Lifestyle

Katarzyna Miller: „Jeśli ofiara wie, że nie ponosi winy za sytuację, najprawdopodobniej uda się jej zwyciężyć”

Redakcja
Redakcja
23 listopada 2020
 

W książce Mam faceta i mam… problem znana i ceniona psycholożka i terapeutka Katarzyna Miller oraz coach Suzna Giżyńska mierzą się z problemami kobiet najczęściej pojawiającymi się w relacjach. A wszystko to w oparciu o prawdziwe opowieści pacjentek. Jedną z nim jest historia Weroniki, która została wykorzystana seksualnie, co skutkuje nieustannie w jej dorosłym życiu…

*

Musisz mnie pragnąć

Weronika (48 lat)

Jestem kobietą, która miała trudne dzieciństwo i bardzo dysfunkcyjną rodzinę. Byłam molestowana przez ojca i nieakceptowana przez matkę. Nie pamiętam okresu, gdy moi rodzice byli razem szczęśliwi. Ojciec nas zostawił i wyjechał do Australii, gdy byłam jeszcze małym dzieckiem. Pierwszy raz spotkałam się z nim, mając czternaście lat. Żywiłam wtedy duże nadzieje na poprawę swojego życia. Poleciałam do niego, by uciec od chłodnej i niedostępnej mamy oraz wujka alkoholika. Pragnęłam, by tata wyrwał mnie ze świata, w którym nie czułam się kochana, a doznałam tylko bólu i przykrości.

W Australii doświadczyłam molestowania seksualnego. Skrzywdzona i zrezygnowana, wróciłam do Polski. Nie miałam poczucia stabilizacji, bezpieczeństwa, bliskości, przyjaźni ani wsparcia, ale nawet nie tego pragnęłam. Pamiętam, że od zawsze pragnęłam być chciana. Tylko tyle.

Niestety to poczucie towarzyszyło mi przez większość dorosłego życia. Chciałam, by ktoś mnie pragnął, i nie zwracałam uwagi na nic innego. Jeśli tego nie otrzymywałam, przeżywałam tortury. W związkach z mężczyznami oczekiwałam, by mnie pożądali. Tylko to dawało mi prawdziwą satysfakcję. Potrafiłam czerpać od mężczyzn energię, jeśli widziałam, że mnie akceptują i pragną mojego ciała. To dawało mi szczęście i spełnienie. Pamiętam mężczyznę, z którym byłam szczęśliwa jako młoda kobieta, dlatego że ciągle mnie podziwiał i wielbił. Potrafił cudownie mówić o moim ciele, namiętności i zachwycał się mną. Dużo później odkryłam, że miał również cechy psychopatyczne i skłonności do manipulacji.

Torturowałam się psychicznie, gdy odkrywałam, że dla mojego wybranego mężczyzny może istnieć również inna kobieta. Porównywałam się z nią i chciałam być lepsza, mieć lepsze ciało i być lepszą kochanką. Nie mogłam znieść świadomości, że zostanę odtrącona z powodu kogoś innego. Jeśli się tak działo, potrzebowałam następnego mężczyzny, by dojść do siebie i znów poczuć się pewnie.

Nowy mężczyzna przynosił nowe pożywienie, którego pragnęłam. Liczyła się dla mnie tylko akceptacja seksualna i tylko to pozwalało mi się odrodzić po poprzedniej porażce. Gdy ją otrzymywałam, był to również jedyny moment, w którym przestawałam niszczyć się fizycznie.

Odkąd wróciłam z Australii od ojca, zaczęłam inaczej postrzegać swoje ciało. Nosiłam krótkie włosy i dbałam o muskulaturę. Robiłam ekstremalne treningi, które powodowały maksymalne wycieńczenie organizmu. Nadużywałam również alkoholu i nieustannie wystawiałam swoje ciało na próby. Cięłam się. Nie było we mnie spokoju, a organizm musiał wiele znosić. W momencie, kiedy pojawiał się zainteresowany mną mężczyzna, te problemy znikały. Jeśli facet mówił mi, że jestem śliczna, robiłam się taka. Gdy komplementował moje włosy, czułam, jakbym miała najpiękniejsze włosy świata, i pozwalałam im rosnąć. Jeśli mężczyzna jednak odchodził, razem z nim opuszczały mnie piękne włosy i śliczna buzia. Wszystko opadało i zostawała pustka. Znów byłam dla siebie niedobra.

Teraz wiem, że powroty do pustki były dla mnie również ukojeniem. Nienawidziłam ich, a jednak mogłam wtedy odetchnąć. Wychodzenie z problemów, które hodowałam w sobie od dziecka, trwało kilkanaście lat. Było mozolne, trudne i bardzo wyczerpujące.

***

Katarzyna: Molestowanie w dzieciństwie. Lekarze, dziennikarze, rodzice, wszyscy pytają o to, czym skutkuje molestowanie dziecka i jak to doświadczenie przekłada się na dorosłe życie. Skutkuje to właśnie tym, o czym opowiada Weronika.

Ona była nieważna jako dziecko-osoba, dlatego w dorosłości uczyniła ważnym tylko swoje ciało, bo tylko ono było przez ojca użyte, wzięte, nic innego. Więc i dla niej ono było najważniejsze, jakby było NIĄ, bo spodziewała się, że jeśli będzie coś znaczyć dla innych, to na pewno tylko tego będą od niej oczekiwać. Natomiast jeśli nie będą chcieli jej ciała, ona przestanie istnieć. To tragiczna opowieść.

Suzan: Weronika nauczyła się, że ciałem wpływa na innych. Dzięki niemu istnieje, dzięki niemu coś znaczy. Ma coś, co może ofiarować i dzięki czemu może coś dostać. Nie dostaje za siebie, tylko za swoje ciało, które jest używane i traktowane jako obiekt seksualny.

Katarzyna: Ona nauczyła się używać siebie. Ta historia przypomina mi Wiolettę, która zrozumiała, że odgrywała pewną rolę. Podobało ci się, że Wiolka nie potrzebowała lat terapii i sama doszła do właściwych wniosków. Tutaj nie było na to szans. Terapia była nieunikniona, bo oprawca Weroniki zadbał o to.

Dziecko, które się tnie, jest spragnione uwagi, nie ma poczucia miejsca w świecie. Nigdzie nie przynależy. Weronika została uznana wyłącznie jako ciało i to bez prawa decydowania, sprzeciwu, własnych potrzeb.

Suzan: Wynikiem molestowania jest albo utożsamienie się z własną płcią, albo jej totalne zaprzeczenie.

Katarzyna: W tym wypadku mamy utożsamienie.

Suzan: Podobnie jak u Marilyn Monroe.

Katarzyna: Są dziewczyny, które w wyniku molestowania kompletnie się wycofują, boją się bliskości i dotyku, a są takie, które tego łakną, bo widzą w tym wartość. W tym pierwszym przypadku zazwyczaj molestowaniu towarzyszy lęk i wielki strach. Ale jeśli dziewczyna otrzymuje jakiś rodzaj satysfakcji, przyjemność z ciała, które przeżywa dotyk, pragnie już tylko tego dotyku.

Pamiętajmy, że dziecko nie pomyśli: „On jest chory i mnie krzywdzi”, tylko: „Zostaję zauważona jedynie wtedy, gdy on chce mnie mieć”. Ojciec molestował Weronikę, krzywdził ją, ale też jej pożądał. Ona wiedziała, że jej pragnie. Zakodowała to sobie. Każdy jej kochanek sprawiał, że skupiała się na wywoływaniu pożądania.

Suzan: Ona w końcu zdała sobie sprawę, że sama traktuje się przedmiotowo. Dotarła do niej własna tragedia. Nie była dla siebie człowiekiem, a jedynie obiektem.
Molestowanie uczy dziecko używania własnego ciała, traktowania go jak rzeczy, ale nie tylko w seksie. U Weroniki to się ujawniało na siłowni, w postaci ekstremalnego treningu.

Katarzyna: Te treningi były potrzebne po to, by Weronika przestała czuć głód. Chciała być tak zmęczona i obolała, by nie czuć pustki. To było dla niej najgorsze, dlatego za wszelką cenę chciała zagłuszyć umysł.

Suzan: Każdy nowy kochanek również to zagłuszał.

Katarzyna: Dlaczego molestowanie jest dla dziecka tak rujnujące? Nie przypadkiem zdarza się tak, że ofiarą molestowania są dzieci, którym w domu jest źle. Te, które mają dobre rodziny, fajne domy, są przede wszystkim uczone, jak się bronić, i wiedzą, że mogą liczyć na pomoc. Mogą się poskarżyć, wiedzą, że ktoś je ochroni. Nawet jeśli dochodzi do molestowania takich dzieci i przeżywają tę traumę, to zostaną od niej uwolnione. Rodzina udzieli pomocy. Dziecko mające wsparcie w domu zostanie uleczone. Ono jest ważne dla rodziców, jest kochane i akceptowane. Jest wartością samą w sobie. Dodatkowo ono wie, że ma prawo się bronić. Może uciekać, może głośno krzyczeć, może płakać, a później jeszcze wypłacze się tatusiowi.

Suzan: Tutaj akurat tatuś był oprawcą.

Katarzyna: To jest absolutnie toksyczna rodzina. Zupełne przeciwieństwo tego, o czym teraz mówiłam. Weronika nie miała szans na pomoc. Byłoby inaczej, gdyby jej matka była zdrowa.
Zdarza się, że matki wiedzą o molestowaniu i nic nie robią, zamiast powiedzieć do ojca dziecka: „Jesteś potworem i nie ujdzie ci to na sucho. Trafisz do więzienia i już nigdy nie zobaczysz córki”, a później wyjechać z dzieckiem. Wówczas córka wiedziałaby, że oprawca już jej nie skrzywdzi, że nie jest winna i nie ponosi odpowiedzialności za to, co ją spotkało.
Suzan: To bardzo rzadkie sytuacje.

Katarzyna: Niestety. Mówię jednak o dobrym rozwiązaniu.

Suzan: Prawda jest taka, że większość pedofili to bliscy, krewni lub znajomi. Niestety…

Katarzyna: Wyjaśnię, jak to wszystko się odbywa. Weronika otrzymała tylko pustkę. Nie dano jej uwagi, nie spędzano z nią czasu, nie rozumiano jej, nie cieszono się nią itd., dlatego ona całe życie była głodna. Czuła pustkę. Brakowało jej tego, co powinno otrzymać każde dziecko, ale ona nie wiedziała, co to jest.
Do takiej wybrakowanej dziewczynki przyszedł oprawca, który się nią zainteresował. Paradoksalnie, jeśli oprawca potrafi powiedzieć coś miłego, ma ciepłe ręce, delikatnie dotyka, czasami pyta, jak dziecko się czuje, to ono ma poczucie, że wreszcie coś dostaje. Wprawdzie od kogoś, kto mu zagraża, robi rzeczy dziwne, okropne, nieznane, ale zajmuje się nim. Zresztą taki pedofil sam wierzy w to, że coś dziecku daje. Chce w ten sposób zagłuszyć swoje wyrzuty sumienia.

Dziecko mu wierzy i poddaje się. Ono nie czuło przyjemności, a czuje, nie dostawało zainteresowania, a dostaje, nie słyszało dobrych słów, a słyszy. To zainteresowanie przekłada się na całe życie. Tak się stało w przypadku Weroniki.

Tatuś nareszcie zwrócił uwagę na córeczkę. Może nawet mówił jej, że kocha? Może mówił: „Jesteś moją kobietką” albo: „Nie chcę mamusi, a ciebie chcę”? A może ona tak to odbierała? Może czuła, że jest ważniejsza od innych kobiet?

To jest szalenie ważny motyw. Dziewczynka na tym mogła budować swoją wartość. Tatuś jej pokazał, że jest lepsza od innych, które przecież w jej oczach mogły być cudowne. Mimo to ojciec chciał tylko jej. Ten motyw mogła przenieść na innych mężczyzn. Dla niej seks i pożądanie są dowodem na ważność.

Suzan: Myślę, Kasiu, że warto teraz wyjaśnić, skąd w książce „Mam faceta i mam… problem” wziął się ten rozdział. Cała książka jest o relacjach dorosłych kobiet z dorosłymi mężczyznami, ale postanowiłyśmy wprowadzić ten rozdział, dlatego że jeśli jesteś dzieckiem przemocy, to wszystko u ciebie będzie wyglądać inaczej. Twój problem może nie dotyczyć świata zewnętrznego i stale zmieniających się partnerów, ale samej ciebie. Jeśli ktoś w dzieciństwie doświadczył przemocy, będzie mu bardzo trudno zbudować zdrową, głęboką relację z mężczyzną.

Katarzyna: Przemoc, o której mówimy, może być psychiczna, fizyczna, dotyczyć braku zaspokojenia podstawowych potrzeb. Kobieta taka jak Weronika, która nieustannie zmienia kochanków, może być uznana za nimfomankę. Trzeba się jednak zastanowić, dlaczego ona się nią stała. Otóż dlatego, że doznała w życiu krzywdy. To działanie dorosłego człowieka, który miał być jej opiekunem, a ją zawłaszczył, wykorzystał, oszukał, skierowało ją na tę drogę. Takie dziecko nie może wybrać, est naznaczone przez oprawcę i przez to, że nie ma się do kogo odwołać. Na tym polega jego tragedia.

Suzan: Tak, najgorsze jest to, że Weronika nie miała się do kogo zgłosić po pomoc, co więcej, nie czuła nawet, że może o nią prosić.

Katarzyna: Jeśli trauma jest z kimś przegadana, przepłakana, opowiedziana, wielokrotnie przeżyta i przeanalizowana, można będzie z niej wyjść. Jeśli ofiara wie, że nie ponosi winy za sytuację, ma wsparcie, ma się komu zwierzyć, ktoś z nią płacze i jej pomaga, najprawdopodobniej wyjdzie z tego, co ją spotkało. Uda się jej zwyciężyć. Oczywiście tragedia zostanie w pamięci, ale nie będzie źródłem destrukcji. A u Weroniki mamy bardzo żywe, ciągłe źródło destrukcji. Ona bez przerwy powtarza tę samą sytuację. Jedyną, w której była wyjątkowa.


Lifestyle

„Jeśli ktoś łączy wygląd z tym, jakim jest się człowiekiem, to ma poważny problem z otwartością i tolerancją”

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
23 listopada 2020
 

– Jestem bardzo uległy jeśli chodzi o moją rodzinę. Kiedy dzieciaki spojrzą na mnie tymi swoimi ślicznymi, maślanymi oczkami to wymiękam i zgadzam się na wszystko – wyznaje Jakub Urbaniak wielu znany jako Podziarany Tata, z którym rozmawiałam między innymi o tym, czy wydziarany mężczyzna może być dobrym rodzicem.

Klaudia Kierzkowska: Niestety tatuaże wciąż budzą wiele kontrowersji – jedni je kochają, inni ich nienawidzą. Czy wydziarany mężczyzna może być dobrym rodzicem?

Jakub Urbaniak: Jeśli ktoś łączy wygląd czy wizerunek z tym, jakim jest się człowiekiem, czy też z tym jakim ktoś może być rodzicem, to moim zdaniem oznacza to tylko jedno – ma poważny problem z otwartością i tolerancją. Tatuaże nie muszą się każdemu podobać, każdy z nas ma inny gust i inne upodobania, co oczywiście szanuję. Jednak fakt, że komuś coś się nie podoba, nie daje mu prawa do krytycznego oceniania drugiej osoby. Do szufladkowania, obrażania i przekonywania do własnych upodobań.

Tatuaże są indywidualną sprawą i oprócz wyglądu nie maja wpływu na nic innego – a przynajmniej nie powinny mieć. Niestety w naszej społeczności wciąż tatuaże postrzegane są jako coś „negatywnego”, coś „innego”. Stanowią pewnego rodzaju przeszkodę przykładowo na etapie szukania pracy.

Jest pan ojcem dwójki dzieci – 7 – letniej Niny i 3 -letniego Bruna. Kiedy żona kończyła studia, pan zajmował się córeczką. Czy dla młodego mężczyzny opieka nad małym dzieckiem była niemalże jak wejście na Mont Everest? 

Nie było tak źle. (śmiech) Instynkt rodzicielski obudził się we mnie już w liceum, kiedy to moja siostra urodziła swojego syna. Uwielbiałem się nim zajmować, spędzać z nim czas. Muszę przyznać, że zostanie wujkiem wiele mnie nauczyło, w pewnym sensie byłem już trochę lepiej przygotowany na własne dziecko.

Oczywiście połączenie mojej świeżo otwartej firmy i dwóch kierunków studiów żony, nie było dla nas łatwe. Jednak nie postrzegaliśmy tego czasu jako trudnego etapu naszego życia. Każdego dnia cieszyliśmy się, że zostaliśmy rodzicami, uzupełnialiśmy się, dzieliliśmy obowiązkami. Wspólnie daliśmy radę i wszystko ogarnęliśmy! Nie zapominajmy, że byliśmy wtedy jeszcze młodzi i mieliśmy siły na wszystko – mogliśmy góry przenosić.

Kiedy Nina skończyła 4 lata, pana żona zaszła w ciążę. Może podzielić się pan „złotymi radami” jak przygotować dziecko do pojawienia się rodzeństwa na świecie?

Na pewno trzeba przygotować rodzeństwo na takie wydarzenie, na taką rewolucję, która będzie miała miejsce w jego życiu. Nie można przeczekać, przemilczeć z nadzieją, że „jakoś tam będzie”. Oczywiście sposób przygotowania należy dopasować do wieku dziecka. My czytaliśmy córeczce książeczki o rodzeństwie. Dużo rozmawialiśmy, tłumaczyliśmy, odpowiadaliśmy na wszystkie pytania. Ninka uczestniczyła również w przygotowaniach i na bieżąco śledziła wszystko, co dzieje się u mamy w brzuszku. Rozmawiała z brzuszkiem, dotykała. Już wtedy tworzyła się więź z bratem. Chodzi o to, żeby noworodek nie był rywalem, a przyjacielem i żeby poświęcać każdemu dziecku odpowiednio dużo uwagi. Angażowaliśmy Ninkę zarówno przed porodem jak i po pojawieniu się synka na świecie. Już od samego początku pomagała nam w kąpielach, podawała krem czy pampersa – co sprawiało jej dużą radość.

Co najcenniejszego Podziarany Tata daje swoim dzieciom?

Czas i siebie! Nie ma nic cenniejszego. Mam olbrzymie szczęście, że mogę łączyć pracę z rodziną. To daje bardzo dużo jeśli chodzi o nasze relacje rodzinne.

Dobry i zły policjant. Z którym z nich bardziej się pan utożsamia?

Z pewnością ten dobry! (śmiech). Przecież nie może być inaczej! Jestem bardzo uległy jeśli chodzi o moją rodzinę. Kiedy dzieciaki spojrzą na mnie tymi swoimi ślicznymi, maślanymi oczkami to wymiękam i zgadzam się na wszystko. No prawie wszystko – ale tak, to ja najczęściej jestem tym dobrym policjantem.

Czy stereotyp, że „dziecko potrzebuje przede wszystkim miłości, a reszta sama pójdzie” jest pana zdaniem słuszny?

Myślę, że w dużej mierze tak. Miłość nie bierze się znikąd. To czas i relacja. Jeśli tego nie ma, ciężko mówić o silnej więzi. Miłość to coś co spadło na mnie z nieba po narodzinach pierwszego dziecka – naszej córeczki Ninki. W pełni wtedy poświęciłem się tej miłości i oddałem się w 100%. To niesamowite. Jeśli jest miłość, to kwestie przykładowo finansowe nie grają większej roli. Z miłością naprawdę wszystko „jakoś” idzie. Kiedy mamy siebie, mamy rodzinę, to jesteśmy najsilniejsi i przetrwamy wszystko. Takie jest moje zdanie. Rodzina daje nam nadprzyrodzoną moc!

W dzisiejszych czasach często zapominamy o tym co ważne, poświęcamy się karierze i przestajemy dostrzegać te małe rzeczy. Myślimy, że jeśli zasypiemy dzieci zabawkami to będą szczęśliwe – kupujemy kolejną lalkę, kolejny samochód. Jednak tak nie jest. Dzieci najbardziej cieszą się z nas – z czasu, który z nami spędzą, z zabawy, rozmowy. To jest najcenniejsze i to najbardziej procentuje w relacjach.

Co dało panu rodzicielstwo? Jak zmieniło pana życie, a może nie zaobserwował pan u siebie większych zmian?

Rodzicielstwo zmieniło mnie o 180°! Dosłownie! Wcześniej grałem w kapelach, koncertowałem i żyłem naprawdę lekko. Nie skłamię jeśli powiem, że żyłem chwilą, z dnia nadzień. Jednak kiedy zostałem ojcem zmieniło się wszystko – moje podejście do życia, wychowania, mój cały światopogląd. Zacząłem się wzruszać, dostrzegać więcej i stałem się z pewnością bardziej empatyczny. No i oczywiście zalało mnie morze nieskończonej, bezwarunkowej i niczym nieograniczonej miłości.
Podziarany Tata, jak sama nazwa wskazuje, musi być podziarany – pana ciało zdobi wiele tatuaży. Pamięta pan emocje, które pojawiły się podczas robienia pierwszego z nich?

Tak! To było niesamowite, bo czekałem na ten moment od kilku lat! Na pierwszy tatuaż umówiłem się kilka dni po 18 urodzinach. Już jako nastolatek słuchałem kalifornijskiego punk’a (Blink 182, Good Charlotte itp.) i mega podobały mi się te stylówki muzyków – wtedy zakochałem się w tatuażach i mówiłem sobie, że ja też będę taki wydziarany!

Moim idolem był wtedy Travis Barker z Blink 182. To były moje marzenia, które zacząłem urzeczywistniać po wejściu w pełnoletność. Emocje były niesamowite bo wiedziałem, że rodzice nie są za tatuażami – nawet ich nie informowałem o wizycie w studiu tatuażu. Był koniec września, a ja zrobiłem sobie pierwszy tatuaż na przedramieniu. Chcąc nie chcąc, pomimo słonecznej pogody chodziłem w domu w bluzie żeby rodzice nie zobaczyli. (śmiech) Po pewnym czasie przyznałem się do wszystkiego. Na początku nie było łatwo, pojawiły się spięcia, ale od zawsze w życiu szedłem swoją własną ścieżką. Rodzice zdawali sobie z tego sprawę i wiedzieli, że na moje wybory nie mają zbyt dużego wpływu.

Zaczęło się od pierwszego tatuażu, który zrobiłem będąc w liceum. A potem poszło już szybko – w tym samym roku miałem już kilka dziar na całej ręce. To był dość niecodzienny widok na licealnych korytarzach w tamtych czasach – 12 lat temu.

Wyobraźmy sobie, że za kilkanaście lat pana dzieci oznajmią, że chcą wykonać tatuaż. Co wtedy?

Nie będę hipokrytą. Oczywiście zgodzę się jeśli tylko skończą te 18 lat i będą w pełni odpowiedzialne za swoje życie i swoje decyzje. Na pewno nie zostawię ich samych – chętnie pomogę w wyborze tatuatora, studia, wzoru i metod pielęgnacji.

Najgorzej jest robić z czegoś temat tabu. Wtedy jeszcze bardziej nakręcamy temat i coś co jest zakazane, jeszcze bardziej kusi. Wiem coś o tym. Dlatego lepiej o wszystkim ze sobą rozmawiać, tłumaczyć i wspierać, niż wyzywać i straszyć. To dotyczy wielu dziedzin życia…


Lifestyle

Katarzyna Miller: „Facet nie może być dla nas rozwiązaniem życia. Facet nie jest ratunkiem!”

Redakcja
Redakcja
23 listopada 2020
Mat. prasowe

W książce „Mam faceta i mam… problem znana” ceniona psycholożka i terapeutka Katarzyna Miller oraz coach Suzna Giżyńska mierzą się z problemami kobiet najczęściej pojawiającymi się w relacjach. A wszystko to w oparciu o prawdziwe opowieści pacjentek. Poniżej fragment książki o oszustach, na których niestety od czasu do czasu trafiamy…

*
Trafił mi się oszust

Kornelia (45) i Adam (32 lata)

Zaczęliśmy pisać ze sobą w Internecie. On był bardzo naturalny i szczery. Mówił o sobie otwarcie, przyznawał się do wielu wad. Przy nim pierwszy raz w życiu stałam się prawdziwa. (…) Zaproponowałam spotkanie, żeby sprawdzić, czy ta wersja jest rzeczywista. Zaskoczył mnie, bo na pierwszej randce powiedział, że jest rozwodnikiem i ma dzieci. (…) Wyznał, że był w związku ze starszą kobietą, która zniszczyła mu życie. Było dla mnie jasne, że wolnych facetów w tym wieku jest niewielu, a jeszcze mniej sensownych, więc powiedziałam, że mi to nie przeszkadza, i doceniłam jego szczerość.

Spotykaliśmy się przez parę miesięcy, było coraz fajniej, odetchnęłam z ulgą, że moje życie w końcu powoli się układa. Zamieszkaliśmy razem. Przez jakiś czas wszystko było dobrze, ale stopniowo zaczęłam zauważać, że dzieje się coś dziwnego.

Czułam się niepewna, zmęczona, nie wiedziałam, co się stało z naszą relacją. Jednego dnia mój facet był spokojny i serdeczny, a drugiego znikał, nie mówiąc, dokąd idzie. Trzeciego dnia był na mnie zły, a później przepraszał. Coraz częściej było między nami nerwowo. Zastanawiałam się, co takiego robię, że on jest ze mnie niezadowolony. Wreszcie zmusiłam go do szczerej rozmowy, w której przyznał, że na początku byłam inna, milsza, bardziej zadbana, chudsza, atrakcyjniejsza. Popłakałam się i postanowiłam wziąć się w garść.

Pewnego dnia, gdy wracałam z siłowni, zobaczyłam przez okno kawiarni mojego faceta. Siedział z młodą kobietą, trzymał ją za rękę i patrzyli sobie w oczy. (…) Cała sztywna ze stresu weszłam do środka. Stanęłam przy ich stoliku. Ta kobieta popatrzyła na mnie i zwróciła się do niego: „Ona rzeczywiście cię śledzi”. Zignorowałam jej słowa i powiedziałam mu, żeby zabrał z mojego domu wszystkie rzeczy. Serce mi się kroiło, ale byłam z siebie dumna, że zdobyłam się na taką odwagę.

Adam nic nie odpowiedział, a ja pobiegłam do domu z płaczem. Po chwili on też wrócił i zaczął krzyczeć. Uderzył mnie i oznajmił, że nigdzie się nie wybiera i że tak łatwo się go nie pozbędę. Najpierw się przeraziłam, ale później zrozumiałam, że nie zgadzam się na takie traktowanie. Przeniosłam się do hotelu. Poprosiłam kolegów, żeby go trochę postraszyli i wyprowadzili z domu. Poskutkowało. Skontaktowałam się też z żoną Adama i dowiedziałam się o nim kilku rzeczy. Okazało się, że kłamał na jej temat. To ona go zostawiła, bo był okrutny dla niej i dla dzieci.
Było mi żal, że ten związek nie wypalił, ale cieszyłam się, że zobaczyłam Adama z tą młodą kobietą w kawiarni. Gdyby to się stało kilka lat później, byłoby znacznie gorzej.

Ksiądz mnie oszukał

Zofia (37 lat) i Krzysztof (51 lat)

Kiedy go poznałam, wiedziałam, że jest księdzem. Był wysoki, piękny, wręcz idealny i rozmawiał ze mną tak, jak nikt inny. Potrafił słuchać. (…) Zakochałam się w Krzysztofie nieprzytomnie. Po jakimś czasie powiedziałam mu o tym i usłyszałam, że on również szaleje na moim punkcie.

Po miesiącach jego wewnętrznej walki zaczęliśmy się kochać. Robiłam dla niego rzeczy, których nie robiłam dla nikogo wcześniej. Po kolejnym miesiącu euforii psychicznej i fizycznej oszalałam. Nie mogłam spać ani jeść. On zniknął! Nie wiedziałam, gdzie się podział, nie zostawił mi żadnego adresu ani listu. Zaczęłam brać silne leki, bo popadłam w nerwicę.

Po pół roku zamartwiania się przypadkiem dowiedziałam się, że wyjechał do Niemiec z kobietą, z którą ma dwójkę dzieci i dla której porzucił kapłaństwo. Byłam już prawie wrakiem, bo myślałam, że zrobili z nim coś strasznego za romans ze mną, że coś mu się stało, że wysłali go na drugi koniec świata. Miałam różne myśli, a tu okazało się, że on jest zwykłym oszustem. To mnie uratowało, bo dzięki tej wiadomości doszłam do siebie. Jednak do kościoła już nie chodzę.

***

Katarzyna: Coś, co od razu uderza w wielu historiach opowiadanych przez kobiety, to ta pierwsza euforia, ten początkowy etap fascynacji. Wszystkie kobiety mówią o tym, jak było cudownie…

Suzan: Tak. To jest cudowne i powinno takie być. Trudno, żeby na początku nie było tej magii i poruszenia. To wiosna – taki jest ten etap!

Katarzyna: Jest w tym nadzieja i pewien rodzaj zwolnienia z wyroku… Z wyroku braku miłości…

Suzan: To wszystko jest bardzo ludzkie. Szukamy kogoś do życia, bo z kimś jest raźniej, weselej, lepiej. Można budować związek, wspomnienia, dzielić obowiązki i chwile szczęścia. Tendencja jest zdrowa i naturalna. Nie zawsze jednak od razu znajdujemy właściwego partnera. To mnie chyba najbardziej uderza. Oczekujemy, że już za pierwszym razem się uda, a jeśli nie, nastąpi koniec świata. Zapominamy, że jak każdą upragnioną rzeczą, także miłością możemy się sparzyć. Musimy się dopiero nauczyć, czego naprawdę chcemy, co nam odpowiada. To wszystko „wychodzi w praniu”. Trzeba czasu, żeby poznać mężczyznę. I musimy być otwarte na to, że odkrycie może nam się nie spodobać.
Szukanie mężczyzny wtedy, gdy łakniemy uwagi jak kania dżdżu, jest niebezpieczne. Chcemy go wreszcie znaleźć i być znalezione, ale nie pamiętamy, że należy szukać kogoś wartościowego. Jesteśmy zaślepione.

Katarzyna: No właśnie. Ten wspaniały mężczyzna, którego spotkałam, daje mi poczucie ulgi. Już nie muszę być sama, już nie jestem skazana na swoją rodzinę, która całe życie mnie niszczyła. On mnie chce, docenia i rozumie. Nareszcie spotkałam tego wymarzonego.

Dziewczyna, której rodzice nie byli ani ciepli, ani serdeczni wobec niej, a także wobec siebie nawzajem, marzy o idealnej miłości i wyobraża sobie związek, opierając się na niedużej wiedzy o życiu, zaczerpniętej z własnych marzeń, wyobrażeń, z piosenek, z niepoważnych książek czy filmów…

Suzan: Tak, ale to też jest wpisane w miłość i jest prawdziwe. Kobieta z fajnym facetem jest szczęśliwsza niż sama. Jesteśmy gatunkiem stadnym. Oczywiście przywiązanie do romantyzmu jako podstawy związku to mit.

Katarzyna: Mówię o tym bardzo często, ale warto to powtarzać. Taka dziewczyna ma nadmierne oczekiwania, spotyka kogoś, kto ją zauważa, i natychmiast przepada. Czuje się wyróżniona i zaczyna chwytać się wszystkiego, co wydaje jej się piękne. Widzi rzeczy, które świadczą o idealnym dopasowaniu. Jakby na siłę szuka tych plusów. To pewien rodzaj projekcji. Tak samo jak rzutnik projektuje obraz na ścianie.

Suzan: Jego tak naprawdę nie ma, ale go widzimy. Tak samo nie ma idealnego dopasowania dwojga ludzi – można się dobrać lepiej lub gorzej, ale nigdy idealnie.

Katarzyna: Spragniona kobieta się nakręca: Ach! On czyta te same książki co ja, kupuje kwiaty, kocha rośliny, mówi dobrze o swojej mamie albo ma takie same problemy z mamą jak ja, jest bardzo męski albo wrażliwy! Dobrze się ubiera albo nosi się skromnie…

Suzan: Albo ubiera się sportowo i jest bandziorem, przez co dla kogoś może być bardzo męski…

Katarzyna: No właśnie, w zależności od tego, co nam się podoba, doszukujemy się plusów i je znajdujemy. Gdy kobitka zawiesi na facecie swoje wyobrażenie, strasznie się do tego obrazu przywiązuje. On jest dla niej bardzo cenny, jest wręcz osiągnięciem jej życia. Dla mnie to jest najsmutniejsze. Kobiety, które wiele potrafią, dużo osiągają własną pracą, swoich osiągnięć nie cenią.

Suzan: Nie wszystkie. Są kobiety dumne ze swoich sukcesów, z pracy, ze studiów, z dyplomu, z umiejętności, z urody, z dzieci…

Katarzyna: Mówię jednak o tych, dla których największą wartością jest posiadanie faceta. Nie wykształcenie, nie stanowisko, nie praca, nie kompetencja są wartością. Mogą to wszystko posiadać, ale najważniejsze i tak będzie nieprzytomnie potrzebujące miłości serce.

Suzan: Niestety żaden mężczyzna na świecie nie potrafi, nawet jakby bardzo się starał, zapełnić studni, która jest pusta. To miejsce może być wypełnione jedynie przez rodziców.

Katarzyna: Rozmawiamy w tej książce o problemach ze spotkaniem lub posiadaniem faceta. Męscy bohaterowie tych historii są problematyczni, ale również damy są podatne na iluzję i mało doświadczone. Zresztą jak dziewczyna może być doświadczona, skoro ona w domu miała słuchać, być grzeczna i uprzejma, a wiele rzeczy było zakazanych. Jeśli takiej dziewczynie trafia się problematyczny pan, który wydaje jej się barwny, uroczy i ciepły, ona przepada.

Suzan: Tylko pytanie: czy w tym wszystkim jest nasza wina? Facet jest miły, umie słuchać, daje kwiaty… Czy to dziwne, że nam się podoba?

Katarzyna: Nie jest to dziwne. Nie chodzi o to, by się nie cieszyć, ale o to, by nie wpadać natychmiast jak śliwka w kompot. Facet nie może być dla nas rozwiązaniem życia. Nie można tak podchodzić do tematu. Facet nie jest ratunkiem!

Suzan: Rozumiem, daje nam skrzydła fakt, że ktoś się nami zachwycił. Super, ale to nie oznacza, że mamy od razu się oddać, zawierzyć, całkowicie zaufać. Chodzi też pewnie o to, by zauważać pierwsze sygnały. Być otwartą na to, co się dzieje, i nie zakładać od razu ślubu. Chociaż czasami tak się chce! 😉

Katarzyna: Chodzi o to, by z jednej strony poddawać się rozkosznej chwili, a z drugiej mieć przytomny mózg. Wiem, że to nie jest łatwe, ale można się tego nauczyć. Można mieć w sobie Dziecko, które się cieszy i bawi, ale jednocześnie mieć także Dorosłego, który uważnie patrzy, zastanawia się, analizuje i rozbiera na czynniki pierwsze to, co się dzieje. Dodatkowo trzeba mieć też Rodzica, który mówi: „Fajnie, kochanie, baw się, on rzeczywiście jest sympatyczny, ale nie znasz go jeszcze, więc nie spiesz się, wiesz, jak to bywa z fascynacjami”.

 


Zobacz także

Kobieto, wyjrzyj choć na chwilę poza swoje kołtuny życiowe. Jakaś garstka próbowała zmienić swoje życie, inna garstka je zmieniła

Co musisz wiedzieć, jeśli spotykasz się kimś, kto w przeszłości zdradził

Regulamin konkursu „Poczuj się piękna – jesteś taka”