeczom pozwalam się zadziać, po prostu i brać to, co przyniesie czas. Tyle, że dziś nie wiem, co stanie się za chwilę. Moja pewność świata i codzienności drży w posadach. Mam wku*wa. Mam ochotę krzyczeć: zacznijmy myśleć, zacznijmy być odpowiedzialni, bo już każdego ranka maczamy rękę w nocniku. Za chwilę jego zawartość może nam zostać wylana na głowę.