Zakończyć związek definitywnie, czy dać sobie prawo do przyjaźni z byłym partnerem?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 lipca 2016
Fot. iStock/Bogdan Kosanovic
 

– Nigdy więcej, bye! – powiedziała na odchodnym moja koleżanka swojemu (od kilku minut) byłemu mężowi wychodząc z sali rozpraw. – Nigdy więcej, cześć! – odpowiedział jej on. I jeśli nawet, błądząc w tej samej okolicy natknęli się na siebie zupełnie przypadkowo, natychmiast odwrócili wzrok. Oboje zamknęli ten etap swojego życia w ten sam sposób: definitywnie. Oboje postanowili: żadnej przyjaźni, żadnego kontaktowania się, żadnych życzeń, telefonów ani e-maili na święta.

„Więc zablokowała jego numer i poprosiła: „żyj tak, jakby mnie nie było”.”

Ala rozwiodła się z mężem pół roku temu. Od tego czasu starannie omija wszystkie miejsca, które odwiedzali razem. Wyczyściła swoją skrzynkę pocztową z wiadomości od niego, na strych zaniosła albumy ze wspólnymi zdjęciami. Odmalowała ściany w sypialni, wyrzuciła podwójne łóżko, na którym razem spali. Jedyne, czego jeszcze nie wymazała z pamięci to jego numer telefonu. Ale pracuje nad tym. – To dziecinada – mówią jej przyjaciółki. – Będziesz udawać, że te trzy lata razem nie istniały?

Nie było między nimi dramatów, nie było rozstania w potoku łez i wśród wzajemnych wyrzutów, nie było oskarżeń, czy słów nienawiści. Oddalali się od siebie krok po kroku, systematycznie. Ślub wzięli właściwie w panice próbując „ratować” związek, na nowo się do siebie zbliżyć. Nie pomogło. Pewnego dnia usiedli przy stole w kuchni i powiedzieli sobie, że to się nie uda. Że może za bardzo się spieszyli, że za bardzo chcieli, by wszystko było między nimi idealne, tak jak to wesele na 100 osób w drogiej restauracji i mieszkanie urządzone przez projektanta wnętrz. – Nic z tego nie będzie – powiedzieli oboje. A jednak… Ona czuje, że jego obecność w jej życiu nawet ta znikoma jest nie do zniesienia. Nawet jeśli miałyby to być tylko zdawkowe rozmowy przez telefon. Więc zablokowała jego numer i poprosiła: „żyj tak, jakby mnie nie było”.

„Krążą wokół siebie, przez co żadne z nich nie ułożyło sobie życia z nikim innym”

Kasia i Marcin rozwiedli się dwa lata temu. Oboje twierdzą, że decyzję o ślubie podjęli zbyt wcześnie, zbyt pochopnie. Nie dogadali się. Kasia chciała mieć dzieci, Marcin wolał podróże. Zaczęły się wyrzuty, żale, płacze. Postanowili: nie będziemy ze sobą szczęśliwi. Mimo rozstania, utrzymują ze sobą stały kontakt. Czasem wychodzą gdzieś ze wspólnymi znajomymi. Nie unikają buziaków na przywitanie, zdarza im się do siebie zadzwonić, radzić się siebie w ważnych sprawach. Od czasu do czasu umawiają się do kina, razem spędzili ostatniego Sylwestra. Siostra Marcina twierdzi, że stale „krążą wokół siebie”, przez co żadne z nich nie ułożyło sobie życia z nikim innym.

–  Kasia zawsze będzie dla mnie ważną osobą – mówi Marcin. Na razie, póki oboje są wolni, taki układ nikomu nie przeszkadza. Ale co będzie, gdy Kasia się z kimś zwiąże, a nowy partner nie zaakceptuje bliskich relacji Kasi z byłym mężem? Czy nowa partnerka Marcina nie będzie zazdrosna o jego częsty kontakt z byłą żoną? Czy rozwód definitywnie zakończył ten związek?

Psycholodzy twierdzą, że każdemu rozstaniu w ważną osobą w naszym życiu powinna towarzyszyć swego rodzaju żałoba, która pozwoli nam do końca pożegnać dawną miłość i uspokoić swoje emocje z nią związane, poukładać w myślach i w sercu wydarzenia, które wywróciły nasze życie do góry nogami. Ala właśnie przeżywa swoją żałobę. Marcin i Kasia właściwie jeszcze się nie rozstali.

W jaki sposób poznać, czy masz już za sobą „pozwiązkową” żałobę? Na pewno nie jesteś jeszcze na tym etapie, jeśli:

1. Myślisz, że moglibyście do siebie wrócić

Twoje marzenia, fantazje krążą wokół wspólnych chwil, wspominasz z żalem i nostalgią to wszystko, co było dobre. W wyobraźni widzisz szczęśliwy powrót i wspaniałe zakończenie. Wybielasz i idealizujesz.

2. Zdarza ci się porównywać nowo poznanych mężczyzn do byłego partnera

Idziesz na spotkanie, siadasz naprzeciwko niego w kawiarni. Rozmawiacie, wydaje ci się, ze nawiązaliście nić porozumienia, aż tu nagle… Twój były mąż jakoś ładniej odkładał tę łyżeczkę. I miał lepsze pojęcia o tym, czy o tamtym. On by tego nie powiedział. Nie zaśmiałby się w ten sposób…

3. W głębi duszy czujesz, że były partner nadal jest ci bardzo bliski

Tak właściwie, ciągle go kochasz, czujesz, że jesteś z nim uczuciowo związana. Cierpisz z tego powodu, że nie jesteście już ze sobą blisko. To nie jest moment ani na poszukiwania nowej miłości, ani na przyjaźń z nim. Ciągle jeszcze przed tobą dużo pracy, głównie w sferze emocji. Daj sobie czas.

4. Wydaje ci się, że odstraszasz od siebie nowo poznanych mężczyzn

Bo jego energia w postaci twoich myśli o nim, nie pozwala ci się otworzyć na nowe znajomości. Ba, ona nawet nie pozwala ci się otworzyć na siebie i swoje potrzeby!

Przyjaźń z byłym mężem czy partnerem to kwestia delikatna i trudna. Żeby była możliwa, trzeba wielu sprzyjających czynników, ale przede wszystkim spokoju w sercach obu stron.


„Jestem rakowi wdzięczna. Za życie. Bo ja dopiero teraz żyję”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
26 lipca 2016
Arch. prywatne
 

– Wiem, że to może i strasznie i też banalnie zabrzmi, bo każdy kto wygrał to mówi. Tak myślałam, gdy słyszałam historie podobne do mojej. I nagle okazało się że jestem rakowi wdzięczna, że mogłabym mu podziękować. Za życie. Bo ja dopiero teraz żyję. 

Czekam na nią z niecierpliwością i ciekawością w małej, przytulnej knajpce. Kilka dni wcześniej zostawiła mi krótką wiadomość : „Masz coś w skrzynce na listy <3 ” . Czekała na mnie duża koperta, a w niej książka: „Teraz Jestem”. Dla mnie Ania Nowakowska, założycielka Stowarzyszenia na Rzecz Walki z Chorobami Nowotworowymi SANITAS, to prawdziwa bohaterka. Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto wygrał własne życie.

Pojawia się w końcu i nie podaje mi ręki. O razu przytula tak, że szklą mi się oczy. I nie przestaje się uśmiechać. Nawet gdy mówi o tym, jak pod prysznicem odkryła, że traci włosy.

Jak moje życie wyglądało przed rakiem?

Chcesz to wiedzieć? To dobry punkt odniesienia, bo pokazuje, jak choroba mnie zmieniła, co tak naprawdę zrobił ze mną rak. Rak jajnika.

Nie marzyłam o podróżach, najlepszych uczelniach i mężu na stanowisku. Ja po prostu robiłam swoje. Ciężko było, więc do pracy trzeba poszłam szybko. Samej na wszystko zarobić. Oczywiście, że miałam przyjaciół, że ogniska były i gitara, na której gram. I jakieś miłostki, ale wiesz, nic wielkiego. Musiałam myśleć o czymś ważniejszym, bardziej przyziemnym. Tak mi się wtedy wydawało, że każdy tak ma. Taki schemat –  liceum, trochę szaleństw, ale z umiarem, bo trzeba myśleć o przyszłości, zadbać o nią. Zarobić, odłożyć. Po co? Na co? Teraz siebie o to pytam i się z tego śmieję.

13820310_1100999566652962_270022729_n

I tak jakoś to płynęło, dzień za dniem. Po prostu byłam.

Witka, mojego męża, poznałam niespełna rok przed diagnozą. To taki facet, którego jesteś pewna od samego początku. Wiesz, że z nikim nie będziesz szczęśliwsza i bardziej bezpieczna. To było jak piękna bajka. Tylko scenariusz do niej, jak się niedługo okazało, kiepski.

To nie było tak, że nagle zaczęłam podupadać na zdrowiu

Badania profilaktyczne robiłam regularnie i chętnie, jakby to nie zabrzmiało – odwiedzałam ginekologa. Po prostu, za jakimś kolejnym rutynowym badaniem, coś nie pasowało, nie zgadzało się.

Kiedy mieli już pewność, poprosili o rozmowę. Usłyszałam, że to rak. I w pakiecie, że złośliwy, i że chemię trzeba zacząć natychmiast. Stałam bez ruchu przez chwilę, przez kilkanaście sekund. I zamiast zacząć płakać, zapytałam, co jeszcze możemy zrobić i zgodziłam się, że ok, to niech będzie ta chemia.

Mój cudowny facet był przy mnie, moja mama pomagała z całych sił. A ja byłam pełna obaw, ale też wiary. I siły, bo przecież niedługo ślub, muszę się pospieszyć i za długo nie cackać z chorobą.

Pierwsza chemia była nad wyraz łagodna. Niestety, druga już nie. Miałam bardzo długie włosy, ale sama je ścięłam na krótko, żeby sobie zaoszczędzić dodatkowych niekoniecznie dobrych emocji. Włosy i tak by wypadły – tak do tego podchodziłam.

Musiałam się bardzo się starać o każdy kolejny dzień mojego życia, więc sorry, ale brak włosów to przy tym pryszcz. Tak mi się przynajmniej wydawało, ale gdy przychodzi ten moment cała twoja buta, pewność, tamto myślenie – znika. Weszłam pod prysznic… i nagle zobaczyłam, że moje włosy są wszędzie. Na dłoniach, ciele, w brodziku…

Pękłam…

Przecież ja w tym wszystkim jestem też po prostu kobietą! Woda się na mnie lała, a ja byłam coraz bardziej łysa. Płakałam i krzyczałam w sobie. Takie wiesz, małe piekiełko świadomości, kiedy dociera do ciebie, że to jednak się dzieje, że jest straszne i że niestety, może się skończyć różnie.

Takich momentów załamania podczas całej mojej choroby zdarzyło się zaledwie kilka. Takiego wiesz totalnego strachu, braku wiary, poddania się.

Jak się uspokoiłam? Przypomniałam sobie, że zawsze chciałam być jak Sinéad O’Connor. Przecież wiesz, jaka ona była piękna! Ja też byłam. Może to się wydać komuś głupie, ale ta myśl spowodowała, że odzyskałam wiarę w to, że wszystko będzie dobrze. Nawet ślub, który wcześniej chciałam przełożyć, zaczęłam planować na nowo. Cieszyłam się, znowu byliśmy szczęśliwi i patrzyliśmy w przyszłość ze spokojem.

I dopiero wtedy przyszedł cios. Dla mnie osobiście i dla kobiety w ogóle, najgorszy. Szczególnie tak młodej, która jeszcze nigdy nie była w ciąży, a tak bardzo chciała być matką. Po zakończeniu cyklu chemii, musiałam przejść radykalną operację wycięcia narządów płciowych. Rozumiesz? Wszystko.

DSC_1800

Pierwsza myśl: „Witek tak bardzo chciał, żebyśmy mieli dzieci”. W ogóle chciał mieć dzieci, jest takim wspaniałym człowiekiem. Byłby najlepszym ojcem na świecie. A nie będzie ich nigdy miał… i to przeze mnie.

Zniknęłam na kilka dni, w samotności podejmując straszne decyzje. Przecież nie mogę mu tego zrobić. Ale mogę dać mu wolność i szansę na normalny dom. Poprosiłam, żeby odszedł. Był w szoku. Przecież od samego początku się z tym liczył, wiedział z czym związana jest choroba, z jakim ryzykiem i obciążaniem i… jakim wyrokiem. Powiedział mi wtedy, ze już myślał o adopcji, że jest na nią zdecydowany, więc to nie jest tak, że nie będziemy mieć dzieci… Najważniejsze, żebym wydobrzała, bo brak posiadania biologicznych dzieci to nie problem, myśl,  że mnie mogłoby nie być, była wtedy dla niego nie do zniesienia.

Wiesz, co myślałam. Huczało mi w głowie: „On mnie na prawdę kocha. Przecież nie mogę się teraz poddać. Ani teraz, ani nigdy”.

Wzięliśmy ślub, a kilkanaście dni po weselu, na którym chyba za sprawą adrenaliny, na chwilę przestałam być chora, leżałam już na stole operacyjnym.

Zasypiając pod narkozą myślałam, że już się ze wszystkim pogodziłam, że sobie to poukładałam, zaakceptowałam fakt, że choroba odbierze mi część mojej kobiecości. W końcu miałam męża, dla którego najważniejsze było, że jestem i że będę.  Zdrowa.

Obudziłam się po operacji i jedyne co czułam, to nicość, wielką pustkę

Nie było smaku zwycięstwa. Patrzyłam w okno, połykałam łzy i nie chciałam nawet, żeby Witek przychodził. Smutek, strata, żałoba… Jakbym przestała być dziewczyną. Jakbym nie potrafiła się określić. Jakbym wiedziała, że bezpowrotnie straciłam coś najcenniejszego.

Ten stan trwał dość długo, a widok maleńkich dzieci go pogłębiał. Ale w końcu przyszedł dzień, w którym, z potwierdzeniem w ręce, mogłam wykrzyczeć całemu światu: „Wygrałam”. To wtedy, po odbiorze wyników, pierwszy raz tak mocno to poczułam.

8

To,  że teraz mogę wszystko! Że dostałam szansę na życie! Jeżdżę na motorze, takim dużym wiesz?  Chodzę po górach i dostrzegam to, o czym pojęcia wcześniej nie miałam, choć było tak blisko. Założyłam z przyjaciółką stowarzyszenie, dzięki któremu mogę wspierać oraz co ważne, integrować osoby zmagające się z rakiem. Pomagać ich rodzinom. To co daje, wraca ze zdwojoną siłą i niesie wiele dobra. Dla mnie też!

I jestem mamą. Gdy patrzę na swojego synka, na którego procesy adopcyjne kazały nam długo czekać, kiedy patrzę na to jak bawi się z moim mężem, to jakkolwiek to strasznie nie zabrzmi – dla tego widoku, dla tych emocji przeszłabym jeszcze raz tę samą drogę.  Żeby tylko mieć to, co mam teraz.  Dla każdej sekundy, która jest dla mnie cudem.

I śmieszy mnie, gdy ktoś  sugeruje, że jestem nieodpowiedzialna, żyję chwilą, bo nie myślę o przyszłości mojego dziecka, nie odkładam dla niego pieniędzy. Zawsze wtedy odpowiadam jedno: że owszem, odkładam, coś znacznie cenniejszego. Piękne wspomnienia, o które się staram. Przecież właśnie to mam na całe życie.

13820894_1101019539984298_1644261606_n


O co w tym szaleństwie chodzi? W pogoni za Pokemonami. Witamy w XXI wieku!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
26 lipca 2016
fot. iStock/MOF

Jeszcze kilka tygodni temu wszyscy zastanawiali się, jak zmotywować dzieciaki do wyjścia z domu. I tak oto stał się cud, bo nagle w parkach, na ulicach czy w centrach handlowych pojawiły się chmary młodych ludzi… z telefonami przed twarzą. Pokemon Go wprawia w osłupienie każdego, kto usłyszy o nowym pomyśle na spędzanie czasu. I tak jak w kreskówce, od której wszystko się zaczęło, tak i teraz małe i większe dzieci dostają swoje pierwsze pokemony.

No dobra, nie ma co się oszukiwać – sama oglądałam Pokemony. Ba! Nawet mój pierwszy pierścionek zaręczynowy, który dostałam w wieku sześciu lat, zamiast diamentu miał tego żółtego stworka. Ależ to były czasy! Każdy chciał ruszyć w świat i niczym Ash zdobywać wszystkie pokemony, a dodatkowo poznawać świetnych ludzi i zwiedzać piękne miejsca. Wystarczyło poczekać kilkanaście lat i voila! Teraz każdy może być trenerem pokemonów, mieć swoje pokebole i urządzać turnieje. Brzmi kosmicznie, co? Witamy w XXI wieku!

Może to właśnie stąd wziął się szał na chodzenie z telefonem przez miasto i wirtualne łapanie kreskówkowych postaci? W końcu dostajemy szansę na spełnienie dziecięcych marzeń, a jak wiadomo nie od dziś, to najlepsza motywacja do wyjścia z domu. 90% moich znajomych korzysta z osławionej aplikacji, ja jednak nie uległam, co uczyniło ze mnie dość obiektywnego obserwatora. Przez cały dzień spędzony ze swoją przyjaciółką, ogromną fanką Pokemon Go, chodziłyśmy po mieście z włączoną aplikacją, która dzięki użyciu GPS-a i Google Maps, wskazywała nam drogę do najbliższego pokemona. Nachodziłyśmy się nieźle, a przy okazji odwiedziłyśmy kilka miejsc, w których już dawno nie byłyśmy, ale czego nie robi się dla nowego nabytku! Najdziwniejsze było chyba ściganie pokemonów przy kapliczkach i cmentarzach, chociaż chyba tylko na mnie robiło to jakieś wrażenie, bo dzieciaki nie miały żadnych skrupułów.

Mam naprawdę mieszane uczucia co do tej gry. Ludzie rzucają pracę, żeby zawodowo zbierać pokemony, przestają myśleć o bezpieczeństwie, czego najlepszy dowód mamy w Polsce. W Lublinie jeden z graczy został pobity, bo w nocy wyszedł na spacer „nabijać level”. Wiecie, całe szczęście, że to szaleństwo przypadło akurat na wakacje. Pomimo, że już od kilku lat w szkolnej ławie nie zasiadłam, potrafię sobie doskonale wyobrazić, co by się działo na lekcjach, kiedy nagle przy nauczycielce pojawiłby się squirtle czy inny bulbasaur (tak, to nazwy pokemonów, ostrzegałam, że oglądałam całą bajkę!). Zgoda, obecność młodzieży na ulicach jest nieporównywalnie większa do tej, która miała miejsce przed premierą Pokemon Go, do tego spotykając się przy PokeStopach zazwyczaj nawiązują nowe znajomości, wymieniając się informacji na temat ewolucji czy miejsca, w którym znaleźli najciekawsze okazy. Zawsze to coś, prawda?

Skoro dzięki fabularyzowanej grze miejskiej wszyscy ruszają tyłki z kanap, nikt nie powinien marudzić. Jest jednak w tym wszystkim jakaś tęsknota za siedzeniem na placu, czy jak wolicie na dworze lub polu. Można było siedzieć godzinami, nic ci nie groziło, a do tego co chwilę pojawiały się nowe osoby, które chciały dostać się do trzepaka. Fajnie było! Spotkałam się już z opinią, że Pokemon Go jest początkiem wydostawania dzieci z domu i zachęcania ich do spędzania czasu na świeżym powietrzu. No i bardzo dobrze, ale pytanie na ile to pomoże? Aktualnie mamy pokemonowy boom, który nie potrwa pewnie za długo, a poza tym nawet jeżeli na „polowanie” idziemy całą grupą i tak wszyscy mają wzrok wbity w telefony.

Porzućmy jednak na chwilę moje sceptyczne podejście, bo może naprawdę jest się z czego cieszyć. Po pierwsze, dzieci wychodzą z domu, także te większe i całkiem dorosłe. Po drugie, poznają swoją okolicę, bo czasem naprawdę trzeba się nachodzić, żeby zdobyć swojego wymarzonego pokemona. No i po trzecie, chyba najważniejsze – dzięki PokeStopom zawierają znajomości z najmniejszą pomocą Internetu. Ten ostatni punkt jest o tyle ważny, że człowiek jako istota społeczna potrzebuje do życia innych ludzi, a ograniczając się do aplikacji randkowych, Facebooka czy Snapchata w prawdziwym życiu trudno rozpocząć rozmowę.

Kiedy zaczyna się dyskusja o poprawności Pokemon Go zdania są naprawdę podzielone. Jedna z moich redakcyjnych koleżanek podrzuciła temat podobnej gry, choć mającej walory edukacyjne. Questing uczy historii, geografii i ciekawostek dotyczących regionu. Może to jakaś alternatywa dla tych, którzy do Pokemon Go nie potrafią się przekonać? W końcu w tym wypadku użycie telefonu podczas spaceru jest zdecydowanie uzasadnione! Ja chyba i tak zostanę zwolenniczką spacerów, podczas których komórki zostają w domu, a jeżeli już nam towarzyszą, ich jedynym zastosowaniem jest robienie zdjęć. Bo z komórkami na spacerze jest dokładnie tak jak z Pokemon Go – wszystko jest dla ludzi, ale trzeba znać umiar, żeby nie zrobić krzywdy sobie i innym.


Zobacz także

Dopiero zaczęliście się spotykać? Sprawdź, jak często powinniście się widywać, żeby tego „nie zepsuć”

Horoskop miłosny na 2018 rok

Horoskop miłosny na 2018 rok 💗. Czułość czy namiętność? Przeczytaj ;)

W życiu nic nie jest nam dane na zawsze, dlatego nie bądź tak głupia, jak ja. Nie trać swojej niezależności w imię miłości