Psychologia Zdrowie

Misja „BEBECHY”

Rozstrojona
Rozstrojona
8 lutego 2016
Fot. Pixabay / 910629 / CC0 Public Domain
 

Nadszedł ten dzień, w którym poczułam potrzebę wyjaśnienia sceptycznej i kontestatorskiej części swoich odbiorców, dlaczego tak naprawdę robię to, co robię, czyli param się pisaniną, nazwijmy ją, intymną ze swego gatunku, czy też „bebechowatą”, jak kto woli.

Może zacznę od tego, gdzie, u licha, leży w ogóle sens tej samozapowiadającej się mowy obronnej, skoro otwierając przestrzeń publiczną dla osobistych przeżyć, musiałam zdać sobie przecież sprawę, na co się piszę. W istocie, potwierdzam raz jeszcze z ręką na piersi, że to ja, nikt inny, wprawiłam w ruch tę bezlitośnie krytyczną machinę, wycelowaną wprost we mnie. Kaput dzisiaj. Kaput wczoraj. Kaput jutro… I tak w koło Macieju.

Rzecz w tym, że gdy staniesz naprzeciwko krzywego zwierciadła, to – choć w pierwszym odruchu masz ochotę uderzyć w to cholerne lustro, okaleczając sobie dłoń – wystarczy, że przeczekasz ową złość, która w głównej mierze jest Twoją autodestrukcją i już chce Ci się wychodzić do tych ludzi opanowanym, spokojnym; cierpliwie przełamywać ich złą wolę, krok po kroku opowiadać im swoją historię, tak aby na koniec zobaczyli, jak dalece zdeformowali twój obraz.

Ot, taką właśnie dziewczęco – idealistyczną misję powzięłam sobie TUTAJ.

„Tani ekshibicjonizm, epatowanie bebechami, podszyty manipulacją egocentryzm, celowa desperacja w usilnym dążeniu do zwrócenia na siebie uwagi”. Bach, bach, bach!… Plus/minus między oczy. „A co, nie wolno?!…”. Ale ja jeszcze żyję, ha! To ci dopiero niespodzianka. Też mi wolno.

Kimkolwiek jesteście, Śmiali Strzelcy, pozwólcie, że odpowiem Wam na te wszystkie zarzuty pytaniem. Kluczowym, jak dla mnie, w tym wypadku. Czy dostrzegacie większą różnicę pomiędzy osobami, dotkniętymi przez różne, poważne schorzenia fizyczne, upośledzenia ciała a tymi, których problemy zdrowotne natury psychicznej, emocjonalnej w drastyczny sposób zaburzają ich funkcjonowanie w rodzinie i społeczeństwie??…

Otóż, ja nie widzę jej wcale. W moim odczuciu to ogół ludzi autentycznie cierpiących, odgórnie osłabionych, podatnych na zwątpienie, lęk i wstyd. Ci ludzie są na co dzień więźniami swoich ciał i dusz. Skazano ich za niewinność. Wszędzie poruszają się w klatkach własnych ograniczeń; przeważnie mają opuszczone głowy. Najbardziej obawiają się reakcji tych „normalnych” i wolnych.

Jak myślicie, czego kuternogom i postrzeleńcom może brakować w życiu najbardziej??… Chyba jestem w stanie Wam powiedzieć, gdyż akuratnie należę do tego niechlubnego grona.

Miejsca, w którym dane im będzie poczuć się swobodnie, a zarazem bezpiecznie. Odwagi zerwania z anonimowością na rzecz pokazania twarzy niedoskonałej, ale z krwi i kości. Zdolności przekuwania najgorszych wyobrażeń i odczuć w opanowanie myśli. Przeświadczenia o własnych możliwościach, o byciu kiedyś silnym i samodzielnym.

Stąd wzięła się Rozstrojona.pl. Moja wirtualna ulica. Bez żadnych zakazów i ślepych zaułków. Tak zapisano w rubryce „plan”. I tego będę się trzymać.


Psychologia Zdrowie

BEZIMIENNA

Rozstrojona
Rozstrojona
18 kwietnia 2017
 
eye-522930_1280

fot. pixabay/Public Domain CC0

Moja Mama powiedziała mi kiedyś, że gdy mnie urodziła, byłam szalenie drobniutka; byłam chucherkiem do tego stopnia, że pierwsze, co sobie pomyślała to to, że ja się zaraz rozkruszę.

Postanowiła dać mi na imię Oleńka, a na drugie Basia. Drugie imię wybrała po mojej babci, której niestety nigdy nie było dane mi spotkać. Babcia Basia także brzmiała mi na kruchutką.
Moje trzecie imię to Marysia. O jego wyborze zdecydowałam zupełnie podświadomie. Wzięło się ono z bajki o sierotce Marysi.

Aleksandra Barbara Maria liczy sobie dzisiaj 38 srogich zim. Ale czuje się na urodzoną dopiero przed paroma laty, taką bez imienia, totalnie rozkawałkowaną. Każdemu jednemu, spośród niezliczonej ich liczby, przypada inna trauma. To morze traum jeszcze nie ma swojego dna, od którego można byłoby się odbić.
Właśnie tkwię pośrodku tej bezbrzeżnej wody, na pokładzie statku, pozbawionym masztów. Nade mną rozpościera się złowrogo ciemne niebo. Znalazłam się tutaj, ponieważ… uciekam. Ta ucieczka w pierwszej chwili wydaje się być zbawieniem. Bo przynosi ulgę w potężnym napięciu, wypływając z bezmyślności i znieczulicy.
Poza tą bezdennością znajduje się przepotworna przepaść. To jest ŻYCIE.
Wpływanie na siebie, podejmowanie działań, wyborów, decyzji… Miliony razy i jeszcze więcej.

I co tu dalej począć?!…

Żeby się nie skończyć. Żeby zdążyć wrócić, zanim Najważniejsi dla nas zdecydują nie dać nam już kolejnej szansy. Podczas gdy my sami nie daliśmy sobie nawet tej pierwszej.

Chyba trzeba wreszcie zacząć żyć.
Tak.
Podążać drogą, która prowadzi DOKĄDŚ (!)

Właśnie jestem na etapie wstępowania na nią.


Psychologia Zdrowie

ANOREKSJA. Choroba „szóstego zmysłu”.

Rozstrojona
Rozstrojona
13 października 2015
fot. Pixabay/ kimwonyeul/ CC0 Public Domain

Na anoreksję zachorowała, kiedy miała 14 lat. Można powiedzieć, że wybrała moment najbardziej klasyczny z możliwych. Dojrzewanie. Pierwsza menstruacja. Pierwszy biustonosz. Pierwsza depilacja. Choć szalę raczej przeważyły słowa z ust najbliższej osoby, które wówczas usłyszała po raz pierwszy:

„Strasznie przytyłaś. Musisz schudnąć!”

NIE CHCIAŁA MUSIEĆ. Ale, tak jakoś, poddała się temu mimowolnie. To zdanie – wykrzyknik padło potem jeszcze kilka razy. Wbiła je do walizki i zabrała ze sobą na pierwsze planowe, samodzielne wakacje do „królestwa sztucznych manier”, co się zowie: Wielka Brytania. Nie było jej 3 miesiące. Wróciła w jednej drugiej swojego ciała.

Właściwie nie do końca wiedziała, jak to się stało; że raptem w kwartał straciła aż połowę siebie. To chyba była ta jej połówka, która przez okrągłe 90 dni, dzień po dniu, pisała listy do autorki tamtych słów. Listy przepełnione ogromną tęsknotą za domem (z ang. homesick), jakiej do tej pory przecież nie znała. To były czasy, kiedy pocztę słało się par mar, toteż te połowiczne wieści przeważnie traciły już na ważności w momencie ich doręczenia. Dezaktualizowały się o tyle kilogramów, ile musiała spalić, żeby zdusić w sobie ową tęsknotę. Oczywiście nie musiała jej dusić. Wielokrotnie czytała w listach zwrotnych, że może wsiąść w najbliższy samolot do Polski i po prostu wrócić. Ale nie chciała wracać. Być może podświadomie broniła się przed przykrym wydźwiękiem pamiętnej uwagi?… Świadomie za to chciała być dzielna. Zresztą jak na dojrzewającą nastolatkę przystało.

I tak zniknęła na 5 długich lat. To była jej pierwsza, prawdziwie samotna podróż. Owszem, skutecznie powstrzymała swój zegar biologiczny, ale nie zatrzymała samej matki. Bo czy rozpacz z powodu jej chudości okazała się czymś lepszym od rozpaczy, że jeszcze do niedawna, o ironio, była za gruba?? Nie!!! W ogóle nie chodziło o rozpacz. Chodziło o uwagę, o zrozumienie, o akceptację. Wpychanie pokarmu na siłę, żeby chociaż dożyła następnego dnia, nie załatwiało sprawy. Jaki sens był poza tym w karmieniu dziecka „zatrutym mlekiem matki”?…
Uratowała ją przypadkowa miłość. Miłość mężczyzny do kobiety, z którą była scalona pępowiną. Nikomu, jak właśnie jemu, nie zależało bardziej na jej rzeczywistym powrocie – 20 kg burzliwej i heroicznej żeglugi naprzód.

Dziś moje ciało ma już blisko 40 lat. Nie kocham go jeszcze. – wyznaje po latach. – Jednak są w jego życiu takie momenty, które zawsze chwytam szczególnie zachłannie. Kiedy moi uszczęśliwieni Synkowie szturmem wskakują na mnie jak na trampolinę. Kiedy rozciągają mnie jak gumę, żeby się nią podzielić po równo. Kiedy ich Tata mocno ściska mnie w swoich ramionach. I szepcze przy tym do ucha takie słowa, że moje ciało mało nie dostaje skrzydeł. Albo gdy sama zrobię sobie prezent. Zabiorę swoje ciało do fryzjera czy zgotuję mu domowe SPA i studio piękna.

Obiecała sobie kolekcjonować te wszystkie zbawienne dla niej sekundy, wymienialne na minuty, następnie godziny i wreszcie całe dnie. Aż w końcu uzbiera na miłość do siebie. Oby…