Zacznijcie się zachowywać jak dorośli, a nie jak rozwydrzone dzieci

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
28 stycznia 2019
Fot. iStock/Anchiy
 

Wiecie, myślę sobie o tym, jak bardzo chcieliśmy być dorośli, poważni. Wyprowadzić się z domu, zakochać się, mieć swoją rodzinę, żeby cała reszta się odwaliła. Tak – dojrzali, odpowiedzialni. Przekonani, że będziemy lepsi od naszych rodziców. I co? I gówno. Patrzę, jak zachowujemy się niczym rozwydrzona banda dzieciaków. Bo on nie myje naczyń, bo ona wszystko by chciała wiedzieć, bo jego tylko interesuje, co jest na obiad, a ona myśli tylko o sprzątaniu.

Gdzie tu ku*wa miejsce na związek, na małżeństwo, na dojrzałość, do której tak się spieszyliśmy. Tacy byliśmy hej do przodu, bo to my pokażemy światu, jak żyć lepiej. Phi. Żyć lepiej? Serio? Ktoś z was w ogóle spytał się siebie, co znaczy lepiej? Lepiej to zdradzać, romansować, rozwodzić się, rozstawać. Oj są tacy, co powiedzą – to jest moja wolność, mój wybór. I sobie wybieraj jak chcesz. Mnie wku*wia to, co się dzieje wśród tych, którzy jeszcze kilka lat temu deklarowali sobie miłość, że ze sobą będą na dobre i złe. Tymczasem chwilę później już o tym nie pamiętają. Wystarczą jego brudne skarpetki, powłóczyste spojrzenie koleżanki czy kolegi z pracy i ch*j, zwoje mózgowe się przepalają, pamięć się wymazuje, następuje aktualizacja i nagle najważniejsze dla nas stają się uniesienia, motyle w brzuchu i radość życia, którą daje nam chwilowy stan zauroczenia, dopóki nie wpadniemy w następny.

Ludzie, co się takiego dzieje, że zachowujemy się jak rozwydrzone dzieci. Ty mnie nie dotykaj, a ty do mnie nie mów. Wyjdź, wyprowadź się, jak ci się nie podoba to znikaj. Serio? Tak ze sobą rozmawia dwoje dorosłych ludzi, którzy chcieli, a przynajmniej tak deklarowali, brać odpowiedzialność za swoje decyzje? Sranie w banie, a nie odpowiedzialność. Tej unikamy jak dzieci, które chowają cukierki pod poduszkę, żeby zjeść, jaka mama nie widzi. Naprawdę patrzę na różne pary, różne związki, spotykam się z kobietami, które tylko narzekają na swoich mężów i facetów, którzy z chęcią oglądają się za innymi kobietami. Nikt nie rozmawia, przerzucają się tylko wzajemnymi pretensjami i rozczarowaniami. Albo milczą. Nie mówią nic, czekają aż czara goryczy się przeleje i wtedy odchodzą, bo on był zła, bo ona nie taka, jak myślał.

Nikomu nie chce podjąć się trudu bycia w dobrym związku. Już nie mówię o tych, którzy ostatecznie się rozstają, ale nawet ci, którzy trwają w małżeństwach, tylko po to, że takie są społeczne standardy, zachowują pozory, że wszystko jest ok, choć w środku gnije.

A o ile łatwiej by było, gdybyśmy zaczęli ze sobą rozmawiać, a przede wszystkim słuchać. Słuchać i rozumieć, co do siebie nawzajem mówimy. Nie jeżyć się, kiedy ona mówi: „W ogóle mi nie pomagasz”, tylko spytać, co możesz zrobić, ustalić jakiś plan działania, mieć jakiś pomysł, żeby to zmienić. Tak samo, gdy on rzuca: „jesteś nudna, z tymi swoimi pretensjami”. Dlaczego? Jakimi pretensjami, niech powie, niech wymieni, a ty wytłumacz, skąd one się biorą. Faceci często mówią: jest nudna, za poważna, kontrolująca, na wszystko musi mieć plan, brak jej spontaniczności. Może mają rację, co? Może mamy kij w dupie i dorosłość wraz z życiem traktujemy śmiertelnie poważnie. Bo jak podłoga brudna, pranie niewstawione, a dzieci zjedzą pizzę na obiad, to świat się zawali. Serio? Obruszasz się, jak on wspomina o kinie, że co z dziećmi i film pewnie do kitu. Nic ci się nie podoba?

Druga strona nie jest lepsza. Bo jak ona prosi, żebyś jej pomógł, odciążył, że jest zmęczona, tobie się wydaje, że zrobienie jednorazowo zakupów wystarczy albo wzięcie dzieci na godzinny spacer w sobotę to już bohaterstwo. Zero zainteresowania, jak jej naprawdę i realnie pomóc, jak się zaangażować. Ona się wkurza, ty uznajesz to za burzę hormonów lub „te” dni. I tak brniecie coraz bardziej sobą rozczarowani. Bo jesteś zaskoczony, gdy ona nie ma ochoty na seks, a ona wściekła, gdy po raz kolejny zapominasz odebrać dzieci z zajęć, choć obiecałeś. Poza tym nie widzisz, jak ona się angażuje, ile daje waszej rodzinie. No dobra, może i widzisz, ale czy to doceniasz, czy mówisz jej o tym? A ty – mówisz mu, że jesteś z niego dumna, że jest najfajniejszym facetem, jakiego poznałaś? W ogóle mówicie sobie miłe rzeczy? Śmiejecie się wspólnie? Bawicie razem?

Nieeee, przypominacie dwójkę skaczących sobie do oczu dzieci w piaskownicy, które kłócą się o zabawki, która bardziej jest moja, a której ci nie pożyczę, a kto komu rozwali babkę z piasku. Chcieliśmy kochać, być razem dopóki śmierć nas nie rozłączy, tymczasem po drodze rozłącza nas tyle pierdół, o które się czepiamy, że do śmierci na bank nie wytrwamy. Weźcie spójrzcie na siebie z boku, na siebie – nie na niego, nie na nią. Gdybyście byli tą drugą stroną, zakochalibyście się w sobie teraz? Chcielibyście być ze sobą, z tą osobą, którą widzicie w lustrze? Jesteś fajna? A ty w porządku, by ciebie kochać? Trochę samokrytyki nikomu nie zaszkodziło. Może wam pomoże.


Przez wiele lat stałam po stronie nauczycieli. Dzisiaj mówię, że powinni się wstydzić. Wystarczy się rozejrzeć, jaki plon swojej pracy zbierają

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
22 marca 2019
Fot. iStock/fcscafeine
 

Mam wielu znajomych nauczycieli. Często przysłuchuję się ich rozmowom, bo wiadomo – jak większość znajomych to nauczyciele, to podczas spotkań temat jest jeden – praca. Ostatnio pytam, czy będą strajkować. Będą. Oprócz jednej, której córka w tym czasie przystępuje do egzaminów gimnazjalnych, a ona rozdarta nie wie, co robić.

Przez długi czas popierałam protest nauczycieli. Uważałam, że coś w ich sytuacji powinno się zmienić i nadal tak uważam, ale zaczęło mnie wku*wiać całe to ich gadanie, może dlatego, że sama jestem mamą dzieciaków, które chodzą do szkoły. I to nie są klasy jeden – trzy, ale te, od których zależeć będzie, co dalej. I powiem wam, im dalej w szkolny las, tym większego mam wku*wa właśnie na nauczycieli.

Ja rozumiem, że im się może nie chcieć, skoro nie są odpowiednio wynagradzani. Że mogą mieć wiele rzeczy w dupie, skoro z każdej strony dostają kopa w tyłek – od rodziców, którzy trzęsą się nad swoimi dziećmi coraz bardziej i wszystko chcą za nich załatwić, do ministerstwa, które wymyśla coraz więcej bzdurnych przepisów obarczając nauczycieli papierologią. Próbuję nawet postawić się w ich sytuacji, wyobrazić sobie, że jestem źle wynagradzanym pracownikiem, którego mało kto szanuje. Czy chciałoby mi się pracować, angażować, starać? No na litość boską, oczywiście, że nie. Różnica polega jednak na tym, że nie siedziałabym przez 20 lat z założonym rękami.

Tak naprawdę groźba strajku nauczycieli odkrywa dziś jedno – to wygodna grupa zawodowa. Uwaga – nie generalizuję, znam kilku fantastycznych nauczycieli, ale nie o nich dzisiaj piszę, proszę wziąć to pod uwagę. Piszę o większości, o tych, którzy uczyli mnie, uczą moje dzieci, którzy każdego dnia przemierzają tę samą drogę do pracy i przez 20 lat nie zmienili NIC w swoim systemie nauczania.

Mam przyjaciółkę – odeszła ze szkoły, nosiła się z tym zamiarem przez kilka lat. Mówiła: „szkoła daje mi poczucie bezpieczeństwa, mam etat, wakacje, to w końcu budżetówka”. To fakt, wypłata, choć niepowalająca, pierwszego każdego miesiąca jest na koncie, wolnego – nie ma co ukrywać, jest więcej niż w korpo. Ale mówiła coś jeszcze: „nauczyciele są jak beton, oni uważają się za pępek świata, nie chcą żadnych zmian, nie chcą się rozwijać”. Prowadziła szkolenia dla nauczycieli, z całą pewnością wiedziała, co mówi. I ja się z nią zgadzam, bo jak to jest, że lekcje na przykład z historii moich dzieci wyglądają dokładnie tak samo jak moje ponad 20 lat temu? Jak to jest, że ci nauczyciele, którzy mówią, że ich praca jest powołaniem, od lat tkwią w marazmie i rutynie, choć świat się zmienia, choć wszystko idzie do przodu, choć dzieciaki nie uczą się już tylko w szkole?

Dla nich szczytem urozmaicenia lekcji jest puszczenie filmu uczniom? Niosą oświaty kaganek, który niczego nie rozjaśnia. Ja bardzo przepraszam, ale powołanie kojarzy mi się z wypiekami na twarzy mojego dziecka, które wraca do domu i opowiada: „Mamo, wiesz, czego się dzisiaj dowiedziałem, co robiliśmy?”.

Drodzy nauczyciele, trzeba czasami przyjąć prawdę na klatę. To, w jakiej sytuacji jesteście dzisiaj, zawdzięczacie przede wszystkim sami sobie. Dlaczego ludzie za wami nie idą? Dlaczego, wasi przecież wychowankowie, nie stają za wami murem, nie mówią: „Tak, pamiętam swoich nauczycieli, ich sytuacja już dawno powinna się zmienić”. To nie jest tak, że rząd ma was w dupie, nie widzicie, że coraz mniej ludzi staje po waszej stronie? I nie wynika to z zazdrości czy zawiści tylko z własnego szkolnego doświadczenia, bo sami kończyli szkoły, do których teraz chodzą ich dzieci.

Chcecie szacunku? Na niego trzeba zapracować. Nie da się dziecku powiedzieć: „Szanuj nauczyciela”, podobnie jak rodzicowi. Co mam myśleć o nauczycielach, którzy wstawiają uwagi swoim uczniom za każdą pierdołę, którzy nie potrafią sobie poradzić z klasą, którzy potrafią powiedzieć klasie: „rodzice was nie kochają”. Uwierzcie, takich przykładów można by mnożyć. Ale wy nie chcecie tego widzieć, zasłaniacie się zmęczeniem, przepracowaniem, niedocenianiem.

Rozumiem i przez kilka lat przytakiwałam, że jesteście biedni, że coś powinno się zmienić, że tak nie może być, ale mówię pass. W naszym kraju nikt nie zadaje sobie podstawowego pytania: dlaczego? Czy jakiś nauczyciel spytał siebie, dlaczego dziś znajduje się w tym, a nie w innym miejscu? Dlaczego jest traktowany w taki sposób? Dlaczego musi posunąć się do strajku chcąc otrzymać podwyżkę, która swoją drogą, patrząc na wynagrodzenia w naszym kraju, mu się zwyczajnie należy?

Dlaczego nauczyciele nie widzą, że przez lata zapracowali sobie na takie, a nie inne postrzeganie ich zawodu? Tak, już widzę te głosy oburzenia, że nie wiem, co czym piszę, że nie zdaję sobie sprawy, itp. itd. Drodzy nauczyciele, nie jesteście urzędnikami. Podjęliście się cholernie trudnego i wymagającego zawodu, który ma wykształcić nasze społeczeństwo – jak kształci? Proszę się rozejrzeć, to zbieranie plonu wielu lat ignorancji, sztampy, rutyny, nudy, braku otwartości na dialog z dzieciakami, z rodzicami. Wielu lat zabetonowania. Braku wystarczającej chęci podjęcia zmian, zachęty uczniów do poszerzenia swojej wiedzy, kompetencji, rozwoju mocnych stron. W szkole tkwimy nadal w latach 80-tych. Co z tego, że są tablice interaktywne, że sale językowe, że duże hale sportowe. Co z tego? Skoro mój syn nadal uczy się o euglenie zielonej z podręcznika, a nauczycielka wymaga, żeby znał jej budowę, choć wie, że po ch*j mu to. Program, programem, powołanie i prawdziwy cel nauczania, to drugie.

Dzisiaj nauczyciele chcą strajkować, bo podwyżki. Ciekawe, czy kiedyś staną w obronie swojego zawodu? Będą strajkować chcąc mieć wpływ na program nauczania? Staną w obronie dzieci, które dzisiaj są narzędziem i kartą przetargową jednej i drugiej strony? Pierwszy raz żałuję, że nie mogę nie pracować, bo gdyby tak było, moje dzieci chodziłyby do szkoły tylko zaliczać materiał, a uczyłyby się w domu. Szkoła to zabetonowana przez nauczycieli instytucja. Życzę tym, którzy chcą ten beton rozbić od środka, żeby im się w końcu udało. To wam – nauczycielom, którzy zmianę zaczynają od siebie, należy się podwyżka i szacunek. Całą reszta powinna się wstydzić.


„To nie te Święta, co kiedyś”. Ludzie, litości! Czy nawet Święta muszą być powodem do narzekań

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
21 grudnia 2018
Fot. iStock/boschettophotography

Trenuję zen i staram się panować nad swoim wku*wem, ale cóż, są rzeczy, z którymi przychodzi mi się zmierzyć i nijak nie da mi się powstrzymać rosnącego ciśnienia.

Tak też jest ze Świętami i zewsząd dobiegającym: „Eh, te Święta, to już nie to, co kiedyś”. No ja pie*dolę, nie ma jak to popsuć sobie świąteczną atmosferę jeszcze nim ona na dobre zagościła.

Nie, nie będzie, że miło, że spokojnie, że odpocząć można i spotkać się z najbliższymi. Co to, to nie.

Temat beznadziejnych współcześnie Świąt kwitnie już od listopada, kiedy tylko w sklepach pojawiają się mikołajkowe słodycze. „Co za bezsens”, „Co za bzdura”, „Przegięcie”. No dobra, może i tak, ale, do cholery jasnej, żyjemy w świecie konsumpcjonizmu, tak już jest, że jak towar w listopadzie znajduje swojego klienta, to się go wykłada i tyle. Zamiast się ucieszyć, że jakieś zwiastuny Świąt w listopadzie, najsmutniejszym miesiącu roku, się pojawiają, to my oczywiście narzekamy, że jeszcze tyle czasu, że komuś coś się pomyliło, że bzdura i że (a jakże) kiedyś tak nie było.

Później jest jeszcze gorzej. Bo jakim cudem mandarynki i pomarańcze kupić już można na początku grudnia w dobrej cenie, a do tego pyszne i słodkie? Przecież to owoce, którymi Święta powinny pachnąć, a nie zwyczajny powszedni dzień w domu. Matko, trzymajcie mnie. Skoro to taki problem, może nie kupować i dzieciom wmawiać, że to zakazany owoc i tylko w Boże Narodzenie dostępny.

Problemem jest wszystko. To, że sklepach wszystko dostępne (tylko te kolejki straszne – a to przecież syndrom tamtych czasów i w sumie powinno nas cieszyć), że kiedyś to dzieci ze skarpet spod choinką były zadowolone, a teraz nie wiadomo co im kupić, bo wszystko mają (a czyha to wina, że skarpety są be), że ryb od koloru do wyboru, że pastą już podłóg się nie czyści na kolanach, że śniegu brak, że wszystko na szybko i w pędzie.

Okej. Pamiętam doskonale Boże Narodzenie pachnące cytrusami. Śnieg też był, choć może nie w takiej ilości, jak go na przykład pamięta moja mama. Ale nie mam zamiaru niszczyć sobie teraz atmosfery, bo kiedyś to nie jest tak jak teraz. My się kochamy umartwiać, żyć przeszłością, którą zawsze idealizujemy tak, że w efekcie staje się ona rajem utraconym, do którego już powrotu nie mamy i tylko opłakiwanie go nam pozostało.

Żyjemy tu i dzisiaj. Dzisiaj mamy Święta, a nie 20 lat temu. Te współczesne, bez śniegu niestety, ale za to z pogodą, która na spacer spokojnie może nas zaprosić, z lodowiskami czynnymi w drugi dzień Świąt, na które możemy iść z całą rodziną. Z grami planszowymi, które warto dać w prezencie i pierwszy dzień Świąt spędzić leżąc na podłodze śmiejąc się do rozpuku z pytań, z odpowiedzi, z tego, kto jakie ma szczęście i czy bitą śmietaną dostanie w twarz.

Współczesne Boże Narodzenie daje nam jeszcze jedną ważną rzecz, której w przeszłości aż tak nie ceniliśmy, bo mieliśmy pod dostatkiem. Czas. Czas, który możemy spędzić wspólnie, jeśli tylko mamy na to ochotę i o to zadbamy. Nie musimy wystawać w kuchni. Kto lubi – za to też kocha przygotowania, jak ja na przykład. Cieszę się na robienie pierogów, sałatki, smażenie ryb. A tym, którym siły i ochoty brak – polecam cateringi świąteczne, w końcu nie ma nic złego w zamawianiu dań. Żyjemy w czasach, które nam to umożliwiają, więc czemu z tego nie korzystać.

Błagam, przestańmy narzekać, żyć przeszłością, która już była. Teraz piszemy nową, własną, którą nasze dzieci wspominać będą z rozrzewnieniem i wzruszeniem. Mój syn powiedział mi ostatnio: „Mamo, ja już nie mogę się doczekać tej świątecznej atmosfery, tych lampek, choinki, tego, jak tata robi makaron, a my ci pomagamy przy pierogach”. Oni nie pamiętają Świąt, które były kiedyś. Będą pamiętać te, które dla nich tworzymy dzisiaj. Więc weźcie głęboki oddech i cieszcie się w końcu tym, co mamy tu i teraz. Niech te Święta będą najpiękniejsze, dla was i dla waszych najbliższych.