Lifestyle

Zamknięte osiedle jest wspaniałe. Współczesne „Alternatywy 4” – czyli jak się skutecznie nie znać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 października 2015
Fot. iStock
 

Pamiętacie serial „Alternatywy 4?”. Groteskowy, przerysowany świat lokatorów wyjątkowego bloku, dużo mówił o ówczesnych sąsiedzkich stosunkach. Dziś symbolem relacji międzyludzkich stają się zamknięte, strzeżone osiedla.

Wetknijmy nos za zamykaną na pilota bramę i przyjrzyjmy się relacjom panującym wewnątrz…

Nasze osiedle jest wspaniałe…

Pan Wiesiek pracuje jako ochroniarz na warszawskim Ursynowie. Ma uniform, czapkę z daszkiem i plakietkę z imieniem, którego i tak nikt (prócz szefa zmiany i kolegów) tu nie pamięta. Jego osiedle uchodzi za jedno z droższych w tej dzielnicy, a to zobowiązuje. Codzienne obchody to dla starszego pana okazja do wielu ciekawych obserwacji na temat mieszkańców i osiedlowego życia. – Tu prawie każdy wychodzi rano i wraca wieczorem. Grzeczni są, ale tak dłużej porozmawiać, to tylko jak trzeba im coś załatwić. Tylko ci co z dziećmi siedzą na placu zabaw to jeszcze pogadają. – mówi trochę z żalem. Choć tak naprawdę wie o mieszkańcach więcej, niż oni sami o sobie.

… pan poseł lubi filmy akcji…

Pod dziesiątką mieszka pan poseł Z. . Właściwie nie mieszka, tylko nocuje, kiedy przyjeżdża na obrady Sejmu. Do domu wraca o bardzo różnych porach (wiadomo, służba nie drużba) i w bardzo różnym stanie. Często gości doradców, z którymi do rana debatuje nad przyszłością ojczyzny. Choć przysługuje mu hotel sejmowy, Z. woli wynajmować obszerne M4 z widokiem na las. Tu jest tak przytulnie i przede wszystkim… anonimowo.

Czy na pewno? Pan Wiesiek z uśmiechem wydyma wargi. Pamięta doskonale, jak pół osiedla wyległo na balkony, gdy poseł i doradcy urządzili sobie domowy przegląd filmowych hitów Schwarzeneggera, racząc się przy tym litrami alkoholu i wyśpiewując  znane z rodzinnych stron piosenki o lekkim zabarwieniu erotycznym. Ktoś chciał wezwać policję, ale w końcu rozeszło się po kościach. Tylko sprzątania było dużo pod klatką, po tym nocnym kinie…

… pan D. zamawia „panienki”…

Równie duży lokal zajmują Ci spod trójki. Elegancka, szczupła, mocno umalowana mama, tata w garniturze i dwójka dzieci. Kiedy rano wszyscy razem zjeżdżają windą, wyglądają wzorowo. W garażu rozdzielają się: pani D. zawozi dzieci do szkoły, pan D. i jego BMW udają się do pracy. Obowiązkowy „cmok” w policzek i serdeczne „miłego dnia”. Spotkają się dopiero na kolacji. A w weekendy? Z reguły wychodzą całą czwórką na obiad i krótki spacer. Jest pięknie.

Pan Wiesio zamyśla się cicho nad tą idealną rodziną. Korespondencję adresowaną do pani D., listonosz zostawia zawsze u niego. Tak się z panią D. umówili. Jakieś zaległe rachunki, listy z sądu?… Pani D. musi bardzo dbać o nerwy swojego męża i nie chce go niepotrzebnie martwić. Pan D. zaś dba o to, by jego żona mogła wypocząć. Kiedy kobieta wyjeżdża z dziećmi na dwutygodniowe wakacje, sam dzielnie organizuje sobie towarzystwo innych pań. Ochroniarz bez słowa wpuszcza je pod trójkę, a pan D. porozumiewawczo mruga okiem. – Dyskrecja, tak? – rzuca nerwowo. Choć wszyscy wiedzą, nikt nic nie powie. Przecież to sprawa państwa D., a prawo do prywatności to na tym osiedlu rzecz święta.

… a wszystkie dzieci (nasze) nasze są…

Piękny, kolorowy i drewniany plac zabaw w letnie dni tętni życiem. Mamy i opiekunki udzielają sobie porad i wsparcia podczas, gdy ich maluchy bawią się bezpiecznie w piaskownicy. Mamy chwalą się także niemowlęcymi gadżetami, nowym modelem wózka, nietypowym kształtem butelki do karmienia… Ładny, sielankowy obrazek, który pan Wiesio bardzo lubi. Nie lubi za to radości mam z faktu, że  „obce dzieci” nie wchodzą na „nasz plac zabaw”, nie zajmują drabinek „naszym dzieciom” i nie psują „naszych zabawek”. I ich nieszczerego współczucia dla jednej z koleżanek (tej z trzeciej klatki), o której wiedzą, że się u niej dzieje źle. Że mąż bije. Że ona się boi uciec, bo nie ma pomocy. Ale tu nie ma mowy o jakiś głębszych relacjach, panuje zasada „swoje brudy w swoim domu”.  Więc gra pozorów trwa nadal.

… a starszy pan woli patrzeć niż słuchać

Pan Wiesiek całe życie pracował w fabryce i trudno mu się pogodzić z tym, że nie ma do kogo buzi otworzyć. Czasem zagaduje z przekory i bada reakcje. Sympatyczny, starszy pan – trochę socjolog amator, doskonale wie, kogo warto „zaczepić”. O mieszkańcach wie dużo, choć im wydaje się, że są anonimowi. Ale marka samochodu, codzienne zwyczaje, nazwa dostawcy internetowych zakupów, to przecież doskonałe źródła informacji…

Ochroniarz przytrzymuje ciężką furtkę pani Małgosi, jednej z nielicznych lokatorek, z którą czasem uda mu się miło pogawędzić. Małgosia przedstawiła mu kiedyś swoją wizję kategoryzacji mieszkańców osiedla. Dzieli ich na „swoich” (Warszawiaków, przynajmniej od kilku lat)  i „przyjezdnych”. Tych ostatnich rozpoznaje po tym, że zostawiają buty na korytarzach, tuż obok wycieraczki. Kiedyś starsza córeczka pani Małgosi zgarnęła do domu elegancki but jednej z sąsiadek. Przeprosiny mogłyby być jakąś okazją do nawiązania dłuższej rozmowy. Ale skończyło się na niezręcznej wymianie kilku zdań.

Po skończonym dyżurze starszy pan przebiera się i i idzie do domu. Z żoną i dziesięcioletnim kotem mieszka w zwykłym bloku i bardzo to sobie chwali. Sąsiadów zna od kilkudziesięciu lat. Zna też ich dzieci, wnuki, problemy… Pamięta, jak jeszcze kilka lat temu w dzień nie zamykali żoną drzwi na klucz. Czasem ktoś zapukał, wpadał na herbatę. Było poczucie wspólnoty. Tu, gdzie pracuje, choć o wiele ładniej i nowocześniej, każdy żyje dla siebie. Obok.

Zamknięte osiedla, ładne z zewnątrz, kuszą porządkiem i sterylnością nowoczesnych form. Dlaczego uważamy je za coś luksusowego? Czy luksus, to dla nas dziś możliwość postawienia szczelnego muru i stojący na straży na naszego spokoju ochroniarz?


 

*Pan Wiesiek poprosił o zmianę imienia. – Teraz, to już z ludźmi nic nie wiadomo. – powiedział mi.


Lifestyle

Czy kobiety powinny dostawać wynagrodzenie za siedzenie w domu?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 października 2015
Czy kobiety powinny dostawać wynagrodzenie za siedzenie w domu?
Fot. iStock – Czy kobiety powinny dostawać wynagrodzenie za siedzenie w domu?
 

Dyskusje o tym, czy kobieta powinna otrzymywać wynagrodzenie za wykonywanie domowych obowiązków toczą się od dawna. Są tacy, którzy uważają, że utrzymanie domu, wychowanie dzieci, to naturalna funkcja matki, wpisana w jej życie, więc – bez przesady, dlaczego mamy za to płacić.

Czy kobiety powinny dostawać wynagrodzenie za siedzenie w domu?

Nie pracują?

Jest też druga strona, która ma temat pełnionych przez kobietę domowych obowiązków zupełnie odmienne zdanie. Kobiety, które nie pracują zawodowo, a w domu zajmują się wychowaniem dziecka, powinny dostawać za to wynagrodzenie.

Dlaczego? Bo nie mogą podjąć aktywności zawodowej, gdyż dziecko jest za małe, nie dostało się do żłobka, choruje i pracodawca nie zgadza się na zbyt częste zwolnienia. Dzieci, nie ma co ukrywać, ograniczają możliwości zawodowe. Poza tym są pracodawcy, którzy z góry skreślają matkę z małym dzieckiem z listy kandydatów na nowe stanowisko w firmie. Jest jeszcze jedna możliwość – kobieta realizuje się w swoich domowych obowiązkach, ta praca daje jej spełnienie.

Więc jeśli kobieta cały swój czas i energię poświęca domowym obowiązkom, to może tak jak niania, pani do sprzątania, kucharka również powinna dostawać wynagrodzenie. Jeśli porównać dzień z życia zawodowego kobiety i dzień z życia matki, w domu, to różnią się one jedynie zakresem obowiązków, ale mnogością zajęć z pewnością się pokrywa.

Oczywiście zaraz odezwą się głosy podatników, którzy będą oburzać się, dlaczego z ich pieniędzy państwo ma łożyć na utrzymanie kobiet, które nie pracują, a zajmują się domem. Znajomy kiedyś powiedział: „Moja żona pracuje, ja też, po pracy zajmujemy się domem i dziećmi, ona pewnie jest w to bardziej zaangażowana, więc dlaczego nie miałaby otrzymywać drugiego wynagrodzenia? Płacenie matkom za siedzenie w domu nie jest dobrym rozwiązaniem, bo tylko je rozleniwia i zachęca do niepodejmowania pracy”. Trudno nie przyznać mu trochę racji. Ale też od razu rodzi się w kobietach bunt. Bo przecież powiedzmy sobie szczerze – kobieta siedząca w domu z siedzeniem raczej nie ma nic wspólnego.

Nic nie robią?

Wstaje wcześnie rano, najczęściej jako pierwsza w domu lub razem ze swoim najmłodszym dzieckiem. Kawa? Kawę pije w biegu zbierając jeszcze ubrania po poprzednim dniu, żeby wstawić pranie. Wie, że ten poranek, kiedy dziecko zajmuje się na szybko przygotowaną kanapką, to możliwość zrobienia największej ilości rzeczy. Więc wstawia pranie, wyciąga ze zmywarki naczynia, które umyły się przez noc, ładuje te z kolacji, które wypełniają zlew. Sprząta kuchnie, podlewa kwiaty, przygotowuje śniadanie dla reszty domowników. Jeśli ma tylko małe dziecko, to omija ją przygotowanie kanapek do szkoły, czy dziecka do wyjścia do przedszkola.

Musi pamiętać, czy o niczym ważnym nie zapomniała – bloku rysunkowym, dniu zabawki, czy książce, która miała być zabrana do szkoły czy przedszkola. Kiedy wszyscy wychodzą, ogarnia mieszkanie, podlewa kwiaty, odkurza i planuje wyjście z najmłodszym na spacer. Oczywiście końcówkę tej części domowych obowiązków robi już z dzieckiem marudzącym na ręce. Spacer, chwila oddechu, możliwość zakupów po drodze, powrót do domu i obiad, wieszanie prania, wyciąganie naczyń ze zmywarki… Wracają domownicy, a ona nie odpoczywa. Jeszcze zabawa z dziećmi, w razie potrzeby pomoc w lekcjach, wysłuchanie tego, co w ciągu dnia i w pracy u męża. Kolacja, kąpiel. I około 21:00 może dopić kawę z poranka.

Przesadziłam? Myślę, że nie. Wszystkie doskonale znamy ten schemat. Ok., przesadziłam w jednym. Kobieta zajmująca się domem i dziećmi nie jest jedynie kucharką, nianią i sprzątaczką. Jest także psychologiem, mediatorem, animatorem zabaw, korepetytorem, kierowcą i organizatorką życia towarzyskiego. Jeśli do tego wszystkiego pracuje jeszcze zawodowo, to jej pensja powinna znacznie wzrosnąć.

2100 złotych?

Sama jako matka szybko wróciłam do pracy, choć uwierzcie, z chęcią, gdyby było mnie na to stać, zostałabym w domu. Ktoś powie: „Chciałyście feminizmu, to macie”. Kiedyś kobiety zajmowały się tylko domem, tyle tylko, ze wówczas również nie otrzymywały za to wynagrodzenia. Gdyby zliczyć wszystkie czynności, które kobieta wykonuje w domu, a do których, gdyby nie ona, trzeba by było zatrudnić fachowców, to może uzbierać się całkiem niezła kwota.

Główny Urząd Statystyczny raz na dziesięć lat prowadzi badania nad tak zwanym „budżetem czasu ludności”. Na ich podstawie w minionym roku wyceniając prace domowe, między innymi pranie, gotowanie i sprzątanie ustalił, że kobiety za te czynności i czas, jaki poświęcają na ich wykonanie, powinny otrzymywać 2100 złotych. Czy to dużo, czy mało? Każdy oceni według siebie.

Ważne jest jednak coś jeszcze innego. Otóż praca domowa nie daje kobietom żadnych praw, ani emerytalnych, ani ubezpieczeniowych. Niestety niemal w całej Europie ten rodzaj pracy jest zupełnie ignorowany. We Francji prowadzenie domu i wychowanie dzieci jest wprost nazwane „niewidoczną pracą”. Parlament Europejski dyskutował na temat renty dla administratorów rodzinnych, jednak do dziś nie ma żadnych konkretnych ustaleń.

A gdyby tak nie domagać się wypłaty wynagrodzenia od państwa, czy opłacania ubezpieczenia z kieszeni podatników, tylko przenieść część dochodów męża/partnera, który pracuje zawodowo, na jego żonę czy partnerkę wykonującą pracę domową? W ten sposób można by było nawet wypracować system ubezpieczenia kobiet. Wtedy nikt matkom, które zdecydowały się na zajmowanie się domem i dziećmi ,nie zarzuciłby, że są na utrzymaniu państwa. To jeden z pomysłów.

Nie da się ukryć, że dziś kobiety zajmujące się dziećmi i prowadzeniem domu stanowią w pewnym sensie szarą strefę osób bezrobotnych. Tyle tylko, że one mają pracę. Co więcej ta większości z nich daje szczęście i zadowolenie, wykonywana jest z pasją. Czy zostanie ona w końcu zauważona i prawnie usankcjonowana?


Lifestyle

Miłość podobno się mnoży, a nie dzieli. Na pewno? Nie da się kochać dzieci po równo

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
8 października 2015
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

Życie bywa przewrotne. Gdy byłam w pierwszej, wyczekiwanej ciąży, kochałam moje nienarodzone dziecko, od pierwszej myśli o nim. Gdy zaszłam w drugą, już nieplanowaną, mój entuzjazm osiągał pułap podłogi. Nie tylko dlatego, że dwie kreski na teście robionym od niechcenia, były niespodzianką. Tu, do elementu zaskoczenia, dołączyła obawa, jak ja pokocham dziecko, które jest jeszcze abstrakcją, gdy już tak dobrze znam i kocham pierworodnego.

Każdy mądry powtarzał mi, że nie mam się martwić, bo te obawy są normalne. Słyszałam, że miłość się mnoży, a nie dzieli, więc wystarczy jej dla każdego z synów. Niestety, nikt nie dopowiedział do tej śpiewki, że miłości przybywa, ale to uczucie nie jest identyczne względem obojga dzieci. I tu się schody zaczynają.

Życie to nie reklama płatków śniadaniowych

Nic nie jest tak proste i kolorowe, jak na szklanym ekranie. Te wszystkie wynajęte matki reklamowe, co się z równą troską pochylają nad każdym jednym wynajętym dzieckiem. To wzruszające, lecz niedostępne dla każdego macierzyństwa, które niejedną z matek potężnie rozczarowało. Ja nie jestem matka z reklamy, moje dzieci też nie są. Choć czasem żałuję, bo też chciałabym tak obojgu dać wszystkiego po równo – tak samo wiele czasu, troski, miłości i cierpliwości. A się nie da, więc czasem czuje się jak matka beznadziejna, bo niesprawiedliwa.

I w sumie tym straszniejsza jest taka dysproporcja, bo nie skłamię, gdy napiszę że moje dzieci kocham najbardziej na świecie.

Najbardziej, ale nie jednakowo

Inaczej do nich mówię, inaczej na nich krzyczę, inaczej ocieram łzy, kiedy wydarzy się dziecięca tragedia. Paradoksalnie, ten którego tak bardzo się bałam, jest moim oczkiem w głowie. Dotychczas ukochany pierworodny, zajmuje miejsce ciut dalej. Nie pytajcie mnie, czy to dlatego, że próbuję zrekompensować młodszemu to, że tak bardzo tej ciąży nie chciałam, czy to dlatego, że starszy to dzieciak – torpeda, rozwalający swoim charakterem system. Tak, mam dość wybryków, które powtarzają się każdego dnia, bo ile można się wykłócać o kształt kanapki na kolację?

Zanim pierwsza odważna rzuci we mnie wirtualnym kamieniem, przypomnę – nie jestem matka z ciemnogrodu, więc nawet wychowywać go próbowałam radząc się specjalistów. Ale moje dziecko ma charakterek, ponoć po mnie i chyba dlatego jest nam tak trudno teraz się dogadać. Oboje nie lubimy kompromisu i nadmiernych czułości i rzadko kiedy mamy na nie ochotę. Drugi syn jest za to plastrem na moje serce, taką małą elektrodą, która pobudza ten mięsień do wytężonej pracy. I to jest cudowne, bo jego „kocham Cię”, albo „plosę, plosę mamo”, skutecznie rozciera słyszane chwile wcześniej „jestem na Ciebie obrażony”lub „ale ja chcę” powtarzane w różnych kombinacjach. Taka ze mnie matka wybiórcza, dla której poza “jesteś” liczy się też, jaki jesteś synu.

Kocham moje dzieci, powtarzać to będę jak mantrę

Matki kochają poza granicami rozumu. Może się walić i palić, a matka i tak,mimo wszystko będzie widziała swoje dziecko takie, jakim było w najlepszym czasie. Tyle, że na co dzień, kobieta bezwiednie obdarza szerszym uśmiechem te „mniej kłopotliwe” szczęście. Bo łatwiej, bo szybciej. Jakoś tak z marszu przychodzi przyklejanie łatki: “na pewno ty znowu go uderzyłeś, coś mu zabrałeś, czy zrobiłeś na złość.” I coś czuję, że takie sytuacje nie tylko u mnie miały miejsce, kiedy to matka łapała się za głowę, bo znowu zrobiła coś według schematu. Wiesz, że to nie w porządku, że dzieciak na pewno czuje różnicę, ale wchodzi ten nawyk jak narkotyk w żyłę. Trudno jest złapać oddech w momencie, gdy już sączy się słowotok w kierunku tego zazwyczaj winnego. A później kac moralniak, który poza podłym humorem, przynosi czasem deszcz łez z matczynych oczu. Bo trzeba mieć albo tak wywalone na dzieciaka, albo serce z kamienia, żeby nie czuć, jaką krzywdę czasem nieświadomie  robi się temu drugiemu.

Fot. Flickr /  Donnie Ray Jones  / CC BY

Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

Zupełnie do kitu jest mieć świadomość, że nie da się kochać tak samo

Bardzo bym chciała dzielić miłość jak ulubione żelki moich dzieci, po równo, ale pomimo starań uczucia nie da się podzielić i przeliczyć żadną miarą. Tak długo, jak rodzeństwo się różni od siebie, jedno ma łatwiejszy charakter, spokojny temperament, rodzice mogą inaczej podchodzić do tych samych kwestii. Jednego ucałujesz do snu, a drugiego jedynie okryjesz kołderką, pierwszemu powiesz: „chodź kochanie”, a do drugiego „masz”, gdy znów czegoś chce. I tak dzień po dniu zastanawiasz się, dlaczego tak się dzieje. Aż do momentu, gdy uświadamiasz sobie, że nie liczy się to, jakie jest to dziecko, ale że w ogóle jest. Wtedy kiedy może być zbyt późno, gdy czujesz zagrożenie, tak jak podczas poważnej choroby dziecka, co mi akurat było dane przeżyć. Zapytacie mnie, czy dopiero wisząc nad szpitalnym łóżkiem zrozumiałam, jak bardzo jego, obu moich synów, kocham? Nie! To wiedziałam od samego początku, tylko taki wstrząs szerzej otworzył mi oczy. To nie była rewolucja, czy totalne przewartościowanie. To była brutalna lekcja życia, która przypomniała, że matczynej miłości wystarczy dla każdego, tylko trzeba ją przelewać  przez pryzmat  podobieństw, a nie różnic pomiędzy rodzeństwem.


Zobacz także

Boskie święta Baby. Pozwól sobie odpocząć

83-latka robi swój pierwszy w życiu tatuaż. Brawo za odwagę w spełnianiu marzeń. Jak widać, nigdy nie jest za późno

policjantki

One w męskim świecie. Policjantki