„Nie wiem, czy kiedykolwiek powiem mu, że to nie jego dziecko. Pękłoby mu serce”

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
6 lutego 2018
Fot. iStock/Light-Lab
 

Małgośka tego nie planowała. Najpierw pojawiły się kłopoty w małżeństwie, później zdrada i tajemnica, która jak chichot losu scaliła ich związek. Tajemnica, z którą Małgośka mierzy się każdego dnia, zaklinając rzeczywistość, bo „tak na pewno dla wszystkich będzie lepiej”. Pozorne szczęście, okupione potwornym lękiem i niepewnością. I wyrzutami sumienia, które pojawiają się za każdym razem, gdy słyszy, jak jej mąż, usypiając córkę, mówi jej do ucha: „Moja, kochana córeczka”. 

Ewelina Celejewska: Twój mąż jest dobrym ojcem?

Małgorzata: Najlepszym. Zawsze wiedziałam, że taki właśnie będzie. Chciał mieć syna, bo marzyły mu się wspólne wypady na treningi i weekendowe granie w piłkę nożną. Teraz widzę, że córka jest jego oczkiem w głowie. Ona też jest w niego zapatrzona. Czasem mam wrażenie, że dogadują się lepiej, niż ja z córką. Obawiam się, że mąż będzie w przyszłości jednym z tych ojców, którzy bronią i chronią swoich księżniczek. Zięć nie będzie miał z nim łatwo.

A nie boisz się, że nie będzie żadnej, wspólnej przyszłości?

Pytasz, co się stanie, jeśli kiedyś wyjdzie na jaw, że nie jest jego córką? Łudzę się, że nigdy do tego nie dojdzie. Są momenty, że sama zapominam w jak wielkim kłamstwie żyjemy. Na przykład wtedy, gdy widzę, że mąż i córka potrafią czytać sobie w myślach i rozumieją się bez słów. Ja wiem, że to nie są więzy krwi. Wierzę, że taką miłość, jaka ich łączy, można po prostu stworzyć. Pozostaje mi mieć nadzieję, że nawet gdyby prawda wyszła na jaw, on dalej traktowałby ją jak swoją córkę, bo ta więź jest autentyczna. Czego innego się boję.

Że nie wybaczyłby ci zdrady?

Żyję z tą tajemnicą już tak długo, że pogodziłam się z ewentualnym potępieniem mnie jako kobiety. Nie wybaczyłby mi  z pewnością tego, że okłamałam go w tak ważnej sprawie. Że pozwoliłam mu uwierzyć, że to jego dziecko. Wiesz, krew z krwi i tak dalej… Gdybym powiedziała mu o zdradzie, a później o ciąży, mógłby zadecydować, czy chce być dla tego dziecka ojcem, czy nie. Ja nie dałam mu tego wyboru. Postawiłam go przed faktem dokonanym. Nie wiem, czy z premedytacją, czy ze strachu.  Na pewno brakowało mi odwagi, żeby zmierzyć się z prawdą i jej konsekwencjami. Kobieta w ciąży instynktownie stara się bronić swojego dziecka.

A co z biologicznym ojcem? Wyparł się?

On nigdy nie dowiedział się o wpadce. Znam tylko jego imię, to był przypadkowy skok w bok. Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, chciałam się odegrać. Nadarzyła się okazja, czasu nie cofnę. Mieliśmy problemy w małżeństwie, bezskutecznie staraliśmy się o dziecko, dużo pracowaliśmy i kompletnie oddaliliśmy się od siebie. Skończyło się tak, że mąż wdał się w romans z koleżanką z pracy. Moment, w którym to się wydało, okazał się dla nas przełomowy. Poszliśmy na terapię, walczyliśmy. Wydawało mi się, że mu wybaczyłam, a tak naprawdę miesiącami tłumiłam w sobie złość i frustrację. Ciągle gdzieś w tyle głowy miałam myśl, żeby jakoś się odegrać. Jednocześnie znów staraliśmy się o dziecko. Chcieliśmy wierzyć, że to ono nas połączy, rozwiąże problemy. I faktycznie rodzicielstwo nas do siebie zbliżyło. Problem w tym, że to nie jest jego dziecko.

Skąd ta pewność? Przecież staraliście się wtedy o dziecko.

Nie robiłam żadnych testów genetycznych, ale wiem, że tak jest. My, kobiety, mamy dobrą intuicję, wyczuwamy takie rzeczy. Tak samo jak wtedy, gdy w grupie dzieci jedno nagle zaczyna płakać. Już po pierwszym dźwięku wiemy, czy to nasze dziecko płacze. Z tym jest podobnie. Wiesz to.

Córka jest podobna do tamtego mężczyzny?

Ani do tamtego, ani do mojego męża. Wszyscy zawsze mówią, że jest jak skóra zdarta ze mnie. Wyglądałam niemalże tak samo na zdjęciach z dzieciństwa. Może to mnie jakoś do tej pory ratowało? Chociaż wiadomo, że geny się różnie mieszają i pewno znalazłoby się jakieś wytłumaczenie, gdyby córka miała kruczoczarne włosy. Wiesz, po którymś tam dziadku czy pradziadku… Nie wiem, jak będzie z charakterem, ale póki co córka rozwija się prawidłowo, jest fajną, bystrą dziewczyną. Myślę, że największe znaczenie ma odpowiednie wychowanie.

I nigdy nie przyszło ci do głowy, żeby powiedzieć prawdę?

Jeszcze w ciąży nie byłam pewna, kto jest ojcem i potwornie bałam się porodu. Łudziłam się, że to jednak będzie jego dziecko, że jakoś o tym wszystkim zapomnę, że będziemy normalną szczęśliwą rodziną. Wtedy nie chciałam mu mówić. Doszłam do wniosku, że co ma być, to będzie. Ale gdy już córka pojawiła się na świecie, wyrzuty sumienia były ogromne. Mąż dosłownie pękał z dumy. Był szczęśliwy, zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Pewnie nawet przez myśl by mu nie przeszło, że to może nie być jego dziecko. Tłumaczę to sobie na różne sposoby… A gdyby to była moja córka z poprzedniego związku? Przecież mógłby ją pokochać równie mocno. Znam wiele rodzin patchworkowych, gdzie cudze dzieci kocha się jak swoje.

A córka? Odbierasz jej przecież prawo do poznania swojego prawdziwego ojca.

A skąd mogę wiedzieć czy on byłby lepszym ojcem? Czy chciał mieć dzieci? Czy kochałby ją tak jak mój mąż? Czy nawiązaliby taką silną więź? Czy córka byłaby dla niego całym światem? Kiedyś gdzieś przeczytałam, że nie ważne jest to, kto spłodził, ale kto wychował. Każdego dnia upewniam się, że to prawda.

Ja bałabym się, że córka może tego nie zrozumieć. Nawet, jeśli dowie się dopiero, gdy będzie już dorosła.

Dlatego robię wszystko, żeby nikt się nie dowiedział. Ludziom nie można ufać. Z moich bliskich też nikt nie wie. Pochodzę z religijnej rodziny, to byłby cios. Zdrada? Cudze dziecko? A tak wszyscy są zadowoleni. Parę razy chciałam powiedzieć mojej mamie, ale nie sądzę, by potrafiła przejść nad tym do porządku dziennego. Właściwie to nie znam człowieka, z którym mam dziecko. A może tak naprawdę jest złym człowiekiem? A czy ona będzie na mnie zła? Myślę, że jako dorosła kobieta zrozumiałaby, dlaczego postąpiłam tak, a nie inaczej. Gdybym się przyznała, może w ogóle nie miałaby żadnego ojca.

Nie boisz się, że zajdziesz w ciążę drugi raz? Tym razem z mężem?

Już kilka razy o tym rozmawialiśmy. Chciałabym wiedzieć, jak to jest nosić pod sercem dziecko i czekać na jego przyjście na świat. Oczekiwać z radością, a nie w strachu. Słuchać bicia serca, odliczać dni, kompletować wyprawkę, marzyć i planować. Tak jak robią to wszystkie, normalne, szczęśliwe pary. Tego wszystkiego brakowało mi wtedy. To był nieustający stres. Wiesz, co mnie powstrzymuje? Strach, że mógłby mnie zostawić, gdyby prawda wyszła na jaw. Wtedy byłabym już sama z dwójką dzieci. Nawet, jeśli dostawałabym alimenty, to jednak cały trud wychowania spoczywałby na mnie.

Żałujesz, że tak potoczyło się twoje życie? 

Myślę, że na podejmowanie decyzji był czas wcześniej. Teraz muszę trwać w sielance, którą stworzyłam. Którą wszyscy tworzymy, choć reszta nieświadomie. Na pewno żałuję tej zdrady, ale gdyby nie to, dziś nie miałabym takiej cudownej córki i wspaniałego męża u boku. Może nasze małżeństwo by się rozpadło? Nie umiem jednoznacznie stwierdzić, co byłoby lepsze. Dziękuję Bogu za każdy spokojny, radosny dzień.

Mężczyźni, którzy po czasie dowiadują się, że wychowywali nieswoje dziecko, często zarzucają kobiecie, że szukała po prostu frajera, który będzie pełnił rolę ojca. Samotne macierzyństwo to przecież ciężki kawałek chleba.

I ja się tego bałam. Też o tym myślałam. Nie wiem, jak by zareagował, gdybym mu o tym powiedziała jeszcze w czasie ciąży. Pewnie by mnie zostawił. Ja przynajmniej na jego miejscu tak bym zrobiła. Nie wiem też, czy poradziłabym sobie wtedy finansowo. Teraz, gdy nasza córka ma już kilka lat i jako rodzina mamy za sobą wiele cudownych wspomnień, myślę, że po prostu pękłoby mu serce. Tak zwyczajnie, po ludzku, załamałby się. Lata mijają, a ja dochodzę do wniosku, że prawda tylko by nam zaszkodziła. Nie ma znaczenia, czy to jest jego biologiczna córka, czy nie. Jeśli kocha ją tak szczerze, jak mówi, to przecież reszta nie ma znaczenia. Czasem kłamstwo jest lepsze od prawdy…


Na prośbę bohaterki imię zostało zmienione.

 


Uważasz, że nie masz w życiu wyboru? 5 rzeczy, które pozwolą ci wyjść z roli ofiary

Redakcja
Redakcja
7 lutego 2018
Fot. iStock / baona
Następny

Życie nie bywa jedynie pasmem sukcesów lub wyłącznie niepowodzeń. Dobre i złe chwile przeplatają się i nie ma tu żadnej reguły, wyliczenia, które pozwoliłoby się na to dobrze przygotować lub ominąć przeszkody. Wiele rzeczy zależy od naszego podejścia, bo nawet gorsze chwile można przetrwać, o ile mamy dość siły. Jednak gdy życiowego optymizmu zaczyna brakować, swój los postrzegamy jako nieustające pasmo niepowodzeń.

To jedna z najgorszych rzeczy, którą sami sobie możemy zrobić. To swego rodzaju samospełniająca się przepowiednia — uważamy, że wszystko jest do kitu i tak rzeczywiście zaczyna się dziać.

Destrukcyjna rola ofiary

Nieustające poczucie krzywdy, niesprawiedliwości życiowej oraz niemocy sprawia, że wchodzimy w rolę ofiary. Samoocena spada i czujemy się niegodni dobra, jakie może nas spotkać. Pozwalamy się wykorzystywać i jednocześnie oczekujemy wybawcy, który podejmie za nas decyzje i doprowadzi do końca to, co powinno zależeć jedynie od nas. To bardzo destrukcyjne myślenie, które zatrzymuje nas w martwym punkcie. jedyną szansą na odzyskanie normalności jest podjęcie działań, które odwrócą złe postrzeganie siebie samego.

5 rzeczy, które pozwolą ci wyjść z roli ofiary

1. Mów o własnych potrzebach

Mów otwarcie o tym, czego potrzebujesz, bo nie zawsze bliscy mogą się tego domyśleć. Pozwól sobie pomóc, gdy zachodzi taka potrzeba i nie odbieraj tego, jak zamach na własną niezależność.

2. Nie poświęcaj się dla innych

Empatia i chęć niesienia pomocy jest piękną cechą, która nas uszlachetnia. A jednak myślenie tylko o innych powoduje, że własne potrzeby odsuwane są na dalszy plan. Brak realizacji własnych planów rodzi frustrację, z którą ciężko się walczyć. Zaspokajaj potrzeby innych tylko wtedy, gdy cię o to poproszą.

3. Nie obwiniaj innych o swoje klęski

Na wiele rzeczy, jakie nas w życiu spotykają, mamy duży wpływ. Decydujemy o tym co i w jaki sposób robimy i ponosimy tego konsekwencje. Nie można obwiniać o własne niepowodzenia innych ludzi, bo nie oni podejmują najważniejsze dla nas decyzje.

Strona 1 z 2
czytaj dalej

Podobno nie mają przed sobą tajemnic i ciagle uprawiają seks. Mity na temat szczęśliwych par

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
6 lutego 2018
Fot. iStock/filadendron

Patrzysz na swoich znajomych i nie możesz się nadziwić. Jak to możliwe, że tworzą taką fajną parę? Jacy oni szczęśliwi, pogodni, pełni miłości. W czym tkwi ich sekret? Jak udało im się zbudować taki związek? Wypracowali to czy może idealnie do siebie pasują? Siadasz więc i czytasz, co powinnaś zrobić, byście i wy uchodzili za wzór dla innych… Wtedy nieoczekiwanie wpadasz na mity, dotyczące idealnych par. Że partnerzy nigdy się nie kłócą, nie mają przed sobą żadnych tajemnic, całe dnie się śmieją i nie wychodzą z łóżka. Czy aby na pewno tak właśnie jest i czy do tego powinnaś dążyć? Zdaniem Jill P.Weber, psycholog klinicznej, można wymienić pięć najpopularniejszych mitów, w które wszyscy wierzymy. Czas się z nimi rozprawić. 

MIT: Szczęśliwe pary nie wychodzą z łóżka

Nie tylko ciągle uprawiają seks, ale też każdy stosunek kończy się wspólnym orgazmem (u kobiet pochwowym, of kors!). Takie opowieści można sobie włożyć między bajki. Owszem, na początku związku, gdy nie możemy się od siebie oderwać i nieustannie odczuwamy pociąg do partnera, seks zdarza się dużo częściej. W miarę jak związek rozkwita, częstotliwość może się zmniejszać. To dlatego, że dochodzą inne sprawy – dzieci, praca, obowiązki domowe, zajęcia dodatkowe, choroba… W zdrowych związkach partnerzy stawiają na jakość, a nie na ilość. Są bardziej świadomi swoich potrzeb, wyrozumiali i otwarci na nowości. Czują się też znaczniej bezpieczniej. Nie musisz uprawiać seksu non stop, by mieć poczucie, że twój związek jest idealne. Najważniejsze, byście oboje byli zadowoleni z waszego życia seksualnego i mogli o nim swobodnie rozmawiać.

MIT: Szczęśliwe pary nie walczą

Że niby ciągle spijają sobie z dziobków? Niestety nie. Szczęśliwe pary kłócą się, ale potrafią sobie wybaczać. Potrafią przepraszać i wyciągać wnioski, szukać kompromisów. Konflikty są naturalną częścią każdego związku. Nie wierz, gdy ktoś mówi, że nigdy nie kłóci się ze swoim partnerem. Takim osobom należy współczuć, ponieważ często (nawet nieświadomie) muszą oni tłamsić swoje prawdziwe uczucia. I robią to z różnych powodów – ze strachu przed gniewem, z niepewności, z niskiej samooceny, z wiary, że kłótnie są złe same w sobie. Szczęśliwe pary czasem walczą, ale dzięki umiejętności rozwiązywania konfliktów, nie wracają z wojny poranieni.

MIT: Szczęśliwe pary kochają się bezwarunkowo

Szczęśliwe pary nie są spokojnymi parami. Nie zawsze partnerzy mówią: „Kocham wszystko w tobie i kocham wszystko, co robisz!”. Pojawiają się zgrzyty i problemy z pełną akceptacją wszystkich cech drugiej strony. Cała sztuka polega na tym, by traktować to jako okazję do zmian i pracy nad sobą. Ani ty, ani twój partner nie jesteście idealni. Coś lubimy w sobie bardziej, coś mniej, na coś jeszcze innego przymykamy oko. Cudownie, jeśli potraficie spojrzeć na całokształt drugiej osoby i jasno stwierdzić: „Tak, kocham tego człowieka”.

MIT: Szczęśliwe pary nie mają przed sobą tajemnic

I w dodatku wszystko robią razem? Od zakupów, przez jedzenie tych samych posiłków, aż po wspólną pasję? Pytanie, czy szukasz swojego klona czy partnera… Szczęśliwe pary dbają o swoją autonomię w związku – mogą mieć innych znajomych, inne zainteresowania i sposoby na spędzanie wolnego czasu. Nie muszą spędzać ze sobą każdej wolnej chwili i opowiadać o każdej sekundzie swojego życia. Tak naprawdę chodzi o to, by każde z was akceptowało odmienność partnera i wspierało go w jego dążeniach, planach, marzeniach. Oczywiście bardzo ważne jest wspólne spędzanie czasu, ale być może wystarczy wam seans filmowy przed telewizorem? Musicie znaleźć coś, co cieszy was oboje. Jeśli natomiast macie wspólną pasję i żadne z was nie czuje się do niczego zmuszanie, to też super.

MIT: Szczęśliwe pary nie mają problemów emocjonalnych i psychicznych

Każdy z nas ma jakiś bagaż doświadczeń – czasem po prostu przykrych, a czasem wręcz traumatycznych. Trudno dziś znaleźć człowieka, który nie został w jakiś sposób skrzywdzony, co przekłada się na jego relacje w związku. Ważne jest to, byście potrafili razem przezwyciężać swoje słabości, pracować nad niedociągnięciami. Przeszłości nie zmienicie, ale możecie sprawić, by nie determinowała ona przyszłości. Jeżeli jedno z was nie potrafi przyznać się do błędu, nigdy nie odczuwa poczucia winy, nie potrafi przebaczać, ma ciągłe pretensje i nie chce pracować nad związkiem, to tak – taki związek stanie się toksyczny.

Źródło: Psychology Today


Zobacz także

9 pytań, które pomogą ci zrozumieć, czy miałaś toksycznych rodziców i jak oni wpłynęli na twoje dorosłe życie

Dwoje na terapii. 6 złotych zasad powodzenia terapii małżeńskiej

Ktoś, kiedyś podobno o niej słyszał. Ale czy naprawdę istnieje przyjaźń damsko-męska?