Lifestyle

„Lubię starsze panie, zawsze z takimi się wiążę”. Kobiety nie rezygnujcie ze swojego życia. Odważcie się żyć

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 marca 2018
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Mąż odszedł ode mnie ponad pięć lat temu. Myślałam wtedy, że świat się skończył. On poznał trochę młodszą, kilka lat różnicy. Mówił, że to miłość jego życia. Przepraszał. Co z tego, i tak go nie ma. I nie było nikogo, kiedy nie miałam siły podnieść się z łóżka, kiedy życie nie miało najmniejszego sensu. Jedynie myśl o dzieciach i ich rodzinach trzymała mnie na duchu i nie pozwalała całkowicie wpaść czarną otchłań.

Dzisiaj mam 54 lata i już nie oglądam się wstecz. Tamto życie było, co miało się zadziać, to już się stało, a myślenie o tym i analizowanie kompletnie niczego nie zmieni. Przestałam szukać odpowiedzi na pytania, co ze mną było nie tak, co źle zrobiłam, dlaczego zostałam sama, czym sobie na to zasłużyłam. To bez sensu. Teraz to wiem. Życie toczy się dalej i może być całkiem fajne, ba nawet fascynujące.

Piotrek, 33 lata: „Piękna z ciebie kobieta, lubię starsze Panie, może się umówimy”. Jedna z pierwszych wiadomości jaka przyszła do mnie, gdy postanowiłam zalogować się na randkowym portalu. Przestraszyłam się, bo jak mam takie rzeczy dostawać, to średnio mi się to uśmiecha. Znajoma mówiła, że można spotkać naprawdę fajnych facetów. Nie wierzyłam jej i długo musiała mnie przekonywać, aż w końcu pomyślałam: „Raz kozie śmierć. Przecież zawsze mogę się wylogować”. I spróbowałam.

Dlaczego o tym piszę? Bo chciałam wszystkim kobietom, które nie wierzą, że jeszcze coś dobrego i ekscytującego je w życiu spotka, powiedzieć, żeby nie rezygnowały. Naprawdę. Jeśli jesteście same, dzieci duże pozakładały swoje rodziny, czy studiują, nie ma ich w domu, to nie znaczy, że wy się macie ograniczać. Przesiedzieć dzień po dniu przed telewizorem, czasami spotkać się z przyjaciółkami czy sąsiadką na plotkach i wyjść z koleżankami na kijki. Tak wcale nie musi być.

Obserwuję kobiety w moim wieku i starsze, jakieś takie zmęczone, bez werwy, zwłaszcza te samotne. Też taka byłam. To stereotyp – jesteś stara, to już niczego od życia nie wymagaj, swoje przeżyłaś. Jak to? Przecież mogę żyć jeszcze 10 a może 30 lat. Tego nie wiem, ale to nie znaczy, że mam teraz czekać na śmierć i wspominać wszystko to, za co powinnam być wdzięczna.

I wiecie co? Można usiąść i nic nie robić, a można wziąć się z życiem za bary i wycisnąć z niego ile jeszcze się da. Nic nie przyjdzie do nas samo, jeśli my po to nie wyciągniemy ręki.

„Cześć, chciałby z tobą porozmawiać, wydajesz się być bardzo interesującą osobą” – jedna z kolejnych wiadomości. Okazało się, że portalu randkowym jest wielu facetów po 50-tce, którzy szukają towarzystwa – niekoniecznie miłości, ale czasami kogoś z kim mogą pogadać, a czasami, by iść z kimś do łóżka. Dlaczego nikt nie mówi o seksie po 50-tce i to seksie bez zobowiązań. Dwoje dorosłych ludzi, którzy z nikim nie są związani na stałe nie mogą się spotkać, żeby iść ze sobą do łóżka? Przecież to naturalne i normalne i nie powinno budzić zgorszenia, gdy się o tym mówi.

Pierwsza randka, to był stres nie z tej ziemi. Bo co innego rozmawiać przez telefon, pisać do siebie, a co innego spotkać się twarzą w twarz. Oboje byliśmy spięci, ale z czasem jakoś te pierwsze lody puszczały i zrobiło się miło. Jednak nie zaiskrzyło. Musi być chemia, żeby chcieć się z kimś spotykać kolejny i kolejny raz. Udało się za trzecim razem. Naprawdę. Poznałam świetnego faceta, z którym się rozumiemy, śmiejemy się z tych samych rzeczy, lubimy to samo. On rozwodnik, z dwójką dorosłych synów. Od początku mówiliśmy, że nie zależy nam, żeby stworzyć taki związek „na poważnie” z mieszkaniem razem i wszystkim tymi ceregielami.

On mieszka kilkadziesiąt kilometrów ode mnie. Przyjeżdża na weekendy, czasami mnie zabierze do siebie i tak jest dobrze. Pojedziemy sobie na kolację, pogadamy wieczorami przez telefon, kiedy go nie ma. Bez ciśnienia, bez tego całego inwentarza – dzieci, żon i mężów dzieci, wnuków. Mam swoje życie. Ba – ja swoje życie odzyskałam. Odważyłam się na to, dałam sobie szansę, żeby coś jeszcze zmienić. Jasne, nie było to łatwe, bałam się, wmawiałam sobie, że mój fotel i krzyżówki wieczorami mi wystarczą. Przestańcie sobie wmawiać takie farmazony. To nieprawda. Każda z nas chce czegoś więcej, nie mówię od razu o jakiś szaleństwach, ale zwyczajnie poczuć, że żyje. Więc czemu za tym nie pójść? Odważcie się, nie trzeba wiele, wystarczy jakaś jedna decyzja, która może się wydawać wam nawet głupia, ale co z tego. Nie macie 30 lat, żeby przejmować się tym, co inni powiedzą, co pomyślą. Prawda?

Monika.


Lifestyle

Czerwone wino? Kolejny zaskakujący powód, dla którego warto je pić?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 marca 2018
Fot. iStock / NatashaPhoto
 

O tym, że lampka czerwonego wina korzystnie wpływa na nasze zdrowie – ci, którzy je lubią, doskonale wiedzą. Czerwone wino korzystnie wpływa na nasz układ krwionośny, zmniejsza ryzyko zachorowania na cukrzycę, ale ostatnio okazało się, że czerwone wino zawiera substancje chemiczne, które mogą pomóc w walce z próchnicą i chorobami dziąseł. 

Dokładnie chodzi o polifenole, które biorą udział w zwalczaniu bakterii jamy ustnej. Naukowcy jednak ostrzegają, że to odkrycie nie daje zielonego światła do spożywania większej ilości wina.

Wcześniejsze badania sugerowały, że korzyści zdrowotne w związku  z polifenolami wiążą się z przeciwutleniaczami, które chronią organizm przed szkodliwymi wolnymi rodnikami. Okazuje się jednak, że korzystnie wpływają na nasze zdrowie przez pracę dobrych bakterii w naszych jelitach.

Naukowcy zbadali wpływ polifenoli i ekstraktu z czerwonego wina na bakterie, które przyklejają do zębów i dziąseł powodując powstawanie płytki nazębnej, ubytków i chorób dziąseł. Polifenole i ekstrakt ograniczały rozwój bakterii.

Kto wie, że to odkrycie otworzy ścieżkę nowych zabiegów stomatologii.

Warto wiedzieć, że polifenole znajdziemy także w: kawie, zielonej i czarnej herbacie, cydrze, soku pomarańczowym i cytrynowym, jagodach, malinach, kiwi, czarne winogrona, wiśnie.

Naukowcy podkreślają, że wyniki badań nie są wskazaniem do dużej ilości spożywania czerwonego wina, ponieważ w rzeczywistości kwaśność wina uszkadza szkliwo zębów.

Ale kilka lampek w tygodniu… w końcu dla zdrowia. 😉


 

źródło: www.bbc.com


Lifestyle

Zdradziłam, a on i tak o nas walczył. To miłość czy frajerstwo?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 marca 2018
Fot. iStock/stock_colors
Następny

W ostatnim czasie na jednym z for kobiecych czytałam zajadłą dyskusję między kilkoma paniami. Chodziło o zdradę i wybaczanie. Jedna z nich zapytała, co ma robić, bo mąż ją zdradził, a że bardzo go kocha, to chce dać mu szansę. Nie pisała, żeby małżonek jakoś szczególnie się kajał czy też o nią zabiegał. Po prostu romans się wydał, on spławił kochankę i potulnie siedzi w domu. Mają wspólne dzieci, ona jest wściekła, ale kocha. Dało się wyczytać między wierszami, że nie chce go wyrzucać z domu. Co jej radzono?

Otóż zdania były podzielone. Jedne mówiły, że trzeba wybaczać, że węzeł małżeński, że w zdrowiu i w chorobie… Drugie natomiast krzyczały, że kto raz zdradził, ten zdradzi drugi raz. Nikt jednak nie wspomniał o trzeciej opcji. Tej, którą ja przeżyłam na własnej skórze. Mówię o totalnej stracie szacunku. Nie, nie do siebie. Do mojego partnera.

Cóż, my, kobiety, też nie jesteśmy święte. Czasem coś nam strzeli do głowy i pójdziemy w tango. Miałam romans z kolegą z pracy. Od zawsze czuliśmy do siebie miętę, a pech chciał, że w moim związku nie działo się zbyt dobrze. Oddaliliśmy się od siebie, każde przesiadywało do późna w pracy, a że nie mieliśmy dzieci, to i wspólnych obowiązków nie było. Tego romansu potrzebowałam, żeby znowu poczuć się atrakcyjną kobietą. I tak się stało. Znowu uwierzyłam w siebie, chciało mi się stroić, dbać o siebie, miałam o czym myśleć przed snem, wspominać i planować.

Ten romans, jeśli liczyć od momentu, kiedy pierwszy raz poszliśmy do łóżka, trwał 6 miesięcy. Wyszedł na jaw, ponieważ straciłam czujność. Po prostu mój facet bardzo długo niczego nie podejrzewał (fakt, że ufał mi bezgranicznie), co powodowało, że zachowywałam się coraz śmielej. Wpadłam w najgłupszy sposób – przeczytał moją korespondencję na messengerze. Nie kasowałam jej, bo przecież nigdy tam nie zaglądał.

Oczywiście, rozpętało się piekło. Byłam zdezorientowana i zaczęłam zachowywać się tak, jak wydawało mi się, że będzie najlepiej – przyznałam się, zaczęłam przepraszać i obiecywać. Oboje płakaliśmy. To zabawne, bo w trakcie tego romansu ani razu nie zastanawiałam się, jak widzę swoją przyszłość – czy chcę odejść, związać się z kochankiem… Niczego nie planowałam, a tu taki klops. Zadziałałam więc instynktownie i powiedziałam, że chcę ten związek ratować. Fakt faktem, że ostatnie czego potrzebowałam, to jeszcze wywrócenia życia do góry nogami.

On też nie chciał tego kończyć. Przegadaliśmy całą noc, wyjaśniłam mu, dlaczego wdałam się w romans, czego mi brakowało. Muszę przyznać, że momentami nawet widziałam, że ma wyrzuty sumienia. Kilka razy mnie przeprosił, że nie miał dla mnie czasu. Zapewnił o swojej miłości. Rzucaliśmy frazesami o „pogubieniu się” i „oddaleniu od siebie”.

No i zaczęliśmy wszystko od początku, ale ze zdradą na koncie. Najgorsze było potem.

strona 1 z 2
druga część artykułu na następnej stronie

Zobacz także

„Czego potrzebuje człowiek, żeby był szczęśliwy?”. Obejrzyjcie ten filmik

Toksyczna pomoc szkodzi. Czasem, żeby naprawdę komuś pomóc, trzeba przestać pomagać

Jak zawsze wyglądać pięknie i zdrowo? Francuzki mają na to swoje sposoby