„Nie zaprzątaj tym sobie główki, Głuptasie”. To nie miłość, to przemoc, którą po cichu zapraszamy do domu

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
10 sierpnia 2017
Fot. iStock / egorr
Fot. iStock / egorr

„Czasami się zastanawiam, czy ta nasza miłość jest prawdziwa. A potem sprowadzam siebie na ziemię i mam potworne wyrzuty sumienia. Przecież wszystko, co robi Michał, robi dla mnie. Może to ze mną jest coś nie tak, że nie umiem tego docenić, jak na to zasługuje? To na pewno przez ten stres, po ślubie wszystko wróci do normy. Nie wiem, czy jestem szczęśliwa, ale nie chciałbym go stracić. Przez głupotę. Może za dużo myślę?”.

Anka

Anka i Michał są razem od 6 lat. Modelowy związek. Poznali się na studiach, trochę ze sobą „pochodzili”, zaręczyli i zamieszkali razem. Właśnie trwają przygotowania do ślubu. W planach mają dziecko (za jakieś 3-4 lata), kredyt hipoteczny  i dom na przedmieściach. To znaczy Michał ma, Anka nie ma za bardzo głowy do planowania – jak mówi Michał, a ona mu wtóruje.

Znam Ankę od kilku lat, poznałyśmy się w pracy i choć nasze zawodowe drogi się rozeszły, spotykamy się kilka razy w roku na kawę i babskie „co słychać”.

Ania uważa swój związek za udany, oczywiście nie jest kryształowy, nikt nie jest ideałem. Michał też nie. Choć ostatnio coraz częściej zastanawia się, czy naprawdę chce, by Michał nadal układał ich życie…

To, co zawsze najbardziej zwraca moją uwagę w rozmowach z nią, to siła z jaką potrafi racjonalizować to, co ją uwiera. Teraz, kiedy opiekuńczość Michała uderza w ważny punkt – przygotowania do ślubu – Anka zaczyna widzieć wszystko w innych barwach.

„Mycha, nie zaprzątaj tym sobie główki, dobrze. Ty się na tym nie znasz, lepiej żebym ja decydował, Głuptasie”, „No nie wygłupiaj się, to strasznie głupie wydawać na to pieniądze, sam wybiorę ci lepszą opcję”.

Kiedyś: Jest taki troskliwy, chce mnie odciążyć z obowiązków. Dobrze, że zawsze mogę na niego liczyć, inaczej sporo bym straciła.

Dziś: Wkurza mnie. Gdyby chodziło o ubezpieczenie samochodu albo wybór sposobu montażu podłogi, pewnie nigdy nie zwróciłabym na to uwagi. No bo przecież nigdy nie zwracałam. Ale teraz czuję, że nie mam nic do powiedzenia. Że to nie jest nasz ślub, tylko ślub Michała i jego mamy (taty, siostry, ciotki…), wszystkich, tylko nie mój. Bo przecież to ogarnie ciocia, bo się na tym zna (a ja nie), bo przecież niby przeżyję, że będzie ciut inaczej, ale za to taniej. I wiesz, co mnie w tym wszystkim najbardziej wkurza, że nikt mnie nie pyta, czy ja się zgodzę, tylko Michał zakłada, że skoro ma rozwiązanie tańsze, lepsze według niego – to moich propozycji w ogóle nie bierze pod uwagę, bo „to głupie”.

 „Ile masz lat, żeby tak wybierać komputer, przecież wiesz, że ja to zrobię lepiej”.

Kiedyś: No pewnie by mnie obśmiał facet w sklepie, że wybieram komputer tylko dlatego, że mi się spodobał kolor.

Dziś: Złości mnie to, że jestem dorosła, a nie mogę sobie kupić takiego telefonu, jaki mi się podoba! Nie potrzebuje tych wszystkich ekstra rzeczy, które chce mi znaleźć Michał. Chcę do cholery kupić sobie srebrny telefon i choć przez chwilę się z tego cieszyć! Najgorsze jest to, że tego i tak nie zrobię, bo będę potem mierzyć się z jego dąsami i docinkami. Czasami mam wrażenie, że wszystko musi być „po jego myśli”. Mam poczucie niesprawiedliwości.

„Nie zgadzam się, żebyś jechała z dziewczynami na ten festiwal, to niebezpieczne, zabiorę  Cię do filharmonii, chcesz?”.

Kiedyś: Mój słodziak, mały zazdrośnik i tatusiek, prawda, że urocze?

Dziś: Przeraża mnie to. Nie fakt, że się o mnie martwi albo nie chce, żebym gdzieś jechała, bo jest zazdrosny. Ale sposób, w jaki to robi. Im dłużej ze sobą jesteśmy, tym mniejszy opór stawiam na rzeczy, które mi nie pasują. Tego się boję. Kiedyś po prostu bym pojechała. Dziś czuje się jak nieposłuszne dziecko, które jedną głupotą miałoby przekreślić „całe” swoje szczęśliwe życie i czekało na karę.

Czasami się zastanawiam, czy ta nasza miłość jest prawdziwa. A potem sprowadzam siebie na ziemię i mam potworne wyrzuty sumienia. Przecież wszystko, co robi Michał, robi dla mnie. Może to ze mną jest coś nie tak, że nie umiem tego docenić tak, jak na to zasługuje?

Nie wiem, czy jestem szczęśliwa, ale nie chciałbym go stracić. Przez głupotę. Może za dużo myślę?

Barbara

Wracam myślami do Barbary za każdym razem, gdy spotykam Ankę. Z Barbarą rozmawiałam tylko raz, przypadkiem. Przyszła kiedyś na babski wieczór z jedną ze znajomych. Jest po pięćdziesiątce, trzy lata po rozwodzie. Ma dwójkę nastoletnich dzieci, pracuje jako księgowa w średniej firmie.

O sobie opowiada bez skrępowania. Mówi, że rozwód skutecznie ją otrzeźwił i nauczył trzymać głowę wysoko. Barbara przypomina Ankę za 20 lat.

Też kiedyś miała wątpliwości, które uśpiła na kilkanaście lat. Tego najbardziej żałuje. Andrzej (były mąż Barbary) był kochający i czuły. Doskonale wiedział, jak zapewnić im szczęśliwe życie.  Niestety ich historia okazała się podobna do setek innych. Jego szczęście nie miało zbyt wiele wspólnego z jej szczęściem. Z czasem, niewinne „zostaw to głuptasku, na niczym się nie znasz” zamieniły się na „jesteś tępa, nic byś beze mnie nie osiągnęła”. Nie od razu oczywiście.

Punktem zapalnym były narodziny pierwszej córki. Barbara zrezygnowała z pracy – no bo jak inaczej? On się wszystkim zajmie, żeby ona mogła być z dzieckiem, taki luksus, jego poświęcenie. Dom za miastem się budował, sprawnie jak jego kariera. Ona z miesiąca na miesiąc coraz bardziej wypadała z obiegu. Nie mogła podjechać z małą na spotkanie z koleżankami – bo przecież tyle spraw, a on zapracowany, w nocy w biurze.

Szybka przeprowadzka, jeden samochód – jego oczywiście. I tak Barbara została w swoim nowym domu, z dzieckiem, w drugiej ciąży. Gdy chciała pożyczyć samochód – nie mogła… „Ptysiu, nie możesz teraz jechać, jesteś w ciąży, dawno nie prowadziłaś, nie zgadzam się, za bardzo się o was boję”. Lata mijały, potem słyszała już tylko: „Nie dam ci samochodu, rozwalisz go, nie wolno ci. To mój samochód. Masz się zajmować domem i dziećmi, po co chcesz gdzieś jechać, wszystko masz”. Barbara została w swojej złotej klatce, żyjąc od weekendu do weekendu. Swoje życie chciała zostawić na trochę później.

Z Ptysia i Księżniczki stawała się darmozjadem, który nic nie potrafi. Kiedy dzieci przestały nosić pieluchy i chciała szukać pracy, usłyszała, że chyba jest niepoważna. „Czy wiesz, ile kosztuje opiekunka???” – wysyczał – „A ile ty zarobisz, co? Możesz iść do pracy, jak będziesz zarabiać tyle, co ja. Nie po to tak haruję, żeby dopłacać, żeby tobie się nie nudziło”.

To co najmocniej zapamiętałam ze spotkania z Barbarą, to jak opowiadała o momencie, kiedy coś w niej pękło.

Przez całe lata, wszystko to, co się działo, przykrywała wymówkami. Jej mąż nie mógł być „zły”. Życie nie jest takie proste. Wiadomo: stres, małe dzieci, wszyscy mają kryzysy. Ale nadszedł taki dzień, kiedy mur się zawalił. Zadzwoniła do niego, gdy jechał na zakupy. „Kup mi proszę chałwę, mam ochotę” powiedziała. Gdy wrócił z zakupów, nie było w nich chałwy, tylko żelki dla dzieci. „Nie było chałwy w sklepie? Szkoda, taką miałam ochotę” – rzuciła wyjmując rzeczy z reklamówki. „Była” – odpowiedział nie podnosząc wzroku – „uznałem, że jej nie kupię, nie powinnaś tyle żreć, nie wyglądasz najlepiej” – dodał po chwili i poszedł oglądać wiadomości.

Każdy ma swój punkt, granicę, po której przekroczeniu nic już nie jest takie samo. Dla Barbary ta chałwa była kluczem do jej złotej klatki. Opowiadała, że jedyne, co wtedy pomyślała to: „Spier*alaj! Możesz mnie izolować, tłumacząc to dobrem dzieci, odmawiać wielu rzeczy, argumentując to pieniędzmi, których nigdy nie zarobiłam, ale nie będziesz mi mówił, co mogę „żreć”. Co byłoby dalej? Nie chcę, żeby moje córki na to patrzyły”. I tak w jedną przepłakaną noc, zaczęła wszystkie te „drobiazgi” widzieć zupełnie inaczej.

Barbara ma do siebie żal, że tyle lat dawała się przekupić wygodą, poczuciem bezpieczeństwa, że nie poszła trudniejszą drogą. Że wygodniej było jej się nie martwić: o pieniądze, o to, czy zdąży odebrać dzieci po pracy, czy nie będą jej kiedyś miały za złe, że miała dla nich mniej czasu.

Jaki z tego morał?

Nie wiem, jak skończy się historia Anki. Nie wiem, czy wezmą ślub, czy Michał kiedyś zamieni się w potwora, jak ten z opowieści Barbary. Anka ma wątpliwości, chce przełożyć datę ślubu i zobaczyć, co będzie. Poszła na terapię. Na razie w tajemnicy przed Michałem, jest po dwóch spotkaniach. Nadal czuje się źle i ma wyrzuty sumienia.

Jedno jest pewne. Nigdy, przenigdy, nawet w imię miłości, nie wolno nam ograniczać i zawłaszczać życia drugiej osoby, ani udawać, że odpowiada nam życie, którego nienawidzimy, byleby tylko „czegoś” nie stracić.

To nie miłość, to przemoc, którą po cichu zapraszamy do domu.

Przemoc domowa, ma wiele twarzy. Jak ją rozpoznać? Przeczytajcie kilka najważniejszych punktów stworzonych przez Fundację Centrum Praw Kobiet. „Przemoc domowa. Powiedz NIE”.

„Mój partner:

– mówi, że jestem głupia, brzydka i że sobie bez niego nie poradzę,
– podnosi na mnie rękę, bije mnie,
– żąda, abym była posłuszna, rozkazuje mi, co mam robić,
– zmusza mnie do współżycia bądź robienia tego w nieakceptowany przeze mnie sposób,
– awanturuje się, gdy nie zrobię obiadu lub porządków na czas, albo nie tak, jak sobie tego życzył,
– zabrania mi chodzenia do pracy lub do szkoły,
– jest chorobliwie zazdrosny i podejrzliwy wobec moich znajomych lub rodziny,
– nie daje mi pieniędzy na prowadzenie domu, kontroluje wszystkie moje wydatki,
– zabiera mi dokumenty i pieniądze,
– obraża mnie, poniża w obecności innych osób,
– grozi mi bronią, nożem itp.,
– niszczy celowo moje rzeczy osobiste,
– grozi, że skrzywdzi moich najbliższych,
– zabrania mi spotykać się z moją rodziną i znajomymi,
– krytykuje i wyśmiewa wszystko, co robię i mówię,
– grozi, że odbierze mi dzieci,
– mówi, że jestem chora psychicznie,
– krzyczy, wydziera się na mnie,
– jest agresywny, gdy mówię mu że za dużo pije lub proszę, aby coś zrobił w domu”.

Całą ulotkę znajdziecie na stronie www.cpk.org.pl.


Zrób pierwszy krok, by pozbyć się wady wzroku – tylko dla naszych czytelniczek mamy zaproszenia na bezpłatne konsultacje okulistyczne

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
11 sierpnia 2017
Fot. iStock
Fot. iStock

Czy wiedziałeś, że jest wiele metod korekcji wady wzroku? A czy zastanawiałeś się kiedyś, „co by było, gdybym nie musiała nosić okularów? Nie zastanawiaj się, szkoda czasu, po prostu to sprawdź!

O korekcji wad wzroku nie wiemy zbyt wiele, zazwyczaj zaczynamy się nią interesować, kiedy na naszej drodze pojawi się ktoś, kto na taki zabieg się zdecydował. Opowie nam o nim i zaciekawi. A szkoda, bo współczesne metody korekcji wad wzroku, dostępne w dobrych klinikach optycznych, to znacznie więcej, niż tzw. „laser”. W zależności od rodzaju wady, do wyboru jest kilka różnych zabiegów.

Korekcja wad wzroku to najbezpieczniejsza, wysoce precyzyjna metoda chirurgiczna, polecana osobom z krótkowzrocznością, nadwzrocznością lub astygmatyzmem. Możecie pozbyć się wady wzroku i okularów w ciągu kilkunastu minut. Jeden z najmniej inwazyjnych obecnie zabiegów – mikrosoczewkowa korekcja Lentivu usuwa wadę w jednym oku w około 24 sekund. Już następnego dnia po zabiegu powrócić do zwyczajnych aktywności, takich jak praca przed komputerem, codzienny trening, czy spotkanie z przyjaciółmi. Metoda Lentivu nie wymaga długiej i uciążliwej rekonwalescencji.

Dobrze wiedzieć więcej – i widzieć więcej!

Specjalnie dla naszych czytelników kliniki okulistyczne Optegra w całej Polsce przygotowały darmowe konsultacje. Tutaj możesz się zapisać.

Każdy nasz czytelnik może umówić się na bezpłatną konsultację w klinice Optegra w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu czy w Szczecienie. Dobrze jest zrobić ten pierwszy krok, by żyło się lepiej!

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Wejdź na www.zobacz-wiecej.pl


Wiecznie brakuje ci pieniędzy? Zobacz, jak (w miarę) bezboleśnie zaoszczędzić sporą sumkę

Anna Wójtowicz
Anna Wójtowicz
10 sierpnia 2017
Fot. iStock/LaraBelova
Fot. iStock/LaraBelova

„Dlaczego kiedy kończą się pieniądze, zawsze pozostaje jeszcze tak dużo miesiąca?” – pewnie nie raz śmiałaś się z tego tekstu. Być może radośnie, a być może przez łzy. Bo choćbyś nie wiem jak i ile zarabiała, to zawsze brakuje ci pieniędzy. I tak naprawdę to nie wiesz, na co je wydałaś… Rozpłynęły się, czy co?! Jak to powstrzymać? Jak zacząć oszczędzać? Czy w ogóle jest to możliwe?

Po co w ogóle oszczędzać?

Patrząc na swoją wypłatę zaczynasz się śmiać. Że niby z czego masz odłożyć?! Przecież rachunki, życie, ubrania – wszystko kosztuje. Ale warto oszczędzać. Dla komfortu psychicznego, że w razie nagłej sytuacji będziesz choć trochę zabezpieczona i nie będziesz musiała się prosić rodziny o pomoc finansową.

Naprawdę nie musisz odkładać dużych kwot. Ważne, żeby robić to regularnie. Już 5 zł wrzucane do skarbonki każdego tygodnia po paru latach może dać sumę, za którą będziesz mogła kupić sobie wymarzone buty lub nową pralkę. Braku tych kilku złotych nie odczujesz, ale już będziesz spokojniejsza, że robisz coś w kierunku oszczędzania. Zobaczysz, że z czasem wejdzie ci to w nawyk i zaczniesz odkładać coraz większe sumy. I uwierz mi, że tak będzie, bo sama jestem tego przykładem.

Poza tym warto przyjrzeć się swoim wydatkom. Czasami pieniądze znikają w bardzo prosty sposób, któremu można zaradzić. Trzeba tylko wiedzieć jak.

Fot. iStock/ljubaphoto

Fot. iStock/ljubaphoto

Jak zacząć oszczędzać pieniądze?

Porad, jak oszczędzać, jest bardzo dużo. Jednak ja wybrałam dla ciebie te najprostsze, które nie wymagają większego wysiłku i latania po bankach. Możesz stosować je na co dzień i zobaczysz, że szybko dostrzeżesz różnicę w domowym budżecie.

Kupuj z listą

Pewnie nie raz słyszałaś, że jedną z najbardziej skutecznych metod oszczędzania jest planowanie zakupów i nie kupowanie tego, czego nie ma na liście. I to prawda. Dzięki temu wiesz, czego potrzebujesz i nie bierzesz tego, co może się zmarnować lub wyrzucisz do kosza.

Przeglądaj gazetki zanim wyruszysz na zakupy

Przejrzyj oferty popularnych sklepów. Często możesz trafić na naprawdę spore promocje. Ale zachowaj przy tym zdrowy rozsądek – jeśli będziesz jeździć samochodem po masło tańsze o 50 gr na drugi koniec miasta, to wydasz znacznie więcej niż jak kupisz droższe w sklepie obok (benzyna…).

Szykuj kanapki do pracy

Zastanawiasz się pewnie, że kiedy niby masz to robić?! Przecież już teraz nie możesz się wyrobić, więc jakie w ogóle kanapki?! Masz rację. Sama wiem, że ciężko się zerwać wcześniej. Więc może przemówią do ciebie liczby. Kanapka kupowana w sklepie lub w pracy kosztuje średnio ok. 5 zł. Czyli kupując ją 5 razy w tygodniu, wydajesz ok. 25zł. W miesiącu jest to ok. 100 zł. W ciągu roku – ok. 1200 zł. Za to możesz mieć, jak dobrze poszukasz, ciekawą wycieczkę last minute.

Zainwestuj w filtr wody zamiast kupować wodę w butelkach

Załóż filtr. Dzięki temu zaoszczędzisz sporo pieniędzy, a naprawdę nie odczujesz różnicy w smaku wody.

Sprawdź, czy nie płacisz za niepotrzebne produkty finansowe

Przejrzyj wyciąg z kart kredytowych i kont. Zobacz, czy przypadkiem nie ponosisz opłat za jakieś produkty finansowe, o których nie masz nawet pojęcia. Jeśli znajdziesz coś takiego, zadzwoń do banku i poproś o zniesienie opłat.

Planuj wyjazdy z wyprzedzeniem

Kupując wcześniej bilety czy to na autobus, czy na samolot, możesz zaoszczędzić naprawdę sporo pieniędzy. Teraz jest tak duża konkurencja, że firmy przewozowe proponują przejazdy nawet za jedyną złotówkę.

Jeździj do pracy ze znajomymi

Umówcie się, że co tydzień ktoś inny będzie jechał swoim samochodem do pracy. Dzięki temu wszyscy zaoszczędzicie na kosztach dojazdu do pracy (dobrze by było, żebyście się lubili…).

Zastąp samochód rowerem

Jeśli tylko masz taką możliwość, wybieraj rower. Nie tylko zaoszczędzisz sporo pieniędzy na paliwie, lecz także zadbasz o swoją sylwetkę. I jeśli będą to odpowiednio długie dystanse, będziesz mogła zrezygnować z karnetu na siłownię (choć na jakiś czas).

Rozważ zmianę dostawcy internetu

Być może zakładałaś internet dawno i nawet nie zwróciłaś uwagi, że w tym czasie pojawili się nowi dostawcy, którzy proponują niższe opłaty. Popytaj się sąsiadów lub popatrz, czy gdzieś na klatce nie wisi ogłoszenie. Możesz w tej sposób zaoszczędzić kilkanaście złotych miesięcznie.

Odłączaj nieużywane przedmioty od zasilania

Wyłączaj przedłużacz, odłączaj ładowarkę, kiedy z niej nie korzystasz. Będziesz miała niższe rachunki. Bo choć niczego wtedy nie używasz, to one i tak ciągną prąd, który zamieniany jest na ciepło.

Gaś światło tam, gdzie cię nie ma

… spuszczaj wodę korzystając z mniejszego przycisku, gotuj w czajniku tyle wody, ile potrzebujesz. Takie małe zmiany szybko docenisz, kiedy przyjdą niższe rachunki.

Chodź do lumpeksów

Czasami ciężko się przemóc, żeby zacząć kupować w lumpeksach. Ale teraz te miejsca naprawdę nie wyglądają tak, jak kilka lat wcześniej. Są zadbane, rzeczy są dobrej jakości i są pachnące. Bardzo często można znaleźć nienoszone ubrania, z metkami, często od znanych projektantów. I kosztują bardzo małe pieniądze.

Sprzedawaj niepotrzebne rzeczy

Jeśli w twojej szafie jest pełno rzeczy, których już nie będziesz nosić, a szkoda ci wyrzucać, sprzedaj je w internecie. Dzięki temu zrobisz porządek wokół siebie, pozbędziesz się zalegających ciuchów bez wyrzutów sumienia i zarobisz. Możesz korzystać z popularnych portali bądź wydarzeń organizowanych w twojej okolicy, które ogłaszane są na lokalnych stronach internetowych bądź na Facebooku.

Dogadaj się z przyjaciółkami w sprawie kupowania gazet

Ty i twoje przyjaciółki czytacie te same gazety? Dogadajcie się, że będziecie kupować je na zmianę i kiedy ta, co za nią zapłaciła, już przeczyta, przekaże dalej do was.

Spotykajcie się w domu

Zamiast umawiać się z przyjaciółmi na mieście, spotykajcie się w domu. Jeśli to są imprezy z alkoholem, zaoszczędzicie sporo pieniędzy, gdyż ceny w barach są kilkukrotnie wyższe niż w sklepie.

Skończ z kupowaniem bibelotów

Uwielbiasz mieć dużo figurek, śmiesznych kubków i napisów? Po co ci to? Zastanów się, czy tak naprawdę z nich korzystasz i ci się przydają? Chyba nie… A prawda jest taka, że takie rzeczy wcale nie są tanie.

Jeśli o czymś marzysz, zażycz sobie to na prezent

Marzysz o książce, płycie lub bilecie na koncert? Powiedz o tym bliskim i znajomym. Możesz być pewna, że będą o tym pamiętać i dostaniesz to podczas najbliższych świat bądź urodzin.

Zwracaj rzeczy, kiedy uznasz, że nie są ci jednak potrzebne

Kupiłaś coś pod wpływem impulsu, ale tak naprawdę tego nie potrzebujesz? Zamiast rzucać to w kąt, zwróć. Zaoszczędzisz pieniądze, miejsce i pozbędziesz się wyrzutów sumienia.

Jak widzisz, to wcale nie jest takie trudne. Na początku może być ci ciężko i będziesz musiała się pilnować. Ale z czasem oszczędzanie stanie się twoim nawykiem. Ale nagroda jest tego warta. Spokój psychiczny i nowe szpilki są tego warte.


 

Źródło: jakoszczedzacpieniadze


Zobacz także

Fot. iStock / ZoneCreative S.r.l.

Chcieliśmy kochać nasze dzieci idealnie, za każdą obojętność naszych rodziców. Tak się hoduje egoistę?

Fot. istock/SIphotography

8 strategii radzenia sobie z toksycznymi ludźmi. Nie bądź łatwym celem

Fot. iStock /  anandaBGD

„Paczkę chusteczek, miłość, kopa w tyłek”. 10 rzeczy, które da ci tylko druga kobieta