„Żyjemy na bombie. My, idealna rodzina, kochające się małżeństwo”. Karolina nie pije już osiem miesięcy, to dopiero początek

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
1 listopada 2015
iStock
 

Największą wartością jest moja rodzina. To nie masochizm. Zakochałem się w mojej żonie, kocham ją.  Alkoholizm to choroba – mówi Piotr. 37 lat. Tata ośmioletniej Poli. Mąż Karoliny.

W niedzielne popołudnie spacer po warszawskich Powązkach. Ładni są. Ona: ciemne włosy do ucha. Sukienka, adidasy. On: wysoki, lekki zarost. Pomiędzy nimi dziewczynka. Ciemne włosy, szary, fantazyjny sweter. Bardzo podobna do mamy. Rodzina. 1 listopada 2015.

Najgorsze wspomnienie Piotra.  Miał wyjechać w delegację, spotkanie w Pradze jednak odwołano. Nie zadzwonił do Karoliny, że wraca. Do domu wszedł po 23. Ona spała na kanapie, wyglądała jak szmaciana lalka. Obok  dwie puste butelki po winie, w kuchni otwarta butelka wódki,  niedopałki, brudne talerze, resztki jedzenia. Sześcioletnia wtedy Pola w sypialni. Nieprzebrana w pidżamę, wtulona w misia Jadźka.

Piotr zaczął szarpać Karolinę „Poj**ało cię?! Kąpałaś ją? Jak mogłaś ty nieodpowiedzialna debilko” krzyczał.  Ale była nieprzytomna.  Następnego dnia  nic nie pamiętała. Szefowa dużego działu w dużej firmie. Wykształcenie wyższe, języki, ambicje, świetna matka. Taka, która na przedstawienie szyje dla córki sukienkę, siada w pierwszym rzędzie i nigdy się nie spóźnia. Rodzina. Listopad 2013.

Dużo było takich sytuacji? Ona pijana? Sama z dzieckiem?

Nie. Pewnie dlatego, że większość czasu spędzaliśmy razem. Ale myślę, że była często po alkoholu, na rauszu. Potem – gdy już zapisała się na terapię – mówiła, że codzienność ją boli. Że nie potrafi poradzić sobie ze schematycznością dnia, z tym, że wszystkie poranki i wieczory są takie same. Że nie potrafi poradzić sobie ze stresem i bólem. Kurczę, ale to nie jest dobre pytanie do partnera alkoholika. Bo my nigdy nie wiemy, ile ktoś pił. I jak często. Bardziej poruszamy się w przestrzeni: ogarniał – nie ogarniał. Pamiętał – nie pamiętał. Karola długo nie piła tak, żeby nie pamiętać.

Była z tobą nieszczęśliwa?

Mówiła, że nigdy nie była tak szczęśliwa. Bezpieczna. Że dałem jej wszystko to, czego nigdy nie miała – spokój i miłość.

Dużo osób pomyśli  zatem jaki, k…. może mieć ból szczęśliwa mężatka, szefowa w dużej firmie?

Ja też zadawałem sobie to pytanie. Jaki ona może mieć ból. Pracujemy, mamy  dziecko, mieszkanie, kota, przyjaciół. Jeździmy na wakacje, uprawiamy seks. Nie tłumaczę alkoholizmu, ale pewnie jest pewien typ osób, który wewnętrzne napięcie łagodzi używkami. Karolina w dzieciństwie była bita, ojciec zniknął z ich życia, gdy ona miała 16 lat.

Zawsze była pełna sprzeczności. Delikatna i nad – ambitna. Radosna, za chwilę smutna. Pełna energii, a za chwilę lewitująca. Ale pierwsze lata naszego związku były szczęściem. Na pierwszej randce ją pocałowałem, tydzień później się oświadczyłem. Dwa lata później wzięliśmy ślub. Przez chwilę nie miałem wątpliwości, ona też. Czasem dziwię się, ale ludzie naprawdę mają wątpliwości przed ślubem. Po co więc się pobierają? Mają też wątpliwości, czy chcą z kimś być. Po co więc są?

Piła, gdy się poznaliście?

Właśnie nie. Nie często. Choć rzeczywiście lubiła się bawić. I  nie potrafiła przestać. Pamiętam takie zdarzenie. Wesele naszych przyjaciół, leje się wódka. Pijemy wszyscy, ale Karolina nie umie spuścić z tonu.  Poczuć tej granicy, którą czuje normalny człowiek. Więc częściej „dzień po” boli ją  głowa. Częściej ląduje z głową w toalecie. Ale to nie było nagminne.

Bywało, że po alkoholu dostawała odlotu. Najpierw haj, zabawa, super seks, potem awantury. Szukała napięcia. Przerabialiśmy to milion razy. „Testuje cię, chcę sprawdzić czy ktoś mnie w życiu naprawdę kocha” tłumaczyła się. Dość długo grałem w tę grę. Bo ludzie w ogóle w nią grają często. Testują się w związkach, sprawdzają, ile ta druga strona jest w stanie znieść. Byłem w stanie znieść sporo. Bo ją kochałem. Bo poza tymi momentami szaleństwa była dobra, świadoma, czuła? Bo umiała przepraszać i tłumaczyć dlaczego coś zrobiła.

Co znosiłeś?

Sceny zazdrości o jakąś dziewczynę, prowokowanie zazdrości przez dłuższe rozmowy z kolegami, SMS-owanie, śmiech z nimi, taniec. „Po co to robisz?” pytałem.

To było tym bardziej dziwne, że Karolina już wtedy, 10 lat temu, pracowała, zarabiała, była niezależna. Jakby były w niej dwie dziewczyny.

Co było potem?

Pobraliśmy się, urodziła się Pola. To był czas szczęścia. W naszym życiu nie było alkoholu, zresztą Karolina uspokoiła się.  Nie było scen zazdrości, awantur. Ja odetchnąłem z ulgą. Ok, doszliśmy do momentu pełni. Znamy się, rozumiemy. Ona wie, że ją kocham, że nie myślę o zdradzie, że to między nami jest wyjątkowe. Prowadziliśmy wtedy dość nudne życie. Mieszkaliśmy na peryferiach miasta, ja dużo pracowałem. Widywaliśmy się właściwie tylko wieczorami. Gdy Pola miała dwa lata, Karolina wróciła do pracy. Moim zdaniem wtedy zaczęła pić. Na początku tylko w weekendy – na odstresowanie. Też piłem trochę. Tylko, że gdy otwieraliśmy wino – ja wypijałem kieliszek, ona całą resztę. „Jest mi tak błogo” mówiła. Po alkoholu była bardziej otwarta, mieliśmy lepszy seks, było fajniej. Ona spotykała się też z koleżankami – wino, nieodłączny kompan spotkań. Ale nigdy nie pomyślałem, że z tego mogą być jakieś problemy.

Kiedy zauważyłeś, że są?

Na przykład kiedyś piła tylko wino. Nie lubiła żadnego innego alkoholu. W lodówce stało piwo, w barku whisky. Jeśli nie miała wina nie jechała do sklepu, nie sięgała też po inny alkohol. Ale nagle zaczęła sięgać. „Jednak smakuje mi ta whisky” mówiła. I wypijała trzy drinki po kolacji, jak już Pola spała. Albo „dobre to piwo”. Zauważyłem, że Karolina z alkoholem odpoczywa – wino na plażę, po plaży, przed kolacją. Wino na stres – po pracy wpadała, otwierała butelkę i duszkiem wypijała kilka łyków. Miała powód, inaczej pretekst – w firmie redukcje, non stop stres. Nie potrafiła też bez alkoholu się bawić. Na każdej imprezie musiały być trunki. Nawet, jeśli była z nami Pola. Wtedy zaczęłam się czepiać. Jeśli ludzie oboje w związku piją latami mogą nie zauważać problemu. Ja jednak nie piłem. I nie uważałem, że to normalne, że ktoś codziennie po pracy musi się napić. Czy że na każdej imprezie, nawet ją są dzieci musi się napić.

Alkoholizm rozwija się miesiącami, latami. Dopiero potem to składasz. Na przykład kontrolujesz kogoś, czepiasz się i widzisz, że on zaczyna to swoje picie ukrywać. U nas momentem przełomowym było to, że sięgnąłem po szklankę, nalałem sobie whisky z barku spróbowałem i…. to była woda. Oniemiałem. „Zwariowałeś!” krzyczała, gdy pytałem co się stało z whisky. To już taka gadka jak z wariatem. Ktoś wmawia ci, że nie pił,  a ty sam nalałeś wody do butelki. Potem dowiedziałem się, że to alkoholowa klasyka. Podobnie jak butelki znajdowane w szafce na bieliznę, w jej torebce, pod łóżkiem.  Argumentem Karoli było to, że ona się nie upija. Prawda jest jednak taka, że była na rauszu. Że pachniało od niej alkoholem, że zasypiała na kanapie, że miała zmienne nastroje. Potem zacząłem znajdować butelki w jej aucie. Kiedyś przyparta do muru wyznała, że wychodzi po aferach z szefem do samochodu i pije. Żeby było łatwiej. „To kilka łyków” darła się.  I jej ukochane słowo: „Mam nad tym kontrolę”. Bo zostawia samochód potem pod pracą, bo je normalny obiad i alkohol znika. Boże, ten taniec zaprzeczań alkoholika to jest kuriozum.

Chciałeś odejść?

Nie. Ale zaczynałem mieć dość. Bo Karolina się  broniła: „Ach, rozumiem, gdybym spowodowała wypadek, gdyby dziecku coś się stało, gdyby”. No i awantury: jesteś nudny, nie umiesz się bawić, wymyślać. Teraz graliśmy w grę: „Szczęśliwa rodzina”. W domu już nie było alkoholu, ale ja czułem, że Karo pije. Umiejętności partnera osoby pijącej. Możesz być śledczym, detektywem. Uczysz się rozpoznawać tempo mówienia. Jak mówi wolniej – dowód na to, że piła, jest zrelaksowana. Patrzysz na gesty – są bardziej teatralne – piła, bo się otwiera. Ruchy – zbyt luźne, piła. Wrzeszczałem, ona wrzeszczała.

Przy dziecku?

Tak. Choć długo chroniłem Polę. Może chroniłem też Karolinę. Ale przyszedł moment, że powiedziałem: „Pie**olę, powiem wszystkim, że masz problem z alkoholem, powiem Polce”. To ją zatrzymało. To była jedyna rzecz, której się bała. Że Pola usłyszy: „Twoja mama jest alkoholiczką”.

Nie wiedziała?

Moim zdaniem nie, choć nie mam pewności. Na pewno czuła zapach, pewnie wiedziała, że mama lubi winko. Nie miała jeszcze tej świadomości dziecka pijącego. Karola była przeciętną matką, która robiła odreagować po pracy. Najczęściej wtedy, gdy mała spała. Było kilka przełomowych momentów. Karolina zasnęła na plaży, nie poszła bawić się z Polą, Karolina coś tam. Ale najgorszy był ten listopad 2013, butelki wina koło mojej żony, a moja córka śpiąca w pokoju, nieprzebrana, niewykąpana. Potem milion razy myślałem: a gdyby coś się stało?

To był ten pierwszy moment, gdy nie słuchałem już tych tłumaczeń: że stres, niepokój, napięcie. Miałem to w dupie. Ona naraziła nasze dziecko. I być może naraziła je już wiele razy wcześniej. Wtedy właśnie ją zaszantażowałem – że powiem Poli wprost, że powiem jej rodzicom, że ma się zacząć leczyć.

Zaczęła?

Przestała pić. Zapisała się na terapię. Pamiętam jak wyła, że nie chce skrzywdzić dziecka. Te pierwsze dni były straszne. „Muszę ci o tym mówić” wyznawała. A te wyznania były straszne: że ona nie może oddychać, że trzęsą jej się ręce, że chce jechać na stacje benzynową. Że musi wypić pół wina choć. Wtulała się we mnie, drapała mnie paznokciami, zasypiała tylko po środkach uspokajających. Była wrakiem człowieka. Do tego momentu nie miałem pojęcia, jak ona bardzo jest chora. Przecież wciąż pracowała, wciąż odnosiła sukcesu. Nie znałem takiego alkoholizmu. Alkoholizm to przecież degeneracja, wódka pita litrami, mieszkanie na ulicy. Karolina wciąż była piękna.

Wracała do picia?

Tak. Choć zaprzeczała. Wtedy już wpadłem w obsesję. Kazałem jej chuchać, sprawdzałem ją na każdym kroku. Groziłem, że się wyprowadzę. Nie chciałem jej zostawić, ale wiedziałem, że to jedyna możliwość, żeby ktoś przestał pić. Postawić mu granicę. Jednocześnie wciąż jej powtarzałem, że ją kocham, że może na mnie liczyć, że będę jej wsparciem w leczeniu. Mój jeden warunek: koniec oszukiwania się, że nie ma problemu.

Karolina od ośmiu miesięcy nie pije. Ale wciąż jesteśmy na początku drogi. Alkohol trzymał ją w codzienności. Teraz ona częściej się złości, jest bardziej zmęczona. Nieustannie się ścieramy, żyjemy na bombie. My, idealna rodzina, kochające się małżeństwo. Mnóstwo jest takich rodzin. Pije ona, albo on. Alkohol rozpi**dala rodziny, szczególnie, że jest na niego społeczne przyzwolenie. To nic takiego, to tylko wino, tylko piwo. Gówno prawda. Człowiek, który się musi codziennie napić jest po prostu chory…

Ciągle myślę: „A co będzie jutro?”… I wiem, że nie ma odpowiedzi.


O przemijaniu inaczej. To, jak szybko mija czas najlepiej widzę, gdy patrzę na moje dzieci

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 listopada 2015
Fot. iStock
 

To, jak szybko mija czas najlepiej widzę, gdy patrzę na moje dzieci. Zauważyliście jak bardzo lubimy sobie powtarzać, że się nie starzejemy? Ale dzieci –  to co innego. Chwalimy się tym, z jaką sprawnością osiągają kolejne umiejętności, rosną, dojrzewają. Jednego dnia obserwujemy jak spokojnie leżą w swoich pierwszych łóżeczkach, na palcach podchodzimy by sprawdzić, czy aby wszystko w porządku. Potem nagle nadchodzi moment, w którym zdajemy sobie sprawę z tego, że coraz trudniej nam za nimi nadążyć. A kiedy maluchy wchodzą w świat przedszkolno – szkolnych obowiązków, to on zaczyna wyznaczać nam codzienny rytm. Wtedy właśnie okazuje się, że czas nie płynie już tak łaskawie i dostojnie jak wcześniej, tylko pędzi na łeb na szyje, nieubłaganie. A my tylko próbujemy ze wszystkim zdążyć.

Początek roku szkolnego. Kompletuję brakujące podręczniki, ołówki, kapcie na gumie, worki i okładki na zeszyty. Nie, te nie dobre, pani woli inne. Szukam więc innych. Dobre dwa, trzy tygodnie zajmuje nam „przestawienie się” na poranne wstawanie i w miarę sprawne zjedzenie śniadania. Szybko, szybciutko, bo zaraz dzwonek! Gdzie strój na WF? Został w domu… Niedobrze tak, pierwszy minus w pierwszym tygodniu po wakacjach? Biegnę do domu po granatowe legginsy i białą bluzeczkę. Odruchowo sprawdzam metkę. Czy to możliwe? 126 cm? Już?!
Odrabianie lekcji zajmuje nam o wiele więcej czasu niż w zeszłym roku. Zaczynam też zauważać, że liczenie i zadania z treścią to dziedzina, do której trzeba będzie częściej „przysiąść”. Mama koleżanki mojej córki alarmuje: „Może poszukać korepetycji? Przecież za rok już trzecia klasa!”. Za rok  – to dużo, czy mało?…

Mija wrzesień, kończą się ciepłe dni, nadchodzi październik i Święto edukacji. W pośpiechu ćwiczymy wierszyki. Prasuję białą koszulkę, składam się na klasowe kwiatki i zestaw perfum dla pani wychowawczyni. W drugiej połowie miesiąca cała szkoła żyje jednym tematem: kostiumy na Halloween. Co więc w tym roku? Decyzja może być tylko jedna: czarownica. Ewentualnie Hermiona Granger. Pani zapisuje w dzienniczku, że stroje jutro na 8 rano. Patrzę na zegarek: 17:00. Więc znów decyzja: rzucić wszystko i lecieć do sklepu po gotowy strój, czy zarwać noc i stworzyć coś samemu? Wybieram szycie w nocy, inaczej nie zdążymy odrobić lekcji i doczytać lektury. Rano moja szczęśliwa córka szczerbatym uśmiechem daje mi do zrozumienia, że było warto: naprawdę wspaniała z niej wiedźma!

Bal jest udany, łapiemy infekcję, która zatrzyma nas w domu na kilka listopadowych dni. Ale moje dziecko pociąga nosem przy śniadaniu nie tylko z powodu kataru.  – Mamo, ja nie chce żebyś umarła. No tak, w telewizji mówili dziś o tych, którzy odeszli w ciągu minionego roku. Więc teraz na poważnie. Z siedmiolatką rozmowa o życiu, śmierci i przemijaniu jest zaskakująca i całkiem nieoczywista. Zupełnie inna niż ta, którą pamiętam z zeszłego roku. Obie zalewamy się łzami i przysięgamy sobie miłość do grobowej deski. – To twoja prababcia, to pradziadek – mówię, pokazując zdjęcia z rodzinnego albumu. Śmiejemy się z dawnych strojów, jakoś nam ta listopadowa powaga nie idzie. Więc wychodzimy na spacer zakopać się w jesiennych liściach.
Jak to dobrze, że za chwilę w szkole apel z okazji Święta Niepodległości. Matko Boska! Zapomniałam wydrukować Piłsudzkiego! Pani mnie zabije. Znów biegnę.

Na poprawę jesiennego nastroju piszemy list do Mikołaja. Dzięki Bogu, mimo, że wspólnie mamy już 40 lat, ciągle jeszcze wierzymy w to że to on zostawia w nocy prezenty pod choinką. W galerii handlowej niedaleko szkoły choinka nawet już jest. I kolorowe bombki. Może to i dobrze, że już? Mamy teraz prawie dwa miesiące na to, by żyć świąteczną atmosferą, a nie poddawać się deszczowym nastrojom. Niestety i te dwa miesiące mijają szybciej niż wynikało to z mojego kalendarza.

Jeszcze tylko klasowa wigilia i już za chwilę kilka dni wolnego. Kto przyniesie ciasto? Kto owoce?… Jakimś cudem tradycyjny, świąteczny klasowy posiłek ostatecznie składa się z chipsów paprykowych, krakersów i Coca-Coli. Dzieci żegnają się ze sobą i życzą pani „Wesołych Świąt”. Zobaczą się „dopiero” po Nowym Roku. Na święta lekcji nie zadajemy. No to teraz mamy wreszcie trochę czasu dla siebie. Czy na pewno?

Jak co roku obiecuję sobie, że to Boże Narodzenie będzie inne. Że odetchnę, odpocznę. Że wsłuchamy się w siebie, polenimy, powspominamy, na spokojnie powiesimy ozdoby na choince. Że to będzie nasz czas.  Kończy się jak zawsze. Biegamy między jedną rodziną a drugą, zmęczeni i zdenerwowani.

W styczniu wracamy do szkoły. To okres zebrań i podsumowań semestralnych. – Teraz to już z górki! –  oświadcza pani wychowawczyni. I ma rację. Czas styczniowy nie biegnie, on galopuje. Czy stroje karnawałowe gotowe? A te na bal walentynkowy? Naprawdę? To siedmiolatki obchodzą Dzień Zakochanych? W tym roku Wielkanoc w marcu. Trzeba się przygotować na konkurs stroików świątecznych. Czy zeszłoroczne zajączki z filcu będą jeszcze dobre?

W maju rodzice planują Zieloną Szkołę, a mnie robi się słabo. Choć to tylko jeden dzień, jestem przerażona. Naprawdę mam już taką dorosłą córkę? Tak również czuję się, kiedy patrzę na nią, skupioną i uroczystą w dniu rozdaniu świadectw. Dziesięć miesięcy naszego życia właśnie minęło. Bezpowrotnie. Nic się nie da powtórzyć, poprawić.

Do czego zmierzam? Do banalnej, ale ważnej puenty. Czas wcale nam nie ucieka, to my sami narzucamy sobie ten czasowy kierat, bo wydaje nam się, że tak trzeba. Dzieci wcale nie rosną szybciej niż my się starzejemy, one właśnie na nas czekają…

Wczoraj niebo przeciął błysk meteorytu. Jak to dobrze, że ktoś zerejstrował ten widok, inaczej ominęłoby mnie coś wspaniałego.


List do nieba

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 listopada 2015

Dlaczego dopiero jak kogoś stracimy uświadamiamy sobie jak bardzo go kochaliśmy i jakim był wspaniałym człowiekiem? Dlaczego dopiero wtedy brakuje nam jego rad, dobroci, dlaczego dopiero wtedy czujemy tą przerażającą pustkę i mdły zapach samotności?

Pamiętam Cię Mamo w niebieskiej sukience. Tak niebieskiej jak Twoje anielskie oczy. Oczy, które patrzyły na swojego syna a mojego chłopaka a potem już męża wzrokiem pełnym niepewności i niepokoju o jego przyszłość. Zabrakło Cię mamo zbyt szybko byś mogła mu pomóc.

Pamiętasz Mamo ten piękny, choć mroźny jesienny poranek? Wzięłaś mnie wtedy za zmarzniętą rękę i ujęłaś ja w swoich ciepłych dłoniach. Prosiłaś o szczęście dla swojego syna. Nie potrafiłam Cię wtedy zrozumieć. Myślałam o Tobie „nadopiekuńcza mamuśka”. Drżał Ci wtedy głos Mamo i drżały ci ręce a ja nie chciałam Cię uspokoić. Dopiero teraz Cię rozumiem, teraz, gdy sama jestem już matką. Teraz już wiem Mamo, że bojąc się o jego słabości i uparty charakter miałaś rację. One teraz niszczą nie tylko jego, ale  mnie i Twoją ukochaną wnuczkę. A pamiętasz Mamo jak się dowiedziałaś, że Adam zostanie ojcem? Płakałaś. Długo płakałaś Mamo, chodząc po domu w poszukiwaniu odpowiedzi na Twoje zmartwienia. Śmiałam się z Ciebie i dumnie unosiłam głowę na znak zwycięstwa. Bezduszna, wyjałowiona z uczuć, śmiałam się z Ciebie triumfując, że Adam teraz będzie teraz należał tylko do mnie. Ten mój idiotyczny śmiech i Twoje łzy zlewały się w jedną całość i wpływały bezpośrednio do serca Adama. Myślałam, „ co ta kobieta wyprawia”. Teraz Mamo już wiem. Miałaś rację tak strasznie się bojąc. Błagałaś wtedy Mamo Boga o radę, a ja wtedy Boga wyśmiewałam.

Pamiętasz Mamo ten dzień, w którym zadzwoniłaś do mnie zaraz po tym jak urodziła się nasza córka? Ja pamiętam Twój ciepły i łagodny głos. – Jak się Lenko czujesz? – Dziękuję dobrze – Tata dzisiaj do Was przyjdzie, ja mam straszny kaszel i nie chcę zarazić malutkiej. – Dobrze – odpowiedziałam bez emocji. Mówiłaś mi wtedy Mamo coś jeszcze, ale nie potrafię sobie tego przypomnieć. A szkoda, bo teraz wiele bym oddałaby móc z Tobą porozmawiać. Już wtedy zaczęłaś Mamo chorować. Dawałaś mi dobre rady, a ja myślałam, że dzwonisz z poczucia przyzwoitości. A ty po prostu się nadal martwiłaś, lecz teraz już nie tylko o własnego syna, lecz o mnie i o swoją wnuczkę.

A pamiętasz Mamo, jak przyszłam do Ciebie? Jeden z tych niewielu, bardzo niewielu razy. Tuliłaś wtedy Wiktorię jak największy skarb. Nikt tak jak Ty Mamo nie trzymał jej czule w ramionach, nikt tak jak Ty nie potrafił jej uspokoić, gdy płakała. Nikt tak jak Ty Mamo nie patrzył na nią chwytając w pamięć jej każdy oddech i gest. Nikt tak jak Ty nie próbował zatrzymać tych wspólnych chwil na zawsze w pamięci. Jak byś Mamo czuła, jak byś przeczuwała, że macie tak mało czasu. Pamiętasz, jak wtedy nie chciałaś mnie wypuścić.- Zostańcie Lenko na obiedzie. Zrobiłam zupkę pomidorową i kurczaka z surówką i ziemniaczkami – Nie dziękuję pójdę do domu, mała jest głodna- odpowiedziałam szybko by móc jak najszybciej wreszcie wyjść od Ciebie.

Chciałaś wtedy Mamo nacieszyć się wnuczką a ja nie dałam ci tej szansy. Mówiłaś mi wtedy jak ważne jest karmienie piersią i żebym została, że mi pomożesz. Chciałam wtedy byś już skończyła się przemądrzać. Myślałam, że wszystkie rozumy pozjadałam. Ale teraz Mamo już wiem jak bardzo się o mnie troszczyłaś. Bardziej niż moja własna matka. Twoje turkusowe oczy dały Wiktorii wtedy tak wiele ciepła. Mam nadzieję, że będzie je w sercu godnie nosić już zawsze. Pamiętasz Mamo ten okropny dzień, gdy rozmawiając z Tobą powiedziałam do Ciebie „proszę pani”? Bez słowa wtedy Mamo ucięłaś rozmowę mając do mnie wielki żal. Zadzwoniłam wtedy do ciebie. – Dzień dobry, mówi Lena chciałabym przeprosić, że nie przychodzę osobiście, ale jestem przeziębiona i nie chcę wychodzić z domu żeby bardziej się nie rozchorować. Chciałabym zaprosić na chrzciny Wiktorii – w słuchawce po Twojej stronie panowała cisza. – Adam przyjdzie z Wiktorią z oficjalnym zaproszeniem, ale ja te chciałabym się dowiedzieć czy przyjdzie Pani – Nie Pani nie przyjdzie! – usłyszałam podniesiony i rozżalony głos, odłożyłaś słuchawkę. Nie rozumiałam tego. Byłam zła, byłam tak zła, że życzyłam Ci wtedy wszystkiego najgorszego.

A przecież Ty Mamo traktowałaś mnie jak córkę i chciałaś być dla mnie matką a nie obcą osobą, bo tak cię wtedy potraktowałam. Moja duma nie pozwoliła mi Cię przeprosić. Głupia, bezczelna, czekałam na Twój gest. Już nie pamiętam Mamo, dlaczego nie pozwoliłam od tamtego czasu Adamowi by odwiedzał Cię z małą. Nie dałam Ci szansy Mamo byś w ostatnich miesiącach swojego życia miała siłę do walki. Byś mogła, co dnia trzymać w ramionach swój mały skarb, z którego zdjęciem w dłoni odeszłaś z tego świata. Wiktoria miała wtedy dziewięć miesięcy, gdy Cię zabrakło. Również i jej nie dałam szansy na to by mogła nacieszyć się Tobą i Twoją miłością. Za co Mamo ja chciałam Cię ukarać? Myślę nad tym już  czternaście lat. Wymyślałam sobie wtedy kilka durnych teorii i nimi żyłam w zakłamaniu.

Tak Mamo, okłamywałam samą siebie. Pamiętam jak byłaś już bardzo chora i prosiłaś bym odwiedziła Cię w szpitalu. Nie jestem sobie w stanie nawet wyobrazić, co czułaś czekając każdego dnia aż się pojawię. – Lena mama bardzo prosiła czy mogłabyś do niej przyjść – usłyszałam pewnego dnia od Adama. – Oszalałeś, po co ja tam pójdę? Poza tym dobrze wiesz jak bardzo nienawidzę szpitali – Nie przesadzaj nic ci się nie stanie jak pójdziesz na chwilkę – Adam nie pójdę i koniec! –  Nie pojawiłam się… Nie dałam nam szansy na pojednanie… Gdybym tylko mogła Mamo cofnąć czas… Nie wiem, co czułaś, gdy odchodziłaś. Zaaplikowałam ci Mamo taką dawkę goryczy, że można by nią było nakarmić całe piekło. Tak Mamo Ci się odwdzięczyłam za Twoją dobroć i miłość. Tak odwdzięczyłam Ci się za to co chciałaś mi ofiarować.

Odeszłaś Mamo w Dzień Matki. Siedzisz sobie teraz u Boga i tańczysz w swojej niebieskiej sukience na kwiecistej łące. Wiem, że cały czas czuwasz nad nami. Słyszę mamo niebiańską muzykę i wiem, że to Ty jesteś obok nas. Kilka lat temu dołączył do Ciebie tata. Jesteście nareszcie razem szczęśliwi. On bardzo za Tobą tęsknił. Wiesz Adam nawet nie powiadomił nas o jego śmierci.- Lena współczuje bardzo – usłyszałam pewnego dnia od koleżanki. Zdziwiona spojrzałam na nią. – Teść twój nie żyje, nie wiedziałaś? – Boże, przez głowę przewinęło mi się wtedy tysiące myśli pomieszanych z żalem, bólem i nienawiścią do Adama. A przecież kilka dni temu w nocy on mi się przyśnił i się żegnał ze mną, myślałam. Czym prędzej pobiegłam do szkoły zabrać Wiktorię i popędziłam na pogrzeb jedynego i ostatniego człowieka, który był po mojej stronie w walce o Adama. Tak bardzo Mamo płakałam, tak bardzo bolało jego odejście, a przez łzy musiałam Wiktorii tłumaczyć, że dziadek umarł, ale jest teraz szczęśliwy z babcią w niebie. Pełna goryczy byłam jeszcze w stanie dla jej dobra wymyślić historię o różowych chmurkach i tęczy, na której siedzicie i razem się śmiejecie.

Przyśniłaś mi się kilka razy. Pamiętam zabrałaś wtedy mnie i Wiktorię do siebie. Na chmurach szybowałyśmy wolne jak ptaki. Spojrzałaś wtedy na mnie i spytałaś czy możesz wziąć na ręce swoją wnuczkę i ją przytulić. Pamiętam Mamo jak bardzo się bałam. Bałam się, że ona zostanie już na zawsze w niebie, że nie będziesz chciała mi jej oddać. Zaufałam Ci Mamo. Widząc radość w twoich oczach i uśmiech na twarzy mojego dziecka, poczułam się tak bardzo szczęśliwa jak nigdy przedtem. Przeprosiłam Cię wtedy Mamo. Przytuliłaś mnie mocno do siebie i ogarnęła mnie fala Twojej niebiańskiej miłości i dobroci. Tym razem to ja nie chciałam się z Tobą się pożegnać. Nalegałaś mówiąc, że już czas. Obiecywałaś, że często nas będziesz zabierać do siebie, do swojej krainy szczęścia. Kochana Mamo po przebudzeniu spotkała mnie rzecz najdziwniejsza na świecie. Wiktoria się obudziła taka radosna jak wtedy, gdy się z Tobą spotkała. Powiedziała, że miała piękny sen, że była u babci w niebie i tam razem się bawiły na miękkich chmurkach. Więc Mamo to nie był sen?

Tata mi kiedyś powiedział, że chciałaś Mamo bym zamieszkała z Adamem w Twoim mieszkaniu. Przepraszam Mamo, że nie spełniłam Twojej prośby. Adam się wyprowadził dokładnie miesiąc po twojej śmierci. Zostawił na kilka lat mnie i dziecko. Pamiętam jak wiele razy przyśniłaś mi się mówiąc bym o niego walczyła do końca. Bym nie przestawała go kochać. Nie przestawałam Mamo. Minęło już jedenaście lat od naszego rozwodu, ale pomimo wielu zawirowań przez te wszystkie lata teraz On stara się być w naszym życiu i przepraszam Cię Mamo nie potrafię już z nim być. Tak bardzo bym chciała uszczęśliwić go, byś i Ty była szczęśliwa by odpokutować moje okrucieństwo wobec Ciebie ale już nie potrafię. A może to On nie potrafi dać mi poczucia bezpieczeństwa?

Adam ma teraz nową rodzinę Mamo. To boli, to strasznie boli ale mimo wszystko nadal mnie kocha, wiem to bo mówił mi o tym nie jeden raz. Kupiłam ci dzisiaj żółte tulipany Mamo. Siedziałam u ciebie na cmentarzu do zmroku i wiesz, co? Już nie wiem, co mam zrobić. Czy być z nim dla dobra Wiktorii i nadal czekać aż stanie się odpowiedzialnym człowiekiem czy całkowicie dać mu do zrozumienia, że nigdy już nie będziemy razem. On okłamuje swoją obecną żonę, ona nie wie, że każdy weekend on spędza u nas, kłamie jej w żywe oczy, że jedzie w delegację, jakież to banalne. I być może nadal jestem potworem być może nadal jestem wyjałowiona z uczuć gdyż całkowicie mi nie jest jej żal. Ta kobieta nie ma żadnych praw do Adama, to ja jestem jego żoną w obliczu Boga.

Dziś znowu Mamo poszłam do Ciebie i długo rozmawiałyśmy. Wstawiłam ci do wody świeże kwiaty. Mam nadzieję, że Ci się podobają. Nie mogę zrozumieć Adama. Nie wiem czy on się mną bawi czy też naprawdę mnie kocha. Mamo czy ja grzeszę sypiając z własnym mężem? Czy ja grzeszę krzywdząc tą drugą kobietę. Ona z pewnością nie miała wyrzutów sumienia, gdy zabierała mi mojego męża i ojca mojemu dziecku. Proszę Cię mamo nie gniewaj się na Adama za to wszystko. Sama mi kiedyś mówiłaś, jaki on jest słaby, i że do niego potrzeba dużo cierpliwości. Minęło już Mamo czternaście lat odkąd Ciebie nie ma tu z nami. Uwierz oddałabym własną część życia by móc cofnąć czas. By móc dać ci siłę do walki, by walczyć razem z Tobą. Codziennie wieczorem opowiadam Wiktorii, jaka byłaś wspaniała. Codziennie staram się wychować ją na mądrą kobietę, codziennie się staram by swoją dobrocią przypominała światu Ciebie. Wiesz, ona, co roku, w styczniu robi dla Ciebie laurkę z okazji Dnia Babci, co roku w Wigilijną noc obie siadamy przy oknie patrząc w gwiazdy i łamiemy się opłatkiem razem z Tobą Mamo.

Wiesz Mamo, postanowiłam, że podejmę pracę w hospicjum. Będę Mamo pomagać ludziom tak chorym jak Ty byłaś. Będę wspierać dobrym słowem, będę trzymać za rękę, po prostu będę przy nich. Przy tych samotnych i opuszczonych. Przy tych, którzy czekają na kogoś bliskiego tak jak Ty czekałaś kiedyś na mnie. To nie będzie Mamo odpracowanie moich win. To będzie danie światu, choć odrobinę tej dobroci, którą Ty miałaś i którą mi przekazałaś. Ostatnio Mamo jedna z moich podopiecznych, pięćdziesięcioletnia kobieta, wzięła mnie za rękę i podziękowała za siłę, którą dałam jej do walki z chorobą.

– Jesteś dziecko moim promykiem, który rozświetlił i ogrzał moje życie. Dzięki Tobie czuję, że pragnę poczuć jeszcze na twarzy całe słońce, którego Ty jesteś częścią- powiedziała. To Mamo najpiękniejszy moment mojej pracy. Chwila, w której czuję, że daję innym to, czego brakowało Tobie. Mam nadzieję, że jesteś ze mnie dumna. Mam również nadzieję, że jesteś dumna z Wiktorii, ona też chce w przyszłości pomagać chorym ludziom. Kiedyś jeszcze w trzeciej klasie szkoły podstawowej miała napisać opowiadanie o tym, kim chce zostać w przyszłości. „Jak dorosnę będę lekarzem, chciałabym wynaleźć lek na raka i ratować dzieci, które chciałby żyć, które chciałby jeździć na rowerze tak jak ja a nie mogą, bo są chore” tak pisała. Nauczycielka potem podczas rozmowy ze mną mówiła, że gdy czytała opowiadanie Wiktorii to płakała jak dziecko, tak się wzruszyła. Byłam taka dumna z mojej kochanej, małej córeczki.

Dziękuję Ci Mamo, że dzięki Tobie potrafię zupełnie sama wychowywać Twoją ukochaną wnuczkę na dobrego i mądrego człowieka. Dziękuje, przepraszam i do zobaczenia…


 

Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres kontakt@ohme.pl – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO


Zobacz także

Kilka kłamstw, które opowiadasz matce o swoim facecie (a od których twojemu terapeucie eksplodowałaby głowa)

Jak być szczęśliwym. Teraz

Jak być szczęśliwym. Teraz

Dzieckiem być – dla każdego oznacza coś innego…