Zdradziłam. Tak bardzo pragnęłam tych wszystkich drobiazgów, które w naszym domu już dawno zniknęły

Femme fatale
Femme fatale
6 kwietnia 2017
Fot. iStock / stock_colors
Fot. iStock / stock_colors

Zdradziłam cię dziś. Tak po prostu. Bez zastanawiania się, mimo woli. Wystarczyło, że na chwilę się oddaliłeś, choć ta chwila tak naprawdę trwa już całą wieczność. Bo my kobiety, często zdradzamy. Każdą myślą, wspomnieniem dotyku na lewym przedramieniu, codziennie.

A potem żyjemy naszym wielkim wyrzutem sumienia. Gdzieś pomiędzy Nim Prawdziwym, który nie ma czasu na naszą miłość, a Nieznajomym, który pojawia się i znika.

Pytasz kim on był. Nie wiem. Nie pamiętam, jak wyglądał, tylko to, jak dotknął mojego ramienia. W tym jednym muśnięciu skóry, było więcej erotyzmu niż w niejednej nocy szczęśliwych kochanków. W jednym nieistniejącym spojrzeniu zamknął wszystkie moje pragnienia. To był dreszcz niepodobny do żadnego innego uczucia. Magia chwili.

Staliśmy w drzwiach i tylko powiedział, że dobrze, że jestem. To mi wystarczyło. Tylko tyle i aż tyle.

Znasz to uczucie, gdy po cichu zatapiasz się w namiętności tak, jakbyś po raz pierwszy odkrywał co to znaczy pragnąć? Chcieć tak bardzo, że trudno ci to pojąć albo nazwać. Zatracić się w niej  tylko po to, by nareszcie wiedzieć czego tak bardzo ci brakowało?

Tonęłam dziś w tym cieple, które powoli rozchodzi się po ciele. Jego szept przesuwał się  po mojej szyi, a ja marzyłam, żeby nigdy nie skończył tej podróży i zawsze był tylko szeptem. Dłoń, która przeczesała moje włosy, tak czule, że nie potrafiłabym powtórzyć sama tego ruchu. Pocałunek.

Boże jak on całował. Już nawet nie pamiętam, czy ty kiedyś tak mnie pocałowałeś. Pojawił się nie wiadomo skąd, bez imienia, z głosem, który wydawał się dziwnie znajomy, ale którego nie mogłam dopasować do żadnej znanej mi twarzy. Może to i lepiej.

A dalej? Nie było nic. Nie było zdzierania z siebie ubrań, nie było uniesień kochanków podpartych ścianą jego mieszkania, cała ta erotyka była tylko niedostępnym i słodkim niedopowiedzeniem.

Tak bardzo pragnęłam tych wszystkich drobiazgów, które w naszym domu już dawno zniknęły. Tej zwyczajności między dwojgiem ludzi. Gdy czegoś nie masz, staje się to towarem ekskluzywnym, pożądaniem. Pożądanie, które nie smakuje jego ciałem, a jednak przepełnia totalnie. Namiętność, która rodzi się w głowie. Zbyt często na zgliszczach starych, dobrych czasów.

Bo te najbardziej gorące romanse mają swój zapach, dźwięk muzyki, która przyprawia cię o gęsią skórkę, wprawia w drżenie, na sobie tylko znany sposób. A najbardziej namiętny seks, to czasem ten bez seksu. To pragnienie o nim, ulotne, niepowtarzalne, jak przelotny romans.

Jestem wyrzutem sumienia, za każdym razem, gdy wraca, choć to tylko sen. Choć nie dzielę się między obce łóżka, choć w mojej pralce piorę wciąż te same koszule w kartę i złoszczę się na te same niedomknięte szafki.

Bo tak bardzo chciałbym, żeby ten sen wrócił. By nie był ani snem ani wspomnieniem. Bym nie musiała fantazjować o zwykłym poniedziałku, obecności, o śmiechu, gdy kładziemy się do łóżka.

Dlaczego? Przecież to takie proste.

Nie raz mijałeś tę historię na ulicy, czytałeś ją w naszych znajomych, a nawet mówiłeś sobie w myślach tak, jak ja: „Jak, tak można żyć? Dobrze, że my będziemy inni”. Ale zapomniałeś.

Zdradzam cię śniąc o innym życiu. Odkrywając w każdym śnie, jak bardzo chciałabym być gdzie indziej.

Bo nie trzymasz już mnie za rękę. Nie pragniesz. Nie całujesz jak mężczyzna całuje kobietę. Nie dotykasz. Nie ma w naszym domu już miejsca na pieszczoty, ani na kłótnie równie gorące jak seks na zgodę po nich. Nie ma już seksu, który zabiera na chwilę do raju i nie ma seksu byle jakiego. Nie ma skradzionych chwil, koronkowej bielizny, seksu na krześle, ani tego nad ranem, tego zaczynającego się niewinnie od wspólnego oglądania serialu, ani tego, który kiedyś by nas zawstydzał. Nie ma już chwil, gdy jest się zbyt zmęczonym na miłość. Nie ma wspólnych marzeń, fantazji. Nie ma rzeczy zbędnych. Nie ma żartów, gdy zdejmujesz ze mnie bieliznę. I dąsów, że nie masz ochoty nawet na pieszczoty.

Jak często fantazjujemy o miłości pełnej? Takiej prawdziwej, czasem nieśmiałej, nieudolnej, z kłótnią o wyprowadzanie psa i seksem pełnym czułości, do bólu przewidywalnym, ale prawdziwym, naszym?

Jak często upychamy nasze życie do szuflady, zamykamy na długie lata, aż w końcu pewnego dnia budzimy się ze snu, o którym nie możemy zapomnieć. Snu, który opowiedział nam, jak kiedyś chciałyśmy żyć. Tak zwyczajnie, po prostu razem – czy naprawdę teraz już nawet o tym musimy marzyć? Zdradzać codziennie marząc o innym życiu, bo wciąż za mało w nas odwagi by żyć, pragnąć, brać i dawać, by być, a nie trwać?

Wszystkie zdradzamy. Tak, zdradzamy, by choć na chwilę znów poczuć. Poczuć, że życie jest emocją, że możemy czuć, odkrywać, odlecieć do świata, w którym znów jesteśmy ważne. W którym same stajemy się pragnieniem. Ale każda z nas dokonuje wyboru.

Możesz zdradzać naprawdę.

Możesz zdradzać, marząc w snach o innym życiu, o innym dotyku, o tym, co dziś jest poza twoim zasięgiem.

I możesz wybrać trzecią drogę. Zdradzać całe życie, samą siebie. Wieszać świeżo upraną koszulę w kratę, zapominając na zawsze o tym, jak bardzo pragniesz, żeby wieczorem on przeczesywał twoje włosy tak, że drżą ci kolana. Poklepać się po ramieniu i powiedzieć „tak to w życiu jest, nie będziemy wiecznie młodzi i zakochani”. Tkwić w tym tak długo, aż w końcu pragnąć przestaniesz. Znikniesz. Przywykniesz, przeczekasz życie. I pewnego dnia odkryjesz, że w swoich snach nie kochasz się już pod gwiazdami, a po prostu chwytasz kogoś za rękę.

Dopiero wtedy zrozumiesz, ile namiętności straciłaś razem z tymi wszystkimi drobiazgami, które zgubiliście po drodze, choć miały być dla was najważniejsze.


Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek

Femme fatale
Femme fatale
9 kwietnia 2017
Fot. iStock / Vizerskaya
Fot. iStock / Vizerskaya

Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek.  Czasem wystarczy tylko być i powstrzymać się od chęci ratowania świata.

Wiedziałeś?

Cześć. Jestem smutna. Nie będę udawać, że jest inaczej. Posiedzisz chwilę ze mną? Tylko proszę, nie myśl, jak by tu mnie pocieszyć…

Jestem smutna. Pewnie to minie. Pewnie wiele się jeszcze zmieni w moim życiu. Pewnie będę się śmiała za chwilę z żartów moich dzieci. Nie będę udawała. Ja nadal potrafię się śmiać. Nawet teraz, gdy jestem jedną nogą w mojej poczekalni. Czekam na coś.

Może na lepsze życie (tak, wiem, samo do mnie nie przyjdzie), a może tylko potrzebuje jeszcze chwili by zebrać siły. Nie, nie chcę być sama, bardziej niż kiedykolwiek, ale przecież wiesz, że nikt nie lubi smutku. A ja bardzo go teraz potrzebuję.

Nie chcę wyrzutów sumienia za to, że dziś płakałam. Takie jest życie, czasem to pomaga.

Dlaczego tak bardzo uciekamy przed smutkiem? Boimy się go, panicznie. Nic dziwnego, wiemy skąd ten smutek się bierze.

Uciekamy, jakbyśmy się mogli zarazić. Uciekamy nawet od własnego smutku.

A przecież ON też potrafi wiele z siebie dać.

Zaczynasz dostrzegać rzeczy, które wcześniej gdzieś ulatywały. Zwalniasz. Może po raz pierwszy w życiu bierzesz bardzo głęboki oddech,  wciągasz powoli powietrze, nakładasz magiczny filtr na swoje życie. Tak wiele się wyostrza. I pewnie dopiero wtedy zaczynasz dostrzegać ludzi prawdziwych, takimi jakimi są, a nie jakimi chciałbyś ich widzieć. Smutek odbiera ci siłę, tę energię, która dotychczas pozwalała idealizować świat. I ludzi.

Bo jak długo nie ratowałbyś świata, nie udowadniał wszystkim, że zawsze dasz radę, to właśnie teraz jest ta chwila. Konfrontacja z prawdziwym życiem. Coś pęka. Gdy przestaniesz udawać, że twój smutek nie istnieje, widzisz też ilu ludzi zostało przy tobie. Bo teraz ty nie możesz im nic dać. Co masz teraz do zaoferowania, któż chciałby dostać smutek?

A jednak niektórzy zostają. Ci milczący, trwający pomimo i tylko dla ciebie.

A ty, a ty w tym nowym, bardziej szarym świecie potrafisz już ocenić to, co wcześniej wydawało się zagadką. To dobre. Nikt przecież wiecznie się nie smuci.

Co by się nie stało, każdy smutek może zmaleć, odpłynąć powoli, zniknąć. Każdy w swoim czasie, gdy poczujesz, że pora już wrócić do innego świata. Tego gdzie nadal w ogrodzie kwitną różowe i żółte kwiaty, gdzie liście na jesień zmieniają kolory, a jednak nowego. Zupełnie innego, odkrytego na nowo.

Smutek może być naszym spotkaniem z nieznajomym. Pojawia się nagle, bez zaproszenia – i jakby nam to nie pasowało, jest. Możemy udać, że nigdy się to nie zdarzyło i schować w tym, co dobrze nam znane. Albo skoro już się zjawił, poświęcić mu chwilę, wsłuchać się w jego historię. Po to, by jutro, za tydzień, za miesiąc zadecydować, gdzie pójdziemy. A może z kim.

W tym całym smutku tak dobrze udaje się nam dopasować buty na dalszą drogę, bez pośpiechu. Nie zwracając kompletnie uwagi na to, czy będą piękne, czy modne. Jeszcze za te buty kiedyś sobie podziękujemy. Przecież każdy z nas w końcu ruszy z miejsca.

Tak wiele powodów do niego, a jednak trudno go poznać dobrze. Za każdym razem, to najtrudniejsze uczucie świata nas zaskakuje. Jakby nie istniał żaden próg uodpornienia. A jednak buduje w nas odwagę. Dodaje sił do zadania sobie i innym pytań, których wcześniej nie odważylibyśmy się postawić. Nie da się na smutek uodpornić. Nie można z nim żyć. Nie można się przed nim skutecznie obronić.

Trzeba mu pozwolić przyjść, tylko po to, by mógł w spokoju odejść.

Rozstanie, żałoba, wreszcie życie. Różnie się smucimy, tak samo, jak na wiele sposobów okazujemy radość. Ale w tym smutku jest pewien wspólny mianownik. To często taki moment, gdy najlepiej swoją samotność przeżywać w towarzystwie. Milczącym. Takim, które nie próbuje siłą wyrwać cię z myśli, które i tak w końcu cię dogonią. Takim, które jest cierpliwe. Które jest ciepłym ramieniem i zapewnieniem „zaczekam tu chwilę na ciebie, nie spiesz się”.

Bo przecież w życiu tak bardzo brakuje nam czasu, to jego najmocniej żałujemy, chcemy go zyskać, cofnąć, zawrócić… Czy można dać komuś coś cenniejszego niż swój czas?

Może myślisz, że nie mam ochoty na towarzystwo. To nieprawda, ale nie chcę udawać, że wszystko jest porządku.

Pytasz jak możesz pomóc?

Zaproś mnie na kawę, pogłaszcz po głowie i pozwól mi na mój smutek.  Czasem wystarczy tylko być i powstrzymać się od chęci ratowania świata.

Sama nie przyjdę, nikt nie lubi smutku. A ja nie chcę być twoim poczuciem winy, że nie potrafisz mnie rozweselić.

Dziękuję.

 


Miłość, to nie obrączka na palcu, to nie wspólna kołdra, ani dzieci. Na miłości nie można oszczędzać… List do męża

Femme fatale
Femme fatale
22 lutego 2017
Fot. iStock / elwynn1130
Fot. iStock / elwynn1130

Czego od miłości wymagamy? Odrobinę tego, ciut tamtego. Taka to „zupa” pełna miłości – zrobiona z tego, co wpadło nam w ręce. Ale, czy takie zupy nie są najlepsze? Byleby jej tylko nie przesolić, nie doprawić zbyt mocno rozczarowaniem – bo w tych naszych domach i łóżkach już tak jest, że wszystkie smaki i zapachy nieuchronnie się przenikają.

Chcemy miłości doskonałej, a gdy zaczynamy jej szukać tuż pod nosem, możemy odkryć tylko dwie rzeczy. I nigdy nie będzie to doskonałość.

Albo obudzimy się pewnego dnia i uznamy, że skoro doskonałości nie ma, pora ruszyć jej szukać. Albo zobaczymy, że to, co oplata nas od stóp do głów, jest od niej o niebo lepsze. Nie znaczy to jednak, że miłość jest jak magiczne stworzenie. Że potrafi odczarować to, co my, ludzie robimy. Że wystarczy za wszystko i za wszystkich.

Miłość ma różne definicje, za każdym razem smakuje inaczej. Trudną o nią, oj, trudno jest ją sobie zgotować.

Czy tak wiele w miłości wymagamy? Bardzo wiele, moja lista jest okropnie długa – i pewnie mogłabym coś do niej dopisywać w nieskończoność, a brzmi mniej więcej tak:

Chcę…

… żebyś myślał o mnie i o mnie pamiętał

Wtedy, gdy planujesz swój czas i nasz. Wtedy, gdy wymagasz ode mnie ustępstwa, wsparcia, uwagi. Tak, jak ja myślę o tobie.

… żebyś  mnie szanował

Wtedy gdy pytasz jaki film chcę obejrzeć i wtedy, gdy pytasz o radę podejmując decyzję o nowej pracy.

… żebyś  miał więcej powodów, żeby mnie przytulić niż tych, żeby tego nie robić

Żeby nie było ci za zimno/za ciepło, za ciasno, niewygodnie, żebyś miał czas, humor, nastrój. Wreszcie ochotę. Żebyś nie mówił, że ty tego nie potrzebujesz/nie lubisz – bo miłości tak już jest, że potrzeba do niej więcej niż jednej osoby.

… żebyś słuchał moich odpowiedzi – jeśli tego nie robisz, lepiej wcale nie pytaj

Nie potrzebuję gry pozorów, grzeczności, uprzejmości – bo tak wypada. Nie chcę udawania. Jeśli nie chcesz znać odpowiedzi nie pytaj wcale. Jeśli nie śni ci się nawet pójść w inną stronę, niż założyłeś, będziesz musiał czasem iść sam. Czasem to będzie wybór na więcej niż jedną drogę.

… żebyś miał dość odwagi, by powiedzieć, jeśli przestaniesz mnie kochać

Bo to najtrudniejsze i najlepsze co możesz dla kogoś zrobić. Nie ma nic okrutniejszego niż pozwalać komuś wierzyć w iluzję miłości. Bo miłość, dla mnie, to bezpieczeństwo. To pewność, że cokolwiek, gdziekolwiek i jak – ona zawsze będzie. Bardziej wyrozumiała niż ludzie, bardziej cierpliwa, ciepła. Tak długo jak to samo my jej będzie odwzajemniać.

Miłość bez wzajemności istnieć nie może.

… żebyś miał wystarczająco powodów do radości, żeby się czasem do mnie uśmiechnąć

Bo gdy już powodów w życiu brakuje do uśmiechu, i nawet ta druga osoba nie jest dostatecznym argumentem, by z życia się cieszyć… to co to oznacza?

Dzień, w którym na zawsze przestajemy się do uśmiechać, to dzień, który mówi więcej  niż tysiąc kłótni i rozpraw rozwodowych.

… żebyś był

Naprawdę i żebyś sam tego chciał. Chcesz być? Nie da się kochać i uciekać do innego życia.

… żebyś nie kpił z tego, co dla mnie ważne

Nawet, gdy to dla ciebie niezrozumiałe – zwłaszcza, gdy to dla ciebie niezrozumiałe.

… żebyś miał czas na nasze życie

Nie na twoje, nie na moje. Na nasze.

Nie ma miłości po 15-tej. Na godziny, żetony i odhaczone na liście punkty. Jakbyśmy nowocześni nie byli – razem zawsze znaczy to samo. Nawet, gdy dzielą nas setki kilometrów.

… żebyś dokonywał mądrych wyborów

Jeśli decydujesz się na „poświęcenie” względem drugiej osoby, obojętnie, co tobą powoduje – nigdy jej za to  nie wiń. Inaczej nie pozostanie ci nic innego jak znienawidzić cały świat.

… i żebyś zamykał ten cholerny chlebak ;).

Tak po ludzku. Możemy się umówić, że będziesz to robił od dziś „z miłości”.

Żądam…

… żebyś umiał dostrzec różnicę…

… między tym, co robimy, a tym co chcielibyśmy robić. Umiał stanąć przed lustrem nie zasłaniając się sloganami, zobaczyć, czy za tym co mówisz, jeszcze stoi cokolwiek prawdziwego.

Błagam..

… byś nigdy nie myślał, że miłość ci się należy z urzędu

Bez względu na to, czy masz na nią weksel czy tylko szczere spojrzenie w oczy. Byś nigdy nie uważał, że muszę być. Byś nigdy nikogo nie swoją miłością nie próbował zniewolić.

Miłość jest dobra, w jej naturze nie leży ani krzywda, ani podstęp, ani litość. Miłość nie jest litością – ani jednej ani drugiej strony.

Dużo prawda? A czy to wszystko nie jest jednym? Czy nie chciałabym po prostu miłości?

Takiej, która potrafi być uśmiechem rano i słowem przepraszam, gdy ktoś zapomni o zakupach, telefonie a nawet tej nieszczęsnej rocznicy. Bo czym jest coroczna feta, jeśli na co dzień nie ma nawet tej pośpiesznie wypitej kawy…

Miłość, to nie obrączka na palcu, to nie wspólna kołdra, ani dzieci. Na miłości nie można oszczędzać…