Lifestyle

Kreską Asi
Kreską Asi
20 listopada 2015
 

JA_2-03

Marudziłam jakiś czas temu, że gorąco. Już nie pamiętam.

Teraz mi zimno. I ciemno. Słońca nie widzę – schowane w chmurach.

A ja schowana w pracy dzień cały. Bo przed pracą i po – ciemno.

Wolałabym się schować w koc, w książkę i sen. Jeszcze roweruję

i to jedynie mi otwiera oczy. Chyba ten wiatr, który hula mi pod powiekami.

Gorzej z deszczem – kapuśniak przeżyję, ale ulewa mnie unieruchamia

i przenosi do śmierdzącego autobusu. I tam to już w ogóle sen i apatia.

Przepraszam Cię Gorąco, że mówiłam, że Cię nie lubię. Wróć słońce!

Na trochę dłużej niż te kilka godzin w pracy (i tak Cię nie widzę

znad komputera). I jeszcze na porannym rowerze mam jakieś ambicje

na wieczór: zrobię to, to i to. Ale z powrotem język na brodzie, plany

i siły gubię na skrzyżowaniu. Wracam z jednym okiem otwartym.

Nie wiem jak to możliwe, że potrafię spać od 22.30 do 5.30

i być niewyspaną Marudą. Na szczęście moje dziecko mnie rozumie

i śpi grzecznie (nie licząc okresu jak jest chora i jak coś tam jej

w brzuszku zaświdruje w nocy). I tak sobie wegetuje ostatnio,

wstyd mi za to Nicnierobienie. Zapadam w sen zimowy.

Coś tam skrobnę, narysuje, ale plan jest wykonany w 1%.

To mało.

Zima idzie.

Jestem misiem.

Nie chce mi się!

 

czytaj więcej na blogu:

kreskaasi.blogspot.com


Lifestyle

Nasze małe zoo

Kreską Asi
Kreską Asi
15 lutego 2016
 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Gdy widzisz dwie kreski – myślisz: pchełka.

Nosiłam wielki brzuch – mówiłam: hipopotam.

Rodząc – krzyczałam: słoooń!

Karmiłam i szczebiotałam – małpeczka.

Po drodze był też kangur i koala – przyklejone do mamy.

A teraz mamy NARAZ małe zoo.

Oto ono:

Koń

Sceneria: Zośka po kilka razy woła, że chce na nocnik.

Po czym przy samym sprzęcie stwierdza, że to żart był.

JA (poirytowana): Zosia, nie rób mnie w konia!

ZOSIA: Patataj, patataj…

Kot

Sceneria: Drepcze kot na podwórku sąsiadów.

Zosia zachwycona gramoli się mi na ręce;

co by do okna łba przykleić. I już po chwili:

ZOSIA: Miauuuuuuu! (dźwięk, jak widelcem po talerzu)

Ryba

Sceneria: Zosia pałaszuje ukochanego łososia.

Caaaały kawał. Wstaje od stołu i robi tajotę (karuzela, piruet).

JA: Zosia nie kręć się tak, bo ryba w brzuszku się też zakręci 

i połknie swój ogon… (z serii głupich powiedzeń mamy)

Pies

ZOSIA: kaszlące, przerażające: ŁAAAAUHAŁ!!!

Sceneria: zarówno w domu, gdzie pluszowe kundle walają mi się pod girami,

jak i na dworze – spacerują nie tylko matki z dziećmi, ale dzieci z matkami, tfu – psami.

Świnka

Sceneria: Oglądanie książeczek o tematyce wiejskiej.

Zosia: ultradźwiękowo: IIIIIIIIIIIIIIIIIIIIII, iiiiiiiiii, IIIIIIIIIIIIII

Kaczka

Sceneria: Zosia zaczyna stroić miny.

JA: Zosiu, co robisz taką kaczuszkę?

ZOSIA: znów mocno piskliwie: KŁAAA kŁAAA!!

Zając/królik/kangur:

Sceneria: Ktoś przychodzi (Zosia zaczyna przedstawienie).

Lub w książeczce wypatrzony został zając.

ZOSIA: Z całym swoim 13kilogramowym ciałkiem: OPsasa Opsasa! (alternatywnie: IC, ic!)

I zdaję mi się, że zwierzyniec powiększa nam się z każdym dniem. 

Także powrócimy do tematu

Ihaha!

 

czytaj więcej na blogu: Kreską Asi


Lifestyle

Karuzela, piekarnia, skorupa. Czyli nasz osobisty folklor

Kreską Asi
Kreską Asi
29 października 2015

toaletowy_4-16

Rowerem do pracy. To już wiecie. Póki co się nie poddaję.

Choć 4 stopnie na plusie mi w twarz o siódmej rano.

Ale nie o tym.

Na początku trasy wpadam po ciepłe bułeczki. Do piekarni. Niczym francuska Amelia. Ale ja Asia. I piekarnia daleka od francuskiej. Bo popeerelowska.

I w niej się dziś zatrzymamy.

Parkuję rower przed piekarnią. Już nozdrza tańczą, jak u disneyowskiego Pluto. Pachnie obłędnie, po francusku. Zabezpieczam rower łańcuchem – bo Polska. Francja-elegancja: sztuczne zakurzone kwiatki w witrynie. Oprócz zapachu – nic nie wskazuje na pyszności. Zimne, metalowe, odrapane drzwi – należy pchnąć mocniej w celu ich otwarcia: Skrzypnięcie. Skrzypnięcie 2: to Pani ekspedientka (zdaje się Założycielka owej piekarenki – wiekowa) pyta: Słuuucham??

A ty potrzebujesz dłuższej chwili na zastanowienie. Bo jedno oko łapie ukradkiem zastygły tutaj czas. Czerstwe pieczywo, jako dekoracja (tylko raz mi się zdarzyło takie faux pas, że chciałam je kupić). Gustowne, kwieciste serwetki uwypuklają jego walory smakowe: żadne, bo przecież zęby byś sobie połamał. Ominąwszy te rekwizyty docierasz w końcu do lady. Ona z pewnością pamięta czasy Peerelu. Odrapana przez wszystkich przewijających się tu przez lata klientów.

I kropka nad i: przebarwiona czasem i potem gąbeczka przyklejona na stałe – Pani Ekspedientka przecież musi wytrzeć palce po każdym użyciu banknotów. Szczęście, że bardziej z francuska podaje pieczywo – przez foliową rękawiczkę. Jestem przy ladzie, ale nadal nie mogę się skupić na asortymencie. Wzrok mój, teraz już niemal bezczelnie, jest wlepiony w osobę Ekspedientki.

Oto Sześćdziesięciolatka z rekwizytami nowoczesności: Nienaganne tipsy na mocno pomarszczonych dłoniach. Dwukolorowa kompozycja lakieru do paznokci – ostatni krzyk mody. Blond pukle przymocowane złotymi spinkami – nieco chaotycznie. Za każdym razem zastanawiam się czy to peruka. Cały make up jakby przeklejony od dwudziestolatki.

Na mocno zaorana zmarszczkami skórę. A na nosie fikuśne, ornamentem zdobione, okulary.

Zestawienie całości, neonowych kolorów na skórze i paznokciach, jest karykaturalne. Niczym gipsowa kukła pomalowana przez gimnazjalistów. Skorupa. I taka ksywa już do niej przylgnęła. ( Mówimy rodzinnie: Idę do Skorupy po bułki ). Pobyt w piekarni jest jak wehikuł czasu. Albo wybitna scenografia jednego z polskich kultowych filmów. Sentymentalne doznania potęguję muzyka płynąca z trzeszczącego radioodbiornika: „..Karuzela, karuzela, świątek, piątek i niedziela…”. Z głębokiego zamyślenia wyrywa mnie ponowne, dobitniej powiedziane:

„Tak, słucham??!”. I wybieram cośtam pysznego na śniadanie. I to jest ostatnia chwila na krótką eksplorację piekarenki. Wzrok dopada na w połowie puste regały. I dostrzegam tą w połowie pełną: zapełnioną krzyżówkami Pani Ekspedientki, nadgryzioną kanapką, szklanką w wiklinowej owijce – z pieczątką ust Pani Ekspedientki na rancie. I dostrzegłabym dużo więcej Skarbów, ale Pani wręcza mi już rachunek i tytkę z pieczywem. Francja – nowoczesność. „Niech Pani siatkę niesie otwartą, bo chleb świeżutki i się sparuje!” – Polska.

I powiedzcie mi, kto z Was, na tych nowoczesnych, pozamykanych, monitorowanych osiedlach ma takie cudo?

Zapraszam Was do Skorupy.

Smacznego.

CZYTAJ WIĘCEJ NA BLOGU: Kreską Asi