Uciekający pan młody – miałam być mężatką, zostałam sama. List do niedoszłego narzeczonego

Magdalena Lis
Magdalena Lis
8 lutego 2017
Uciekający pan młody
Fot. iStock/Peerayot

Nie wiem od czego zacząć, bo wszystko jest jeszcze zbyt świeże, zbyt bliskie, zbyt bolesne. Zaczęło się od tego, że ja wcale nie chciałam związku, pamiętasz? Mój ostatni chłopak dał mi tak popalić, że przez dwa lata nie dopuszczałam do siebie absolutnie nikogo.  A my poznaliśmy się w głupi sposób. Ty się rozstałeś z dziewczyną i nie miałeś z kim pójść na wesele. Ja uwielbiam wesela i po prostu zgodziłam się pójść z tobą. Spotkaliśmy się, jak to mówiłeś, żeby lepiej się poznać. Od razu złapaliśmy wspólny język. ty – dowcipny, inteligentny, zaradny, fajny facet. Ja, dziewczyna z dużego miasta. Wiedziałam, że jesteś zraniony po poprzednim związku, że masz dość, że chcesz odpocząć, i poza przyjaźnią nic więcej nie będzie między nami. Ja też się przecież wiązać nie chciałam. Ale już po pierwszym spotkaniu wiedziałam, że to nie będzie zwykła znajomość. Coraz częściej przecież, zupełnym przypadkiem wracałeś z pracy obok mojego domu.

Między słowami

Zaczęliśmy pisać codziennie do siebie. Budziłeś mnie rano wiadomością życząc mi miłego dnia, a wieczorem dzwoniłeś mówiąc, że lubisz słuchać przed snem mojego głosu. Stało się – zakochałam się w tobie. Wpadłam, jak nigdy wcześniej, ale nie robiłam niczego nachalnie, nie pokazywałam ci tego, co się we mnie zaczynało rodzić. Wiedziałam, że twoje serce nie jest gotowe na to, co do ciebie czuję. W końcu zaczęły się nasze poważniejsze rozmowy, małe deklaracje, nieśmiałe wyznania. Na tym weselu byliśmy już parą. Fruwałam ze szczęścia, pamiętasz? Byłeś najwspanialszym facetem, jakiego mogłam sobie wymarzyć. Dogadywaliśmy się świetnie a fakt, że byłeś ode mnie starszy siedem lat nie miał żadnego znaczenia. Spędzaliśmy razem mnóstwo czasu, widywaliśmy się codziennie, robiliśmy razem tyle fajnych rzeczy, odwiedziliśmy tyle miejsc. Byłeś dla mnie ogromnym wsparciem, zawsze mogłam liczyć na ciebie. Wiedziałam, że nieważne w jak ciężkim kryzysie się znajdę, ty zawsze mi pomożesz. I ja dla ciebie też robiłam to samo. Stawałam się najlepszą wersją samej siebie. Kochałam cię nad życie i czułam, że Ty też mnie kochasz tak samo. Mówiłeś mi, że do żadnej kobiety nie czułeś tego, co do mnie. Że z żadną nie wyobrażałeś sobie wspólnego życia, ani tego, jak będą wyglądać twoje dzieci. A ze mną to widziałeś. Czułam się dumna, wyróżniona i kochana. Planowaliśmy wspólną przyszłość, chciałeś rozbudować dom. Mimo tego, że mieszkałeś na wsi, takiej prawdziwej wsi, z polnymi drogami i z przeważającą liczbą starszych mieszkańców, chciałam tam mieszkać z Tobą. Ja- zawsze pragnąca żyć w mieście, realizować się zawodowo i korzystać z dobrodziejstw wielkomiejskiego życia. Chciałam to dla Ciebie zostawić, bo wiedziałam, że masz tam dobrą pracę. Pracę na której Ci zależy, w której się spełniasz i którą kochasz. Dobrze zarabiałeś, to fakt. Nigdy nie obchodziły mnie twoje zarobki, nigdy go o to nie pytałam. Sam powiedziałeś mi któregoś dnia. I dodałeś, że ja wcale nie muszę pracować.

Wyjdziesz za mnie?

Pamiętam ten dzień, jechaliśmy do twojej siostry, kiedy powiedziałeś mi, że chcesz, żebym została twoją żoną. Płakałam wtedy ze szczęścia, myślałam, że złapałam Pana Boga za nogi. Miałam wyjść za mąż i to za człowieka, za którego mogłabym oddać życie. Zaplanowaliśmy ślub. a 23 września 2017 miał się stać najpiękniejszym dniem w naszym życiu. Zamówiliśmy salę, DJ-a i fotografa.

Klapki na oczach

Kochałam cię tak bardzo, że przymykałam oczy na wiele twoich wad. A chyba dopiero teraz widzę, ile tak naprawdę ich miałeś. Przyłapałam cię kiedyś na tym, że zaczepiałeś na Facebooku inne dziewczyny. Zrobiłam ci wówczas awanturę, płakałeś, przepraszałeś, obiecałeś mi, że nigdy więcej tego nie zrobisz. Uwierzyłam ci.  Cała Twoja rodzina była mną zachwycona, moja Tobą także. A u nas zaczynało się psuć. Byliśmy inni, to prawda, ale zawsze jakoś umieliśmy się dogadać. Oboje mieliśmy silne charaktery, stąd częste sprzeczki, ale zawsze takie, po których się godziliśmy. Zrezygnowałam dla ciebie z wielu rzeczy, które lubiłam. Cały mój świat podporządkowałam tobie – tej jednej osobie, temu jedynemu facetowi.

Koniec?

Wiedziałam, że jest coś nie tak już przed świętami. Zadzwoniłeś dzień przed wigilią i powiedziałeś, że ty już nie chcesz, że to nie wyjdzie i żebym dała ci spokój. Świat mi się zawalił. Błagałam cię o chwilę spotkania. Nie chciałeś, powiedziałeś, że potrzebujesz przerwy. Nie chciałam ustąpić, wiedziałam, że muszę walczyć. Że to się nie może przecież tak skończyć. Wywalczyłam spotkanie. Zgodziłeś się. Spotkaliśmy się i wtedy powiedziałeś, że ty nie chcesz tego ślubu. Że nie jesteś gotowy, że nie czujesz tego, żeby to był ten moment. W głowie mi się kręciło od twoich słów. Przecież niedawno wszystko ustalaliśmy, a teraz?

Dzień dobry, kocham cię

Zgodziłam się na wszystkie twoje warunki. Wróciliśmy do siebie. Ale to już nie było to samo. Zrobiłeś się nerwowy, krzyczałeś na mnie bez powodu. Brakowało mi w naszym związku czułości, takiej jak na początku. Mówiłam ci o tym, ale ty tego nie zauważałeś. Zresztą bałam się mówić Ci o swoich uczuciach, bo bałam się, że znów mnie zostawisz. Więc milczałam. I cierpiałam po cichu. I wierzyłam, że to minie. To ja przejęłam w tym naszym związku funkcję faceta. To ja się starałam, walczyłam i robiłam wszystko, żeby było dobrze. Moja siostra, która nas wtedy obserwowała powiedziała mi, że to wyglądało tak, jakbym robiła resuscytację na tym związku, i, że mi nie wyszło, bo pacjent umarł. Nie robiłeś nic, tylko czasem podniosłeś kciuka, jeśli Ci się coś spodobało.

To tylko koleżanka

Któregoś dnia, kiedy byłam u ciebie, a Ty poszedłeś się kąpać, wzięłam twój telefon. Chyba coś przeczuwałam. No i znalazłam. Wiadomości do jakiejś dziewczyny, którą kiedyś poznałeś na weselu (!!!) Ta dziewczyna miała szesnaście lat, na Boga, a ty trzydzieści. Wysyłałeś jej buziaczki, mówiłeś, że za nią tęsknisz i pytałeś kiedy się umówicie na motor. Świat mi się wtedy zawalił. Poszłam do ciebie, zapytałam. Nie odpowiedziałeś nic, tylko zapytałeś czy masz iść spać do drugiego pokoju. Zaprzeczyłam. Ja poszłam tam spać. Przyszedłeś do mnie, bo miałam taki okropny nerwicowy kaszel, że aż mnie dusiło. Pogodziliśmy się, wytłumaczyłeś mi, że ta dziewczyna ma trudno w domu, że chciałeś ją pocieszyć, przysięgałeś, że nigdy byś się z nią nie spotkał. Uwierzyłam ci, choć cierpiałam. Dzień później odwiozłeś mnie na uczelnię do sąsiedniego miasta. Zapewniałeś o tym, że kochasz, że do końca życia tylko ja. A dzień później napisałeś, że już nie chcesz, że chcesz być sam. I żebym do ciebie nie pisała. Nie chcę jeszcze mówić o tym, co wtedy czułam, jeszcze za wcześnie. Pisałam, dzwoniłam, zero odzewu. Potraktowałeś mnie jak obcego człowieka.

Umieranie za życia

Ból jest tak okropny, że chwilami nie mogę oddychać. Ciągle mi się śnisz i ciągle myślę tylko o tym czy do mnie wrócisz. Kilka dni temu napisałeś mi, żebym oddała ci pierścionek, który od ciebie dostałam, bo chcesz go sprzedać. Uniosłam się dumą i powiedziałam, że zrobię to z największą przyjemnością, choć serce mi krwawi. Skończyła się moja historia o miłości, moja bajka. Nie chcę mówić, że skończyło się moje życie, ale póki co tak to właśnie widzę. Bo nie żyję, tylko egzystuję. Siłę dają mi przyjaciele i modlitwa. Ale czuję się niekompletna, jakbym miała dziurę w sercu.

Gdy nadejdzie jakieś jutro

Zewsząd słyszę, że muszę żyć. Staram się to rozumieć, bo pewnie komuś powiedziałabym to samo. Ale dziś jeszcze te słowa dochodzą do mnie jak przez mgłę. Za dużo się dzieje. Za dużo się we mnie miota sprzecznych emocji. I to nie jest już walka o to, żeby stanąć na nogi, tylko naprawdę walka o samą siebie. Bo w momencie kiedy powiedziałeś mi, że ‚wszystko ci we mnie nie pasowało’, moja pewność siebie stała się praktycznie zerowa. Mam też wyrzuty sumienia, bo w emocjach powiedziałam ci kilka słów, których żałuję. Powiedziałam, że jesteś najgorszym człowiekiem na świecie, ze się Tobą brzydzę i że w pełni na kogoś lepszego zasługuję. Wiem, że to było niepotrzebne, ja nie chciałam walki, nie chciałam przepychanek. Życzę ci  jak najlepiej i codziennie się modlę za ciebie. Jak Bóg pozwoli, może kiedyś ci nawet wybaczę.

 


Walcz, trzymaj się, nie poddawaj! A może jednak warto odpuścić i zmienić kierunek?

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
8 lutego 2017
Fot. iStock / STUDIOGRANDOUEST
Fot. iStock / STUDIOGRANDOUEST

Dookoła wciąż powtarza się nam, żeby walczyć, nie poddawać się, gonić za swoimi marzeniami i wyznaczonymi celami. Bądźmy dzielne niczym Rocky i Rambo w jednym – w końcu kto, jak nie my! Poddać się? Zrezygnować? To dla słabych! Czy jednak aby na pewno? A może czasami nie warto brnąć w coś, co nie przynosi nam ani szczęścia, ani satysfakcji i zmienić kierunek swojego życia? W końcu o wiele więcej odwagi potrzeba, by przyznać się, że coś nam nie wychodzi, niż by uparcie działać i trwać w czymś bez szansy na sukces.

Goniąc za marzeniami

Mikołaj Gogol powiedział podobno, że nie ma nic bardziej żałosnego od niespełnionych marzeń. Gdyby faktycznie tak było, bylibyśmy wszyscy dookoła bardzo żałośni, bo któż może powiedzieć o sobie, że wszystko, co sobie wymarzył spełniło mu się do joty? Czy nie bardziej żałosne jest trwanie przy czymś, uczepienie się jakiejś iluzji i brak elastyczności w naszych planach i marzeniach? Ja wiem, to bardzo niemodne i mało atrakcyjne, tak powiedzieć wprost „rezygnuję, rzucam to, zmieniam marzenie” – no chyba, że chodzi o porzucenie pracy w korporacji i wyjazd do Tajlandii albo do skromnej chatki w Bieszczadach, gdzie zmienimy swoje życie o 180 stopni i odkryjemy prawdziwych siebie. Ale to już było, o tym już pisali, filmy kręcili, powoli staje się „oklepane”.

Dlaczego boimy się rezygnować?

Zmiana brzmi dla nas strasznie, bo wiąże się z nowością, życiowym przemeblowaniem, opuszczeniem tego, co znane i oswojone na rzecz innego, obcego. Podobnie jest z rezygnacją – lubimy wierzyć w to, że wytrwałość, ciężka praca i obowiązkowość w końcu zagwarantuje nam sukces i przyniesie satysfakcję. Chodzimy do pracy, w której rzadko słyszymy pochwały, a aprobata od szefa zdarza się okazjonalnie. Trwamy w związkach przeciętnych, ale bezpiecznych, bez rewelacji, ale też bez strachu o to, że partner nas skrzywdzi, oszuka i zrani. Ufamy, że miłość przyjdzie z czasem, pojawi się już za chwilę, za momencik, że radość zaskoczy nas pewnego dnia i oto nasze starania w końcu zostaną przez los dostrzeżone i nagrodzone.

Nie chcemy też odpuszczać w obawie przed oceną innych i ich komentarzami. Wielokrotnie słyszymy, że lepszy wróbel w garści niż gołąb na dachu, że wróg oswojony i dobrze znany jest lepszy niż ten obcy. Wolimy tkwić nieszczęśliwi niż tłumaczyć się innym ze swoich wyborów, często dla nich nie do końca zrozumiałych – bo z boku wygląda to dla nich zupełnie inaczej, może nawet nasze działania w ich ocenie są sukcesem. Zaczynamy wtedy wątpić, zastanawiać się, czy rzeczywiście warto coś zmieniać,  a może jednak zostawić wszystko tak jak jest, jeszcze chwilę poczekać. Zaczynamy kalkulować – ile już włożyliśmy w swoja pracę, co zyskaliśmy, co lub kogo stracimy. Warto wtedy zadać sobie kilka pytań, które rozwieją nasze wątpliwości i pomogą w ostatecznej decyzji.

Co powoduje, że czuję się nieszczęśliwa?

Czego chcę?

Czego nie chcę?

Jakie są plusy i minusy nowej drogi życiowej?

Co czuję, jakie emocje we mnie siedzą?

Jakie uczucia mogą się pojawić po zmianie?

Na jaką pomoc i wsparcie mogę liczyć?

Kiedy powiedzieć sobie dość?

Choć cały świat powtarza nam, żeby nie odpuszczać i dążyć do obranego celu, to prawda czasami jest zupełnie inna – aby osiągnąć zadowolenie i satysfakcję, szczęście i radość, trzeba umieć zrezygnować i zmienić swój cel! Kiedy należy to zrobić?

– gdy czujemy, że jesteśmy wyczerpani i nic nas nie cieszy

– kiedy coraz częściej pojawiają się w naszej głowie myśli „a może to rzucić?”, „może warto to zmienić?”

– gdy to, co robimy, przestało przynosić nam satysfakcję i czujemy się nieszczęśliwi

– gdy nieustannie czekamy na pozytywny wynik naszej pracy, który jednak nie przychodzi.

Należy pamiętać, że rezygnacja nie oznacza słabości czy też błędu – błędem jest pozostawanie w stanie, który nie daje nam satysfakcji, nie spełnia naszych oczekiwań. Zamiast kurczowo trzymać się tej sytuacji i narażać na stres oraz frustrację, lepiej jest zmienić perspektywę i przenieść swoje zaangażowanie na inny cel. Nie ma sensu tkwić w czymś, co przynosi nam więcej strat niż zysków. Świadome i przemyślane „odpuszczenie” jest oznaką pewnej dojrzałości, odwagi do przyznania się „ok, to mi nie wychodzi, nie ma sensu dalej tego ciągnąć”.

Zanim odpuścisz

Nie należy jednak popadać ze skrajności w skrajność, czyli z wojownika za wszelką cenę stać się nagle „odpuszczaczem” i co rusz rezygnować z jakichś planów na rzecz czegoś innego. Jeśli ktoś łudzi się, że może osiągnąć swój cel i spełnić marzenia bez wysiłku, to jest bardzo dużym optymistą. Trzeba umieć odróżnić wytrwałość i ciężką pracę, które przyniosą nam sukces od tych, które nas wykańczają i nie dają nic w zamian. To nie jest wyłącznie zmiana zewnętrzna – nowy związek, nowa praca, inne miejsce zamieszkania – ale praca nad sobą, analiza swoich działań, motywacji i towarzyszących im emocji. Decyzja o zmianie nie może być podjęta pod wpływem emocji, „na gorąco”, z powodu jednorazowego rozczarowania czy niepowodzenia. W końcu droga do celu najczęściej bywa kręta i wyboista – ważne jednak by mimo tych zakrętów widzieć sens podążania nią dalej.

Zapisz


Portret faceta doskonałego… A może taki sam albo podobny od dawna zasypia obok nas?

Anika Zadylak
Anika Zadylak
7 lutego 2017
Fot. iStock  / Pekic
Fot. iStock / Pekic

Ideały nie istnieją. Wyjątkami są bajki i filmy z Ryanem Gosling’iem. To oczywiste. Ale gdyby tak, dostać do ręki coś w rodzaju zaczarowanego ołówka i stworzyć portret, wyśnionego faceta? Zawrzeć w nim wszystko to, czego nam kobietom potrzeba do pełni szczęścia. Namalować go, centymetr po centymetrze, a potem się rozmarzyć. Albo dostrzec, że taki sam lub podobny od dawna zasypia obok nas. 

Portret faceta doskonałego

Zapytałam różne kobiety o ich typy. O to, co jest dla nich najważniejsze i co ich wyśniony facet, posiadać powinien. Jaki powinien być? I usłyszałam, że…

– Szczery, domyślny, prawdziwy, wierny i mądry.

– Zawsze podaję mi talerz pierwszej. I szklankę. I widelec. Nawet, jak mamy jeden.

– Potrafi brać na klatę problemy i umieć zaopiekować się rodziną.

– Trochę wariat, ze swoimi pasjami.

– Słuchać ze zrozumieniem.

– Potrafi rozśmieszyć i wzruszyć do łez.

– Ma własne zdanie i  nie pozwala wejść sobie na głowę.

– Stabilny psychicznie, zaradny i potrafiący wesprzeć.

– Wcale nie mega przystojny, ale zadbany i silny, żeby umiał stanąć w mojej obronie.

– Musi mieć jaja. Nie tyle te w spodniach, tylko w podejściu do rzeczywistości.

– Odpowiedzialny. Taki, który przyznaję się do błędu i potrafi dyskutować.

– Musi dobrze całować, bo jak to będzie umiał, to resztę na pewno też. Musi umieć rozpalić pożądanie w swojej kobiecie.

– Troszkę łobuz, ale dobry. Zadziorny, ale romantyczny.

– Żeby lubił gotować, nawet wspólnie. I rozumiał, że kobieta w domu niekoniecznie tylko leży i pachnie. Żeby doceniał nasz wysiłek.

– Wysoki, bo taki daje poczucie bezpieczeństwa.

– Nie krytykuje przy obcych i nie pozwala, żeby teściowa mną pomiatała.

– Odważny, ludzki i „złota rączka”. Jak do tego jeszcze, będzie seksowny, to kompletnie nie przeszkadza.

– Wie, kiedy milczeć, żeby znieść nasz największy słowotok.

– Nonszalancki. Dobrze wychowany, ale nie nudny i nadskakujący.

– Potrafiący zaskakiwać. Nie tylko kwiatami bez okazji. Żeby miał wyobraźnię.

– Czuły i ciepły. Ale też trochę drapieżny, bo przecież nawet kota, można na śmierć zagłaskać.

– Taki dla którego nie będzie kobiety piękniejszej i ważniejszej ode mnie.

– Nie musi mnie nosić na rękach. Ale muszę czuć, że jak trzeba będzie, to góry dla nas przeniesie.

– Ma kochać. Po prostu i tak samo mocno, jak ja jego.

– Ma wiedzieć, czym jest prawdziwy szacunek i że kłamstwo ma krótkie nogi. Zdradzającym, dziękujemy na starcie.

– Waleczny i skłonny do szaleństwa! Żeby życie z nim, było przygodą.

Wrażliwość, która aż zachwyca, tego bym chciała. No i żeby dzieci były dla niego priorytetem.

– Praktyczny, bo my mamy z tym lekki problem. I musi znać przynajmniej jeden sezon „Przyjaciół”!.  No może jeszcze choć trochę „Gotowych na wszystko”. Byłoby bosko!

– Bez honoru, to nie facet. To podstawa, inaczej sobie nie wyobrażam. Musi mieć klasę i wzbudzać respekt. Ogólne poważanie. Żebym czuła się, jak księżniczka.

– Wysportowany. Nie napompowany, tylko z dobrą kondycją, dbający o zdrowy wygląd. Potrafiący mnie tym zachęcić, żebym dotrzymywała mu kroku.

– Lubiący ludzi, nie domator i odludek. A jeśli już bardzo musi, to żeby nie robił scen, o moje wyjścia.

– Umiejętnie zazdrosny. Takim potrzebnym uczuciem, które nie pozwala, żeby nasz ogień zgasł.

– Trochę tradycyjny, ale nie fanatycznie. Żeby potrafił o mnie dbać, pozwalał mi się rozwijać, był moją ostoją.

– Dobry. Po prostu. Uczciwy i dobry. Tacy kochają może bez iskier, za to najmocniej.

Jak same widzicie, nie jesteśmy znowu, aż tak wymagające. Ot, kilka cech, żadnych tam dziwactw, nie do zrealizowania. Ale zanim ulepimy sobie rzeźbę faceta idealnego i zaczniemy do niej bezmyślnie wzdychać i czekać. Rozejrzyjmy się. Bo może nasz tak pięknie, naszkicowany doskonały typ, leży właśnie obok nas i chrapie. Donośnie. No, co? Przecież, nie ma ideałów 😉 .


Zobacz także

Fot. iStock / ballero

12 prawd o związku, którym stale zaprzeczasz. Wciąż brakuje nam czasu dla tych, których kochamy

Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

„Nie kocham swojego męża, wybieram nowe życie”. Dlaczego nikt nie rozumie, gdy to kobieta odchodzi?

Fot. iStock/cookelma

A ty jaką żoną jesteś? Bywasz jak te z najgorszych koszmarów?