Lifestyle Związek

Być z kimś, a dzielić z nim życie to dwie różne rzeczy. Bądź dla ukochanej osoby pewnością, że nie znikniesz, gdy będzie cię potrzebować

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 lutego 2021
Fot. iStock/iTref
 

Znacie to uczucie, kiedy spotykając kogoś zaczynacie myśleć, że tym razem jest inaczej, że teraz się uda, że razem stworzycie coś trwałego? Radość, szczęście, podekscytowanie mieszają się z lękim. Na serio, pierwszy raz boicie się, że ukochana osoba zniknie z waszego życia. Że jej miłość się skończy, wypali. Że jeśli pozna nas lepiej, rozczaruje się i odejdzie. Że nie zechce dzielić z nami naszego życia…

Żeby stworzyć z kimś głęboki związek, żeby mieć do siebie pełne zaufanie, być prawdziwym wobec siebie, musimy przeżyć razem coś głębszego. Znam pary, które ze sobą bywają – na weekendy, na urlopy, na wyjścia do znajomych i do kina… Ale kiedy jedno choruje, ma spotkanie rodzinne lub inne zobowiązania, rozdzielają się, wracając do swoich światów. Czy to jest relacja trwała? Wiem, bywa, że takie związki trwają latami. Są ludzie, którzy kochając się całe życie, nigdy ze sobą nie zamieszkali na stałe, nie związali się wzajemną obietnicą, zobowiązaniem, dochowując jednak sobie wierności. Nie powiedzieli sobie: jesteśmy ze sobą w dobrych i złych chwilach, nie wzięli za siebie i swoją relację pełnej odpowiedzialności. Nigdy nie zdecydowali się na to, by być ze sobą w szczęściu i smutku, w zdrowiu i w chorobie.

I wcale nie mówimy tu o ślubie, o konieczności zalegalizowania związku. Małżeństwo nie gwarantuje nam przecież trwałości relacji. Ono z całą pewnością rozwiązuję całą masę spraw organizacyjnych. Ale naprawdę nie jest gwarancją miłości po grób. Tę gwarancję, tę chęć i wolę musimy mieć w sobie. Tylko wspólne życie, dzień po dniu pokazuje nam siłę i wartość uczucia.

Decydując się na dzielenie ze sobą życia, zdejmujemy maski. Wspólna codzienność odziera nas z aury tajemniczości, niedostępności. Pokazuje nie tylko siłę i piękno, ale i słabość. Widzimy siebie takimi, jakimi jesteśmy naprawdę. Czasem bywamy zmęczeni, zdenerwowani, reagujemy bezmyślnie, impulsywnie. Choroba, choćby chwilowa niedołężność, pot, brudne włosy… Nie zawsze jesteśmy atrakcyjni i pociągający, prawda? Trudne momenty obnażają prawdę o naszej miłości. Czy jest ona wygodna, łatwa, powierzchowna? Czy starczy jej cierpliwości i determinacji, gdy będzie ciężko? Czy wybaczy, jeśli zdarzy się nam zbłądzić?…

Może boimy się tej prawdy o naszej miłości. Boimy się przekonać, że ona nie jest niczym więcej jak chwilowym zauroczeniem.


Lifestyle Związek

Za dużo miłości cię zabije. Jak zbyt bliska i zbyt intensywna relacja może Cię zniszczyć

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
22 lutego 2021
Fot. iStock
 

Wydaje się, że każdy z nas trafił w swoim życiu na osobę, która zbliżyła się do nas tak mocno, że choć początkowo było to dla nas cudownie zniewalające uczucie, szybko przerodziło się w poczucie zagrożenia, duszenia się w złotej klatce, zagubienia. Prócz tego, pojawiły się wyrzuty sumienia. Jak to możliwe, że czuję się z tym zle? Przecież on mnie tak kocha… Tymczasem zbyt intensywna (z jednej strony) relacja jest szalenie wyczerpująca emocjonalnie i niszczy nas. Jak w piosence Queen: „Za dużo miłości zabije cię”.

Poznałam ich u znajomych. Ona, niepozorna blondynka, uśmiechnięta, zawsze opanowana, jakby zbyt mocno wyciszona. On, przystojny wysoki brunet, odgadujący każde życzenie swojej żony. Szybko okazało się, że mają dziecko w tym samym przedszkolu, co i ja mojego syna, że są otwarci, że fajnie się z nimi gada, że wracamy do domu w tym samym kierunku. Spędziliśmy razem uroczy wieczór, umawiając się na kolejny i obiecując sobie częste spacery z dzieciakami, w pobliskim parku z oczkiem wodnym. Cud- miód!

I pewnie byłabym dalej zachwycona nowo poznanymi przyjaciółmi, gdyby nie pewne uczucie niepokoju związanego z jego zachowaniem wobec żony. Dopiero w domu, leżąc wieczorem w łóżku i wspominając owo spotkanie, dotarło do mnie, że ja właściwie nie rozmawiałam z Elą. Rozmawiałam z jej mężem, bo to on odpowiadał na każde zadane przeze mnie pytanie, rzucając jedynie od czasu do czasu: Prawda, kochanie?

Było tak, jakby bał się oddać jej głos. Gdy udało jej się wypowiedzieć jakieś zdanie, wpatrywał się w nią z napięciem, jakby czekając, czy aby na pewno sobie poradzi. To natężenie było widoczne równie mocno, co jej zmęczenie jego zachowaniem. Mimo wszystko, dawała na to swoje przyzwolenie. A może się bała?

Kiedy przypadkowo wpadłyśmy na siebie kilka dni pózniej w przedszkolnej szatni, wyglądała na o wiele bardziej swobodną. Żartowała, śmiała się na głos  i okazała się przemiłą, zabawną rozmówczynią. Pomyślałam więc, że może owego feralnego wieczora po prostu słabiej się czuła, a on otoczył ją nieco nadopiekuńczym ramieniem.

Jednak następne spotkanie, w którym uczestniczyli razem, przekonało mnie, że to przy nim Ela tak gasła w oczach. Wystarczyło, że na kilka chwil znalazła się poza jego zasięgiem, a odżywała. Gdy wracał, na jej twarzy pojawiało się na nowo blade napięcie. Ta sytuacja mocno mnie zaniepokoiła. Rozmowa ze wspólną przyjaciółką nie uspokoiła mnie. Tak, wiem, ale oni tak maja od lat. Tak, wiem, że to nie jest normalne, ale nie mogę wchodzić z butami w ich życie. Nie, na pewno nie ma tam przemocy. On tylko zbyt mocno ją kontroluje.

Ale czy przemoc jest zawsze żółto-brązowym cieniem pod okiem? Czy trzeba kogoś uderzyć, żeby odebrać mu godność? Przemoc to również odbieranie drugiej osobie przestrzeni, to próba zawłaszczenia sobie człowieka jakby był rzeczą, a nie odrębnym, myślącym i czującym bytem. Przemoc to próba zlania kogoś w całość ze sobą i odarcie go z własnych myśli, potrzeb i pragnień. Przemoc do wpędzanie ukochanej osoby w wyrzuty sumienia, które nie mają racji bytu.

Od słowa do słowa, czasem urywkami zdań, Ela malowała mi obraz relacji z mężem, kiedy wracałyśmy z dziećmi z przedszkola. Był zaborczy, kontrolujący, bombardujący miłością, która bardziej szukała potwierdzenia własnej wartości, niż była okazaniem żonie troski i uczucia. Ela właściwie nie spotykała się z nikim sama, nie miała samodzielnego konta bankowego, ani konta w mediach społecznościowych. Nie wychodziła sama do kina, ani na wystawy. Do pracy zawoził ją mąż. W poniedziałki i czwartki wracała do domu sama, autobusem i odbierała dziecko z przedszkola. W pozostałe dni to znowu mąż odwoził ich do domu.

Miała wszystko, prócz wolności podejmowania wyborów. Bo zawsze on wiedział lepiej. Zawsze dla jej dobra.

Mówiąc o tym wszystkim, dojrzewała do zmian. Uderzało ją, że mogła pozwolić partnerowi na całkowite zawłaszczenie swojego życia. Ale proces odchodzenia z takiej relacji nie jest krótki i ona o tym wiedziała. Pierwsze wątpliwości pojawiły się kilka lat temu. Ale dopiero od kilku miesięcy czuła się na tyle silna, by z nim o nich porozmawiać. Bezskutecznie. Obraził się tylko, że ona nie docenia jego wysiłków.

W grudniu Ela wyprowadziła się z synem z domu. Chwilowo pomieszkuje u rodziców, ale mówi, że chce szybko stanąć na nogi. Do Piotra nie wróci, nie chce zrobić kroku w tył. Powiedziała mi, że odzyskała siebie, że na nowo nauczyła się mówić: nie. Bo przy nim zapomniała, że może jej się nie podobać, że ktoś ją tak mocno kocha, że to uczucie zniewala. Zniewala dosłownie.


Lifestyle Związek

Miłość nie może być ciągłym patrzeniem sobie w oczy, w miłości trzeba stale do siebie wracać

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 lutego 2021
Fot. iStock

Wokół rozpadają się związki. Znajomi rozwodzą się po dziewięciu latach małżeństwa. Dziewięciu! Nie wiem, czy próbowali swój związek jakoś ratować, ale wydaje się, że oboje rozwiązują tę relację z ulgą. Nie, nic nie wskazywało na to, że taki będzie koniec. Zawsze wydawało mi się, że świetnie się rozumieją, że są dla siebie stworzeni. I nagle jej słowa, że miłość się wypaliła, że nie ma już między nimi pasji. Że nie ma co  w nieskończoność podgrzewać letniej herbaty. Inna para, którą znałam całe swoje dorosłe życie, rozstała się na początku roku. Podobno był to efekt pandemii. Okazało się, że nie jest łatwo być ze sobą cały czas, w zdrowiu i w chorobie.

Byłam na ich ślubie. Widziałam ich szczęście, nadzieję, miłość. Widziałam jego radość, gdy dowiedział się, że będzie ojcem. Widziałam ich jako świetnych kumpli, przyjaciół, który lubią ze sobą spędzać czas. Czas mijał, oni trwali. Ciągle razem, ciągle blisko. Niemożliwe było spotkać się z nią na kawę, jeśli on nie miał akurat czasu. Nazywała to pielęgnowaniem związku i mówiła, że byłoby mu przykro, gdyby przyszła sama. Jesteśmy takie papużki nierozłączki – mówiła ze śmiechem. Razem spędzali wszystkie urlopy, wakacje i święta. Kiedy założyli rodzinę, prawie kompletnie wycofali się z życia towarzyskiego. Na Facebooku migały mi czasem ich zdjęcia. Pierwsze kroczki ich córki, pierwszy wyjazd nad morze, kolejne rocznice ślubu, Boże Narodzenia… Czas płyną, oni trwali. Stale blisko, stale razem.

Potem wyjechali na dwa lata z kraju, bo Rafał dostał kontrakt w Austrii. Ewa dbała o dom, wychowywała dziecko, szlifowała język i pisała do szuflady. Z czasem założyła bloga, na którym opisywała swoją codzienność. Uśmiechnięta, piękna, spełniona – taki obraz wyłaniał się z jej

Kiedy wrócili, Ewa zaczęła pracę w redakcji poczytnego portalu, Rafał dalej realizował się zawodowo. Spotykaliśmy się sporadycznie u znajomych, a oni zdawali się być jeszcze bardziej w siebie wpatrzeni, jeszcze silniejsi w swoim związku. To było budujące – wiedzieć, że są pary, którym naprawdę się udało.

O ich rozwodzie dowiedziałam się kiedy zadzwoniłam z życzeniami urodzinowymi. Ewa podziękowała i powiedziała, że zaczyna nowy etap w życiu. I że nie będzie w nim Rafała. Nie spytałam co się stało. Pomyślałam, że pewnie takich pytań ma już dość. Ich przyjaciele, z którymi miałam kontakt nie wiedzieli, co się stało.

Po kilku kolejnych miesiącach spotkałam Ewę przypadkiem na ulicy. Zmieniła się, zeszczuplała, ubrana była też inaczej niż zwykle. Ale wciąż była to ta sama Ewa – zabiegana, uśmiechnięta, otwarta. Sama zaczęła mówić. Że wie, że to był szok. Że pewnie większość znajomych uważa, że nie potrafiła docenić wspaniałego męża. Słowa popłynęły szybko, jakby chciała się usprawiedliwić. On chciał mieć drugie dziecko, a ona, po dwóch latach spędzonych w domu zapragnęła zająć się swoimi zawodowymi planami. Bo przecież tak się umówili, prawda? Mała poszła do przedszkola, praca w redakcji przynosiła Ewie satysfakcję. A Rafał pragnął tylko, by za dużo się nie zmieniło. OK, pracuj, jasne. Ale nie wychodźmy z tej naszej bezpiecznej rutyny.

Nie wiedziałam już kim jestem, czego chce. Czy moje marzenia są jego marzeniami? Czy w ogóle jeszcze jestem odrębnym człowiekiem? Wszędzie byliśmy razem, wszystkie decyzje podejmowaliśmy wspólnie. Złapałam się na tym, że wychodząc po dziecko do przedszkola nie kupowałam sobie kawy w pobliskiej cukierni, bo nie chciałam żeby było mu przykro. Od lat nie byłam sama u moich rodziców, nie rozmawiałam w cztery oczy z własną matką… Krok po kroku dochodziło do mnie, że się duszę, że nie mam własnej przestrzeni. Próbowałam o tym z nim porozmawiać, ale za bardzo go to bolało. Uznał, że skoro potrzebuję przestrzeni, przestałam go kochać. Bo jeśli kochasz, to chcesz być razem 24 godziny na dobę, prawda? A ja zrozumiałam, że miłość nie może być ciągłym patrzeniem sobie w oczy, w miłości trzeba stale do siebie wracać. Nie miałam okazji wracać, nie miałam możliwości zatęsknić. Przestałam czuć ciekawość…  Ale przede wszystkim, zapomniałam, że mogę chcieć czegoś innego. 

Rafał nie zrozumiał. Uniósł się honorem, przez chwilę podejrzewał żonę o zdradę. Chciał być jeszcze bliżej, zaczął ją kontrolować. Negatywne emocje w ich związku zaczęły wpływać na małą Polę. W końcu Ewa zdecydowała, że chce wziąć rozwód. Pandemia znacznie opóźniła wszelkie urzędowe formalności, dała im też czas na ewentualną zmianę decyzji. Ale Ewa chce tego rozstania, a Rafał zamknął się w sobie. Rozstali się bez awantur, krzyków, ale i bez zrozumienia. Większość znajomych nie wie, dlaczego.