Kuchnia Zdrowie

10 drobnostek, które sprawią, że zaczniesz jeść mniejsze porcje i zrezygnujesz z podjadania

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
11 września 2016
10 drobnostek, które sprawią, że zaczniesz jeść mniejsze porcje i zrezygnujesz z podjadania
Fot. iStock / stevanovicigor
 

Kobiety, które są na diecie, wiedzą, że najtrudniej jest opanować pociąg do jedzenia. A gdy pilnie liczymy kalorie, każda dokładka czy sięgnięcie po nieplanowaną przekąskę, oddala od celu. Nie tylko ze względu na przyjęte kalorie, ale sam fakt, że bez silnej woli, mało prawdopodobne jest dotrwać do samego końca.

Aby łatwiej kontrolować apetyt, warto wypróbować kilka sprawdzonych sposobów, które skutecznie oszukają mózg, aby czuł się bardziej syty i powstrzymają przed sięgnięciem po dokładkę.

Dzięki sprytnym i prostym sztuczkom, zaczniesz jeść mniejsze porcje (i oszukasz „mózg na diecie”)

1. Apetyt kontra woda

Najbardziej oczywisty i przez wiele osób chętnie praktykowany sposób, czyli jesz mniej, pijesz więcej. Najlepiej by pić kilka szklanek wody 15-30 minut przed głównym posiłkiem (śniadanie, obiad lub kolacja). Dzięki temu można oszukać głód i tymczasowo zająć żołądek, a w konsekwencji zjeść mniej podczas posiłku. Woda nie dostarcza kalorii, ale jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania organizmu oraz zachowania urody.

2. Jedzenie na mniejszych talerzach

Wiele osób przejawia tendencji do nakładania potrawy po same brzegi talerza. Jeśli zamienisz większy talerz na mniejszy, automatycznie nałożysz mniej jedzenia. Mimo tego widok wypełnionego talerza (nawet mniejszego) może skutecznie oszukać twój mózg w kwestii sytości. Przecież je się także oczami.

3. Omijaj miejsca, gdzie można dobrze zjeść

Posiłki jedz w domu, gdzie masz pełną kontrolę nad ilością i wielkością dania. W restauracjach, barach szybkiej obsługi dostaniesz porcję z góry ustaloną, której raczej się nie oprzesz a w dodatku nie masz wpływu na to, w jaki sposób była przygotowywana. Nawet gdy nie jesteś specjalnie głodna, omijaj takie miejsca, w których apatyt zawsze się wzmaga.

4. Przeżuwaj dokładnie kęsy

Mała rzecz, a ma naprawdę duże znaczenie. Żołądek informację o sytości wysyła dopiero po ok. 15 minutach jedzenia, gdzie przez ten czas można naprawdę dużo zjeść. Dokładne żucie jedzenia pozwala nie tylko lepiej rozdrobnić pokarm i przyspieszyć jego trawienie, ale też rozsmakować się w nim. Dzięki temu zyskasz na czasie, do momentu, gdy żołądek nie „uzna”, że już jest pełen.

5. Warzywa mają pierwszeństwo 

Warzywa są nie tylko pełne witamin i innych cennych składników odżywczych, ale zawierają dużo błonnika. Błonnik znakomicie reguluje apetyt i zmniejsza wahania cukru we krwi, więc warto włączać go do każdego posiłku. Jedząc pokarmy z błonnikiem, który pęcznieje w układzie pokarmowym, szybciej się najesz.

10 drobnostek, które sprawią, że zaczniesz jeść mniejsze porcje i zrezygnujesz z podjadania

Fot.iStock / Donald Gruener

6. Pozbądź się zapasów słodyczy

Najczęściej słodycze schowane są gdzieś w szafce, na wypadek nagłej ochoty, czy też przyjęcia gości. Jednak skoro masz świadomość, że one tam są, łatwiej się oddać pokusie i sięgnąć po ten zakazany owoc. Gdy opróżnisz szafkę i dopadnie cię chęć na coś słodkiego, raczej nie ubierzesz się specjalnie po to, by kupić batonik w sklepie dwie ulice dalej.

7. Sztuczną słodycz zamień na naturalną

Jeśli musisz mieć coś pod ręką słodkiego, to niech to będą przynajmniej owoce. Zamiast niezdrowego, rafinowanego cukru, dostarczysz do organizmu trochę naturalnej słodyczy, a wraz z nią, duże ilości witamin i minerałów. Fakt, owoce również potrafią być bardzo kaloryczne, ale biorąc pod uwagę wszystkie ich zalety, zdecydowanie zdrowiej sięgać po słodki owoc, niż bezwartościowy batonik.

8. Kontrola i planowanie ilości posiłków

Planuj swoje posiłki oraz składniki, jakie do nich wykorzystasz. Będziesz miała czas przemyśleć wartość dania, zamiast wrzucać na szybkiego do garnka to, co wpadnie ci w ręce. Przy dzisiejszym pędzie trudno znaleźć czas na wszystko, więc planowanie, oraz gotowanie i zabieranie części posiłków do pracy, pozwoli na kontrolowanie ilości i jakości tego, co jesz, a także oszczędzi twój czas.

9. Jedz tylko wtedy, gdy jesteś głodna

Niby rzecz oczywista, a jednak wiele z nas wrzuca w siebie niemałe ilości przekąsek np. przebywając w towarzystwie przyjaciół. Siedząc wspólnie przy stole i rozmawiając, ryzykujesz tym, że przestaniesz skupiać się na jedzeniu i zjesz o wiele więcej niż powinnaś. Podobnie w domu, jeśli siedzisz i oglądasz film, a przy tym podgryzasz coś dobrego dla przyjemności, trudno ci będzie utrzymać w ryzach ilość zjedzonych przekąsek. Skupiaj się na czynności, jaką jest jedzenie i sięgaj po nią nie z nerwów, dla towarzystwa czy zabicia czasu, ale wtedy gdy naprawdę poczujesz głód.


źródło: www.lifehack.org


Kuchnia Zdrowie

Uważaj, bo się przewrócisz… Ranking najsmaczniejszych haseł naszych rodziców w satyrycznej pigułce

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
11 września 2016
Uważaj, bo się przewrócisz
Fot. iStock / coloroftime
 

Historia lubi się powtarzać. A już ta z pogranicza wychowania dzieci popełnia plagiat przy każdym pokoleniu. Ile irytujących szpilek wbijanych przez rodziców w nieletnie brzuchy w przeszłości odnalazło swoją drugą młodość  przy kolejnych dzieciach? I czy naprawdę warto zmieniać coś, co w odczuciu wielu urosło już do rangi tradycji – odpowiedzcie sobie na to pytanie sami na koniec.  Oto ranking  najsmaczniejszych haseł naszych rodziców w satyrycznej pigułce.

1. Uważaj, bo się przewrócisz!

Proszę Państwa – klasyk. Mawiała tak mama odprowadzając mnie do przedszkola, kiedy rytmicznie przeskakiwałam z nogi na nogę w polakierowanych kapciach, i gdy zupełnie nie brałam pod uwagę stanu nawierzchni i faktu, że do zdarcia maski jest bliżej niż dalej. Wędrująca płytka chodnikowa, ta sama co tak ładnie oddaje kałużę na czyste ubranie w deszczowy dzień, nie raz, nie dwa udowodniła, że matki wypadałoby posłuchać i że tak, beton jest niebezpieczny. Nie jestem w stanie oddać poziomu frustracji, która ogarniała moje nieletnie ciało, kiedy lądowałam nowymi jeansami na krawężniku, a palcem w dziurze, co to się na nich zrobiła,  mogłam wiercić niemalże pod udo. Na samą myśl, że znowu „gdera” wyrastało we mnie drzewo niezadowolenia – że wcale tak nie musi być, a tym starczym nawoływaniem jedynie przyciąga do mnie niebezpieczeństwo i złe koleje losu. Co matka moja bowiem mogła wiedzieć o podskakiwaniu. W lakierkach! No błagam. Później urodziłam dziecko i z częstotliwością zegarka pohukiwałam za latającymi w cały świat kitkami „tylko się nie wywróć!” przewracając oczy na lewą stronę zawsze, kiedy orientowałam się, że ja to naprawdę robię. Dobry Panie, ten żal w oczach, kiedy zdrapywałam ciało dwulatki z chodnika, przeszywał na wylot. Jakby chciała zawołać „SKĄD WIEDZIAŁAŚ?!”

Wiedziałam, fizyka nie zmieniła się od wielkiego wybuchu, a wystające chodniki od zawsze czyhały na zdrowe kolana. Punkt widzenia zależy absolutnie od punktu siedzenia,  a ja teraz rozsiadłam się w fotelu matki. Tak, gderam. Poczekamy jak pogderasz na własne. Istnieje też duże prawdopodobieństwo, że nauczona tym właśnie doświadczeniem nie lubię, kiedy mama podważa słuszność moich planów w dorosłości, czując w środku, że znowu będzie miała rację. Morał – punkt pierwszy nie przechodzi z poziomem zaawansowania wieku. Zmieniają się tylko formy zagrożenia. Sorry.

2. A co mnie inni interesują

Podium standardów rodzicielskich. Pamiętam jak dziś, kiedy błagałam o dodatkowe dwadzieścia minut na boisku w czasach letniej przerwy od szkoły, a najcięższy przytaczany argument zaczynał się „inni mogą”. Nic to, że „ci inni”, jak sobie teraz o nich myślę, to raczej średnie przypadki do naśladowania; brak jedynek w ósmej klasie, nos przestawiony na zachód w turniejach ulicznych i pierwsze dziecko zaraz po egzaminie gimnazjalnym. Moc przekazu była taka, że nie do końca rozumiałam dyskurs wychowawczy innych rodziców w stosunku do moich i czułam się totalnie pokrzywdzona w doborze opiekunów przez Pana Boga. Niby dlaczego ja nie mogę siedzieć na ławce pod blokiem o dwudziestej drugiej dwadzieścia, kiedy Mariola z paczką napoczętych mentoli debatuje z trzecim tego lata narzeczonym, o jakości obecnej antykoncepcji i długich terminach w polskiej służbie zdrowia. Doprawdy!

Dzieci moje kochane, już ostrzę język, a na końcu jego właśnie to hasło. Nic nie poradzę, że innych to ja mam, ale w głębokim poważaniu.

3. Nie pod moim dachem

Jasne, że nie. Wolnoć Tomku w swoim domku, a ten domek należy do mnie. Tekst, oprócz tego, że kultowy, nosi znamiona niesprawiedliwości. Podkreśla bowiem prawo własności rodzica do miejsca i lekko dyskredytuje dziecko, jako pełnoprawnego mieszkańca domu, natomiast nie da się ukryć, że świetnie kończy wątek wszelkich dyskusji na temat: a) posiadania chomika, żółwi wodnych, patyczaków, myszy, psów, kotów i innych, z którymi to finalnie i tak ty będziesz wychodzić na siku b) przyprowadzania chłopaka na noc, c) tapetowania pokoju papierkami po gumie ewentualnie plakatami idola, d) wyrzucania zużytych patyczków higienicznych do muszli, e) wyciskania tuby pasty do zębów jak wściekły goryl, który dopiero odkrywa, że kciuk i paluch są przeciwstawne. „- Nie pod moim dachem” to idealny wręcz wstęp do równie dobrego „ – jak się wyprowadzisz…” , albo „w swoim domu to możesz nawet nasrać na środku” Kwintesencja dorastania.

4. A nie mówiłam

Gwóźdź do trumny frustracji. Stolarski taki, trzydzieści minimetrów. Pospolite „a nie mówiłam” działa na wszystkich jak spirytus na otwarte złamanie, ale mimo to cieszy się nieposzlakowaną opinią w grupie najcięższych przytyków rodzicielskich. Znam to przecież, nic tak dobrze nie smakowało jak mamine „a nie mówiłam”, kiedy kupowałam modną kurtkę na zimę, co to nie zakrywała nerek, i skończyłam w środku stycznia, na przystanku autobusowym, modląc się o koc i termos z herbatą. Obok stała ona, w palcie po obcasy, czapką z lisa i szalem z futra alpaki. „Dlaczego zawsze ma rację” wrzeszczało we mnie od środka, ogrzewając lekko przewód pokarmowy. Później stałam się tą panią w przepastnej czapce i rozmasowywałam przetrącony palec u bosej stópki córki, która nijak nie chciała dać się namówić na buty w ogrodzie. „ A nie mówiłam córcia” ciężko przechodziło przez moje usta, ale najlepiej oddawało istotę sprawy.

Podejrzewam, że sloganów jak te można wymienić opasłe listy, ale za każdym razem, kiedy przytaczacie powyższe w ramach własnych batalii wychowawczych, zatrzymajcie się na chwilę i zostawcie pod nosem nostalgiczny uśmiech, wspominając tym samym własne przygody i rodziców. Życie kołem się toczy. Teraz wasza kolej!


Kuchnia Zdrowie

Kosmetyki z arszenikiem i smarowanie twarzy smalcem… Urodowe triki naszych babek

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
11 września 2016
Fot. iStock / Klubovy

Od starożytności kobiety troszczyły się o piękny wygląd na miarę ówczesnych możliwości. Wykorzystywały dostępne naturalne produkty, by zadbać o stan włosów i skóry, zatuszować niedoskonałości i podkreślić piękno wg obowiązujących w tamtym czasie kanonów urody. Już Kleopatra była znana z zamiłowania do regularnych kąpieli w kozim mleku, więc te proste zabiegi musiały przynosić dobre rezultaty. 

W zgodzie z naturą dbano o urodę przez wiele stuleci. Do czasu, gdy nadszedł czas na masową produkcję fabrycznych kosmetyków, które powoli trafiały pod dachy wielu kobiet. Zdecydowanie ich receptury i skuteczność różniły się od tego, co współczesne kobiety znajdują w swoich kosmetykach do zadań specjalnych.

Czy wiesz, czym dysponowały nasze prababki i babki?

Rtęć w natarciu

Przed półwieczem była ona rozpowszechnionym składnikiem wielu produktów kosmetycznych. Kobiety, które stosowały np. puder z tym składnikiem, skarżyły się na problemy skórne takie jak wysuszanie się i łuszczenie. Nasze babki nie wiedziały o tym, że związki rtęci, których jony wiążą się z białkami, upośledzają funkcjonowanie tkanek i narządów, a także wpływają na powstawanie zmian zwyrodnieniowych w ośrodkowym układzie nerwowym. Opary rtęci mogą przedostawać się przez skórę czy płuca do organizmu, wyrządzając w nim szkody.

Arszenik we włosach

Włosy to duma nie jednej kobiety. Dziś mamy do dyspozycji przeróżne szampony, maseczki, odżywki, olejki, które dbają o kondycję czupryny. Nasze babki również sięgały po szampony do włosów, które czasem miewały dość osobliwy skład. Np. preparaty do likwidowania siwego odcienia we włosach zawierały zabójczą truciznę — arszenik (tlenek arsenu). Jego duże stężenie może być bardzo niebezpieczne dla zdrowia, ponieważ arsen wiąże się z czerwonymi krwinkami, oraz wnika do organów wewnętrznych. Co prawda w ludzkim organizmie są naturalne śladowe ilości arsenu, ale wchłaniamy więcej tego związku, toksyczność z czasem rośnie. W efekcie uszkadzamy centralny układu nerwowy, układu pokarmowy i oddechowy, przy okazji sprzyjając rozwojowi nowotworów, zwłaszcza skóry, płuc i wątroby.

Tłuste pokarmy na suche włosy

Innym sposobem na pielęgnację, szczególnie włosów suchych, było ich ponad trzytygodniowe niemycie i jedzenie tłustych potraw. To miało natłuścić włosy, podobnie jak wcieranie w skórę głowy oliwy z oliwek.

Czerwień koszenilowa na ustach

Już nasz babki korzystały z barwników, o których pochodzeniu lepiej nie rozmyślać. Czerwień koszenilowa, czyli naturalny barwnik pozyskiwany z mszycy o nazwie koszenila z Ameryki Południowej i Centralnej, nie jest uznawany za substancję szkodliwą, jednak u osób wrażliwych może powodować astmę, nadpobudliwość i reakcje alergiczne. Barwnik stosowany do dziś w kosmetyce może również negatywnie wpływać na płodność, stan wątroby czy nerek.

Fot. iStock / CSA-Printstock

Fot. iStock / CSA-Printstock

Woda i ocet na potliwość

Jeśli kobieta miała kłopot z nadmierną potliwością i niemiłym zapachem ciała, polecano jej codzienne kąpiele w wodzie z octem. Dla lepszego efektu należało praktykować to dwa-trzy razy dziennie.

Smalec na twarz

Posiadaczki suchej skóry mogły radzić sobie z tym problemem w dość oryginalny sposób. Wystarczyło przecierać twarz czystym, świeżym smalcem. Po przetarciu należało usunąć tłuszcz z twarzy, a następnie przemyć skórę naparem ze ślazu lub siemienia lnianego.

Śnieg zamiast kremu przeciwzmarszczkowego

Aby utrzymać jędrność skóry, zalecano zbieranie świeżego śniegu lub lodu, owijania tych bryłek w czystą chusteczkę lub inny materiał i przykładanie kawałek po kawałku, do twarzy. Zabieg należało powtarzać kilkakrotnie, uważając by nie odmrozić sobie twarzy. Na szczęście, kiedyś środowisko było mniej zanieczyszczone jak dziś i bezpieczniej było stosować specyfiki wprost od natury.

Gorący wosk na rzęsach

Ta metoda miała na celu stworzyć wrażenie gęstszych, sztucznych rzęs wokół oczu. Aby rozjaśnić spojrzenie, zakrapiano do oczu cytrynę lub napar z trującej belladonny.

Fot. iStock / Greg Cooksey

Fot. iStock / Greg Cooksey

Wyciąg ze skóry młodych zwierząt

Miał na celu zniwelować zmarszczki i odmłodzić twarz kobiety. Ten cenny wyciąg z komórek skórnych, miał posiadać skład identyczny z żywotnymi składnikami zawartymi w skórze młodej, zdrowej dziewczyny. Grzechem było nie skorzystać!

Ale żeby nie było tego złego…

Sięgano po zupełnie bezpieczne, naturalne środki prosto z grządek przydomowych i pól. Znane były maseczki z siemienia lnianego, ogórka oraz wielu innych warzyw czy owoców. Bywało, że zamiast tracić czas na obkładanie twarzy specyfikami, po prostu przecinano warzywa w pół i masowano nimi twarz, np. rzepą czy surowymi ziemniakami. Stosowano także chętnie olejek różany, który po dziś dzień, w przeciwieństwie do wyżej wymienionych metod, nadal cieszy się powodzeniem.


źródło: kobieta.wp.plkobieta.onet.pl


Zobacz także

Naturalne, kobiece chwile z Agnieszką Cegielską w Columna Medica

upał

Sposoby na upał w biurze. Niełatwa sztuka przetrwania w pracy latem

kolację

Lubisz wrzucić coś na ząb wieczorem? Sprawdź, jakich produktów nie powinnaś jeść na noc