Zdrowie

„Po drugie nie poddawaj się. Mnie lekarz dał trzy miesiące życia”. Dekalog chorującej na raka

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
9 maja 2021
 

„Miałam 26 lat, dwuletnią córeczkę, męża. Myślałam o tym, jak żyć, a nie o tym, jak umierać” mówi Barbara Górska, założycielka Stowarzyszenia Na Rzecz Walki z Rakiem Jajnika Niebieski Motyl.

Po pierwsze: lekarz nie zawsze ma rację

Jest jesień 2011 roku, dziwnie się czuję. Boli mnie brzuch, plecy, mam wzdęcia. Zapisuję się na usg. Lekarz myśli, że to może ciąża. Ale ciąży nie ma. Zostaję odesłana do internisty. „To stres, proszę kupić sobie ziołowe tabletki na uspokojenie”. Próbuję powiedzieć, że naprawdę źle się czuję. „Taka młoda, a już nie chce jej się pracować” lekarka mruczy pod nosem.

W maju 2012 roku jest ze mną źle. Gorzej funkcjonuję, nie mogę się wyprostować. Wracam do mojego ginekologa. Tym razem zabiera mnie na oddział w szpitalu, robi  badanie. „Tak, widzę coś na lewym jajniku, proszę porobić badania i wrócić”. Tyle.

Jesteśmy na spacerze z córką, mijamy szpital. Znów mnie boli, znów jestem słaba, wchodzę na SOR, nie wytrzymam dłużej.

Lekarz, po zrobieniu mi usg, ma poważną minę: „Pani tak szybko już stąd nie wyjdzie”. Kierują mnie na oddział. Kilka dni później konsylium lekarskie.

„Sytuacja jest taka, że może pani stracić jeden jajnik. Może pani też stracić oba” słyszę.

„Czyli w najgorszym razie nie będę mogła mieć więcej dzieci?” próbuję zrozumieć.

„Nie, to nie jest dla pani najgorsza opcja”.

Wracam do sali i czuję się, jak w matrixie. Przed chwilą nic mi nie było. Wymyślałam.

Po operacji jest przy mnie mąż. To on mi mówi, że wszystko mi wycięli. Badanie histopatologiczne potwierdza raka.

Po drugie: jeśli się poddasz, masz mniejsze szanse

Operacja, chemia. Wydaje mi się, że na tym koniec, wrócę do życia. Ale już uczę się funkcjonowania w nieprzewidywalności. W tym samym dniu po pierwszej operacji, krwotok wewnętrzny, trzeba otworzyć brzuch drugi raz i zatamować krwawienie. Akurat nie ma przy mnie bliskich, pielęgniarka pozwala mi zadzwonić. Nie pamiętam żadnego numeru, w końcu udaje mi się zadzwonić do mamy. Żegnam się z nią. Potem będę to robić jeszcze nie raz.

Piszę listy do córki: na komunię, na osiemnastkę, na ślub. Chcę, żeby niezależnie od tego, co będzie, wiedziała, że jestem przy niej.

Po niecałym roku od skończenia pierwszej chemii mam wznowę. Choć markery w normie, lekarze znajdują guza. Znów przechodzę to samo. Operacja i chemia.

Kilka miesięcy spokoju i znów wznowa. Kolejny guz na otrzewnej.

Wtedy słyszę: „Nie podejmę się tej operacji. Guz jest bardzo źle usytuowany, między żyłą główną a aortą. Zostało pani trzy miesiące życia”.

Nie słucham tego, jestem nastawiona na walkę. Jeżdżę z mężem od ośrodka do ośrodka. Lekarz z Bydgoszczy mówi, że podejmie się operacji. Szczęśliwa wracam do swojego lekarza. Wzrusza ramionami. „Jeśli pani chce być kaleką do końca życia, pani wybór, ale może lepiej pożyć kilka miesięcy w lepszej formie”.

Ale ta operacja ratuje mi życie. Nie ma znaczenia, że budzę się z potwornym bólem, z poprzyczepianymi drenami, workami. Nie ma znaczenia, że w szpitalu słyszę, że mogę zostać  nawet kilka miesięcy, bo tyle czasu zajmuje powrót do formy. Walczę każdego dnia. Dziś się wyprostuję, następnego dnia wstanę, kolejnego pójdę na wyprawę na korytarz. W tych wyprawach towarzyszy mi mąż: niesie za mną worki i dreny. Wspiera.

Tydzień później obwiązuje się pasem i jestem gotowa do wyjścia. Do domu wracamy ponad 200 kilometrów, śmieje się potem, że dzięki chorobie wiem, jak zły jest stan polskich dróg. Dosłownie czułam, jak mi wszystko w brzuchu skacze.

Po trzecie: nie trać czasu, szukaj dobrego ośrodka

Podczas choroby błądzę, nie mam wiedzy. Gubię się, jaka chemia jest dobra, który lekarz, ośrodek. Po którejś wznowie podają mi niewłaściwą chemię, potem kolejni lekarze będą się dziwić. „Ale dlaczego akurat ta chemia?”. Nie potrafię odpowiedzieć. Później się dowiem, że nie musimy godzić się na wszystko, mamy prawo szukać empatycznego lekarza, mamy prawo do informacji, do zmiany szpitala. Mamy prawo, bo walczymy o siebie.

2013 rok, na żebrach mam przesuwalną zmianę. „To tłuszczak, proszę przestać wszędzie widzieć raka” słyszę. Chodzę z tym kolejne trzy lata. W końcu idę wyciąć to na własną rękę. Okazuje się, że to przerzut.

Po czwarte: uwierz, wsparcie jest potrzebne

Już to wiem. Dlatego zakładam Stowarzyszenie Niebieski Motyl, chcę pomagać kobietom w sytuacji podobnej do mojej, chcę, żeby nie czuły się same, zagubione, bezradne. Jest nas więcej! Każde życie jest bezcenne.

Operacje, chemie, badania, walka o nierefundowane leki. Chore tuż po diagnozie są zagubione, dlatego wspólnie z pomagającymi mi dziewczynami stawiamy na współpracę ze specjalistami : onkologami, ginekologami, psychoonkologami, seksuologami, rehabilitantami etc.

Mamy swoją grupę na Facebooku „Motyle w brzuchu, coś dla ciała i ducha”, przeznaczoną przede wszystkim dla chorych kobiet, ale również osób wspieracących. Dzięki temu nigdy nie jesteśmy same. Możemy liczyć na wsparcie, radę czy dobre słowo w każdym momencie.

Po piąte: nikt nie jest silny zawsze, chory też

Czasem czuję tak wielki ból, że nie jestem w stanie go znieść  Mam paraliż nerwu, drętwienie w palcach, brak czucia. Muszę odstawić taxol, bo organizm się buntuję, nie śpię nocami, mam wrażenie, że ktoś rozrywa mi kości.

Przez dziesięć lat leczenia mam różne stany, nie wstydzę się tego, są częścią mojego życia. Chociaż kiedyś nie dawałam sobie prawda do słabości, wciąż jestem pracoholiczką, jeśli coś obiecuję, zrobię zawsze.

Wolę się skupiać na pracy niż na bólu. Pomaganiu a nie analizowaniu siebie.

Ale już nie przyklejam na siłę uśmiechu, nie zapewniam otaczających mi bliskich, że jest dobrze i jestem silna.

Najgorsza dla mnie jest utarta włosów, więcej tego nie przejdę. Po pierwszej chemii weszłam do wanny i nagle zorientowałam się, że pływam we własnych włosach. Dla mnie, symbolu kobiecości, siły.

Są rzeczy, na które nigdy nie będziemy przygotowane. Do których nigdy się nie przyzwyczaimy i nie zaakceptujemy.

Po szóste: nie czuj się winna

Że bliscy cierpią przez ciebie. Że nie  jesteś taką matką jakbyś chciała, bo choroba jest waszą codziennością. Że bywają okresy, gdy znikasz w szpitalu i masz osobistą walkę, gdzie nie możesz wpuścić innych. Że nie zawsze masz siłę się bawić, zrobić lekcję, wyjść na spacer.

Moja córka kiedyś powiedziała: „Już dość o tym umieraniu”, miała wtedy kilka lat i nikt przy niej o umieraniu nie rozmawiał, ale dzieci czują więcej niż nam się wydaje.

Też nieraz walczę z poczuciem winy, córka jest poważniejsza niż rówieśnicy. Ktoś kiedyś jej powiedziałam: „A twoja mama umiera na raka”.

Piękna była jej odpowiedź: „Nie, ona nie umiera na raka. Ona ma nowotwór złośliwy jajnika i walczy z nim”.

Po siódme: nastaw się na zwroty akcji

Bo nowotwór jest jak jazda na rowerze z zawiązanymi oczami, nie wiesz, co cię czeka za chwilę. Jedna z lekarek powiedziała, że nie wie, co ma ze mną zrobić, bo nie jestem książkowym przypadkiem. Mnie to już nawet nie dziwi.

Po ósme: normalność nas ratuje

Ludzie się boją rozmawiać z nami o raku. O nie- raku też się boją rozmawiać, bo nie wiedzą, czy my tego chcemy. Tak, większość z nas tak. Ja chcę. U nas w domu choroba nie jest tematem numer jeden. Rozmawiam z mężem, co zjemy na obiad, jak spędzimy wieczór, w co zagramy. Żyjemy. I tej normalności się trzymam od dziesięciu lat. Dlatego wciąż jestem na etacie, a podczas bezsennych nocy pracuję. Piszę wnioski o dofinansowania, odpisuję pacjentkom, planuję warsztaty wyjazdowe.

Po dziewiąte: zajmij myśli

Normalnością, pomaganiem, życiem. Rak to nie wyrok. To coraz częściej przewlekła choroba. I my też walczymy o to, żeby nie był traktowany, jak wyrok. Przez diagnozę nie przestajesz być człowiekiem, kobietą, żoną, matką, sobą. Uczysz się doceniać chwile, ale wciąż masz marzenia, plany, które trzeba realizować.

Jeśli myśli będą tylko w chorobie- to ona cię pokona, ściągnie w dół.

Po dziesiąte: tak, boimy się śmierci, to nieuniknione

Strach bywa straszny i dławiący. Nie możesz oddychać. Żegnałam się już z mężem, rodzicami, planowałam ich życie beze mnie.

Im bardziej oswajam śmierć, tym bliżej życia jestem.

A potem wracam do siebie. Do pracy. I nie tracę nadziei. Jest tyle do zrobienia.

Parę tygodni temu powstał cudowny poradnik, oparty na historiach wyjątkowych kobiet – Motyli, które nie dają się diagnozie. Można go znaleźć pod linkiem :

https://niebieskimotyl.pl/moj-everest-historie-prawdziwe/

 


Zdrowie

Trujące rośliny doniczkowe w domu. Na które powinnaś uważać, jeśli masz dzieci lub zwierzęta?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
10 maja 2021
Trujące rośliny doniczkowe w domu
Fot. iStock
 

Trujące rośliny doniczkowe często pojawiają się na naszych parapetach, czasem bez świadomości, że mogą zaszkodzić. Szczególnie niebezpieczne mogą być w sytuacji, jeśli w domu są małe dzieci lub zwierzaki, które zbyt często wiedzione ciekawością, próbują zjeść różne rzeczy.

Niektóre rośliny w domu mogą zagrażać zdrowiu już po spróbowaniu niewielkiej ilości ich soku. Na co więc trzeba szczególnie uważać otaczając się kwiatami?


Anturium

Anturium to piękna egzotyczna roślina, która zachwyca mięsistymi kwiatami o intensywnej, zazwyczaj czerwonej barwie. Uprawiając anturium w doniczce należy jednak wiedzieć, że zarówno jej liście, jak i łodygi, zawierają kryształy szczawianu wapnia. W przypadku ich spożycia może dojść do wymiotów i biegunki. Jeśli dojdzie do kontaktu ze skórą, może pojawić się na niej wysypka, a w przypadku kontaktu z błonami śluzowymi jamy ustnej — zaczerwienienie, obrzęk języka i gardła.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

Skrzydłokwiat

Skrzydłokwiat to roślina oczyszczająca powietrze, którą, ze względu na ozdobne liście i kwiatostany, znajdziemy w wielu domach. Podobnie jak w przypadku anturium, skrzydłokwiat również zawiera kryształy szczawianu wapnia, a także alkaloidy. Nadgryzienie lub spożycie tej rośliny także może skutkować problemami żołądkowo-jelitowymi, wysypką na skórze, zaczerwienieniem i obrzękiem języka i gardła.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

Difenbachia

Difenbachia jest często spotykana w domach, ze względu na piękne zielone liście naznaczone białawymi obszarami. W sprzedaży dostępne są odmiany tej rośliny, różniące się m.in. wielkością i wzorem na liściach. Ta dekoracyjna roślina wygląda pięknie, ale wytwarza silnie trujący sok, który wypływa z uszkodzeń jej tkanki. Bezpośredni kontakt z nim może powodować duży obrzęk oraz bólem błony śluzowej jamy ustnej i gardła. W zetknięciu z oczami może spowodować także zapalenie spojówek. Z tego względu, jeśli w domu są małe dzieci lub zwierzęta, difenbachię należy stawiać poza ich zasięgiem.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

Cyklamen

Cyklameny, zwane również fiołkami alpejskimi, to piękne kwiaty ozdobne, które zachwycają kolorami. W przypadku tej rośliny niebezpieczeństwo tkwi w bulwach, zawierających toksyczne saponiny i cyklaminę (toksyczny glikozyd). Kontakt skóry z uszkodzoną bulwą może skutkować podrażnieniem, ale kontakt z jamą ustną może mieć przykre konsekwencje — biegunka, wymioty, zawroty głowy, drgawki. Trujące, choć w mniejszym stopniu, są także inne części rośliny.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

Hiacynt

Piękne kwiaty, kojarzące się z wiosną, są często spotykaną ozdobą w domach. Wyglądają delikatnie i uroczo, ale wykazuje właściwości trujące. Kontakt z liśćmi hiacynta może skutkować zaczerwienieniem i swędzeniem skóry, w poważniejszych przypadkach także pęcherzami. Przy spożyciu rośliny mogą pojawić się objawy zatrucia takie jak: bóle głowy, wymioty i biegunka.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

Hoja

Hoja, zwana także woskownicą, to piękna egzotyczna roślina o mięsistych liściach i drobnych kwiatkach, które wydają intensywny, dla wielu osób drażniący wręcz zapach. Ponadto roślina wydziela sok mleczny, który pojawia się przy przycinaniu pędów. Jest on toksyczny, może powodować podrażnienia oczu, przewodu pokarmowego i jamy ustnej.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

Poinsecja

Poinsecja (wilczomlecz piękny), zwana potocznie gwiazdą betlejemską, to roślina, która największym powodzeniem cieszy się w okolicach Bożego Narodzenia, choć można ją uprawiać w doniczkach przez cały rok. Jest zachwycająca, ponieważ jak mało która roślina, zdobi dom kolorami w okresie świąt, wydając przylistki ułożone na kształt gwiazdy, skąd wzięła się jej nazwa. Jej różne odmiany mogą wybarwiać się na pomarańczowo, różowo, biało, w kolorze złocistym. Niestety jest ona tak samo piękna jak i trująca. Po skaleczeniu rośliny wydziela ona sok, który działa drażniąco na skórę i śluzówki, a zjedzenie liści lub owoców może spowodować zatrucie pokarmowe.

Gwiazda betlejemska - pielęgnacja, podlewanie, sadzonki

Fot. iStock/Gwiazda betlejemska

Kroton pstry

Ta egzotyczna roślina cieszy oczy pięknymi kolorami liści. Niestety podobnie jak w przypadku gwizdy betlejemskiej, należy on do rodziny wilczomleczowatych. Mleczny sok, który wydziela uszkodzona roślina, powoduje podrażnienia skóry oraz oczu. Spożycie soku może skutkować  biegunką i wymiotami.

Trujące rośliny doniczkowe w domu

Fot. iStock/Trujące rośliny doniczkowe

źródło:  poradnikogrodniczy.pl 

Zdrowie

„Nie mówię pacjentce, że ma trzy miesiące życia, dla niej to byłby szok, przed chwilą była zdrowa”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
8 maja 2021

Na świecie wciąż pracuje się nad sposobem odkrywania raka jajnika w najwcześniejszej fazie. Robiono, na przykład, kobietom z grupy ryzyka, badania ultrasonograficzne co trzy miesiące, pół roku. A to i tak nie przynosiło oczekiwanego skutku, bo nie udawało się odkryć raka w stanie zerowym. Więc nawet robienie co pół roku usg nie daje stuprocentowej gwarancji” uważa dr Tadeusz Oleszczuk, specjalista ginekolog-położnik.

Ile z nas, kobiet, umrze na raka?

Tego dokładnie nie powiem, ale co czwarta osoba zachoruje. Czasem na wykładach o tym mówię. I kiedy „odliczam” co czwartego z zebranych, ludzie są w szoku. Bo do tej pory nie zdawali sobie sprawy, jakie to są liczby.  A przecież już przed pandemią na raka umierały codziennie 273 osoby, co daje około 100 tysięcy rocznie. A myślę, że gdzieś za około cztery, pięć lat liczba ta wzrośnie drastycznie, bo nierozpoznane dziś nowotwory (spadek badań profilaktycznych z powodu ograniczeniu dostępności do badań przez lockdown) będą zbierały swoje żniwo.

Nierozpoznane z powodu pandemii?

Tak. W Olsztynie, na przykład, miesięcznie na mammografię przychodziło 200 kobiet, a teraz przyszło 14. Spadki zgłaszalności na badania profilaktyczne sięgają 60- 80 proc. w stosunku do poprzednich lat. Dodatkowym problem jest brak dostępności badań, specjalistów, dłuższe kolejki niż zazwyczaj. Za rok, dwa zaczniemy diagnozować już zaawansowane nowotwory. W onkologii najważniejsze jest wczesne rozpoznanie, stan zerowy zaawansowania. Daje to czas na praktycznie stuprocentowe skuteczne leczenie. Utrata tego czasu i rozpoznanie zaawansowanego nowotworu uniemożliwia to.

Rak jajnika podobno w ponad 75 procentach jest odkrywany późno. Dlaczego tak jest?

Najprościej mówiąc dlatego, że w brzuchu jest dużo miejsca. Nie ma więc od razu jakichkolwiek objawów. Jeśli ma pani zmianę wielkości 2-3 centymetrów to trudno ją odkryć. A same objawy raka jajnika są nieoczywiste. Bóle brzucha, wzdęcia, zapalenia śluzówki przewodu pokarmowego, wątroby. Zwykle pacjentka ląduje na oddziale wewnętrznym z dolegliwościami ze strony jamy brzusznej. Nikt się nie spodziewa, że po czterdziestym roku życia ryzyko raka jajnika jest większe i już  z takimi objawami kobieta powinna mieć wykonane badanie ginekologiczne USG i ew. oznaczone markery.

Problem w tym, że nie mamy badań przesiewowych w kierunku raka jajnika, żeby można go odkrywać wcześniej, kiedy jest w stu procentach wyleczalny. Takie badania są w przypadku raka szyjki macicy – cytologia, czy raka piersi – mammografia.

A usg dopochowowe?

Na świecie wciąż pracuje się nad sposobem wykrywania raka jajnika w najwcześniejszej fazie. Robiono, na przykład, kobietom z grupy ryzyka badania ultrasonograficzne co trzy miesiące, pół roku. A to i tak nie przynosiło oczekiwanego skutku, bo nie udawało się odkryć raka w stanie zerowym. Więc nawet robienie co pół roku usg nie daje stuprocentowej gwarancji.

Natomiast bardzo ciekawe są badania prof. Jana Lubińskiego, onkologa i genetyka, kierownika Zakładu Genetyki i Patomorfologii Pomorskiego Uniwersytetu Medycznego w Szczecinie.

Od kilku lat ocenia się w surowicy krwi badania na ok. 5 tysiącach kobiet. Mierzy się im tylko poziom cynku, selenu arsenu i kadmu w organizmie. I jego zdaniem, jeśli te poziomy są optymalne, zatrucie organizmu niskie, to ryzyko raka jest praktycznie zerowe. On nawet to powiedział na jednej z konferencji prasowych, ale jakoś środowisko naukowe w Polsce trudno jest przekonać do nowatorskich koncepcji. Przyznam szczerze, że też zacząłem badać swoje pacjentki pod tym kątem. I mam podobne wnioski. Przychodzi do mnie, na przykład, dziewczyna z rakiem piersi, kieruję ją na badanie selenu, i co się okazuje? Że ma dwukrotnie przekroczoną normę.

rak jajnika

fot.Tadeusz Oleszczuk

Zdaniem prof. Lubińskiego to działa też w przypadku kobiet, które już chorują. Jeśli doprowadzi się do optymalnego wyrównania poziomu cynku i seleny, oraz obniżeniu arsenu i kadmu w bezpieczny zakres norm, to dłużej żyją i lepiej je się leczy. Zresztą to chyba logiczne, że jeśli ktoś zlikwiduje zatrucie kadmem i arsenem, to szanse na doprowadzenie organizmu do porządku będą większe, szczególnie kiedy będzie optymalny (nie za wysoki i nie za niski) poziom minerałów decydujących o sprawności działania układu obronnego człowieka. Jeśli odporność jest duża, to skutecznie niszczy nieprawidłowe komórki.

Dlatego jeśli teraz przychodzi do mnie pacjentka i mówi: „Panie doktorze, u mnie wszyscy w rodzinie umarli na nowotwory. Zostałam sama, co mam robić”  to mówię jej: „Proszę oznaczyć selen, arsen”, a kiedyś zaproponowałbym jej tylko ogólne badania krwi oraz cytologię i USG piersi lub mammografię (w zależności od wieku).

Czy rak jajnika może być całkowicie wyleczalny?

Żeby go całkowicie wyleczyć to musielibyśmy mieć raka zamkniętego w otoczce jajnika. Czyli jeśli usuwam jajnik, to wiem, że usuwam też raka. Niestety rak w tak wczesnej fazie odkrywany jest najczęściej przypadkiem. Robimy, na przykład, operację wyrostka albo mięśniaka, jajnik wydaje nam się podejrzany, usuwamy go i okazuje się, że w środku był rak inwazyjny. W innym przypadku kobieta w ciąży podczas badania USG może dowiedzieć się, że w jajniku jest guz o potencjalnie patologicznych przepływach w naczyniach krwionośnych. Laparoskopia wykonana w Centrum Onkologii jest w stanie bezpiecznie i skutecznie usunąć podejrzaną zmianę i ciąża dalej przebiega prawidłowo. Szalenie ważne jest, aby podejrzane o raka jajnika zmiany były od razu operowane tylko w ośrodkach onkologicznych, gdzie jest zespół specjalistów zajmujących się tylko nowotworami. Wyniki leczenia są wtedy o wiele lepsze.

Przychodziły do Pana pacjentki z innymi objawami, a potem były w szoku, że to jest rak jajnika?

To klasyka. Kobieta z objawami ze strony przewodu pokarmowego, z mdłościami, uczuciem pełności trafia do lekarza rodzinnego czy w końcu na internę, tam jest podejrzenie choroby żołądka, wątroby, jelit. Pacjentka dostaje przez kilka tygodni, czy miesięcy leki. Wreszcie ktoś mówi: „Zrobiliśmy już wszystkie badania, niech jeszcze idzie do ginekologa”. Pacjentka jest po pięćdziesiątce, w okresie okołomenopauzalnym, lekarz widzi, że jajniki są duże. Powinna mu się zapalić czerwona lampka, że powiększone jajniki, w czasie kiedy powinny być już mniejsze, to nie jest norma. Badanie USG ocenia przepływ krwi w naczyniach w okolicy zmiany. Robimy markery w surowicy krwi. A kiedy potwierdzamy, że jest ryzyko, robimy operację i okazuje się często, że jest to rak już zaawansowany. Jest to problem, że objawy związane z jamą brzuszną czasami zbyt późno kojarzymy z koniecznością wykluczenia zmian w narządach rodnych.

A młodsze pacjentki?

Jajnik jest to takie miejsce, gdzie występuje największa różnorodność komórek. Poza tymi, które występują w ciele człowieka, czyli nabłonkowe, znajdują się tam też takie, z których powstaje człowiek, rozrodcze. Są to tak zwane potworniaki, często złośliwe. Jednak też się zdarzają guzy, nawet u nastolatek, choć częściej wtedy mówimy o granicznej złośliwości raka, czyli on jest złośliwy, ale zamknięty w otoczce łagodnej. Nie nacieka, nie daje przerzutów, dziewczyny młode są częściej badane i jeśli ginekolog ma tzw. nosa onkologicznego, doświadczenie i robiąc usg zrobi przepływy naczyniowe, opory naczyniowe pomierzy objętość jajników ich strukturę.  Wtedy jest to duża szansa, że ten guz wykryje. Czasem w środku torbieli rośnie grupa komórek, z której może rozwinąć się nowotwór. Najlepiej, żeby kobiety z podejrzanymi zmianami badał od razu ginekolog-onkolog. Oczywiście też zawsze kieruje się takie pacjentki do dalszej diagnostyki i leczenia do ośrodków onkologicznych.

Jak mamy szukać lekarza?

Lekarz musi być empatyczny, gotowy do rozmowy z pacjentką. Też kiedyś tego nie rozumiałem, ale wytłumaczył mi to prof. Mariusz Bidziński, znakomity ginekolog- onkolog. Wiele lat temu powiedział: – Tadeusz, zauważ, jeśli pacjentce wytłumaczysz, opiszesz jaka jest sytuacja, możliwości leczenia krok po kroku, to ona się lepiej leczy.

Mówi pan o pacjentkach chorych na raka?

O wszystkich. 90 proc. kobiet, które przychodzą do ginekologa ma jakieś problemy. A to zaburzenia hormonalne, metaboliczne, emocjonalne, a to problemy ze zmianami w piersiach, na szyjce macicy, w macicy,  jajnikach, czy nieprawidłową cerę. Ale nie wyleczę pacjentki, jeśli ona nie zajmie się sobą holistycznie, nie zastanowi się jak ogromne znaczenia dla zdrowia ma to co jemy, stres, brak aktywności fizycznej. Współczesna medycyna podzieliła człowieka na specjalizacje, a on jest całością. Nie wyleczę kobiety z grzybicy, jeśli ona nie będzie się leczyć, na nierozpoznaną cukrzycę. Jeśli będzie miała wysoki cukier w surowicy krwi, to wciąż będzie do mnie wracać z grzybicą. Nie wyleczę torbieli w piersiach i na jajnikach, jeśli nie zobaczę, czy wszystko dobrze z tarczycą, z prolaktyną. W końcu nie wyleczę skutecznie z zaburzeń hormonalnych związanych z jajnikami czy tarczycą, jeśli zobaczę, że ma problem w jelitach, ma zaparcia, wzdęcia, biegunki. Codziennie je to, co wywołuje i nasila stan zapalny jelit, gdzie powstają przeciwciała niszczące odporność i gruczoły wydzielania wewnętrznego. Zaczynają się choroby autoimmunologiczne. Niestety czasem spotykam kobiety po sześdziesiątce, które przez całe życie próbowały znaleźć przyczynę problemów ze zdrowiem i odwiedziły (i biorą leki): internistów, endokrynologów, psychiatrów, dermatologów, alergologów, ginekologów, dietetyków. Jednak nigdy, żaden lekarz nie skierował na badanie USG tarczycy. Ja kieruję i okazuje się, że w tarczycy jest guz. Czasem 2,5 cm ( jak u 73-letniej kobiety), czy tydzień temu guz średnicy 1,5 cm w tarczycy u 63-letniej. Słyszę wtedy „dlaczego nikt wcześniej mnie na to badanie nie skierował?”, lub „dlaczego nikt mi tego nie powiedział?”  Stąd tytuł mojej pierwszej książki. Teraz wiem, że powinien być trochę inny: „Dlaczego lekarze mi tego nie powiedzieli, a ja borykam się z problemami przez całe życie”.

Najważniejsze jest, aby znaleźć przyczynę problemów, a nie leczyć jego objawy pojawiające się w różnych miejsca organizmu. Czasem jest to problem z płodnością, czasem z cerą, czasem zaburzenia wyglądające jak psychiczne, czasem jak alergia, czy zapalenie jelit i zaparcia lub biegunki. To trzeba analizować całościowo i zawsze zaczynać od tego co ma największy wpływ na zdrowie. Dieta, stres, geny, aktywność fizyczna, sen, środowisko.

Jak kobiety reagują, gdy dowiadują się, że mają raka?

Na początku nie chcą o tym słyszeć, buntują się, to pewnie błąd, pomyłka, muszę iść do innego lekarza, potem walczą. Nie poddają się. Wpadają też na różne pomysły, na przykład, że zagłodzą raka. Tyle, że raka nie można zagłodzić, bo komórki nowotworowe jako pierwsze dostają pożywienie, więc jeśli człowiek się głodzi, to prędzej zagłodzi siebie niż raka. Taka jest biologia. Jedną z najgorszych trucizn dla zdrowia jest cukier, który obecnie jest w 75% tego co kupujemy w sklepach.

Jak wygląda leczenie raka jajnika?

Załóżmy, że stwierdzamy podejrzany guz, on ma swoje cechy, obustronne torbiele, a w środku rosną jakieś guzki albo brodawki, to to jest podejrzany bardzo obraz, robimy markery, załóżmy, że wychodzą podwyższone, robimy te przepływy naczyniowe w badaniu USG, żeby potwierdzić, że jest bardzo niski opór i to ryzyko raka jest większe, a potem chora z takim guzem musi  trafić najlepiej do centrum onkologii. Pierwszy schodek w obecnej organizacji służby zdrowia, poczeka sobie trzy tygodnie albo sześć  w kolejce, i to już opóźnia leczenie. Potem trzeba podjąć decyzję. Operacja, czy tylko chemia, a może radioterapia. Rak nie lubi jak się go kroi lub gdzieś zostaną komórki w jamie brzusznej. Ważne, najważniejszy jest radykalizm pierwszej operacji.

Tyle że dostępność do leczenia cyklami chemioterapii jest w naszym kraju ograniczona o połowę w stosunku do tego co można stosować w krajach Europy Zachodniej. Z racji oszczędności. Szkoda.

Mówi pan: „Ma pani trzy miesiące życia”?

Nie, to bardzo trudny temat. Rzeczywiście jest tak, że są prowadzone badania mówiące jaka jest średnia przeżywalność w poszczególnych stadiach raka. Na przykład z glejakiem mózgu to jest średnio kilka miesięcy, a rekordziści przeżyli trzy lata.

Natomiast zawsze mówię pacjentom, że nawet jeśli średnia przeżywalność wynosi tyle i tyle, to nie dotyczy wszystkich, bo jest, na przykład, 10 proc. tych, którzy żyją długo. I być może pani akurat będzie w tych 10 procentach, czy nawet w jednym procencie, który będzie sukcesem leczenia. Mówienie komuś, że będzie żył trzy miesiące mija się z celem. Tu chodzi o co innego. O jakość życia, bo leczenie nie może być gorsze od choroby.

Natomiast są sytuacje, kiedy rzeczywiście stawiam sprawę jasno. I to jest wtedy, gdy przychodzi dziewczyna z bardzo zaawansowanym rakiem jajnika. I ona chce być leczona. A ja wiem, że jeśli dam jej leki, to będzie się męczyła, objawy uboczne będą bardzo silne, pogorszy się jej komfort życia. Cała terapia przedłuży jej życie może o rok czy dwa lata. Może też wybrać życie bez radykalnej walki, dostanie wtedy leki przeciwbólowe, czy inne, które polepszą jej komfort życia. Onkologia paliatywna jest naprawdę na wysokim poziomie.

Są kobiety, które mówią: „Okej, wybieram opiekę paliatywną”?

Młodsze nie, czasem kobiety starsze, gdy już są schorowane, a leczenie onkologiczne zbyt je dużo kosztuje, z powodu ciężkich działań ubocznych leczenia onkologicznego. Każdy reaguje indywidualnie.

Natomiast jeśli dziewczyna jest dobrze wyedukowana w temacie, chce walczyć, to  ma dużo większe szanse. Jeśli natomiast pacjentka się poddaje, wpada w depresję to ta choroba często przyspiesza.

Czy podczas pana ponad trzydziestoletniej praktyki lekarskiej zdarzył się cud?

Jak zaczynałem studia to zaśniad groniasty to był wściekły nowotwór kosmówki, gdy je kończyłem wprowadzono nowe leki. Kobietom z wcześnie rozpoznanym zaśniadem groniastym nie dość, że nie usuwano macicy, to po jakimś czasie mogły znów zajść w ciążę. Postęp w leczeniu onkologicznym jest niesamowity i to możemy nazwać cudem. Natomiast nigdy nie spotkałem kogoś, kto miał potwierdzony badaniami histopatologicznymi nowotwór i on sam z siebie zniknął. Zdarzają się natomiast pomyłki, że przytoczę historię mężczyzny z mojej rodziny. W płucach wykryto mu zmianę wielkości pięciozłotowej monety, ewidentny w obrazie radiologicznym rak. Zoperowano go i okazało się, że to było ognisko zapalne, bo on się kiedyś czymś zakrztusił, to mu poleciało do płuc, zrobił się odczyn zapalny.

Pacjentki boją się operacji radykalnych?

Tak, boją się. Nie chcą nawet słyszeć o tym, że mogą mieć wyciętą macicę, nawet jeśli mają 45 lat, bo uważają, że to je pozbawi kobiecości. Tak na przykład jak walczą z mięśniakami. Walczą i walczą, a gdy usuwają po wielu latach obfitych krwawień macicę są szczęśliwe, bo zmienia im się komfort życia. A niektórzy lekarze mówią: spokojnie, tylko jeden proc ryzyka zezłośliwienia. To dużo, czy mało?

Kobiety szukają innych ośrodków?

Tak, jak już mówiłem w Europie Zachodniej dostępnych i dopuszczonych leków i schematów chemioterapii jest ponad 100, a w Polsce NFZ finansuje trochę ponad 40. Dużo znanych osób: aktorów, muzyków, dziennikarzy walczy o finansowanie leków i czasem się to udaje. Natomiast bardzo wspieram takie szukanie, bo leczenie jest nowoczesne. My się czasem musimy cofnąć do średniowiecza, bo NFZ nie chce finansować wszystkich nowoczesnych terapii onkologicznych. Dziewczyny głównie leczą się we Włoszech, Holandii, w Stanach Zjednoczonych. To jest przykre, bo polscy onkolodzy są na światowym poziomie, ale leków nie wyczarują. Tak funkcjonuje ten system, jesteśmy w czarnej dziurze, a nie zielonej wyspie. A dramat się dopiero zacznie za pięć, dziesięć lat. Efekt lockdownu i braku badań profilaktycznych.

Zdarzają się jeszcze pacjentki, które uciekają przed medycyną konwencjonalną, a potem wracają?

Coraz rzadziej. Raczej właśnie szukają innych lekarzy, ośrodków, pogłębiają wiedzę. I to dobrze. Przede wszystkim trzymają się specjalistów onkologów.

Już w 2000 roku napisałem pracę doktorską. Przez około 10 lat policzyłem pacjentki z rakiem jajnika, które były leczone w zwykłych szpitalach i w centrum onkologii. Wyszło mi, zresztą takie też są dane światowe, że jeżeli pacjentka jest od początku leczona w centrum onkologii, tam gdzie jest zespół specjalistów, chemioterapeuci, radioterapuci, świetni chirurdzy to dużej żyje. Te efekty są porównywalne z tymi w innych ośrodkach w Europie. Natomiast jeśli raka jajnika leczy operacyjnie w szpitalu powiatowym, to rokowania są gorsze. Dokończyć leczenie, czy kursy leczenia chemioterapią można w poradniach onkologicznych czy na oddziałach onkologicznych. Bardzo ważny jest jednak radykalizm pierwotnej operacji w raku jajnika i te procedury gwarantuje centrum onkologii.


Zobacz także

Co najczęściej pijesz rano – kawę, herbatę? Sprawdź jakie korzyści przyniesie ci zamiana ich na szklankę wody z cytryną

Dzieci rodzą się ze zdrowymi stopami. Można to popsuć nieodpowiednim obuwiem

Ciało w emocjonalnym detoksie. 7 terapii, które uwolnią je od napięcia