Zdradziłam. Dzisiaj pytam siebie, jak wyglądałoby moje życie, gdyby nie ten romans? Gdzie teraz bym była?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
18 października 2016
Fot. iStock
 

Dla tych wszystkich, którzy się zarzekają, że zdrady nie można wybaczyć, że nie można żyć razem po zdradzie – powiem wam – można. Ale nie jest to łatwe, zwłaszcza, gdy to ty zdradziłaś.

To była klasyka. Miałam 35 lat, poczułam się znowu jak kobieta, a nie jak matka, służąca i kucharka, bo dzieci już większe, bo czasu więcej dla siebie. Wyszłam z przyjaciółkami na babską imprezę, urodziny jednej z nich. A on był taki przystojny. Dzisiaj myślę, że uwiódł mnie już pierwszym spojrzeniem. Zatańczyliśmy, usiedliśmy chwilę przy barze, a później, gdy koleżanki zaczęły się rozchodzić, zaproponował, żebyśmy jeszcze się razem pobawili, a on mnie odstawi do domu bezpiecznie. To nie było tak, że nie czułam niepokoju. Czułam i ten paradoksalnie kazał mi zostać. Głos jakiś powtarzał: „No przestań, czego się boisz. Nic się nie wydarzy, jesteś na to za mądra”. I nic się nie wydarzyło. Poza długą rozmową, wymianą numerów telefonów, kiedy myślałam, że przecież on i tak się nie odezwie.

Rano, na drugo dzień, wstałam jak na skrzydłach. Naładowana energią. Nawet nos na kwintę mojego męża mi nie przeszkadzał. W końcu nie pierwszy raz wstaje zły na cały świat. Trudno. Usmażyłam naleśniki na śniadanie, zrobiłam kakao wiedząc, że ćwierkam jak nastolatka. Ale nie byłam w stanie nad tym zapanować, nikt też nie pytał o powód mojego dobrego humoru.

Wysłał SMS-a po weekendzie. Poniedziałek, po 14-tej. „Dziękuję za przemiły wieczór. Fajnie by było to jeszcze kiedyś powtórzyć”. Myślisz sobie: „What’s the fuck”. Eee no było miło, ale że co? No ja męża przecież mam. I myślisz, jak odpisać, żeby nie urazić, żeby nie przerwać tego miłego flirtu, ale też nie pójść za daleko. Dłonie mi się spociły. Odliczałam – 17 minut, po  takim czasie mogłam mu odpisać nie wychodząc na jakąś wariatkę, która rzuca się na telefon po jego SMS-ie. „Też dziękuję. Może kiedyś”. Nie, a może lepiej: „Też dziękuję. Czemu nie?”. Ostatecznie poszło: „Też dziękuję. Może kiedyś będzie okazja”. No i okazja się trafiła, okazała się słowem kluczem. Bo po kliku dniowej wymianie SMS-ów, w stylu „co robisz”, „co słychać”, „jak mija ci dzień”, „wyspana?”, okazało się, że dostał awans i zaprasza na kolację.

To nie jest tak, że rzucasz wszystko i lecisz. Ale przychodzi ten jeden moment, taka bardzo maleńka chwila, kiedy myślisz: „Uciekaj, daj sobie spokój, masz męża, dzieci”, ale udajesz, że nie słyszysz. Wolisz sobie wmówić, że to tylko kolacja, że do niczego przecież nie dojdzie jednocześnie marząc o tym, żeby jednak doszło. Jesteś sztywna, spięta, ale on tak prowadzi rozmowę, że rozluźniasz się. Przestajesz myśleć o dzieciach, wyrzuty sumienia gdzieś uciekają, choć trzy razy wsiadałaś z powrotem do auta, nim weszłaś do restauracji. „Służbowa kolacja, mamy nowego klienta” – powiedziałam w domu.

A później miałam wyjazdy służbowe, potrzebowałam weekendu, żeby odpocząć od dzieci, nagle miałam się spotkać gdzieś w Polsce z dawno nie widzianą przyjaciółką, jeszcze ze szkoły średniej. W końcu ktoś we mnie zobaczył kobietę, nieobarczoną dwoma ciążami, porodami, niewycierającą nosa dzieciom i nieklepiącą kotletów na niedzielny obiad. Czułam się seksownie, kobieco, wiem, że byłam pożądana. To, jak na mnie patrzył, nie musiał nic mówić. Lubiłam się dla niego ubierać, kupować bieliznę, staranniej niż zazwyczaj układać włosy, robić makijaż.

Czy miałam wyrzuty? Nie chciałam wtedy o nich myśleć. Myślałam, że wszyscy są winni tylko nie ja, że tak się stało. Najbardziej winny był mój mąż, który przestał mnie adorować, przestał już dawno patrzeć na mnie w TAKI sposób. Stał się taki codzienny, powszedni, jak nabyta rzecz, stała każdego dnia. Dzieci? Tłumaczyłam sobie, że dzięki temu romansowi jestem lepsza dla dzieci. Mam więcej cierpliwości, jestem szczęśliwsza, częściej się uśmiecham, mam ochotę pobawić się z nimi, poczytać książkę wieczorem, wyjść z nimi na basen. Jakby ten jeden świat podłączał mi akumulator do funkcjonowania w drugim.

Moja mama spytała, co się dzieje. „O co ci chodzi?”, spytałam lekko, choć ścisnęło mnie w żołądku. „Jesteś jakaś inna”. Zaatakowałam ją, że jak chodzę smutna to źle, jak szczęśliwa też źle. Że nikomu nie można dogodzić, a ja po prostu w końcu zadbałam o siebie. „Rozejrzyj się, ile tracisz” – powiedziała i wyszła niosąc na tacy ciasto i kawę – wpadliśmy do niej na niedzielny obiad i podwieczorek.

To wtedy moja wieża z kości słoniowej zaczęła trochę się kruszyć. „Dzisiaj nie mogę” – napisałam do niego. Nie wyszłam. Zostałam w domu. „Miałaś iść do kina” – powiedział mąż. „Chcę z wami posiedzieć”. Rozglądałam się. Mam dwójkę dzieci – fajnych, mądrych, coraz bardziej samodzielnych. Mąż grał z nimi w planszówkę, pomyślałam, jak dawno wspólnie nie graliśmy i nagle ogarnął mnie ogromny żal. To jego spytali, co będzie na kolację, jakby mnie nie było… „Co się stało”, spytała córka, a łzy nie chciały przestać mi płynąć. Mogłam tylko wydukać, że ich kocham. To była trudna noc. Noc sam na sam ze sobą robiącą rachunek sumienia. Nad ranem obudziłam męża. Choć on chyba nie spał. „Kochasz mnie jeszcze?”, spytałam. Teraz on płakał. Nie zasłużyłam na te łzy i na jego miłość. Przez pół roku byłam daleko, bardzo daleko. Teraz dopiero to zobaczyłam.

Podobno do zdrady nigdy nie powinniśmy się przyznawać. Powiedziałam mu wszystko od początku. „Kocham cię, przepraszam, zrozumiem, jeśli teraz spakujesz się i wyjdziesz”. Nie wyszedł. Przeniósł się na kanapę. To było upokorzenie, które musiałam przełknąć. Nie odzywał się. Ale też nie wyprowadził się. Nie naciskałam. „Spotykasz się z nim jeszcze?” – spytał w końcu. „Nie. Skończyłam to, zmieniłam numer telefonu” – odpowiedziałam zgodnie z prawdą. „Możesz sprawdzać mi telefon” – dodałam. To on wyznaczał zasady, wiedziałam, że jeśli nie chcę go stracić, muszę sprawić, by znowu mi uwierzył. To nie było łatwe. Wstyd, strach, obrzydzenie – wszystko się w tobie miesza. Bo nagle rozumiesz, że to, co było dla ciebie najważniejsze możesz stracić. Głupia? Że teraz dopiero to zobaczyłam… Nie mam nic na swoją obronę… Absolutnie nic.

Zaproponował terapię. To wtedy usłyszałam, że przez kilka lat byłam skupiona tylko na dzieciach, jego właściwie nie było. Każdą propozycję spędzenia wspólnie czasu zbywałam wymówkami – dziećmi, zmęczeniem, jego fanaberią. Miałam wrażenie, że stoję przed sądem, gdzie jestem oceniana za wszystkie krzywdy, gdzie nagle ktoś po latach rozlicza mnie z tego, jaka byłam… A później – później byłam tylko ja. Ja wracam do pracy. Ja staram się o awans. Ja muszę zadbać o siebie. Ja musze iść na siłownię, wyjechać z przyjaciółkami. Znowu nie było jego w moim życiu. Słuchałam tego, co mówił i chciałam uciec. Uciec i nie wracać, nie mierzyć się z tymi zarzutami. Dlaczego? Bo miał ku*wa rację. Naprawdę. Tu już nie było miejsca na korygowanie się na przerzucanie winą. Tak, ja też mówiłam, że za mało się starał, że tak szybko ze mnie zrezygnował, że nie złapał mocniej za rękę, gdy widział, że się oddalam. „Pozwoliłabyś mi się zatrzymać?” – spytał… Nie pozwoliłabym.

Rok wspólnej terapii. Nie padliśmy sobie w ramiona. „Spróbujmy. Ale tylko ten jeden raz” – powiedział mi wtedy. Znowu zaczęłam w nim dostrzegać faceta, w którym się zakochałam, który mnie rozśmieszał, zabrał do kina i sam załatwił opiekę nad dziećmi, kupił bilety na mój wymarzony na koncert. A ja? Zmieniłam pracę. Mniej stresu, ta sama kasa, i więcej czasu dla rodziny, dla nas.

Oboje stanęliśmy na głowie. Zmierzyliśmy się z naszymi słabościami, z naszymi ułomnościami i nagromadzonymi przez lata pretensjami. I wiecie? Wyszliśmy z tej bitwy zwycięsko. Mam przy sobie kochającego mnie faceta, ojca moich dzieci, który dba o siebie, wygląda świetnie. Który zabiera mnie na romantyczny weekend. Jestem najszczęśliwszą kobietą pod słońcem. Kocham i jestem kochana. Czasami wracam do tego, co było… Już tak nie boli. Patrzę na to jak na lekcję. Kiedyś, pod koniec terapii spytałam, gdzie byśmy byli, gdyby to się nie zdarzyło… Na pewno nie w tym miejscu, w którym jesteśmy dzisiaj. Nie zawalczylibyśmy o siebie.

A on? Dobijał się jakiś czas, przyjechał do mojej pracy. Ale to był mądry facet. Wycofał się, zrozumiał. Za to mu dziękuję dzisiaj. Za to, że wtedy pokazał mi, że warto walczyć o siebie, a w efekcie o to co dla mnie w życiu najważniejsze. Paradoks? Tak. Ale takie rzeczy się dzieją. Siedzę pod kocem. Pali się lampka nocna. Cały dom już śpi. A ja myślę, jakie mam szczęście… I łzy mi płynął z wdzięczności…


Dzisiaj składam obietnice samej sobie. I piszę list do siebie w przyszłości wierząc, że dotrzymam danego słowa…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
5 listopada 2016
Fot. iStock/ viki2win
 

Witaj,

mam nadzieję, że otwierasz ten list z uśmiechem na ustach, bez strachu. Bo choć nie pamiętasz co sama w nim napisałaś jakieś 30 lat temu, to wiesz, że dziś uśmiechnęłabyś się do tamtej siebie.

Bo dzisiaj masz może 70 lat, może więcej, a wtedy, pisząc ten list, kończyłaś 40 i rodziła się w tobie nadzieja, że jeszcze nie wszystko stracone, że jeszcze los da się odwrócić. Że jesteś w momencie, kiedy w końcu masz odwagę wziąć życie w swoje ręce i pokierować nim tak, by jeszcze być szczęśliwą.

Bo choć wydawało ci się, że sił zabraknie, że nic dobrego już cię nie spotka, to jednak twoje lęki okazały się tak malutkie, tak w efekcie kruche, że bez problemu udało ci się je zdmuchnąć.

Pisząc ten list do siebie w przyszłości wierzyłaś, że jesteś w stanie być jeszcze szczęśliwa, że gotowa jesteś do spełniania swoich marzeń.

Pamiętasz? Myślałaś wtedy: „Do cholery, jak nie teraz to kiedy? Na co mam czekać, nikt za mnie nie przeżyje mojego życia, nie przejdzie mojej drogi przede mną sprawdzając czy nie ma na niej pułapek i wybojów”.

Ale bałaś się. Nie ufałaś sobie, nie wiedziałaś, czy się uda, a jedyne o czym myślałaś, to żeby nie wstydzić się za siebie, żeby nie żałować, żeby za te 30 lat czytając ten list być z siebie dumną, podnieść głowę do słońca z poczuciem zwycięstwa. Zwycięstwa nad swoimi słabościami, nad strachem, nad tysiącem obaw, które wtedy miałaś.

Pamiętasz dzień, kiedy pisałaś ten list? Dzieci już nie małe, ale jeszcze nie nastoletnie w próbowały zrobić domową pizzę co chwilę zadając ci setkę pytań. Siedzieliście sami w domu. Było ciepło. To wtedy po raz pierwszy poczułaś brak lęku. To wtedy spojrzałaś sobie prosto w oczy, uśmiechnęłaś się i przynosząc sobie ulgę powiedziałaś głośno: „Tak, to czas na zmiany”. Byłaś taka spokojna, a jednocześnie podniecona, tym co nowe i gotowa na to. W końcu.

I napisałaś list do siebie. Rozliczenie siebie z tamtych postanowień, z tamtych obietnic złożonych samej sobie. Tak bardzo nie chciałaś się sobą rozczarować, ale nie wiedziałaś, czy podołasz…

Minęło tyle lat… Mam nadzieję, że jesteś szczęśliwa, że ze wzruszeniem patrzysz w przeszłość, ale nadal dumnie spoglądasz w przyszłość, której – tak masz tę świadomość, niewiele zostało.

Chciałam cię tylko spytać, czy ci się udało? Czy spoglądając wstecz jesteś spokojna, bo nie masz sobie nic do zarzucenia. Zrobiłaś wszystko na miarę tamtych dni i własnych możliwości?

Czy odważyłaś się słuchać siebie? Swojej własnej intuicji? Czy przestałaś słuchać opinii innych i je uważać za jedyne słuszne? Pamiętasz, kiedyś bardziej wierzyłaś innym, niż samej sobie. Pozwalałaś innym kierować własnym życiem? Dlaczego? Bo bałaś się odpowiedzialności za własne decyzje? Obawiałaś się porażki? Zawsze łatwiej powiedzieć: to nie ja, to nie był mój pomysł, czułam, że tak się skończy. Tyle, że wtedy nie żyłaś swoim życiem. Oglądałaś je przez szybę – w bezpiecznej odległości, ale czy o takie właśnie bezpieczeństwo ci chodziło?

Przekonałaś się, że wzięcie odpowiedzialności nie boli? Że nie jest takie straszne powiedzenie: „nie”. Pamiętasz? To pierwsze twoje „nie” było trudne. Tak bardzo się bałaś… dzisiaj zastanawiasz się czego? Czego się bałaś? Bo jedno „nie”, pociągnęło kolejne, bo nagle okazało się, że możesz robić to co TY uważasz za słuszne, za dobre dla siebie.

Ciekawa jestem, czy zmieniłaś wtedy pracę? Czy udało ci się rozwijać swoje pasje. Czy wyjechałaś na wymarzone wakacje? Czy zakochałaś się na nowo w swoim mężu, czy się udało, czy jednak każde z was poszło swoją, szczęśliwszą ścieżką, ale z szacunkiem dla drugiej osoby? Mam nadzieję, że wszystkie decyzje jakie od momentu napisania tego listu podjęłaś, były już zgodne z tobą samą.

Uwierzyłaś w siebie? Przestałaś znajdować tysiące wymówek? Że nie dasz rady, że zbyt wiele rzeczy cię przerasta, że w twojej sytuacji nigdy nie znajdziesz wyjścia ewakuacyjnego, ba – żadnego wyjścia, bo to szach i mat. Wierzę, że przez cały ten czas już zawsze znajdowałaś rozwiązanie, nie bojąc się podejmować trudnych decyzji.

Wtedy obiecałaś:

– że przestaniesz załamywać się drobnymi niepowodzeniami

– że już nie będziesz bać się porażek, a zaczniesz je traktować jak kolejną wartościową lekcję

– że trudności nauczysz się przezwyciężać

– że warto do dążyć do tego, czego się boisz, bo im większy strach, tym widocznie jeszcze bardziej ci na tym zależy

– że zaczniesz głośno nazywać swoje potrzeby i pragnienia

– że będziesz mówić o swoich uczuciach – każdych, o tym, gdy coś sprawia ci przykrość i gdy coś czyni cię szczęśliwą

– że przestaniesz od siebie wymagać zbyt wiele, dasz sobie prawo do bycia nieidealną

– że jeśli ci na czymś będzie bardzo zależeć – nie odpuścisz

– że będziesz lubić siebie i sobie nie zrobisz krzywdy

– że będziesz żyła tak, by być szczęśliwą

– że wokół ciebie będą ludzie, którym ufasz, na których szczerość możesz liczyć.

Mówiłaś sobie: „nigdy nie jest za późno, żeby żyć po swojemu”, powtarzałaś to pewnie jeszcze wiele razy, jak mantrę.

Kochana moja. Mam nadzieję, że dzisiaj, kiedy czytasz ten list płyną ci łzy po policzkach ze szczęścia, choć teraz, gdy piszę ten list płaczę ze strachu…

Dotrzymałaś swoich obietnic? Czy twoje życie warte było przeżycia?


O takiej miłości nie powinno się mówić, że jest na zawsze. Być może nie jest. Być może my nie jesteśmy dla siebie na zawsze

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 października 2016
Fot. iStock/ArtMarie

Tak rzadko mówimy o miłości. Tak, wiem, ona jest, więc po co o niej rozprawiać, rozkładać na części pierwsze. Mówisz: „Nie wystarczy ci, że jest?”. Jakby miłości mogło wystarczyć, jakby mogło jej być akurat – ani za dużo, ani za mało. Wiadomo – przesyt budzi wymioty, a jej niedobór odkrywa deficyty różnych innych obszarów naszego życia, ale też i nas samych…

Naszej miłości nie umiem zmierzyć. Pamiętam, jak zastanawiałam się, czy jest jej wystarczająco, czy udźwignie na swoich barkach naszą codzienność, nudę, rutynę. Czy jej braki nie wzbudzą w nas ciekawości nowym, kimś innym? Przecież jeśli kochasz, to nikt inny nie powinien się liczyć. Gdyby to było takie proste… Gdyby miłość jasno określała nasze wybory i decyzje, gdyby dzięki niej wszystko było białe albo czarne. Kochasz – zostajesz, nie kochasz – odchodzisz. A tymczasem na jednej szali wieszamy naszą miłość, a na drugiej wszystko inne marząc o równowadze, o stałej wadze, o constans, który przyniesie nam spokój i szczęście.

Tymczasem nasze życie to niekończąca się sinusoida wzlotów i upadków, miliona wątpliwości i trafnych decyzji, których na początku rzadko do końca jesteśmy pewni.

My kobiety, nieustannie marzymy o tej miłości niezwykłej, o tej pewności, podczas gdy dla facetów do często oczywiste. „Miłość? No jest?” odpowiadają nie zastanawiając się nad jej miarą, nad jej wartością, nad jej obecnością. Nie rozstrzygają emocjami sporów, nieporozumień.

Siedzę z kubkiem kawy pod kocem. Udaję, że czytam, ale obserwuję ciebie krzątającego się po kuchni. Zrobiłeś dzieciom kolację, mi podałeś herbatę z miodem, bo gardło mnie trochę boli. Bawi mnie, że potrafię wyprzedzić myślami to, co za chwilę zrobisz. Znam każdy twój ruch, wiem, co po kolei zamierzasz ułożyć, schować, sprzątnąć… Fajne to. To są takie chwile, kiedy czuję tę miłość. Kiedy mam pewność, że kocham tak bardzo, jak nikogo innego. Nie umiem tego powiedzieć, bo w gardle tkwi gula wzruszenia, a w oczach mimo próby opanowania sytuacji pojawiają się łzy.

Dlatego napiszę. Napiszę o tej miłości, o której tak mało mówimy, a która jest tym, co najważniejsze, co każe nam do siebie wracać mimo burz, pretensji i kryzysów.

Bo ta miłość to dzisiaj dla mnie:

– pewność – to jak jakbyś miał wrócić do domu po wielu miesiącach nieobecności, z obawą, czy nic się nie zmieniło czy cię poznają, czy nadal kochają. Więc ja mam w sobie tę pewność, która nie każe mi myśleć o tym wszystkim, tę pewność, że obojętnie z jak długiej podróży nie wrócę – ty będziesz.

– spokój – który mi dajesz. Pomimo moich rozedrgań, wątpliwości. Śmieję się, że jesteś jak ten ciepły koc, który mnie otula, gdy sama nie potrafię się uspokoić, pomagasz mi złapać oddech, hamujesz emocje, pozwalasz spojrzeć na to wszystko, co dla mnie złe i nie tak, z dystansu. To niesamowite, jak potrafisz mnie zatrzymać.

– bezpieczeństwo – ale nie to, którego kiedyś pragnęłam, którego mi brakowało, to bezpieczeństwo, które pozwoliłam sobie zauważyć, nie roić w głowie tysiąca powodów, dla których nie czuję się przy tobie bezpiecznie, lecz dostrzec kilka, które stanowią podstawę mojego przy tobie bezpieczeństwa

– miłość do mnie samej – bo zrozumiałam, że aby kochać ciebie, aby dać się pokochać tobie, muszę najpierw spojrzeć na siebie z miłością. Muszę zrozumieć, ile jestem warta, jak wiele znaczę i jak ważna jestem. Dziękuję, że poczekałeś, że rozumiałeś.

– uśmiech, który wywołujesz. Chyba nikt nie potrafi tak mnie rozśmieszyć, by za chwilę wkurzyć do granic możliwości i odwrotnie – wkurzyć i chwilę później rozśmieszyć. Lubię na ciebie patrzeć, lubię, gdy wracasz, gdy już jesteś blisko, dobrze mi wtedy…

– pokora – bo nic nie jest proste, nic nie przychodzi nam łatwo i można się na to obrazić, można olać, powiedzieć: „a w dupie z tym” i się poddać. Ale można też walczyć, pracować, ciężko doświadczać, ulegać i… przyznawać się do błędu. Przy kim innym bym to zrozumiała, komu starczyłoby cierpliwości i siły, gdyby nie kochał?

– dystans –  do siebie, do ciebie, do świata. Bo już wiem, że nic nie jest nam dane na zawsze i niczego nie mogę być w 100% pewna. Bo znam dzięki tobie też swoje słabe strony, znam też i twoje i wiem, na co nas stać i że pewnych rzeczy w sobie nie zmienimy, możemy jedynie trochę nad nimi zapanować, co nie zawsze się udaje.

– wolność – o takiej miłości nie powinno się mówić, że jest na zawsze. Bo być być może nie jest. Być może my nie jesteśmy dla siebie na zawsze. Nie, żebym o tym teraz myślała, ale już nie truchleję na myśl, że może ciebie obok nie być. Jestem silna, wiem, ile warta, dlatego nie będę cię nigdy trzymać kurczowo za rękę. Jeśli będziesz chciał odejść, puszczę cię, żebyś mógł znaleźć zgubione szczęście. Bo ta miłość to też wolność, jaką sobie nawzajem dajemy, jaką mamy.

Podchodzisz poprawić mi koc… Nadal udaję, że czytam książkę. Uśmiechasz się widząc, jak szklą mi się oczy. „Głuptasie”, mówisz. Nic nie muszę mówić. Siadasz obok, przytulasz mnie, by za chwilę znowu pójść coś zrobić, sprawdzić. W twoim geście, śmiesznym słowie jest wszystko, czego teraz potrzebuję, jest miłość, która pozwala być nam razem. Dziękuję.