Lifestyle

„Kolor może wskrzeszać zmarłych!” Wspaniała Iris Apfel świętuje 100. urodziny!

Redakcja
Redakcja
30 sierpnia 2021
 

Iris Apfel, uwielbiana przez miliony projektantka, dekoratorka wnętrz, ikona stylu, obchodzi właśnie setne urodziny. Zapewnia, że ​​swój pierwszy dodatek nabyła w wieku 11 lat. „Jestem dziewczyną z Wielkiego Kryzysu, nie mieliśmy dużo pieniędzy. Nikt ich nie miał. A kiedy trochę się ich zdobyło, trzeba było mądrze wydawać”.

„Nic, z rzeczy, które się wydarzyły, nie było przeze mnie zaplanowane” mówi Iris Apfel, eklektyczna ikona stylu nowojorskiego, w filmie dokumentalnym Alberta Mayslesa. „To się po prostu wydarzyło”. Iris udowadnia, że dobry gust nie jest aspiracją, nie polega na gonitwie za trendami. „Robią” go dobrze dobrana biżuteria czy płaszcz, a nie hity sezonu. Dla Apfel ubieranie się jest czynnością twórczą – jak mówi, jak granie jazzu – a jej szafę wypełniają inspiracje z całego świata są. Modę nazywa krawieckim safari, oglądanym przez okrągłe różowe okulary i jest po prostu dziką zabawą.

Urodziła się w Nowym Jorku w latach 20. Jej matka prowadziła butik, a ojciec firmę spedycyjną.

Apfel była dobrze po osiemdziesiątce, kiedy została tzw. „It girl”, czyli właśnie ikoną stylu, która jest inspiracją dla kobiet na całym świecie i dla kreatorów mody. Dopiero pojawiając się na wystawie w 2005 roku w Costume Institute stała się naprawdę znana. A wszystko to zmaterializowało się w kampaniach m.in. dla firmy & Other Stories czy M · A · C oraz linii biżuterii Rara Avis. Apfel, jowialna jak mało kto, lubi to nieoczekiwane medialne wzburzenie. Jak z rękawa sypie maksymami, typu „styl to ciekawość i poczucie humoru” lub że „najważniejsza jest nie impreza, ale ubieranie się na nią”.

„Nagle stałem się gwiazdą geriatryczną. Mój mąż i ja bardzo się śmialiśmy z tej sytuacji. Robię to przez całe życie i teraz natrafiam na mnóstwo magazynów, zwłaszcza europejskich, które piszą o mnie. Ale nie robię nic innego od tego, co robiłem przez ostatnie 70 lat!”

 

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Iris Apfel (@iris.apfel)

Jednak już wiele lat wcześniej jej wyczucie stylu znane było „w branży”. Niedługo po ślubie z mężem Carlem — „Był fajny, był milutki i gotował po chińsku, więc nie mogłam wybrać nic lepszego” — powiedziała — para założyła Old World Weavers, firmę zajmującą się projektowaniem wnętrz, która odnawiała Biały Dom pod rządami prezydentów od Trumana do Clintona.

Aby zdobyć unikalną sztukę i tkaniny, z których byli znani, podróżowali po całym świecie. W filmie Mayslesa możemy zobaczyć, jak targuje się o bransoletki w Harlemie — chce tylko tych tanich, trzy za dwadzieścia dolarów — i wciąż krąży między Nowym Jorkiem a Florydą, odbierając czasem pięćdziesiąt telefonów dziennie. Dowiadujemy się, jak układa manekiny według własnego wizerunku (biżuteria warstwowa, kontrasty wzorów) i sprzedaje akcesoria w sieci Home Shopping Network.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Iris Apfel (@iris.apfel)

Jak zrozumieć jej zamysł, stojący za tym wspaniałym, bezczelnym stylem? Tam, gdzie inne ikony stylu są czasami nakazowe, Apfel odnajduje piękno w indywidualności, jakkolwiek niecodziennej. W prawdziwej modzie nie chodzi o zadowolenie ludzi wokół siebie, mówi, ale o zadowolenie siebie: „Lepiej być szczęśliwym niż dobrze ubranym”.

Jednym z tematów, który wyjątkowo jej doskwiera jest banał w modzie, sytuacja, kiedy wszyscy wyglądają tak samo. – Myślę, że to straszne. Myślę, że to bardzo smutne… Ludzie są okradani z ich wyobraźni – i wszystkiego innego – dzięki kulturze sterowania gustami, którą mamy – mówiła w wywiadzie dla „Vogue”.

Pionierka w sztuce łączenia pchlich targów z charakterystycznymi ubraniami. Jej garderoba to skarby Diora, Versace czy Lanvin, ale też afrykańskie naszyjniki. Niestrudzona kolekcjonerka wyznaje, że ma alergię na nowe technologie: „Każdy, kto mnie kocha, może mnie znaleźć przez telefon. E-maile i telefony komórkowe uczyniły młodych ludzi nudnymi. Nie umieją już mówić i komunikować się”. Dodaje: „Właściwie nie lubię nowoczesności. Trendy przychodzą i odchodzą. Lubię ponadczasowy ubiór, prostotę, to co można nosić długo, choć obecnie wszystko ma być używane i wyrzucane”.

 


Lifestyle

Pozostał miesiąc. Za uchylenie się od obowiązku spisu powszechnego grozi kara grzywny do 5 tys. zł

Redakcja
Redakcja
30 sierpnia 2021
fot. Boonyachoat/iStock
 

Przeprowadzenie spisu powszechnego ludności i mieszkań podczas pandemii nie jest fanaberią GUS. To przedsięwzięcie wynikające z uzgodnień międzynarodowych i wymagające wieloletnich przygotowań. W tej edycji spis powszechny będzie miał zwłaszcza formę samospisu internetowego – tłumaczą demografki.

Narodowy Spis Powszechny Ludności i Mieszkań 2021 ruszył 1 kwietnia. W tej edycji samospis internetowy będzie po raz pierwszy obowiązkowy – każdy będzie więc miał zadanie, aby wypełnić w Internecie przygotowany przez GUS formularz. Jeśli ktoś (np. ze względu na zaawansowany wiek, stan zdrowia czy niepełnosprawność) nie będzie w stanie się samodzielnie spisać, pomogą mu w tym rachmistrze – telefonicznie, a w wyjątkowych sytuacjach – bezpośrednio. Początkowo spis miał trwać do końca czerwca, jednak przyjęty przez rząd projekt nowelizacji, zakłada, że termin zostanie wydłużony do 30 września br.

WAŻNE:

  • Udział w spisie powszechnym jest obowiązkowy.
  • Odmowa udzielenia informacji podlega karze grzywny do 5 tys. zł
  • Można spisać się za pośrednictwem strony internetowej spis.gov.pl lub przez wywiad telefoniczny (rachmistrzowie dzwonią z numerów: 22 828 88 88 lub 22 279 99 99).
  • Nie można odmówić przekazania danych rachmistrzowi, kontaktującemu się telefonicznie.

 

W rozmowie z PAP przewodnicząca Komitetu Nauk Demograficznych PAN prof. Elżbieta Gołata z UEP i prof. Irena E.Kotowska z SGH, honorowa przewodnicząca komitetu przypominają, że ostatni spis powszechny miał miejsce w 2011 r. Już wtedy pojawiła się możliwość samospisu internetowego, jednak nie miała ona charakteru obowiązkowego. Skorzystało z niej wówczas 11 proc. respondentów.

Międzynarodowe ustalenia

Badaczki tłumaczą, że istnieją międzynarodowe ustalenia dotyczące przeprowadzania spisu powszechnego ludności w regularnych, 10-letnich odstępach czasu. Nad tematyką spisu, ujednolicaniem definicji pojęć i kategorii demograficznych, ekonomicznych i społecznych, a także zadawanych pytań oraz metodami realizacji spisów pracują międzynarodowe zespoły – ONZ publikuje zasady i zalecenia dotyczące spisów ludności i mieszkań. Są one podstawą do przygotowania przez Konferencję Statystyków Europejskich (Conference of European Statisticians) rekomendacji dla spisów powszechnych ludności w krajach europejskich. Przygotowanie i realizację spisów w krajach Unii Europejskiej koordynuje Eurostat, a podstawy prawne tworzą regulacje Parlamentu Europejskiego i parlamenty poszczególnych krajów członkowskich.

„Spis powszechny jest nam ciągle bardzo potrzebny” – podkreślają rozmówczynie PAP.

„Pojawiły się głosy, że to fanaberia rządu, żeby w czasie pandemii przeprowadzać spis powszechny. Ale ustawę o spisie przyjęto jeszcze w 2019 r., a więc przed epidemią – i trzeba było na to przewidzieć środki finansowe. A ja powiedziałabym, że właśnie dlatego, że mamy pandemię, nie możemy ze spisu zrezygnować. Potrzebujemy teraz dokładnej informacji, jak wyglądają nasze zasoby ludnościowe, jakie jest przestrzenne rozmieszczenie ludności, w jakich strukturach rodzin i gospodarstw domowych żyją Polacy” – mówi prof. Irena E. Kotowska.

Podkreśla, że spisy powszechne są jedynym źródłem danych o całej zbiorowości rodzin i gospodarstw domowych, a także o gospodarstwach zbiorowych. Dodaje, że w przygotowanie spisu i zaplanowanie jego bezpiecznego przebiegu w czasie pandemii włożono ogromny wysiłek (rozwiązania testowano choćby podczas przeprowadzonych wiosną i jesienią zeszłego roku spisach próbnych).

Prof. Gołata zwraca uwagę, że spis rolny z powodzeniem przeprowadzono w Polsce już w czasie pandemii (zakończył się w listopadzie 2020 r.). Zauważa jednak, że niektóre państwa, np. Irlandia czy Niemcy, odłożyły swoje spisy powszechne na kolejne lata. Demografka tłumaczy, że w Irlandii spis miał być przeprowadzony w sposób tradycyjny – łącznie z formularzem papierowym, w Niemczech zdecydowano się na spis oparty na rejestrach, jednak z uwzględnieniem badań w terenie, były więc realne obawy, że taka forma może budzić większe zagrożenie epidemiczne. Tymczasem Polska – jak zauważa prof. Gołata – w znacznie większym stopniu była gotowa na spis w formie internetowej i z zastosowaniem technik telekomunikacyjnych (CAWI i CATI). Podkreśla też, że ONZ nie zaleca zmiany trybu dla żadnego spisu, który jest już na zaawansowanym etapie przygotowań, tak więc decyzja każdego państwa wymagała dogłębnej analizy już poniesionych nakładów finansowych oraz stopnia zaawansowania prac.

Nie wszystko jest w rejestrach

Wiele danych zbieranych w czasie planowanego w Polsce spisu bazuje na zasobach zgromadzonych już w rejestrach, prowadzonych przez administrację publiczną dla potrzeb zarządzania państwem. Rejestry – takie jak PESEL, ZUS, NFZ, REGON, rejestry budynków i mieszkań prowadzone przez Głównego Geodetę Kraju czy rejestry prowadzone przez Ministra Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej – jak tłumaczy prof. Gołata – zawierają sporo informacji, z których GUS będzie korzystał w czasie spisu. Bazy te wciąż jeszcze nie gromadzą jednak wszystkich informacji, potrzebnych do celów statystycznych, przykładowo, nie zawierają odpowiedzi na podstawowe pytania dotyczące rodzin i gospodarstw domowych, faktycznego stanu cywilnego, narodowości, języka ojczystego, wyznania czy poziomu wykształcenia. Na razie nie wystarczają więc, by w Polsce zrezygnować przeprowadzenia spisu powszechnego.

Ekspertka z UEP dodaje, że niektóre państwa zrezygnowały już teraz z przeprowadzania tradycyjnych spisów powszechnych, zdając się wyłącznie na dane gromadzone w rejestrach. Chodzi zwłaszcza o kraje skandynawskie (ostatnio również Włochy i Austria). Tam jednak od ponad 50 lat rejestry administracyjne wykorzystywane są przez statystykę publiczną i cały czas doskonalone pod względem zakresu gromadzonych danych i ich jakości także pod względem międzynarodowych wymagań.

„Skandynawskie rejestry prowadzone są w szerszym zakresie – dotyczą także gospodarstw domowych i zatrudnienia. Można więc z nich uzyskać więcej danych, niż z rejestrów, którymi teraz w Polsce dysponujemy” – komentuje prof. Gołata.

Demografka z UEP zaznacza jednak, że w ostatnich latach wykonano wiele działań, by polskie rejestry – prowadzone dotąd na potrzeby poszczególnych ministerstw – były szerzej wykorzystywane przez statystykę publiczną. Poprawia się ich jakość, a korzystanie z wielu rejestrów pozwala na uzyskanie informacji bardziej kompatybilnych z danymi, które uzyskiwano dotąd w czasie spisów powszechnych, przykładem może tu być zaproponowana przez Departament Badań Demograficznych GUS metoda rekonstrukcji rodzin.

Wiarygodność samospisu

Czy istnieje ryzyko, że odpowiedzi udzielane przez Polaków w ramach samospisu będą mniej dokładne, niż gdyby były wypełniane w obecności rachmistrza? Rozmówczynie PAP zgodnie zaprzeczają. Według nich efekt obowiązkowego samospisu będzie wręcz przeciwny – odpowiedzi udzielane w ankiecie będą bardziej wiarygodne. Zwłaszcza w pytaniach dotyczących tak delikatnych kwestii jak np. wyznania czy przynależności etnicznej. Prof. Gołata zwraca uwagę, że czasem trudno było szczerze odpowiedzieć na te pytania w obecności rachmistrza – niekiedy jest to osoba, którą respondent zna. W dodatku niejednokrotnie rachmistrz spisywał dane o członkach gospodarstwa domowego od osoby, którą akurat zastał w domu. I tak np. ojciec udzielał informacji o wyznaniu pełnoletniej córki. „A to bardzo delikatne kwestie” – komentuje prof. Gołata. I dodaje, że teraz w ramach samospisu każdy sam może udzielić odpowiedzi za siebie. W ten sposób zwiększa się szansa bezpośredniego udziału w spisie wszystkich członków gospodarstwa domowego.

„Będziemy mieć informacje z pierwszej ręki” – komentuje prof. Kotowska. Przypuszcza ona, że samospis może się cieszyć większą popularnością, niż 10 lat temu – nie tylko ze względu na obowiązek, ale i ze względu na wzrost kompetencji cyfrowych wśród ludności, co jest m.in. efektem ubocznym pandemii.

Ile nas jest?

Demografki liczą na to, że ze spisu dowiedzą się więcej o zmianach struktur rodzin i gospodarstw domowych. Liczą też na weryfikację szacunków, ile Polaków przebywa za granicą ponad 3 miesiące i jakie są ich struktury demograficzne. „Z szacunków GUS dotyczących struktury wieku tych Polaków na koniec 2018 r. wynika, że wśród kobiet nadreprezentowana, w stosunku do kraju jest grupa osób w wieku 25-39 lat, a więc także kobiet o największym wkładzie w poziom dzietności. Brak tych kobiet uszczupla nasz potencjał reprodukcyjny. One mogłyby tu być i mieć tu dzieci” – komentuje prof. Kotowska.

Choć mówi się, że liczba mieszkańców Polski wynosi ok. 38 mln osób, to z szacunków prof. Gołaty dotyczących ludności rezydującej przeprowadzonych na podstawie poprzedniego spisu wynika, że w kraju mieszka zdecydowanie mniej osób. „W moich szacunkach zabrakło ponad miliona osób w wieku 20-34 lata, a więc w wieku największej aktywności zawodowej, matrymonialnej i prokreacyjnej. Ponad 50 proc. z nich to kobiety” – mówi badaczka. Demografki dodają, że aktualna ocena tego ubytku może być dokonana na podstawie ponownej inwentaryzacji zasobów ludnościowych.

Po co ten spis?

Dane spisowe o liczbie ludności i jej strukturach są podstawą do opracowania bilansów ludności w latach między spisami, czyli szacunku stanu liczebnego ludności Polski i jej struktury na koniec czerwca i koniec grudnia każdego roku. A te wielkości wraz z liczbą rodzin i gospodarstw domowych są potrzebne do wyznaczania wskaźników demograficznych i wielu innych wskaźników ekonomiczno-społecznych.

Z danych o ludności i rodzinach oraz gospodarstwach domowych korzystają badacze, ale przede wszystkim władze administracyjne szczebla centralnego, regionalnego i lokalnego podczas podejmowania decyzji i projektowania planów rozwojowych. I tak np. na podstawie danych o ludności wyliczane są np. państwowe dotacje dla poszczególnych gmin, powstają budżety jednostek samorządu terytorialnego, przygotowywane są analizy dotyczące stabilności finansowej kraju. Kształtowana jest też polityka w zakresie oświaty, zagospodarowania przestrzennego, ochrony zdrowia, żywności, mieszkalnictwa. Z danych tych korzystają też przedsiębiorstwa i inwestorzy zagraniczni analizując rynek dla swoich usług.

Polska korzysta z dotacji unijnych, które przyznawane są m.in. na podstawie wielkość kraju i liczebność jego mieszkańców. Również liczba miejsc w Parlamencie Europejskim związana jest z wielkością populacji krajów członkowskich.

lt/ zan/

PAP – Nauka w Polsce, Ludwika Tomala


Lifestyle

„Tylko dzieci, które nie boją się, że zostaną ocenione, nie wstydzą się błędu”. Drużyna pani Wiesi, czyli żywy dowód na to, że się da

Redakcja
Redakcja
30 sierpnia 2021
fot SDI Productions/iStock

W pierwszej klasie planują każdy dzień, później W 1992 roku Wiesia ze zdziwieniem słuchała nauczycielek opowiadających o buźkach i kropeczkach zamiast ocen.

Od początku się upierała, że nie ma ich być pod żadną postacią. Poznała profesor psychologii Annę Brzezińską, która zaprosiła ją do współpracy w ramach międzynarodowego projektu „Tempus Redesign”. Była jedyną nauczycielką ze zwykłej podstawówki, wyjeżdżała na dwa tygodnie na wizyty studyjne do Utrechtu. Przeżyła objawienie.

– U nas jak w poniedziałek dzieci w Środzie Wielkopolskiej poznawały literkę „A”, było bardzo prawdopodobne, że robią to też dzieci w innych miastach Polski. W Holandii zobaczyłam, że można pracować inaczej. Zaczęłam eksperymentować, zrozumiałam, że podstawą mojej pracy jest refleksja, i dzięki temu dotarłam do miejsca, w którym jestem – opowiada Wiesia. Literki u pierwszaków wprowadza według potrzeb – gdy akurat wybierają się na wycieczkę na lotnisko, to jest „S”. Tradycją stało się już, że na urodziny dziecka wszyscy poznają literkę, od której zaczyna się jego imię.

Na początku Wiesia obawiała się, że bez ocen uczniowie stracą motywację. Stworzyła więc tablicę, na której po całym dniu dzieci same wystawiały sobie oceny, przylepiając kółeczka. Na pierwszym zebraniu rodzice wpatrywali się w tę tablicę jak sroki w gnat i liczyli kropki, porównywali, kto ma więcej, i pytali dlaczego. Na drugi dzień z hukiem ją zlikwidowała. Później wymyśliła sprawności na wzór zuchów w harcerstwie – dzieci wklejały w zeszytach obrazki na znak, że osiągnęły jakiś poziom. Bardzo szybko okazało się, że to działa tak samo jak ocena – dzieci pracowały, by zdobyć sprawność, a nie dlatego, że coś je ciekawiło.

W kolejnym roku nie postawiła już nic: żadnego słoneczka, chmurki, literki ani sprawności. Tylko informacje zwrotne. Tego, jak ich udzielać, również musiała się nauczyć – najpierw metodą prób i błędów, a później przy wsparciu Centrum Edukacji Obywatelskiej,
największej organizacji pozarządowej zajmującej się zmianami w szkołach publicznych. W 1999 roku do szkół wprowadzono ocenianie kształtujące, oparte między innymi na ocenach opisowych. Wiesia była przekonana, że nauczyciele przerzucą się
na nie jak ona, aby tylko zrezygnować z cyferek.

– Wystawianie ocen to moje najgorsze przeżycie w pierwszych latach pracy. Czułam się jak bezduszna maszyna. Przecież znałam otoczkę, znałam to dziecko. Wiedziałam na przykład, że ma jakąś trudność i robi wszystko, co może, a jednak nie doskakuje do poprzeczki na lepszą ocenę. Jaka to była ulga nie musieć już tego robić! – wspomina.

Zaczęła pisać listy do dzieci. W pierwszej klasie czytają im je rodzice, w kolejnych uczniowie robią to już sami. Wiesia siada przy stole w kuchni z widokiem na szkolne boisko i pisze wychowankom o tym, co już wiedzą, pokazuje, jakie postępy poczynili przez cały rok.

– Jeśli dzieci są oceniane, boją się popełniać błędy, raczej się do nich nie przyznają, ściągną albo znajdą jeszcze inne rozwiązanie. Tylko dzieci, które nie boją się, że zostaną ocenione, nie wstydzą się błędu – mówi.

Czasem Wiesia przekazuje to zadanie dzieciom, by same oceniły, czy coś już potrafią. Wspólnie określają, jakie będą tak zwane kryteria sukcesu. Na przykład celem jest: „Poznam literę «K»”, a kryterium sukcesu: „Potrafię rozpoznać literę «K» w wyrazach, umiem ją napisać i potrafię połączyć z innymi literami”. Inny cel: „Przygotowanie do klasowej wyprawy badawczej”, a kryterium sukcesu: „Wiem, co trzeba zabrać, w jakim kierunku iść, jak się ubrać i znam zasady bezpieczeństwa”. Zapisują to wszystko na tablicy. Kiedy dzieci uznają cel za osiągnięty, same podchodzą do tablicy i się pod nim podpisują. W ten sposób Wiesia pokazuje, że ma do nich zaufanie. Zazwyczaj dzieci starają się go nie nadszarpnąć.

– Oczywiście nie każdy pracuje na sto procent. Jeśli widzę, że jakichś podpisów długo brak, staram się dojść, dlaczego tak jest. Czasem sam widok zadania sprawia, że dziecko myśli, że to za trudne. Moja w tym głowa, by mu pokazać, że nie. Nigdy do niczego nie zmuszam.

Kiedy Wiesia już na dobre pozbyła się ocen, zrezygnowała z ćwiczeń. Wkrótce taki sam los spotkał podręczniki. Od lat pracuje według własnego, autorskiego programu. Dzieci mają swobodę, by pewne zadania realizować zgodnie rozkładają zadania na tydzień.

– Wiedzą, że na koniec będziemy podsumowywać, kto co zrobił, a czego nie zrobił i dlaczego coś się nie udało. Ale jeśli kilka razy się nie wyrobią, to uczą się, jak zorganizować swój czas. Mogą sobie na to pozwolić, bo jeśli się nie uda, nie spotka ich żadna nieprzyjemność – tłumaczy Wiesia.

Kilka lat temu ze zdziwieniem odnalazła się w pojęciu „nauczyciel konstruktywista”.– Organizuję dzieciom środowisko do uczenia się. Staram się być na uboczu, nie narzucam się dzieciom z pomocą. Moja rola polega na tym, by je zaciekawić. Bo są rzeczy, które naturalnie niosą dzieci, i takie, które, no, po prostu trzeba zrobić. I ja mam bank pomysłów, jak je wpleść, by pociągnąć uczniów za sobą. Podpatruję, co ich interesuje i na bazie tego proponuję projekt: o człowieku, atomie, bakteriach, kosmosie. Dzieci mówią, co im się z tym kojarzy, co chciałyby zrobić, a moją rolą jest przemycić w tym konieczną teoretyczną wiedzę. I to wcale nie jest takie trudne.

Lecimy w kosmos, to jakie czynności musimy wykonać? I już dzieci szukają wyrazów. A jak je znajdą, to mówię im, że te wyrazy nazywają się czasowniki. I później to ćwiczymy wiele razy, na różne sposoby. Te dzieci będą się uczyły przez całe życie. Nie wiadomo, ile razy będą musiały zmieniać zawód. Muszą wiedzieć, że uczenie się to coś przyjemnego, a nie przykry obowiązek.


Czujesz, że tradycyjny model szkoły nie wspiera dzieci w rozwoju tak, jak mógłby i powinien? Twoje dziecko ma dość nadmiaru sprawdzianów i prac domowych, a ty – roli jego nadzorcy? W poszukiwaniu szkół, do których chce się chodzić, Maria Hawranek, reporterka i mama, przejechała całą Polskę. W Warszawie, Gdańsku, Bielsku-Białej, Radowie Małym czy Słupi Wielkiej znalazła inspirujące miejsca i ludzi, którzy zarażają entuzjazmem i wcielają w życie inne pomysły na edukację. Sięgają do metod Marii Montessori czy Celestyna Freineta, rezygnują z ocen, prowadzą lekcje w przyrodzie i mają czas, by dbać o relacje. Wszystko po to, by uczniowie mieli szczęśliwe dzieciństwo, ale też odnaleźli się w dorosłym życiu. 

Oto pierwszy przewodnik, który pokazuje, jak w praktyce wyglądają przyjazne szkoły – prywatne, domowe i publiczne. W całej Polsce, dla każdego dziecka.

 

 

 


Zobacz także

9 bardzo złych sposobów na smutki

„Jak zamierzasz zadbać o swoje zdrowie w nowym roku” – zapraszamy do konkursu

Ostatnie chwile szczęścia. Każdy ma prawo do dobrego umierania