Lifestyle

W tym roku odeszli od nas… Pamiętamy

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
1 listopada 2017
9 z 19

Witold Pyrkosz

By Slawek's (Flickr) [CC BY-SA 2.0], via Wikimedia Commons

(ur. 24 grudnia 1926 w Krasnymstawie, zm. 22 kwietnia 2017 w Warszawie) – polski aktor teatralny, filmowy i dubbingowy.

PoprzedniNastępny
Lifestyle

Mamy mniej czasu niż nam się wydaje. Nigdy nie jest za późno, by zacząć żyć

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 listopada 2017
Fot. iStock/francescoch
 

Chodząc dzisiaj między grobami, których z roku na rok mam coraz więcej do odwiedzenia, towarzyszyła mi jedna myśl: „Jak mało mamy tutaj czasu”. Jak bardzo nie wiemy, ile dni nam zostało, ile jeszcze chwil i momentów złoży się na nasze życie.

Odwiedziła mnie przyjaciółka: „Muszę coś zrobić ze swoim życiem” – oznajmiła przy kolejnej lampce wina. Obie mamy prawie 40 lat, ile jeszcze mamy czekać na odwagę, która pozwoli nam zrobić krok do przodu? Jak długo powinnyśmy zastanawiać się, czy to ten odpowiedni moment? Kiedy okaże się, że jesteśmy gotowi?

J. robi kolejne kursy, szkolenia, jeździ na warsztaty, wciąż się doszkala i cały czas nie wierzy w siebie. Nieustannie towarzyszy jej lęk, czy podoła celom, które chce sobie postawić.

Rozmawiałyśmy o tym, jak mało mamy czasu. Ile jeszcze chcemy czekać? Przecież nie mamy czasu. Staję przy grobie kolegi z podstawówki – wypadek samochodowy, zmarł na kilka dni przed swoją 18-tką. Obok – jego brat, trochę ponad 40 lat… Zapalam znicz na grobie mamy mojej przyjaciółki i ze zdumieniem, jak każdego roku, stwierdzam, że miała 45 lat, gdy odchodziła… 45 lat – tak niewiele więcej ode mnie… Za chwilę mogę to być ja, ty, ktoś nam bliski, ktoś, kto nadal nie ma odwagi żyć, wziąć życia w swoje ręce. Ktoś, kto odkłada wszystko na bliżej nieokreślone jutro. A przecież już jutro może nas nie być.

To jak przebudzenie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że wszystko, co planujesz, może zwyczajnie się nie zrealizować. Dlaczego? Bo nam się wydaje, że mamy czas, że na spokojnie, wszystko jeszcze uda nam się zrobić. Jak nie dzisiaj, to za tydzień, za miesiąc. Wydaje się nam, że te ważne rzeczy mogą jeszcze poczekać, przecież tu i teraz tyle się dzieje. Musimy wyskoczyć po zakupy, wysłać maila, zobaczyć co dzieje się na Facebooku, Twitterze, przeczytać jakiś tekst o celebrytach, zerknąć, co słychać u ulubionych blogerów. Jesteśmy nieustannie zajęci nadmiarem codziennych rzeczy do wykonania. Zawieźć dzieci, odwieźć, ugotować, posprzątać, wstawić pranie, powiesić pranie. Zaplanować kolejny dzień tak, by nic się nie wysypało, żeby wszystko zgadzało się z naszym zapisanym po brzegi kalendarzem. A co z tak zwaną całą resztą? Cała reszta przecież poczeka. A jeśli nie? Jeśli nie poczeka, jeśli odkładany od tygodni telefon do przyjaciółki się nie zdarzy, bo nie zdążysz zadzwonić? Jeśli nie zdążysz wpaść na kawę do swojej babci czy ukochanej cioci?

Spytałam siebie – o czym marzysz w tym momencie? Wiecie o czym? O tym, żeby mojego niemal 12-letniego syna złapać jeszcze za rękę podczas spaceru po cmentarzu, bo on zaraz mi się wymknie, za chwilę pójdzie już swoją drogą, gdzie nie będzie potrzebował prowadzenia za rączkę. „Mamo, nie ściskaj mnie tak bardzo” – usłyszałam, nie wiedząc nawet, ile siły włożyłam w zatrzymanie tej jednej chwili, tej, którą może pewnego mojego ostatniego dnia będę wspominać.

Świadomość nieuchronności śmierci powinna uczyć nas jednego – powinna uczyć nas żyć tak, jak chcemy, jak pragniemy, powinna ustalać nasze priorytety, dzielić rzeczy na ważne i najważniejsze, na te, w które warto włożyć naszą energię i te, które należy po prostu przez siebie przepuścić. Dzisiaj powinniśmy myśleć o tym jeszcze bardziej. Skupić się na tym, gdzie jesteśmy. Nie na pozorach szczęśliwego życia. Ubieramy nasze życie w nowe meble, samochody, ciuchy, zajęcia dla dzieci nazywając to szczęściem. Ale czy ono na pewno z tego się składa? Czy może są szczegóły, drobnostki, na które nie mamy czasu zwrócić uwagi. Tak niewiele potrzebujemy – uśmiech obcej osoby na ulicy, SMS od lub do męża, mała dłoń naszego dziecka wsunięta w naszą. To może być kot, który wyleguje się przy naszych stopach, dobra kolacja zjedzona w towarzystwie osób, które kochamy, szanujemy i które są prawdziwie ważne. To nie jedno z kolejnych spotkań, podczas których męczymy się udawaniem kogoś, kim nie jesteśmy. Dlaczego tak rzadko zabiegamy o czas z tymi, przy których zawsze jesteśmy sobą, a tak często tracimy godziny na rozmowach zupełnie nieistotnych?

Dlaczego nie chcemy wyciągać lekcji, wniosków?  Dlaczego nie dbamy o to, co sprawia, że nasze życie staje się dobre, czasami nawet lepsze. Dlaczego nie skupiamy się na chwilach, w których pojawia się wdzięczność za życie, które mamy?

Pamiętacie pielęgniarkę, która pracowała przy umierających ludziach? Stworzyła listę rzeczy, których żałowali ci żegnający się już z życiem. Najczęściej pojawiało się, że nie zdążyli żyć swoim życiem, być uważnym na to, co naprawdę jest ważne.

Co dla ciebie dzisiaj jest ważne? Jaka odpowiedź wypływa gdzieś ze środka ciebie? Taka, która cię wzrusza, która cię porywa, która sprawia, że budzą się w tobie ogromne tęsknoty, serce bije szybciej. Myśl o tym, czego prawdziwie pragniesz rodzi radość? Niewysłowioną pewność, że tego właśnie chcesz? To na co czekasz? Dlaczego nie idziesz za tym głosem? Dlaczego nie zacząć iść za nim właśnie dzisiaj, kiedy jutra może nie być, może nie być żadnego za miesiąc, za rok, kiedy dzieci będą duże, kiedy nadjedzie odpowiedni moment. On może nigdy nie nadejść.

Gdybyś dzisiaj miała stworzyć dla siebie listę rzeczy, których żałowałabyś, gdyby okazało się, że nie ma dla ciebie jutra? Czego żałowałabyś najbardziej? Czego nie zdążyłaś zrobić? Powiedzieć? Poczuć?

Nie traćmy czasu na zacietrzewienia, na brak wybaczenia. Wybaczajmy sobie nasze błędy, wybaczajmy sobie, że pozwalaliśmy innym traktować siebie bez szacunku i miłości, wybaczajmy sobie, że żyliśmy życiem składającym się z naprawdę mało istotnych rzeczy. Że ważniejsze było to, co dopasowuje nas do ogółu, niż nasze prawdziwe emocje i potrzeby.

Połóż się dzisiaj ze swoim dzieckiem, choćby nie wiadomo, ile miało lat. Bądź blisko, byście ty i ono mogli w najtrudniejszych momentach wracać do tej chwili.

Powiedz „przepraszam” temu, kto na te słowa czeka.

Nie zacietrzewiaj się tym, co już było, nie pielęgnuj swojej złości. Wybaczaj sobie, wybaczaj innym. I idź dalej.

Zadzwoń do tej osoby, do której telefon odkładasz w nieskończoność, bo nigdy nie dość czasu na długą rozmowę, na otwarcie się, na poświęcenie czasu sobie i komuś, kto jest dla ciebie niezwykle znaczący. Co w tym momencie jest istotniejsze?

I tak – skup się na tym, co ważne tu i teraz. Pytaj siebie jak najczęściej – czego właśnie chcę? Pytaj, gdy czujesz ucisk w żołądku, gdy czujesz niezgodę, lęk, niepokój. Pamiętaj – ty podejmujesz decyzję, jak chcesz żyć, kolejnej szansy nie będzie. A jak długo będzie trwała ta, która została nam dana? Nadal chcesz ją zaniedbywać?  Nadal chcesz czekać? Naprawdę tego właśnie chcesz?


Lifestyle

Jestem babcią, mamą i żoną. Pół roku temu próbowałam popełnić samobójstwo. Kto to widział, żeby w moim wieku mieć depresję?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 listopada 2017
Fot. iStock/YinYang

Jestem babcią, matka, żoną i synową. Nie bez powodu wybrałam taką kolejność. Wnuki są dla mnie ogromną radością i największym szczęściem, jakie mogło mnie spotkać. Pisząc te słowa wiem, że tak jest, ale jeszcze kilka miesięcy temu mogłam to wszystko poświęcić. W tamtym czasie to nie było ważne… Poza tym, kto to widział w moim wieku na depresję chorować? Problemy emocjonalne są przecież domeną młodych, zabieganych.

Depresja

Jestem kobietą 50+. Z depresją zmagam się od kilku lat. Mój psychiatra mówi, że jest to tzw. depresja nawracająca. Gdy jest dobrze i lekarz sugeruje odstawienie antydepresantów, nadchodzi nagle moment, kiedy zaczynam czuć się źle. Tak było wtedy.

Pomiędzy

Udane życie, zdrowe wnuki, samodzielne dzieci i mąż, który pozornie dba o moje dobro (przynosi przecież pieniądze na utrzymanie domu). A jednak coś było nie tak. Starałam się zdobyć pracę w myśl zasady „kto nie pracuje, ten nie je”. Było mi głupio, że mimo skończonych dwóch kierunków studiów podyplomowych na SGH i SGGW nie mogę znaleźć pracy.  Zorientowałam się, że o zatrudnieniu decyduje mój pesel (to na moją niekorzyść), znajomości (można pomarzyć) oraz odbyty wcześniej w tym miejscu staż z Urzędu Pracy (z tym bywa różne).  Mąż cały czas zarzucał mi, że zbyt pochopnie zwolniłam się z poprzedniej pracy, że miałam dobrą pensję (ok. 3000 zł). Nie mógł zrozumieć, jaką tam przechodziłam gehennę. Jak bardzo nie liczyli się z moim zdaniem. Jak bardzo osoby, które są zwierzchnikami, wykorzystują swoje stanowisko, żeby upokorzyć pracownika. Ot, taka codzienność urzędnika. Do tego jakieś mniejsze i większe problemy finansowe i zdrowotne, rozwód córki.

Tak łatwo odejść… tylko z pozoru

Kocham moje wnuki, nade wszystko dzieci i mojego cudownego męża. Jednak tego dnia nie było to ważne. Postanowiłam się więcej nie męczyć. Nie miałam siły zajmować się domem, chodzić na kolejne rozmowy kwalifikacyjne, skazane na porażkę. Nie mogłam słuchać ciągłych docinków męża, że jestem skazana na opiekę MOPS-u i dzieci na stare lata. Nie miałam siły, żeby iść rano do sklepu po bułki na śniadanie i gazetę dla męża, po prostu nie miałam na to siły. Ogarniała mnie niemoc, która miała wpływ na wszystkie moje codzienne, niegdyś racjonalne czynności. Nie czułam sensu wykonywania żadnej czynności. To stan, w którym można się nie myć, nie pić, nie jeść, nawet nie palić, choć wcześniej paliło się jak smok, tylko leżeć w łóżku ze swoim cierpieniem. Cierpieniem duszy.

Dobrze grałam

Nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie moim codziennym oddaniem dzieciom, mężowi, wnukom… Przecież tak o nich dbałam, a jednak coś nie zadziałało. Czułam się opuszczona, samotna i pełna goryczy. Moje dzieci, którym poświęciłam całe życie, moja córka tak czujna na wszelkie symptomy nie widzi, że czuję się źle? Że nie chce mi się żyć? GRAŁAM. WIDOCZNIE DOBRZE GRAŁAM. Pamiętam, że kilka godzin wcześniej rozmawiałam z córką. Wracała z pracy zmęczona, była chora. Narzekała, że jest zmęczona. Jeszcze pytałam, jak mogę jej pomóc, ale niewiele mogłam, mieszkając kilkadziesiąt kilometrów od niej. Miałam wystarczający zapas antydepresantów i leków nasennych, aby ich użyć. Bynajmniej nie tak, jak zalecał lekarz. Zrobiłam to. Była wczesna wiosna.

Liczyłam na sen

Myślałam, że po prostu sobie zasnę. Nagle, po półgodzinie od zażycia leków, zaczęły mną wstrząsać konwulsje. Nie mogłam wstać z łóżka. Zrozumiałam, że to nie wygląda tak jak sobie wyobrażałam. Nie zasnęłam.  Wprost przeciwnie wstrząsały mną jakieś dziwne drgawki i nie byłam wstanie wypowiedzieć sensownego zdania. Nawet nie pamiętałam, co wzięłam. Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje. Nagle potrzebowałam czyjejś pomocy. Poczułam, że zrobiłam źle, że zbyt szybko zaprzepaściłam moje jednak udane do tej pory życie. Moje wszystkie lata udanego do tej pory 35-letniego małżeństwa przebiegło mi przed oczami. Jednak silna chęć pozbycia się tego marazmu dnia codziennego przeważyła nad tym, że jednak podjęłam słuszną decyzję. Z resztą nie było już wyjścia, wzięłam śmiercionośną mieszankę leków. Chciałam zostawić to wszystko i mieć spokój. Na zawsze. Myślałam, że po prostu zasnę i będzie po wszystkim.

Przez przypadek mąż przyszedł do sypialni po godzinie od momentu, gdy zażyłam około 60 tabletek. Zadzwonił do córki, która jest lekarzem. – Tato wzywaj szybko pogotowie – usłyszałam tylko gdzieś w oddali… Ciągle coś do mnie mówił. Miałam konwulsje, które były nie do opanowania.

Samobójstwo

Mąż zadzwonił pod 112, więc zdarzenie zostało zakwalifikowane, jako próba samobójcza, stąd zaraz z ratownikami medycznymi zjawiła się policja. Po tym jak upewnili się, że mój mąż nie przyczynił się do zaistniałej sytuacji, policja odjechała.  Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że nasze zasoby soli (ok. 5 kg.)  do płukania żołądka będą w pełni tak szybko wykorzystane… W szpitalu spędziłam dobę, doprowadzili mnie do życia. Szkoda tylko, że zarzygałam całą karetkę, bo za wcześnie mnie do niej wzięli i działały jeszcze płyny, które mi podawano. Przepraszam.

SOR

Nie wiem, jak można się tak upodlić. Jak ludzie mogą cię tak upodlić. To nieprawda, że wszystkich pacjentów traktuje się jednakowo. Tych, którzy chcieli się pozbawić życia na własne życzenie traktuje się źle na SORze. Na jednym łóżku starszy pan po zawale. Nad drugim ktoś po wypadku. Dalej pijak z rozciętą głową. Pozbawiona poczucia godności, obleczona w jakąś pasiastą górę od piżamy leżałam kilka godzin na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, czekając na lekarza dyżurnego. Przyszedł. Był zły, że ludzie pozbawiają się życia na własne życzenie, mimo, że tylu innych nie może przeżyć w wyniku chorób.  Niewiele mogłam powiedzieć. Ogromna suchość w gardle (po płukaniu żołądka) i stres spowodowały, że nawet nie pamiętałam, jakie wzięłam leki. Powoli odzyskiwałam świadomość i zaczęłam ogarniać sytuację w jakiej się znalazłam. Przyjechała moja córka, przekazała lekarzom leki, które codziennie biorę na nadciśnienie oraz te, które ewentualnie mogłam wziąć przed…Wstyd. Nie wiem, czy coś więcej wtedy czułam. To chyba jeszcze nie był ten moment, gdy pojawia się radość z ocalenia.

Powrót do normalności

Odnalazłam się. Potrzebny był mi kop, żeby spaść na samo dno, po to, żeby się podnieść.  Znalazłam pracę, dwa miesiące temu urodziła się wnuczka. W sumie mam troje wnuków. Jestem szczęśliwa. Dzielę swój czas pomiędzy pracę zawodową, życiem domowym i chwilami dla wnuków. Działam na autopilocie, żeby złe myśli nie wróciły. Nikt z dalszej rodziny nie wie, co się wydarzyło. W najbliższej wciąż o tym nie rozmawiamy. Chyba nikt z nas nie ma jeszcze odwagi.

Czemu to piszę?  Otóż po to, żeby uświadomić inne kobiety, nieleczona depresja, która powstała także w wyniku huśtawki hormonów, może wyrządzić wiele zła. Często nie wiemy, co się z nami dzieje, czujemy złość, bezsilność, niechęć do wykonywania zwykłych codziennych czy obowiązków domowych. Jesteśmy rozczarowane życiem, choć przecież z pozoru jesteśmy spełnionymi kobietami. Tu apel do naszych dzieci, aby bacznie obserwowały swoich rodziców, bo nieraz symptomy ich zachowania decydują o ich jutrzejszym dniu, życiu …

Sama nie wiem, czy to mi się przydarzyło naprawdę? Ale skąd w takim razie w mojej apteczce znowu tyle antydepresantów? Mam nadzieję, że to się nie powtórzy.

Barbara


Zobacz także

„Nie chodziłam na imprezy, nie miałam chłopaka” Gdy jesteś dla siostry jak matka

Konkurs „Pokaż nam swój stół na przyjęcie”

Całe życie pomagali zwierzętom, w pożarze stracili dosłownie wszystko. Dziś oni potrzebują pomocy, nie pozostańmy obojętni