Świat jest pełen dobrych facetów… Szkoda, że widzisz w nich jedynie przyjaciół

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 września 2017
Fot. iStock/pixelfit
Fot. iStock/pixelfit
 

Spotkać miłość i minąć ją, nie rozpoznać, pójść w innym kierunku… Myślisz, że to niemożliwe? Pomyśl, przecież wciąż szukasz, znajdujesz kogoś na chwilę, rozstajesz się i powtarzasz: „Nie, na tym świecie nie ma już fajnych facetów, wszyscy naprawdę warci mojej uwagi, emocji, energii są zajęci”. Tymczasem gdzieś, całkiem niedaleko ciebie znajduje się ktoś, kto dla ciebie jest jedynie „świetnym przyjacielem”. Nie dopuszczasz do siebie myśli, że gdybyś potrafiła zobaczyć w nim kogoś więcej niż tego „świetnego przyjaciela”, odnalazłabyś szczęście w związku.

Na pewno go spotkałaś, choć raz. Myślisz o nim ciepło, z przyjemnością, dobrze się rozumiecie. Czujesz, że chcesz być blisko niego, ale się boisz. I może nawet dziwisz się: „Jak to możliwe, że taki fajny, dobry chłopak jest ciągle sam? Głupie te dziewczyny…”.  Raz czy dwa w twojej głowie pojawiła się ta myśl: gdyby tylko był trochę INNY… Inny, to znaczy jaki? Wyższy, szczuplejszy, o innym kolorze oczu, gdyby inaczej się ubierał. Zmieniłabyś w nim to i jeszcze kilka innych rzeczy… Wtedy byłby idealny.

Zaraz, zaraz, czy nie byłaś już z „idealnym”? Twoja ostatnia miłość… Jeszcze się z niej nie wyleczyłaś. Wysoki, zielone oczy, blondyn. Zabierał cię nad morze, żeby o zachodzie słońca wyznawać ci miłość i obiecywać, że będziecie razem już zawsze. A potem wracaliście tutaj i stawał się zimny, obojętny, zajęty swoimi sprawami, sobą… „Nie płacz, mała” – powtarzał zniecierpliwiony, gdy mówiłaś, że nie rozumiesz tych zmian, tej niepewności, tego „szarpania się” z emocjami. Kupował ci bilet na koncert Chrisa Botti i zostawiał kwiaty na poduszce, a potem znikał i nie odbierał telefonów. Mówił, że go ograniczasz, że inaczej rozumiecie słowo „związek”. A najlepiej, jakbyś tego słowa za często nie wypowiadała. Płakałaś – niecierpliwił się, więc nauczyłaś się płakać po cichu, niewidocznie.

Co mówił wtedy przyjaciel? Że jesteś wspaniała, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze… Że nie warto… Wiedziałaś, że ma rację, wzięłaś od niego to, co ci dał i zrobiłaś z tym to, co chciałaś… Od „idealnego” odeszłaś w końcu, poraniona, ale wolna. Z przyjacielem spotykasz się czasem na kawie. I nadal myślisz, że szkoda, że jest sam. Zasługuje na kogoś wspaniałego, kogoś, kto go doceni. Ty? Nie, skąd. Nie byłabyś z nim szczęśliwa, on z tobą zresztą też nie. Naprawdę jesteś tego aż tak pewna?

W liceum miałaś kolegę, Piotra. Lubiłaś go bardzo, ale nigdy nie wydawał ci się interesujący „w ten sposób”. Może dlatego, że twoja mama (inne mamy też) była nim zachwycona. Kiedy umawiałaś się na randkę ze starszym kolegą, kłamałaś, że idziesz się spotkać z Piotrem. Wtedy była spokojna.

Mamy jakoś to wiedzą. I przyjaciółki. Powtarzają: „Daj mu szansę, to taki miły, dobry chłopak, ma w sobie tyle ciepła, dba o ciebie, ufam mu”. Ale ciebie nie interesuje ten miły, dobry chłopak. Ty chcesz „czegoś więcej”, czegoś „lepszego” niż ta jego zwyczajność. Przygody, namiętności, emocji. Łez. Bo gdzieś usłyszałaś, że prawdziwa miłość to też cierpienie.

A na studiach? Goniłaś za jednym brunetem, pochmurnym i smutnym jak James Dean. Jasne, że złamał ci serce, jasne, że cierpiałaś, a przyjaciel (ten, o którym zawsze myślałaś, że mógłby być całkiem przystojny, gdyby był wyższy) pocieszał cię jak umiał najlepiej. I oczywiście, że nic się nie nauczyłaś, bo twój następny związek był jeszcze gorszy. Pogubiłaś się, chcąc stworzyć idealną historię miłosną, happyend. Wciąż okazywało się, że ci, którzy mieli cię uszczęśliwić – krzywdzili. I nadal wchodzisz w ten ciąg złych relacji z mężczyznami, którzy nie są dla ciebie. Zastaw cech obowiązkowych? Twój wymarzony mężczyzna musi mieć w sobie tajemnicę, wzbudzać ciekawość, której nigdy nie zaspokoisz. UZALEŻNIENIE.

Przyjaciel czeka, gdzieś za drzwiami, na progu. Gdybyś tylko podjęła ryzyko, wpuściła go do środka… Na początku będzie może dziwnie, niezręcznie. Ale szybko zobaczysz różnicę. Zobaczysz w nim kogoś, kto jest dla ciebie „zawsze”, kto o ciebie dba. Z kim ci jest dobrze.

Świat jest pełen wspaniałych mężczyzn. Cichych, nie narzucających się, nienarcystycznych. Kochających mądrze, kochających dobrze.

Kłopot w tym, że nie potrafisz zobaczyć w nich kogoś więcej niż przyjaciela. Odpuść, nie trzymaj się dłużej swoich nierealistycznych oczekiwań. Przecież każda z nas zasługuje na najlepszego faceta na świecie. Każdy najlepszy facet na świecie zasługuje na nas.


„Dziewczyna z odzysku”, czyli 297 dni do rozwodu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 września 2017
Fot. iStock/pixdeluxe
Fot. iStock/pixdeluxe
 

Na początku podchodzisz do tego spokojnie. Karmisz się złudzeniami, bo przecież nie pierwsza bierzesz rozwód. Koleżanki już brały i przeżyły. Jakoś to będzie – myślisz i rano dalej zalewasz kawę rozpuszczalną w dwóch kubkach, tak jakbyście wciąż mieszkali razem. Dopiero w domu, wypakowując zakupy powoli zaczynasz rozumieć, że przecież sama tego wszystkiego nie zjesz, a tej suchej krakowskiej to w ogóle nigdy nie znosiłaś. Więc zapraszasz przyjaciółki na suchą krakowską, na babski wieczór i… mówisz tylko o nim, o was. Ryczysz. O co tak ryczysz? Przecież byłaś z nim nieszczęśliwa. Chciałabyś go teraz rozerwać na strzępy!

Ale nic na to nie poradzisz. Głupie serce. Jest ci źle. No pewnie, rozumiesz, że tak to musiało się skończyć. Właściwie, sama tego chciałaś, bo jak dalej żyć z kimś, kto cię oszukał, zdradził, wykorzystał, a na dodatek teraz próbuje okraść (i to nie tylko z najlepszych wspomnień). Facet, który będąc twoim mężem, bił rekordy niezaradności, fajtłapowatości i bylejakości, teraz staje do ringu jak zawodowy bokser. Nie chce ci się już nawet myśleć, że z pewnością to wina tej jego pani adwokat, to ona umie go tak ”ustawić”, żeby, mimo ewidentnej winy i on coś na tym rozwodzie „ugrał”.

Znowu płaczesz. Tak już jesteś skonstruowana, że choć nie jesteście razem, ciągle sobie „wyobrażasz”. Jego z nią, ale niekoniecznie. Jego zadowolonego, śmiejącego się z ciebie za plecami. Szczęśliwego. I nadal nie umiesz znienawidzić, nie myśleć, podrzeć jak na filmie ślubnych zdjęć… A, zaczekaj, może jednak się uda? Nie. Drżąca ręka zatrzymuje się tuż nad jego głową. Kiedyś był naprawdę przystojny. Jak to dobrze, że dziś wygląda dużo gorzej. Trochę ci przez to łatwiej, troszkę mniej żal.

Twoja wina, za naiwność trzeba płacić. Teraz trzeba tylko przejść przez to wszystko z godnością. Zapomnieć, na nowo zbudować siebie, swój świat. I już więcej nie dać się nabrać. Ostrożnie podchodzić do miłości. Albo lepiej wcale.

Ale między wami wcale nie jest „skończone”. On wysyła ci SMSy. E, wcale nie żadne „kocham cię, nie mogę zapomnieć”,” odwołajmy to wszystko i zacznijmy od początku”. Raczej: „pamiętaj, że tamten komplet srebrnych sztućców po mamusi jest mój, kolekcji też nie oddam”.  Myślisz sobie – jak ja mogłam za niego wyjść, jak mogłam go kochać. Ale to nie pomaga. No, jak ma pomóc, kiedy dociera do ciebie, że byłaś idiotką?!

Mijają dwa miesiące. Nie czujesz się o wiele mniej idiotycznie, ale nauczyłaś się już, ze herbatę robisz tylko dla siebie. Ale zdarza ci się jeszcze spojrzeć na drugi kubek i wyobrażać sobie, że dosypujesz tam jakiejś skutecznej trucizny i podajesz swojemu jeszcze-nie-byłemu mężowi. STOP! Co mówiła twoja terapeutka? Negatywne emocje szkodzą. Przede wszystkim tobie, jemu już nic nie zaszkodzi, głupszy nie będzie, może być co najwyżej jeszcze bardziej łysy. Liczysz do dziesięciu, potem do dwudziestu, do stu… Wciąż boli.

Jego już najwyraźniej nie. Wczoraj wysłał ci całą listę rzeczy, które chciałby kategorycznie zatrzymać. Nie będziesz się upierać, a on nie będzie z tobą dyskutował. Sama nie masz dużych wymagań. Chyba jednak, do cholery, to mieszkanie ci się należy, choćby za straty moralne? Łóżko, na którym cię zdradzał, kiedy byłaś w podróży służbowej niech sobie weźmie, do dziś nie umiesz na nim spać i wybierasz tę niewygodną kanapę w salonie.

Gorzej ze znajomymi. Ci, nie do końca wiedzą jak się odnaleźć w tym waszym rozwodzie. Raczej wolą się zgubić. Niektórzy nie odpowiadają na twoje telefony, inni dyplomatycznie czekają, aż „to” się skończy. Teściowie należą do tej pierwszej grupy. W sumie nawet cię to cieszy, nie będziesz musiała więcej uczsetniczyć w niedzielnych obiadkach, imieniach itd.

Mijają kolejne miesiące. Nadchodzi ten dzień. Po drugiej rozprawie wychodzicie z sądu wolni. Masz w głowie pustkę, ale też zupełnie nowe poczucie, że coś się… zaczyna. Jak to teraz będzie? Czy na pewno nic już was nie łączy? Bardziej się boisz, czy cieszysz, że już po wszystkim…?

Jesteś dziewczyną z odzysku – mówi ci „żartobliwie” pan strażnik, kiedy bardziej dla zasady podajesz swojemu byłemu mężowi rękę na pożegnanie. Masz ochotę go palnąć. Ale tylko przez chwilę. Bo już trzy minuty pózniej,  uśmiechasz się i idziesz dalej. Przecież wiadomo, że najlepsze ciuchy można znaleźć w second-handach… 😉


Kobieta jest lustrem swojego mężczyzny… o ile jest w formie. Panowie, szanujcie swoje partnerki, nie wypisujcie bzdur

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
21 sierpnia 2017
Fot. iStock/jacoblund
Fot. iStock/jacoblund
 

Jeśli kochasz, traktujesz kogoś fair. Spontanicznie, naturalnie. Po prostu. Jeśli kochasz, szanujesz. Nie patrzysz na ukochaną osobę przez pryzmat jej ciała –  towaru, którym możesz „przyszpanować” wśród znajomych. Nie wymagasz od partnerki, żeby była twoim „odbiciem”, by rezygnowała z siebie dla twojego ego, byś mógł poczuć się lepiej. To takie proste, więc dlaczego tak trudno to zrozumieć? Kobieta nie jest dodatkiem do mężczyzny, ona jest osobą wchodząca w związek z nim na takich samych zasadach.

Jest sezon urlopowy, jeden z posłów (imię, nazwisko i przynależność partyjna nie są tu istotne) chwali się na Twitterze wysokimi temperaturami i … swoją narzeczoną. Ściślej mówiąc, jej atrakcyjnym ciałem w kostiumie kąpielowym. Robi to w sposób obrzydliwy i nieudolny. Pod zdjęciem kobiety w bikini podpis, którym pan poseł rozwiewa wątpliwości czytających (co do wieku narzeczonej oraz tego czyja ona jest): „Moja Aga ’72 w formie”. Zagotowało się we mnie. Czy można być bardziej bezmyślnym?

Pani Adze gratuluję i formy i wakacji, ale narzeczonego to już nie. Nie wiem, jakie stosunki panują w domu pana posła, co mu wolno, a co nie. Ale chwalenie się ciałem żony czy partnerki jak, za przeproszeniem, robi się to podczas prezentacji krowy na wystawie zwierząt hodowlanych, to dla niej żadna chluba, a raczej żenada i wstyd. Po pierwsze, pan poseł zasugerował, że jego ukochana jest co prawda stara, ale się „dobrze trzyma”. Trochę jakby mówił o swoim dziesięcioletnim samochodzie – „swoje przejechał, ale jeszcze nie rdzewieje”. Po drugie, potraktował ją przedmiotowo. Niezależnie od tego czy zdjęcie zostało zamieszczone za zgodą partnerki, czy to zwykła samowolka, wyszło na to, że pani Aga jest dla pana posła jedynie atrakcyjnym trofeum, które można z dumą (jeszcze!) pokazać kolegom. Co napisze o niej za kilka lat? A może wymieni ją na „nowszy model?”.

Kilka dni temu kolejny „kwiatek”. Znany metafizyk coachingu chwali się na Facebooku swoją żoną. Że jest taka piękna, że mężczyźni zaczepiają ją na ulicy (zawsze mi się wydawało, że takie zaczepki są raczej dla kobiety mało przyjemnym przeżyciem), ale to nie szkodzi, bo ona co wieczór wybiera jego. Że zrezygnowała dla niego z kariery naukowej, że ma swoje zdanie (to naprawdę wspaniała wiadomość), ale decyzje podejmuje tak, by było dobrze dla wszystkich. Że jest „rzekomym ideałem”, a on się stara… I, że on mówi o niej „dobrze” przy innych. Znowu poczułam się dziwnie. Jak wielu mężczyzn mówi o swoich żonach „dobrze” przy innych, ale bardzo „źle” do nich samych? Na koniec znany coach uściśla, żeby nikt nie miał wątpliwości, że kobieta jest odbiciem swojego mężczyzny…

Co właśnie powiedział o swojej żonie? Nic konkretnego.  Ale o sobie powiedział bardzo dużo. Dał do zrozumienia, jaki jest jego stosunek do kobiet.  Należy nimi sprawnie manipulować. A ukochaną ceni za to, że dzięki niej może się realizować i łechtać swoje ego. Wszystkie słowa, które do niej kieruje, kieruje w „jakimś celu”, żeby wywołać korzystny dla siebie efekt. W końcu w swojej dziedzinie jest specjalistą.

Jak długo jeszcze panowie będą wmawiać swoim partnerkom, że muszą być „jakieś” dla swojego mężczyzny, a nie dla samych siebie…? Jak długo będziemy tkwić w tym stereotypowym myśleniu, że kobieta od swojego mężczyzny jest w jakiś sposób zależna, że żeby być „świetna”, musi zyskać aprobatę w jego oczach?

Drodzy panowie! Zacznijcie traktować swoje partnerki, a może w ogóle inne kobiety, serio. Nie jak trofeum, nie jak dodatek, nie jak dopełnienie waszej wspaniałej osobowości („Czymże byłbym bez niej? Tym samym, ale odrobinę mniej doskonałym”), ale jak człowieka, takiego samego jak wy. Kogoś, kto ma swoje ambicje, plany, marzenia, kto realizuje się zawodowo i chce mieć udane życie osobiste, tak jak wy. Kogoś, od kogo nie będziecie wymagać rezygnacji z siebie, ale raczej wesprzecie w dążeniu do rozwoju i realizacji jego celów. Przestańcie mylić miłość do drugiej osoby z miłością własną…

A na koniec, chciałabym wam jeszcze powiedzieć, że miarą męskości jest dyskrecja. To, co intymne, zachowajcie dla siebie.