Lifestyle

„Od dziś przestaję was wspierać, ważna jestem ja!” List do wszystkich moich bliskich

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
5 października 2021
fot. raw/iStock
 

Nie ma jeszcze jedenastej, a ja czuję się, jak obrzygana jagódka. Nie, jakby ktoś mnie wrzucił do szamba, do toi toia. Tonę. Nie mogę oddychać.


Gdyby nie terapia, nie wiedziałabym, co się ze mną dzieje. Czułabym się źle, ale odebrała kolejny telefon, odpowiedziała na kolejne pytanie WSZYSTKICH, KTÓRZY MNIE POTRZEBUJĄ.

Nie, nikt tu nie jest zły. Po prostu regularnie mnie zjada. Mówicie, że trzeba stawiać granice, a co z tymi, którzy i tak je przekraczają, choć stoisz i mówisz: „Stop NIEEE”.

Poranek. Odpowiadam na setki pytań dzieci. Nie wiem, czy to taki problem wiedzieć, gdzie się zostawiło książki, pokroić sobie chleb, wyjść z psem, którego się chciało? Wracając do domu kupić sobie ciasteczka, owoce, czy bóg jeden wie, co jeszcze. Dobra, ale to są dzieci. Jestem w stanie zrozumieć, że mnie potrzebują, szukają wsparcia, pytają.

Ale dlaczego robią to dorośli ludzie?

Dlaczego to ja muszę zawozić mamę za każdym razem do lekarza? Dlaczego musze wystawać w długich kolejkach do aptek. Czy nie ma innych dzieci, siostry, przyjaciela, przyjaciółek?
Ależ ma.

Dlaczego to ja muszę być chłopcem do bicia mojego niepanującego nad impulsami ojca? Ojca, który robi awantury ludziom w sklepie, na parkingu, osiedlu i nie chce słyszeć o tym, że jego zachowanie jest niepokojące i powinien udać się do lekarza? Bo albo to wredny charakter albo zaburzenia? Lepiej się uprzeć i mówić „nie”? A córeczka ogarnie. Do tego będzie znosić regularne wylewanie wiadra pomyj.

Dlaczego moje przyjaciółki i koleżanki nie rozumieją, że do siedemnastej pracuję? Czy muszą dzwonić do mnie kilka razy dziennie, żeby mi opowiadać szczegóły ze swojego życia. Ten zrobił, ta powiedziała. Z dwoma przerabiam wciąż te same historie, chociaż gdyby wyciągnęłyby wnioski z rozmów (do których przecież za każdym razem dochodzą same) – byłyby już dużo dalej.
Mam się, zresztą, zachowywać w określony sposób. Milczeć. Słuchać. A jeśli jestem pytana o radę– mam odpowiadać tak, jak im pasuje, bo inaczej słyszę: „Powinnaś być po mojej stronie”.

Jestem. Ale jestem też cholernie zmęczona. Nie jestem wiadrem na pomyje. Konfesjonałem. Pracuję, muszę zarabiać. Chcę mieć wolny czas. Nie chcę, żeby ktoś na mnie pokrzykiwał i wylewał na mnie brud całego swojego życia. Nie codziennie, nie zawsze. Może byłam taka przez lata, ale mam już dość.

A teraz odwróćmy sytuację, co gdy ja czegoś potrzebuję? Nagle nikt nie ma czasu. „Będzie dobrze” rzuca mi przyjaciółka. Ta sama, która mówiła wcześniej, że źle ją wspieram.

Kochani, znikam. Kocham Was, uwielbiam, ale chcę zająć się SOBĄ. Chcę usłyszeć własne myśli i pragnienia, bo na razie to jestem mistrzynią w odgadywaniu cudzych i w pomaganiu, by zostały zrealizowane.
Nie chcę być tą dobrą, która zawsze pomoże. Sami widzicie jaka jestem wściekła.
Przykro by Wam było gdybym okazała tę furię, którą w sobie mam.

Teraz musicie rozwiązać sami swoje sprawy.

Dziewczyny, te dobre, wspierające innych, rezygnujące z siebie. Nie warto tak się gwałcić.
Dawajmy innym, gdy same mamy.
Inaczej któregoś dnia budzimy się i czujemy się właśnie, jak dziś ja– jakbyśmy tonęły w szambie i nie widziały nawet własnej ręki, a co dopiero stopy.

Szkoda życia, szczególnie, że inni tego naprawdę nie doceniają.
A nawet jeśli doceniają– to jakim kosztem. Gdzie w tym my?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Lifestyle

„10 lat leczenia się z eks. Nie można być większą idiotką!”

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
7 października 2021
fot. MesquitaFMS/istock
 

Nie wiem, czy adresatem tego tekstu powinny być tylko kobiety. Może wśród was, panów, też są kolekcjonerzy, którzy w swoim sercu mają miejsce dla dawnej partnerki. Nie malutkie miejsce, kawał miejsca, które już dawno powinno być zajęte. A jeśli nie zajęte, to chociaż oczyszczone z gruzu!

Opowiem wam historię, nie, to nie jest historia o rozgorączkowanej nastolatce, która wzdycha do faceta, który nic do niej nie czuje. Bo takie jest, jej święte, nastolatkowe prawo. To historia kobiety pracującej, świadomej siebie, o dość wysokim IQ, która z własnej woli została niewolnikiem własnej pamięci, choć obiekt dawno sobie poszedł i ułożył sobie życie.

Co ze mną nie tak, do diabła!

Kilka lat związku, kilka lat namiętności i chemii, która zapada w pamięć. Tysiące przegadanych godzin, filmów na kanapie, bliskości, wyjazdów, szczęścia. Ale później rozstanie. I okej, rozstaliśmy się. Rozeszliśmy. Zdrowy psychicznie człowiek spędza kilka miesięcy na lizaniu ran. Adios i do przodu.

A ja? Obsesja! Tęsknota wyrywająca serce. Ból taki, że chciałoby się być, jak ta dziewczyna w „Zakochanym pamięci” poddać się zabiegowi i wyciąć, zamazać nieznośne wspomnienia.

Porównywanie

Nie wiem dlaczego EKS po rozstaniu urósł do rozmiarów BOSKIEGO. Nikt mi nigdy nie położy tak głowy na brzuchu, nie powie do mnie tych słów w seksie, nie spojrzy, jak on, nie będzie tak pachniał. Nie będę miała takiego seksu. Koniec! Do emerytury będę kochać się klasycznie i nigdy już nie przeżyję czegoś takiego!

Zamiast wywalić drania z głowy, moja głowa chciała go tam trzymać. Żaden nie miał szans. Spotykałam na swojej drodze naprawdę dobrych i ciepłych facetów. Koniec, nic. Epizody.

W końcu zdecydowałam się na związek. Ale, na miłość boską, w głowie i tak miałam tamtego. Byle drobiazg z prędkością światła wracał mnie do przeszłości. Tam byliśmy, to przeżyliśmy, w tej szklance piliśmy, w tym hotelu spaliśmy, ten film oglądaliśmy.
GROZA!!!

Zamiast cieszyć się życiem, dusisz się od wspomnień. Zamiast budować przeszłość, grzebiesz na cmentarzu w poszukiwaniu kości. Właśnie, kości! Tam nie ma już tego ciepłego ciała, są kości i stare ciuchy!

Dusza tamtego gościa jest już gdzie indziej.

Iluzja

Mistrzostwo. Tak, to ty mówisz koleżankom, że należy się trzymać faktów. Ale jak to ma dotyczyć ciebie, tracisz rozum. Wszystko sprowadza się do kuriozalnego: on mnie na pewno kocha i pamięta. Przecież czegoś takiego nie da się zapomnieć. To niemożliwe. On mnie na pewno kocha, ale o tym nie wie. On zrozumie, pożałuje.

Fakty mówią, co innego. On ma nową kobietę, ożenił się z nią, nie ożenił, ma dzieci, nie ma. Nieważne! Nie jest z tobą i nie robi nic w tym kierunku, żeby być.

Kiedy zamieniłam się w wariatkę śledzącą go na FB (zawsze po pijaku!) , blokującą, odblokowującą go jakby od tego miał zależeć świat? Dżizas! Co we mnie wstąpiło. Równie dobrze można sobie otworzyć brzuch widelcem i próbować wyciągnąć wątrobę– ból i absurd ten sam. No i to sprawdzanie z kim jest i gdzie jest. Ładniejsza ode mnie, brzydsza. Mądrzejsza, głupsza. On jej nie kocha! To pewne. Nie wiem, czy istnieje większa idiotka niż zakochana kobieta. Zraniona kobieta. Kobieta, która się uparła.

I już kochasz tego, z kim jesteś, już doceniasz, ale i tak w środku Cię gniecie. Nie codziennie. Ale proszę, taki sen. Koniec, pozamiatane. Dzień z głowy. Przecież jeśli śnisz, to dlatego, że on też śni.

No słowo – znalazłam taki post na jednym z grup na FB. Dziewczyny śnią o eksach. Chcę znać prawdę– czy jakikolwiek facet śni o eks, z którą rozstał się już jakiś czas temu? Ilu ich jest?

Ja, przyznaję, pobiłam rekord. 10 lat. Oczywiście nie ciągle tak samo silnego bólu, ale absurdalnej jakiejś pamięci. Że nie mogłam oglądać jego zdjęć. Że bałam się go spotkać. Że jak ktoś znajomy mi o nim powiedział, waliło mi serce.

A potem obudziłam się któregoś dnia i pomyślałam, że ja chyba zwariowałam!!! Od dziewięciu lat jestem ze świetnym gościem, urodziłam mu dziecko, mamy rodzinę i milion lepszych rzeczy niż z tamtym. I po prostu marnuję czas. Z przerażeniem uświadomiłam sobie, że mogę być zgrzybiałą staruszką, która o lasce ciśnie na grób dawnego chłopaka i chlipie za życiem, które mogli razem mieć. No niedoczekanie po prostu!

I koniec, przeszło. Jak ręką odjął. Ale tyle zmarnowanych godzin, nocy i dni?
Tyle jakieś nieprzytomnego analizowania. A mogłam lepiej, mogłam inaczej, mogłam się odezwać, jak chciał pogadać, mogłam nie powiedzieć tego, co powiedziałam.

Tak, jestem idiotką.
Ale skończone.
Odzyskałam swoje serce.
Odzyskałam 100 proc wolność.

I to jest tak piękne, że chce mi się krzyczeć z radości.
Bo przyszłość jest ważna, ważne to, co dzisiaj. A nie jakaś cholerna przeszłość!

 


Lifestyle

„Osiemnaście lat razem i też nie wiemy wszystkiego o miłości. Ale te cztery święte zasady znamy”. Sceny z życia małżeńskiego

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
7 września 2021
fot. momcilog/iStock

„Dobra, już jesteśmy pełnoletni, teraz możemy zacząć żyć” rzucił rano mój mąż.

Osiemnaście lat temu, właśnie o tej godzinie, staliśmy w kościele w mieście X . I obiecywaliśmy sobie, że na zawsze. W sumie to dość dziwna obietnica. Na zawsze. Czy ludzie w wieku 25 lat mogą sobie obiecać coś na zawsze? Byłam inną osobą, on był inną osobą. I choć my się zmienialiśmy, nasza wola bycia razem pozostała niezmienna.

Co jest dobrego w małżeństwie? Tak naprawdę? Piszę to w końcu anonimowo, więc mogę być szczera.

Że jesteście razem. Jest coś w stwierdzeniu, że człowiek, który wchodzi z kimś w związek, przestaje być sam. W dobrym związku.
Nie chodzi o to, że zawsze jest się rozumianym. To młodzieńcza utopia. Chodzi o to, że gdzieś obok jest partner. Ktoś, kto nie musi nas rozumieć. Wystarczy, że chce zrozumieć. I akceptuje. To w jakimś sensie pozwala wzrastać. Rozwijać się.

To są te poranki, gdy budzisz się i wspominasz, jak miałaś dwadzieścia lat- i on też to pamięta.
Wasze pierwsze mieszkanie, pierwszy kredyt, kłótnie o kolor ścian w mieszkaniu i pościel. Starania się o dziecko, test ciążowy. Nieprzespane noce, usypianie psa i płakanie nad jego grobem. To wasza historia, do której nikt nie ma dostępu.

Rozmowy o rodzicach, historię traum, przygód szkolnych, pomyłek i błędów. Ale też sukcesów.

To ktoś, kto zna Twoje ciało.
Nie tylko wtedy, gdy jest piękne. Daje przyjemność i jest przyjemne w dotyku.

To ktoś, kto zna Twoje ciało, bo trzymał laktator, gdy produkowałaś mleko.
I widział Cię rzygającą po operacji.
Trzymał za włosy, podawał wodę.

I, jak uznaliśmy dziś rano, nie wiemy za wiele o miłości, ale znamy cztery zasady. I naszym zdaniem, bez tego nie ma szczęśliwego związku.

PO PIERWSZE: „CHCĘ Z TOBĄ BYĆ”

To jest chyba najważniejsza rzecz. Przekonanie. Wybór. Każdego dnia. Ludzie nas irytują. Są inni od nas, mają inne wartości, zasady. Nie da się być z kimś bez przekonania, że to TEN. Nie jakaś połówka jabłka, pomarańczy, innego licha. Ten. Człowiek, z którym decydujesz się być. Nie kiedy jest super, jest chemia, jest flow, bzykacie się od rana do nocy i spełniacie wszystkie swoje potrzeby- taka relacja to nie związek, to karmienie się.

„Chcę z Tobą być” jest ponad tym. To inaczej komunikat: „Widzę Cię. Znam twoje mocne i słabe strony. Ale i tak to Ciebie wybieram spośród wielu ludzi. Nie, że nie mam innego wyjścia. Po prostu chcę. To moja dojrzała decyzja. Nawet jeśli masz rzeczy, których nie rozumiem, nie akceptuję i chciałabym inaczej”.

PO DRUGIE: „SZANUJĘ”

Przyjaciółka opowiadała mi, ze jej eks śmiał się z Julii Roberts. Głupota co? Ale on mówił, że Roberts brzydka, bo tak bardzo podobała się jej. „Nie, ty się nie znasz” fukał.

Bardzo łatwo w bliskiej relacji upokorzyć drugiego człowieka. Wyśmiać go. Ale tego się po prostu nie robi.

PO TRZECIE: „WYBACZAM”

Ludzie czasem nas zawodzą, my zawodzimy ich. To samo dzieje się w małżeństwie (wieloletnim związku). Po okresie fascynacji często następuje starcie. Rozczarowanie. Inni robią tak wiele rzeczy, których nie rozumiemy, oni nie rozumieją nas. Jest tyle momentu, gdy złości cię partner, gdy myślisz, że może z innym byłoby Ci lepiej. Albo samemu.

Czasem są nawet sytuacje, gdy ktoś przegina. Ale bez wybaczenia chyba nie można iść dalej.
Jeśli nie wybaczamy, to potem na sprawach rozwodowych mówimy: „On w 2018 nie przyniósł mi kwiatów”, „Ona w 2019 nie pojechała na te wakacje, gdzie chciałem”.

PO CZWARTE: „POTRAFIĘ ZREZYGNOWAĆ Z KAWAŁKA SIEBIE, DLA CIEBIE”

Co to jest ta rezygnacja? Napiszę od siebie. Rezygnuje z racji. Nie muszę jej mieć zawsze. Z uporu. Z wakacji takich, jak ja DOKŁADNIE sobie wyobrażam. Ze związku, który MUSI być taki, jak chcę ja. Z czasu, który ma przebiegać według tylko mojego planu. Nie jestem do końca przekonana czy bez tej rezygnacji można zbudować dobry związek. Oboje to robimy. Czasem rezygnujemy. Po to, żeby ta druga strona była szczęśliwa.

Czy to jest recepta na związek? Oczywiście, że nie.

Ale w końcu osiemnaście lat temu w mieście X…

I do tej pory się kochamy.

Więc może jednak coś wiemy o miłości?:)