Lifestyle Zdrowie

Dzień dobry, jak minęła noc? Kilka słów do tych, którzy woleliby spać lepiej

Dominika Bagińska
Dominika Bagińska
10 grudnia 2015
Fot. iStock / Geber86
 

Niektóre nocne marki chwalą się, że wszystkie zaległości mogą nadrobić nocą. Tyle, że naukowcy udowodnili, że częste pozbawianie się snu przez okres kilku lat może wywołać postępujący proces niszczenia komórek mózgowych. A nawet prowadzi do trwałego uszkodzenia mózgu. Jak po wypadku czy ciężkiej chorobie. Notoryczne niedosypianie powoduje stany lękowe oraz depresję.

To nie wszystko. Zmuszanie organizmu do ciągłego czuwania niebezpiecznie podnosi ciśnienie krwi. Jesteś też bardziej narażona na stany zapalne organizmu. A to oznacza o wiele większe prawdopodobieństwo wystąpienia chorób serca oraz raka.

Po nieprzespanej nocy kochasz ryzyko

To konsekwencje długofalowe. A co z natychmiastowymi? Badacze z Uniwersytetu w Berkeley i Harvardzie odkryli jakiś czas temu bardzo niebezpieczny skutek uboczny niedosypiania – krótkotrwałą euforię. Jak to możliwe? Po zarwanej nocy zostaje pobudzony ośrodek przyjemności w mózgu. Dzieje się tak pod wpływem dopaminy – naturalnego dopalacza. Jej podwyższony poziom po nieprzespanej nocy oznacza motywację do działania, świetne samopoczucie i większą ochotę na seks. Brzmi kusząco? Nie daj się zwieść. Po pierwsze, okazuje się, że te uczucia są bardzo krótkotrwałe. Po drugie, przypływ dopaminy może zwiększyć skłonność do uzależnień. Po trzecie, stajesz się wówczas niebezpieczną optymistką i kochasz ryzyko. Na przykład pozwalasz sobie na seks bez zabezpieczeń z nowo poznanym nieznajomym czy niebezpiecznie szybką jazdę samochodem. Dzieje się tak dlatego, że obszary twojego mózgu odpowiedzialne za planowanie i podejmowanie decyzji dosłownie zamykają się, kiedy pozbawiasz się snu.

Jeśli jesteś zdeklarowanym nocnym markiem, niech przekona cię jeszcze jeden argument. Z niewyspania się tyje.

Nie śpisz – jesz

Każda z nas doświadczyła wzmożonego apetytu po sylwestrowej nocy. Oczywiście za ciągłe uczucie ssania w żołądku bywa odpowiedzialny wypity wcześniej alkohol. Ale nawet abstynentki, które spędziły nocne godziny na nadrabianiu pilnego zlecenia, znają ten stan. Twój organizm ratuje się w ten sposób przed naruszeniem jego rezerw energetycznych. Powinny być uzupełnione podczas snu. Kiedy go brak – uruchamia komendę – jeść!

Potwierdzili to naukowcy. Dowiedli, że kto śpi mniej niż sześć godzin na dobę, może mieć rozregulowany apetyt, objadać się i w konsekwencji cierpieć na nadwagę. Zbyt krótki sen zaburza wydzielanie greliny i leptyny – substancji pobudzających apetyt i regulujących odczuwanie sytości. Niewyspana osoba je więcej i nie zdaje sobie z tego sprawy.

Pozwólmy więc swojemu ciału na sen, by naprawdę w pełni korzystać z życia.

Zanim uratują cię tabletki…

Gdy chronicznie zarywałaś noce, możesz mieć rozregulowany rytm snu. Jest kilka domowych sposobów, by wszystko wróciło do normy. Jeśli jednak nic nie pomaga i nadal bardzo źle sypiasz, pomyśl o wizycie u lekarza. Długotrwała bezsenność jest jednym z charakterystycznych objawów depresji. Choroby, którą można skutecznie wyleczyć u specjalisty. Tymczasem rozważ nasze propozycje:

 Stały rytm snu – specjaliści badania snu radzą, by kłaść się i wstawać zawsze o tej samej porze, nawet w weekend. I zawsze spać tyle samo godzin, nawet jeśli z powodu częstego wybudzania się czujemy się niewyspane. Taki żelazny rygor sprawi, że wszystko wróci do normy.

Mrok, mrok, mrok – do tego, by poczuć senność potrzebna jest ciemność. Tymczasem białe światło wydzielane przez urządzenia elektroniczne (komputer, telewizor, smartfon) dla naszego organizmu oznaczają dzień. Dlatego godzinę przed snem warto wyłączyć urządzenia elektroniczne ( powodzenia!)  i poczytać książkę lub posłuchać relaksującej muzyki. Lepiej też nie włączać światła w drodze do łazienki w nocy. Sprawdzi się latarka przy łóżku lub nocna lampka dająca minimalne światło.

 Zioła, które mają działanie uspokajające: rumianek, lawenda, waleriana, melisa czy passiflora. Najbezpieczniejsze w postaci herbatki, którą parzymy przed snem. Najlepiej użyć połowę ilości wody, aby ograniczyć liczbę nocnych wypraw do toalety, które nas rozbudzają.

 Sok wiśniowy zwiększa w organizmie poziom melatoniny, czyli hormonu odpowiedzialnego za biologiczny rytm snu. Zaleca się wypić około szklanki soku (30 ml czystego soku należy rozcieńczyć wodą mineralną) przed pójściem do łóżka. Skróci się czas zasypiania i wydłuży sen. Sok z wiśni sprawia także, że sen jest głębszy, bardziej efektywny i przynosi prawdziwy odpoczynek organizmowi.

Węglowodany – jak wiadomo, działają uspokajająco i powodują senność, czyli ułatwiają zasypianie. Na lekką kolację (2–3 godziny przed snem) zaserwuj sobie na przykład makaron z oliwą, banany czy pełnoziarnisty chleb z miodem.

 Tryptofan, czyli aminokwas, który podnosi poziom serotoniny w mózgu, wywołując senność. Zawarty jest na przykład w nabiale czy drobiu. To inna propozycja delikatnej kolacji: szklanka ciepłego mleka lub kanapka z indykiem.

Zapachy, olejek lawendowy, sandałowy, rumiankowy, jaśminowy, majerankowy czy różany mają działanie uspokajające i relaksujące. Możesz skropić którymś poduszkę, a najlepiej jakiś kawałek materiału, który położysz przy łóżku, a którego nie będzie ci żal poplamić. Olejki można też dodać do wieczornej kąpieli. Ważne, by nie przesadzić z ilością (na opakowaniu podany jest sposób użycia). Nadmiar może wywołać ból głowy czy mdłości. Kupuj tylko olejki naturalne, czyli droższe, w ciemnej szklanej butelce, z etykietą opisująca naturalny skład. Znacznie tańsze, sztuczne, aromaty są bezwartościowe, a mogą wywołać uczulenie.

Biały szum składający się z niskich, stałych dźwięków. Jego monotonia pozwala mózgowi „wyłączyć się” i przejść w fazę snu. W sieci są nagrania białego szumu lub specjalne urządzenia, które ten szum emitują.

To pięknego dnia, a  potem dobrej nocy:)


Lifestyle Zdrowie

„Jestem beznadziejna, winna, niedoskonała, muszę więcej”. Jak przestać się oceniać i w końcu być szczęśliwą?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
10 grudnia 2015
Fot. Unsplash / Sergei Zolkin / CC0 Public Domain
 

„Czy ty współczujesz sama sobie? Jesteś dla siebie dobra, czuła, wybaczająca” spytała mnie kiedyś znajoma, psycholog. Oniemiałam. „To znaczy czy się użalam nad sobą?”. Co to za jakieś głupoty. Ona tylko się uśmiechnęła. „Użalanie się nad sobą? Wręcz odwrotnie. Postawa współczucia wobec samego siebie pozwala czuć się lepiej i być lepszym też dla innych. Umiesz ją praktykować?”. Boże, w życiu.

Rozejrzałam się też wśród bliskich kobiet. Nie znałam żadnej, która by tak naprawdę troszczyła się o siebie i była dla siebie dobra. Pracujące, surowe, oceniające siebie i innych – takie w większości jesteśmy. Ups. Słabo podobno. Bo radość i spokój jest gdzieś indziej.  I wystarczy zrezygnować z kilku nieprawdziwych przekonań…

Przekonanie pierwsze:  powinnyśmy nieustannie się wstydzić, gdy postępujemy źle

„Współczucia wobec samego siebie” to stosunkowo nowe pojęcie. Pierwsza praca na ten temat opublikowana została przez profesor Kristin Neff w 2003 roku w Stanach Zjednoczonych. Kristin Neff, prekursorka współczującego podejścia do siebie wyraźnie zaznaczyła, że współczucie wobec samego siebie, nie ma nic wspólnego z użalaniem się nad sobą, choć w potocznym rozumieniu bardzo często ludzie nie rozumieją tej różnicy. Użalanie się nad sobą w psychologii amerykańskiej nazywane jest „self-pity”,  gdy współczucie wobec siebie „self-compassion”. Gdy ludzie użalają się nad sobą, to mają – zresztą jak sam termin wskazuje – żal do samych siebie, mają skłonność do przeżywania innych negatywnych uczuć – poczucia winy, wstydu, samooskarżania. A ponieważ też ich psychika broni się przed taką ilością negatywnych uczuć, włączają się różnego rodzaju mechanizmy obronne polegające na przenoszeniu tych emocji – obwiniania innych, że im się wiedzie źle.  „To przez szefa zawaliłam projekt, to przez męża, ojca mam mam nieszczęśliwe małżeństwo”. Ludzie użalający się nad sobą, kiepsko czują się wówczas, kiedy innym wiedzie się dobrze, ponieważ mają bardzo dużą skłonność do porównywania się z otoczeniem.

Przekonanie drugie – porównywanie się z innymi motywuje

Wciąż się porównujemy. Tego nas zresztą przecież w większości uczono. W dzieciństwie słyszeliśmy: „Zobacz, ona się tak świetnie uczy, taka jest porządna bierz z niej przykład”. Sama też ostatnio spytałam syna: „A co dostali inny” ( zaraz potem ugryzłam się w język, ale co z tego?)

Porównywanie się z innymi wzmacnia też szkoła. Rankingi ocen, konkursy na najbardziej lubianą osobę, ucznia. To jest pewien utarty styl oddziaływania na dzieci często bez głębszego rozumienia, jak to wpływa na psychikę, na rozwój osobowości. A wpływa bardzo źle, co dokładnie pokazują też badania nad współczuciem do samego siebie. Z tak ocenianych wyrastają dorośli, którzy dążą do doskonalenia się. Do tego, by mieć więcej, bardziej, lepiej po to, żeby dobrze wypadać na tle innych. Kiedy się to nie udaje – wpadają w spiralę samooskarżania, wciąż porównują się z innymi, i czują się marnie na ich tle.

Tę drugą osobę postrzega się jako kompletnie inną, nie zauważa się wspólnoty losu. Tego, że ona najprawdopodobniej wcześniej też wiele w życiu przeszła, cierpiała, miała niepowodzenia. Użalający widzi tylko siebie, swoje niepowodzenia i wyolbrzymia je na tle pozytywnych cech tej drugiej osoby. W związku z tym cieszy się, kiedy bliźniemu dzieje się źle, bo wtedy jego samoocena rośnie. Jeśli moją koleżankę rzucił mąż, i ona cierpi to na tle jej cierpienia moje kiepskie małżeństwo już nie jest takie złe, bo chociaż wciąż trwa.

Filozofia współczucia wobec samego siebie opiera się na nie oceniającym stosunku do siebie, ale też wobec innych. Co więcej wszystkie badania pokazują, że takie podejście ułatwia i pomaga pokonywać różnego rodzaju wewnętrzne trudności i przeszkody.

Przekonanie trzecie: wysoka samoocena pomaga w życiu

W naszej kulturze funkcjonuje kult wysokiej samooceny. Psycholodzy gloryfikowali ją przez wiele lat wierząc, że pomaga niemal we wszystkim. Roy Baumeister, wybitny uczony  zrobił podsumowanie wielu lat badań w różnych dziedzinach funkcjonowania człowieka i doszedł do wniosku, że dalece przesadziliśmy wierząc, że wysoka samoocena to jest  panaceum na całe zło. Okazuje się, że ci, którzy mają wysoką samoocenę wykazują sporo agresji, mają również dosyć mocno zniekształcony obraz samych siebie. Wysoka samoocena często łączy się ze skłonnościami narcystycznymi. Głównie jednak chodzi o nieustanną huśtawkę wewnętrzną, której podlega osoba o wysokiej samoocenie. Zwykle potrzebuje wzmocnień z zewnątrz, ciągłego potwierdzania, że jest tak doskonała, jak myśli. A dziś ludzie głównie rywalizują ze sobą, a nie zachwycają się sobą. Poza tym wszyscy nie mogą być najlepsi. Prędzej czy później mierzymy się z porażkami i błędami. Niemożność osiągnięcia wysokich standardów prowadzi do stanów lękowych, depresji, wewnętrznych konfliktów.

Ludzie  z wysoką samooceną są kolekcjonerami pozytywnych informacji o sobie, i nie dopuszczają tych negatywnych. Nawet jeśli mają negatywny „feed back” nie słyszą go. Nie mają też – w związku z tym – skłonności do pracy nad sobą, rozwijania tych cech, które są w nich słabsze. Zwykle uważają się za pomocnych, ale ich bliscy nie potwierdzają tego. To osoby skłonne do uprzedzeń, do dyskryminacji innych, choć do tej pory uważano, że to niska samoocena sprzyja takiemu stosunkowi do świata. Kristin Neff twierdzi, że postawa współczucia wobec samego siebie jest remedium na pogoń za wysoką samooceną i jej negatywnymi skutkami.

Przekonanie czwarte: surowość wobec siebie prowadzi do sukcesu

Wyobraźmy sobie, że przeżywamy jakieś trudne zdarzenie. Cierpimy, czujemy fizyczny ból. Nasz wewnętrzny krytyk mówi: „znowu nawaliłaś” „To twoja wina”, „jesteś beznadziejna” Warto się łapać na takich myślach, bo one są wyznacznikiem tego, jak siebie traktujemy. Co więcej – takie myślenie nie przynosi nam ulgi, tylko pogłębia naszą frustrację. Filozofia wybaczania sobie jest inspirowana filozofią wschodu, gdzie od kilku tysięcy lat mówi się o współczuciu do innych i samego siebie jako podstawowej wartości życia. Składa się z trzech podstawowych komponentów. Jeden z nich to łagodność i zrozumienie wobec siebie, jednym słowem życzliwość w myślach, w uczuciach, i w działaniach. Drugi ważnym elementem jest refleksyjność, inaczej  uważność. I nie tyle chodzi o refleksyjność wobec świata zewnętrznego, co refleksyjność wobec własnych cech, własnych przeżyć. Polega ona na cierpliwym, spokojnym, zdystansowanym obserwowaniu samego siebie jako istoty przeżywającej konkretne emocje.

Przekonanie piąte:  nasze uczucia świadczą o nas

Osoba, która ocenia sama siebie ma skłonność do wypierania myśli i  emocji negatywnych. Zaprzecza im, bo są to uczucia niepopularne, nieakceptowalne społecznie. „Ja przeżywam zawiść? Ja?”.„Ja jestem na kogoś wściekła? Zazdrosna? Ja?” .

Osoba refleksyjna, obserwuje swoje życie psychicznie zupełnie tak, jakby obserwowała chmury. Nie musi ich oceniać, ona je widzi. Tak samo widzi swoje uczucia negatywne. Ale też nie przywiązuje się do nich. Co to oznacza? Ona ich nie włącza do poczucia tożsamości. Bywa tak, że, gdy przeżywamy gniew, traktujemy się jako osoby gniewne. Osoba z refleksyjnym podejściem do samych siebie, wie, że przeżywa gniew, ale równie świetnie wie, że to, co jest teraz, za chwilę minie. Gniewu nie będzie. „Wytrzymaj” można by powiedzieć. To, że teraz jesteś gniewna, jest normalne, inni też tak mają. Ludzie przeżywają gniew, przeżywają zawiść, doznają porażek. Nie tylko ci, którym kiepsko się wiedzie, wszyscy. Bogaci, nasi idole, nasze wzory. Wszyscy przezywają stratę, chorują, starzeją się, że różne rzeczy się im nie udają. My najczęściej nie mamy wglądu w cudze życie, najczęściej je więc idealizujemy. Osoba współczująca samej siebie dostrzega swoje negatywne przeżycia, cechy w kontekście doświadczeń całej ludzkości. I to jest trzeci element – poczucie wspólnoty z innymi ludźmi. To przynosi ulgę w cierpieniu, zamiast alienacji i wyizolowania.

Przekonanie szóste: nie możemy się zmienić

Każdy może się tego uczyć, choć wiadomo, że osobom z natury neurotycznym, lękowym będzie trudniej wypracować sobie takie podejście. Ale to, że komuś będzie łatwiej, a komuś trudniej, nie oznacza, że nie mamy próbować. Na pewno na początek warto  zrozumieć tę filozofię. Odróżnić litowanie się nad samym sobą od współczucia. Przestać się bać swoich uczuć, nie zaprzeczać im, mieć świadomość siebie i  pracować nad własnym „ja”. Co to oznacza? Wiem, jaka jestem. Nie mogę zmienić swojego temperamentu, ale nad pewnymi aspektami mogę pracować. Wiedza o sobie jest wielką siłą.

Kolejnym krokiem jest rezygnacja z oceniania samego siebie, która zamienia się w osądzanie. Ćwiczyć obserwację tego, co się w naszym wewnętrznym życiu dzieje. Co jest dane innym ludziom również.

Ogromną sztuką jest budowanie dystansu do własnych przeżyć. Bez próby walczenia, zmieniania na siłę. Pomocna w tym może być joga, praktyka oddechowa, relaksacyjna. Ważne, by nie uciekać od myśli w alkohol, jedzenie, czy inne używki, a mamy tendencję, żeby to robić, bo dziś naczelną zasadą w życiu jest czuć się dobrze. Naszym celem jest nie cierpieć, bo jak cierpimy to znaczy, że coś z nami nie tak. Zresztą przecież często słyszymy: „bądź silna”, „nie płacz”. Więc udajemy silne, a potem popadamy w schematy narzekań, ocen, zgryźliwość.

To może od dzisiaj (nie, nie od poniedziałku czy od Nowego Roku): cierp, gdy potrzebujesz, nie obwiniaj się za to, bądź dla siebie dobra. Będziesz wtedy szczęśliwsza, a inni szczęśliwsi z tobą.


Pisząc ten tekst korzystałam z wywiadu z prof. Ireną Dzwonkowską z SWPS we Wrocławiu, która zajmuje się badaniem postawy współczucia wobec samego siebie.


Lifestyle Zdrowie

„Nigdy ci nie wybaczę, że zostawiłeś mnie i mamę”. Tylko, że to przez nią nie mam kontaktu z synem

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 grudnia 2015
Fot. iStock / ejwhite

Czekam, kiedy mój syn do mnie przyjdzie i będę mógł mu wytłumaczyć, że to nie ja go zostawiłem, że to jego matka odeszła, a ja nie miałem możliwości kontaktu z nim.

Artur jest sam. Nie potrafi zaufać żadnej kobiecie, zbudować normalnej relacji. – Ewa zostawiła mnie z dnia na dzień. Wyjechałem na szkolenie, a kiedy wróciłem po tygodniu, zastałem pusty dom. Bez zabawek syna, bez jego rzeczy. I bez rzeczy Ewy. Został tylko list, w którym tłumaczyła, że już dłużej nie może tak żyć, że się dusi i że musi odejść. – Usiadłem i nie wiem, ile czasu gapiłem się w ten list. Nie wiedziałem – dzwonić czy nie. O co do cholery chodzi, to jakiś idiotyczny żart? Podczas rozmowy Ewa powiedziała, że wszystko już napisała w liście, nie chce do tego wracać. Kiedy Artur spytał, co z Bartkiem, dała syna do telefonu. – Nie umiał jeszcze mówić, powtarzał tylko „tata”. A ja byłem 600 kilometrów od niego.

Dobrze nam razem było

Artur poznał Ewę na wyjeździe w góry. Pracowała w czasie wakacji w jednym ze schronisk. – Spodobała mi się, bo choć miała zamożnych rodziców, to jednak dorabiała sobie w czasie studiów – wspomina Artur, w którego w domu nigdy się nie przelewało. Mama woźna w szkole, tata starszy, schorowany, na rencie dorabiał jako stróż, kiedy czuł się lepiej.

Pisali do siebie listy. To nie był jeszcze czas łatwo dostępnego internetu. – Potrafiłem wydzwonić całą kartę podczas jednej naszej rozmowy. Padało, wiało, a ja pod tą małą budką telefoniczną – opowiada. Mieszkał nad morzem, pracował na kutrach rybackich. Ambitny, pracowity. – Kiedy Ewa do mnie przyjechała po raz pierwszy, byłem wniebowzięty. Zakochaliśmy się w sobie już w tych listach, rozmowach. Ewa kończyła studia. Spędzała czas u do Artura, kiedy tylko mogła. – Wynajmowałem mieszkanie, kasy za dużo nie miałem, a Ewa studiowała w Gdańsku, więc nie było specjalnie problemu z tym, żebyśmy mogli się spotykać. Kiedy obroniła pracę magisterką oświadczył się jej, zaproponował, by zamieszkali razem.

Ewa dostała pracę w miejscowej szkole. – Dobrze nam razem było. Ewy rodzice naciskali na ślub. Cóż, nie byłem ich wymarzonym zięciem, ale z córką jedynaczką walczyć nie chcieli.

Myślałem, że…

… bardziej szczęśliwym być nie można

– Chcieliśmy mieć dziecko. Gdy okazało się, że Ewa jest w ciąży – szalałem ze szczęścia. Boże, nieba bym jej przychylił, tak bardzo ją kochałem…  Jeszcze przed porodem Ewa zaproponowała, by jej babcia u nich zamieszkała. Chciała mieć pomoc pod ręką, zwłaszcza, gdy Artura nie było przez dwa, trzy dni. – Zgodziłem się bez wahania, myślałem nawet, że to dobry pomysł. Wiadomo, że kobiety lepiej się znają na tych wszystkich rzeczach. Urodził się Bartek. – Ukochana żona, cudowny syn. Jakbym unosił się nad ziemią.

Dzisiaj, kiedy o tym myśli, z tamtych uczuć nie pozostało nic. Nie ma ukochanej żony, która była dla niego całym światem. Nie ma też obok syna. Bartek nie chce go znać.

– Bartek rósł, babcia dzielnie pomagała, ale też chętnie wtykała swoje trzy grosze w nasze życie. To powodowało spięcia między nami. Kiedy mały skończył pół roku zasugerowałem, że pomoc babci jest już niepotrzebna. Ewa nie odzywała się do mnie przez kilka dni. Kiedy po raz kolejny usłyszałem: „Ale babcia mówi…” nie wytrzymałem. „Nasza rodzina albo babcia”, postawiłem ultimatum. Ewa na drugi dzień spakowała siebie, Bartka i babcię. Powiedziała, że pojedzie  pociągiem i przy okazji odwiedzi rodziców.

Mówiłem…

… nie można mieć wszystkiego

Nie było jej dwa tygodnie. Wróciła uśmiechnięta, odprężona, przywiózł ją znajomy jeszcze z czasów szkoły średniej. – Zawoziłem ją do teściów, kiedy chciała. Zostawałem dwa dni i wracałem do pracy. Wiedziałam, że lubi tam być, że Bartkowi krzywda się nie dzieje. Potrafili być u teściów nawet miesiąc. Nie chciałem się kłócić.

Ewa coraz częściej wspominała, że mogliby zmienić mieszkanie na większe, że chciałaby nową lodówkę, że na zakupy pojechałaby do galerii do Gdańska. – Mówiłem jej, że przecież odkładamy pieniądze na mieszkanie, że nie stać nas na szaleństwa, że dopiero się dorabiamy, nie można mieć wszystkiego.

Powiedziałem, że…

…będę czekać

Podczas szkolenia do Bartka zadzwonili sąsiedzi zaniepokojeni, że nie widzieli Ewy i Bartka kilka dni. – Przez telefon powiedziała mi, że pojechała do rodziców. Kiedy wróciłem do domu, okazało się, że wyjechała na zawsze.

Ewa nie miała zamiaru wracać. Kiedy Artur pojechał zobaczyć syna, musiał wynająć sobie pokój w hotelu. – Dostałem dziecko w drzwiach u teściów. Poszliśmy na plac zabaw, na obiad, gofry. Wygłupialiśmy się i śmialiśmy, musiałem oddać go do 18-tej. Ewa nie chciała ze mną rozmawiać. Na drugi dzień rano zadzwoniła jej mama, że Bartek jest chory i nie mogę go wziąć. I że to moja wina, bo pewnie był za długo na dworze. Nie będę cytował, co cisnęło mi się na usta. Próbowałem porozmawiać z Ewą, umówiliśmy się na kawę. Ale ona była taka sztywna. Pytałem, co dalej, jak ona to sobie wyobraża, co mogę zrobić, żeby do mnie wróciła razem z Bartkiem. Dałem jej czas. Powiedziałem, że będę czekać.

Kilka tygodni później Ewa złożyła pozew o rozwód. – Dzwoniłem do Bartka. Czasami udało mi się go usłyszeć, częściej jednak było, że śpi, że jest u kolegi, że się kąpie. Miałem nadzieję, że jadąc do sądu dogadamy się, że Ewa do mnie wróci, że damy sobie szansę. Tymczasem sąd orzekł rozwód na pierwszej rozprawie. Co do opieki nad dzieckiem uznał, że Bartek powinien być przy matce. Artur zgodził się na polubowne i między swoją już była żoną ustalenie kontaktów z synem. – Nie było mnie stać na adwokata, zresztą wtedy nawet o tym nie myślałem. Sama podróż kosztowała mnie już sporo. Myślałem, że ustalimy coś, jakieś konkrety.

Nie mogłem…

… co tydzień czy dwa jeździć 600 kilometrów

-Przez ostatnie trzy lata widziałem syna może z cztery razy. Dzisiaj Bartek ma osiem lat. Kiedy zadzwoniłem rok temu w Wigilię usłyszałem, że nie ma ochoty ze mną rozmawiać. Wcześniej bywało tak, że podczas rozmowy ze mną pytał: „Mamo, a mogę to tacie powiedzieć?”. Nie mogłem co tydzień czy dwa jeździć 600 kilometrów, wynajmować pokoju w hotelu, żeby przez kilka godzin widzieć się z synem. I jeszcze do tego alimenty… Kiedy proponowałem, żeby Bartek przyjechał do mnie na kilka dni, słyszałem, że nie można dziecka narażać na taki stres, że jest za mały, żeby teraz zostawić go bez mamy.

Artur wysłał kartki. Dzwonił w każde święta, przy każdej okazji. Kiedy nie mógł być na urodzinach, więc wysłał prezent. – Ewa mówiła, że będą na wakacjach nad morzem. Ale nigdy nie podawała konkretnej daty, zawsze to tydzień w tą lub w tamtą, kiedy dzwoniłem okazywało się, że właśnie z tych wakacji wrócili do domu. Kiedyś usłyszałem, żebym sobie odpuścił wysyłanie tych kartek, bo na co to komu. „Dziecinada”, mówiła.

Ojciec Bartka mówi, że od początku był na straconej pozycji. Dziecko wywiezione 600 kilometrów od niego, brak możliwości stałego kontaktu. – Nie mogłem go wziąć do siebie, zmusić Ewy, by zamieszkała bliżej. Pozostały tylko cotygodniowe rozmowy przez telefon.  Ewa ułożyła sobie życie. Jest z facetem, który kilka razy przywoził ją od teściów do domu. Wiem, że Bartkowi jest tam dobrze. Że ma normalny dom. Ewa ma to co chciała, faceta z kasą, który spełni każdą jej zachciankę. Wiem też, że jej nowy mąż jest dobry mojego syna. Teraz ona jest w ciąży. Może to pozwoli na częstsze kontakty z Bartkiem – łudzi się Artur.

Będę czekał…

… wtedy mu wszystko wytłumaczę

Kilka miesięcy temu Ewa zadzwoniła mówiąc, że potrzebuje zgody Artura na zrobienie paszportu Bartkowi. Powiedziała, że jeśli nie przyjedzie, to wniesie sprawę do sądu o odebranie mu praw rodzicielskich. – Nie miałem wyjścia. Mówiła, że potrzebuje paszportu, bo chcą jechać na wakacje za granicę. A gdyby chciała wyjechać z nim za granicę na stałe, to i tak nie miałbym nic do gadania.

Zobaczył ich na korytarzu urzędu. – Bartek tak wyrósł. Nie podszedł się przywitać. Podpisałem wymagane papiery. „Bartek”, powiedziałem, a on wykrzyczał przez cały korytarz: „Nigdy ci nie wybaczę, że zostawiłeś mnie i mamę” – Artur płacze… Kiedy się uspokaja mówi: – Czekam na dzień, kiedy on w końcu do mnie przyjedzie, kiedy zapuka, choćby miało to być za 20 czy 30 lat. Będę czekał. Wtedy mu wszystko wytłumaczę. Mam wyrok sądu, listy od jego matki, gdzie pisała, że Bartek nie może się ze mną spotkać, bo jest chory, na obozie, albo w kiepskim nastroju. Mam maile z prośbą o spotkania z nim. I list. List, który zostawiła mi jego matka, a który zaczynał się od słów: „Odchodzę od Ciebie…”

W przypadku 96% rozwodzących się par, sąd ustala miejsce pobytu dziecka przy matce. Jeszcze do niedawna, kiedy rodzice nie mogli porozumieć się w sprawie opieki nad dzieckiem, ograniczano prawa rodzicielskie jednemu z nich, a raczej nie jednemu, tylko ojcu. Rzecznik Praw Dziecka apelował, by pamiętano o prawie dziecka do opieki obojga rodziców. Podkreśla się, że dorośli są dla dziecka, a nie dziecko dla dorosłych. Tyle w teorii. Praktyka jednak w większości wypadków wygląda zupełnie inaczej. Znam kilka historii, kiedy ojcowie słyszeli: „Jak nie zgodzisz się na wysokość alimentów i warunki rozwodu, to uwierz – zrobię tak, że dziecko nie będzie chciało cię widzieć…”


Zobacz także

8 prawd, do których nie chcemy się przyznawać, choć mogłoby nam to pomóc

Medyczny eksperyment leczniczy

Co czuje młody belfer po zawieszeniu strajku?